Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00325 006372 13428750 na godz. na dobę w sumie
Bunt androidów - ebook/pdf
Bunt androidów - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 310
Wydawca: Self Publishing Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-929666-1-6 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> fantastyka >> science-fiction
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

 

Powieść SF „Bunt androidów” jest kontynuacją mikropowieści „Ka­sandra”, ukończonej przez autora w lutym 2011 r. Bohaterami są inteligentne androidy, przystosowane do zadań specjalnych w kos­mo­sie i działające w systemie, który przypomina grę komputerową. Misje na niższym poziomie są kontrolowane z wyższego poziomu. Akcja toczy się najpierw na Ziemi — na kontynencie europejskim. Po wykonaniu zadania główni bohaterowie trafiają do Galaktyki Andromedy. Splot zdarzeń sprawia, że jako agenci muszą się znowu ze sobą zmierzyć, a miejscem decydującego starcia staje się Puszcza Amazońska.

Kolejne partie utworu odsłaniają kulisy skomplikowanych zależności awansowanych na drugi poziom androidów. Akcja przenosi się znowu na Ziemię, najpierw do Acapulco w Meksyku, a następnie do Kairu i Luksoru w Egipcie oraz do Dubaju w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Czy buntującym się androidom uda się wyr­wać z systemu, w którym tkwią i stworzyć podwaliny nowego ładu?

Biorąc pod uwagę treści obyczajowe, ten prozatorski utwór Edwarda Guziakiewicza odsłania — z jednej strony patrząc — niebezpieczeństwa za daleko posuniętej emancypacji, a z drugiej — cienie tradycyjnej kultury patriarchalnej. W pierwszej kolejności jednak dostarcza wrażeń miłośnikom fantastyki i powieści przygodowej, szukającym rozrywki i ceniącym sobie żywą, wciągającą akcję.

Autor ukończył tę zajmującą powieść jesienią 2013 r.

 

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

BUNT ANDROIDÓW ———————————————————————————————— Z wysokości La Quebrada rozciągał się wspaniały widok na Ocean Spokojny. Wzrok biegł aż po horyzont. Schodziłem po schodkach, oczyma wyobraźni przenosząc się do czasów mych pod- bojów w Azji. Jako waleczny Aleksander pokonywałem bojową trie- rą poznaczone wyspami wody Morza Mirtejskiego i Kreteńskiego. Muzyk na flecie poddawał rytm napinającym mięśnie wioślarzom. Wydymane przez wiatr żagle miały jednak inne kształty niż obecnie. Teraz wiosła zastępował niewielki silnik, a wioślarstwo urosło do rangi dyscypliny sportowej. Żeglowało się dla przyjemności. Dotarliśmy na miejsce. Lena zaciągnęła mnie tu, bo chciała obejrzeć mrożące krew w żyłach pokazy skoków do wody. Były one swoistą wizytówką i symbolem Acapulco. Los clavadistas codzien- nie ryzykowali życiem, rozsławiając ten meksykański kurort. I czynili to po mistrzowsku, zważywszy, że najlepsi rzucali się z ur- wiska do otoczonej skałami wąskiej zatoczki z wysokości trzydzie- stu pięciu metrów, co stanowiło odpowiednik co najmniej dwunasto- piętrowego wieżowca. Do tego dochodziły skomplikowane ewolucje w locie. Skakali też po zmierzchu, trzymając w rękach zapalone po- chodnie. Skąpo odziana dziewczyna wisiała mi na ramieniu, łaskocząc swymi włosami, a meksykańscy chłopcy modlili się, klęcząc przed figurką Matki Boskiej z Guadalupe. Na wypukłościach pobielanych kamiennych kapliczek znaczyły się plamy błękitu. Staliśmy po dru- giej stronie szczeliny skalnej na tarasie widokowym. Otaczający nas turyści filmowali ekstremalne popisy, kończące się nurkowaniem w spienionej wodzie, nagradzając je oklaskami. — I jak? Zadowolona? Sam bym się nie zdecydował, nie ma głupich — żartobliwie dmuchnąłem jej do ucha, pieszczotliwie obejmując ją wpół. — Ostatecznie mógłbym robić za maratończyka, ale nie za gladiatora. To dobre dla niewolników. Uśmiechnęła się i pokręciła głową. Odgarnęła opadający ko- 215 EDWARD GUZIAKIEWICZ ———————————————————————————————— smyk włosów. Jej niebieskie oczy mocniej zabłyszczały, gdy spotka- ły się z moim wzrokiem. — To fakt, nazywają tych skoczków gladiatorami — zauważy- ła. — Nie są niewolnikami, nikt ich do tego nie zmusza. — I zaraz filozoficznie dodała: — Ziemian cechuje pęd do ryzykownego prze- kraczania granic. Dziwi mnie ich brawura, bo przecież nie są tak wyposażeni jak my… Zabrakło słowa „android”. Zauważyłem, że stara się go unikać, jakby kojarzyło się jej z czymś przykrym. — A poza tym mają tylko jedno życie, więc dużo więcej od nas do stracenia — z namysłem dorzuciłem. — Chodź, nie będziemy tu sterczeć do wieczora — bez zniecierpliwienia ją ponagliłem, przytu- lając do siebie. Skoki się skończyły, więc szukający nowych wrażeń faceci ciekawie zezowali w jej stronę. Przyciągała ich jak magnes. Kierowali ku niej aparaty fotograficzne, co mi się nie podobało. — Pora na obiad! Wracaliśmy żółtą taryfą do hotelu. Moja nimfa milczała, wspie- rając mi ufnie głowę na ramieniu. Avenida Costera Miguel Alemán ciągnęła się wzdłuż całej Bahia de Acapulco, przechodząc po drugiej stronie zatoki w Carretera Escénica. Aby dotrzeć do pięciogwiazd- kowego Las Brisas Acapulco, trzeba było pokonać dystans piętnastu kilometrów. Ująłem dłoń dziewczyny, z czułością bawiąc się jej szczupłymi palcami. Oglądałem wszystkie po kolei, jakby zdziwio- ny, że ma ich pięć. Uzmysłowiłem sobie, że Lena jest dla mnie kimś więcej niż tylko przecudnym kociakiem, którym można chwalić się na prawo i lewo. I zbierać zazdrosne spojrzenia mężczyzn. W moim stosunku do niej znaczyło się coś na kształt rodzicielstwa. Nie wytrącało mnie ono jednak z równowagi, czego obawiałem się w kurorcie na Neei- dzie, kiedy senna rusałka instynktownie szukała oparcia, ciągnąc do mnie jak ćma do światła. Przeciwnie, stanowiło rodzaj duchowego spełnienia. Bezgranicznie mi zaufała i czułem, że moim najświęt- szym obowiązkiem jest usuwać jej kłody spod nóg. Byłem gotowy 216 BUNT ANDROIDÓW ———————————————————————————————— na nią chuchać i dmuchać, osłaniać ją i bronić, nawet gdybym miał słono za to płacić i mierzyć się co rusz z groźnym strażnikiem dru- giego poziomu. I nie wiadomo, z kim jeszcze w nieogarnionym ko- smosie. Hotel miał dobrą markę, był zaliczany do setki najlepszych na świecie i mógł kojarzyć się z prawdziwym rajem. Włożono 20 mi- lionów dolarów w jego renowację i w efekcie tworzył oazę dojmują- cego spokoju i ciszy. Uznałem więc, że dobrze wybrałem, szukając przytulnego gniazdka dla pary gruchających gołąbków. Przegrywał z Las Brisas nawet nasz kurort na Neeidzie w Galaktyce Androme- dy. Otoczony barwną tropikalną roślinnością, szczególnie hibisku- sem, oferował na zboczu wzgórza na kilku poziomach urocze casitas w stylu bungalowu z niewielkimi basenami i tarasami. Całość była zaprojektowana na planie półksiężyca. Wnętrza były ze smakiem urządzone, choć nieco w stylu retro. Każdego ranka życzliwy perso- nel dostarczał do pokoi kawę, słodkie bułeczki i świeże owoce. Kto chciał, ten korzystał z relaksujących masaży, łaźni parowej i sauny. Do tego dochodził zapierający dech w piersiach widok na okolicę. Wieczorami można było kontemplować cudowne zachody słońca nad Pacyfikiem. Białe i różowe jeepy kursowały do prywatnego klu- bu La Concha na plaży, czynnego również w nocy. Witały tam gości trzy akweny, dwa ze słoną wodą połączone z morzem i jeden ze słodką. Cieszyliśmy się sobą już drugi dzień. Kiedy pojawiłem się w zacisznym bungalowie po wcześniejszej wizycie w recepcji, naga Lena niczym syrena z Morza Egejskiego kąpała się w basenie pośród płatków czerwonych róż. Przywitała mnie radosnym uśmiechem. Jej widok dodał mi skrzydeł i jak zbzikowany małolat wskoczyłem do niej w ubraniu, wyrzucając fontannę dżdżu. Na szczęście, miałem na sobie tylko kwieciste bermudy i granatowy T-shirt. Syciliśmy się sobą w wodzie, przytuleni do siebie i szczęśliwi. Miłość rozkwitła w moim sercu. Kochałem ją do utraty tchu, nieprzytomnie, do sza- leństwa. Całowałem jej cudowne piersi i usta. Pomogła mi ściągnąć 217 EDWARD GUZIAKIEWICZ ———————————————————————————————— mokre rzeczy, wytarła ogromnym ręcznikiem i wylądowaliśmy na szerokim łóżku, wędrując dalej po krainie pieszczot. Zaniosłem ją tam na rękach. Wieczorem siedzieliśmy na tarasie, odziani w białe hotelowe szlafroki. Karmiliśmy się nawzajem słodkimi jak miód wi- nogronami, z oddaniem zaglądając sobie w oczy. Piliśmy sobie z dzióbków. Miałem wiele kobiet, ale nigdy tak bliskiej przyjaciółki i po wspólnie spędzonej nocy czułem, że oszalałem na jej punkcie. Czy cyborgi mogły kochać się do grobowej deski? I przeżywać nieopisa- ne eksplozje namiętności? Czy ich elektroniczne układy na to po- zwalały? Była doskonale zbudowana, idealna w każdym calu i uosa- biała najlepsze kobiece cechy, więc nie zamierzałem błagać Or-Mata o genetyczne poprawki. Tak piękne, szczupłe i jędrne ciało było ma- rzeniem każdej kobiety. W Acapulco rozkoszna partnerka dała mi znacznie więcej niż w kurorcie na zboczu Dekstecyzy. Może dlatego, że nie plątali się wokół nas rozpraszający uwagę agenci. Przypomniał mi się nagle Lizyp z Sykionu, grecki rzeźbiarz, który uwieczniał mnie w kamieniu, kiedy byłem Aleksandrem Wiel- kim. Mój nadworny artysta przedstawiał mnie w sposób iście kró- lewski. Głowę miałem zwykle odrzuconą do tyłu i nieco przechyloną na lewe ramię, wzrok wzniesiony ku górze, włosy krótkie, zaczesa- ne, dzielące się pośrodku i faliście opadające ku uszom. Nieoczeki- wanie nabrałem ochoty, żeby postarać się o posąg nagiej Leny w bia- łym marmurze. Pieszczotliwe objąłem agentkę i przytuliłem do sie- bie. Nie musiałaby pozować w stroju Ewy. Komputery drugiego po- ziomu poradziłyby sobie z takim wyzwaniem, a przy tym uporałyby się z nim szybciej niż zdolni greccy kamieniarze. Umieściłbym sto- jącą rzeźbę w rogu apartamentu, by każdego dnia w wolnych chwi- lach móc ją adorować. — Jesteś dziwnie czujna, jakbyś obawiała się, że ktoś nas śle- dzi! — żartobliwie pociągnąłem ją za język, gdy wysiedliśmy z żół- tego garbuska. Meksykański kierowca taksówki nie zdziwił się wy- sokim napiwkiem. Przed tym romantycznym hotelem był on całkiem 218 BUNT ANDROIDÓW ———————————————————————————————— na miejscu. — Czy stało się coś, o czym nie wiem? Zrobiła taką minę, jakby była małą dziewczynką, przyłapaną na kłamstwie. Jej złote włosy mieniły się w słońcu. Nie grała przede mną, nie przywdziewała maski i nie epatowała pozą gwiazdy filmo- wej. — Muszę się przyznać, niedźwiadku, wydaje mi się, że coś spieprzyłam — wstydliwie wyznała, spuszczając wzrok. Zaraz jed- nak podniosła oczy i znowu mogłem zajrzeć w ich cudowną głębię. — Dobra, nie wierzę, pogadamy przy obiedzie — skwitowa- łem, nie pojmując, co mogło się stać. — Chodzi o tę Ritę Craven? — ciekawie zapytałem. Na jej twarzy malowało się zdumienie. Nie miała pojęcia o me- andrach drugiego poziomu. — Wiesz, jakie mam zadanie? To będzie mi łatwiej. — No, nie wpadaj w pesymizm — zabuczałem i pieszczotliwie wziąłem ją pod podbródek. — Nie sądzę, żebyś coś schrzaniła, kwiatuszku! — Cmoknąłem ją w usta i delikatnie przytuliłem do siebie. — Jesteś znakomitą agentką. Ze świecą takich szukać — orzekłem z powagą i odrobiną wzruszenia. — Na pewno odrobiłaś tę lekcję jak trzeba. Poszliśmy do bungalowu, żeby się odświeżyć, po drodze chwilę błądząc, bo luksusowych domków było jak grzybów po deszczu, a potem do restauracji El Bellavista. Siedzieliśmy na tarasie i delek- towali morską bryzą. Towarzyszył nam niezrównany widok na zato- kę. Personel dawał gościom do zrozumienia, że uświetniają to miej- sce swoją obecnością. Zamówiłem krem z krabów, pierś z kaczki, a na deser tiramisu. Govanni, obsługujący nas kelner, stawał na gło- wie, byśmy byli zadowoleni. Zaproponował odpowiednie wino. — Mów, kochanie! — zachęciłem Lenę. — Twierdziłaś, że coś ci nie wyszło. Opowiedziała pokrótce o akcji na Ritę i o zwędzonej jej komór- ce. Potem o agentach, którzy wieczorem przypięli się do hotelu. Wy- słuchałem jej ze zmarszczonymi brwiami. 219 EDWARD GUZIAKIEWICZ ———————————————————————————————— — Ciekawe — mruknąłem. — Nie przewidywałem komplika- cji. Pomyślałem, że po obiedzie połączę się z Trójokim i poproszę go, żeby to sprawdził. — Spróbuję się szybko czegoś dowiedzieć. A potem ci powiem! — obiecałem. Or-Mat uwinął się z tym zadaniem w godzinę. Połączył się ze mną, kiedy wypoczywaliśmy w klubie plażowym „La Concha”. By- liśmy wyciągnięci na białych leżakach. Wysłuchałem go, a potem wróciłem do opalającej się agentki. — I jak? — zapytała. — Wiesz już coś? Wyciągnąłem się obok niej wygodnie. — Niczego nie spieprzyłaś — pocieszyłem ją. — Był faktycz- nie nalot na ten hotel, ale nie miał z tobą niczego wspólnego. Policja szukała zbiegłych przestępców. Ritę Craven znaleziono dopiero ran- kiem następnego dnia. Pokojówka zajrzała do jej numeru. Lekarz stwierdził atak serca. Podniosła się. Minę miała niewyraźną. — Psiakość — usprawiedliwiła się speszona. — W takim razie bałam się na wyrost. Myślałam o spotkaniu z tobą i… — Rozumiem — rzuciłem uspokajająco i zasłoniłem jej dłonią usta. — Nie wracajmy do tego. — I dodałem: — Jutro muszę się zmywać, a ty masz jeszcze jedno zadanie. Porozmawiajmy raczej o następnym spotkaniu. Lekko zbladła. Z jej oczu wyczytałem, że to dla niej sprawa ży- cia i śmierci. — Tak? — ulegle zapytała. — Android nie może mieć wciąż tego samego ciała. Co najwy- żej trzy razy pod rząd. A to już twoja druga misja. A właściwie trze- cia. Muszę więc znaleźć dla ciebie ekstra zadanie, pozwalające ci na dłuższy pobyt na Ziemi. Najlepiej trwający kilka lat. Byłbym wtedy w stanie regularnie cię odwiedzać… Odetchnęła z ulgą. — Cudowny jesteś — pochyliła się czule nade mną i pocałowa- ła w czoło. 220
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Bunt androidów
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: