Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00488 008870 18401913 na godz. na dobę w sumie
Burza nad Missisipi - ebook/pdf
Burza nad Missisipi - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 546
Wydawca: Harlequin Polska Język publikacji: polski
ISBN: 9788323877011 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe >> powieść
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Osiem osób spotyka się, by wysłuchać ostatniej woli Aurore Gerritsen. Nie wszyscy należą do rodziny, ale życie każdego ze zgromadzonych odmieni się na zawsze, kiedy mroczne sekrety z przeszłości zmarłej ujrzą światło dzienne... Aurore pozostawiła jasne instrukcje: testament będzie odczytywany przez cztery kolejne dni w jej letnim domu na wyspie. Nikomu nie wolno w tym czasie opuścić wyspy. Kto wyjedzie - zaprzepaści szansę na olbrzymi spadek. Zdziwienie zebranych wzrasta, kiedy zamiast szczegółowych informacji, kto ile odziedziczył, adwokat przekazuje im drobne pamiątki i przedmioty, które związane były z życiem Aurore, a teraz mają posłużyć do odkrycia rodzinnych tajemnic. Zbliża się huragan, napięcie wśród zgromadzonych sięga zenitu... Losy Aurore Gerritsen poznacie w książce'Powracająca fala'.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

BEST SELLERS b2008 er bnm.indd 1 b2008 er bnm.indd 1 b2008 er bnm.indd 1 b2008 er bnm.indd 1 b2008 er bnm.indd 1 b2008 er bnm.indd 1 b2008 er bnm.indd 1 b2008 er bnm.indd 1 1/11/08 12:32:22 PM 1/11/08 12:32:22 PM 1/11/08 12:32:22 PM 1/11/08 12:32:22 PM 1/11/08 12:32:22 PM 1/11/08 12:32:22 PM 1/11/08 12:32:22 PM 1/11/08 12:32:22 PM Tytuł oryginału: Rising Tides Pierwsze wydanie: MIRA Books, 1997 Redaktor prowadzący: Mira Weber Korekta: Maria Wilber ã 1997 by Emilie Richards McGee ã for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 1999, 2008 Wszystkie prawa zastrzez˙one, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V. Wszystkie postacie w tej ksiąz˙ce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – z˙ywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe. Znak graficzny BESTSELLERS jest zastrzez˙ony. Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa, ul. Rakowiecka 4 Skład i łamanie: COMPTEXTÒ, Warszawa Printed in Spain by Litografia Roses, Barcelona ISBN 978-83-238-5191-2 PROLOG Nowy Orlean, 1965 Róz˙e, wonne trawy wetiwerii, śmierć. Te trzy przenik- liwe zapachy przesycały odurzającą wonią parne, majowe powietrze. Aurore przebudziła się, jednak woń była tak intensywna, tak dręcząca, z˙e az˙ strach było głę- biej odetchnąć. Jeszcze bardziej dręczyła ją świadomość, z˙e znowu śnił jej się Rafe. Zawsze pojawiał się w najbardziej nieoczekiwanym momencie. Niekiedy i inne widziadła wdzierały się chyłkiem w jej sny, niepokojąc w tych nielicznych chwilach, kiedy w przebłyskach przytomności zdoby- wała się na odwagę, by liczyć dni, jakie pozostały jej do końca z˙ycia. Rafe wyłaniał się znienacka i rozpościerał przed jej oczami zdarzenia z przeszłości, zamknięte niczym w kielichu zawilca na letniej łące. Zmusiła się, by zaczerpnąć tchu. Powietrze wydało się jej niemiłosiernie duszne. Zabroniła słuz˙bie włącza- nia klimatyzacji w tej części domu, więc tylko obraca- jące się pod sufitem skrzydła wentylatora mieszały rozgrzane powietrze. Okna w sypialni były zamknięte 5 – zapewne z obawy o to, by natarczywy skrzek prze- drzeźniacza na gałęzi magnolii nie zakłócił jej drzemki. Cóz˙, słuz˙ba nie rozumiała, z˙e kaz˙de przebudzenie było dla niej niczym nieoczekiwany dar niebios, niczym chwila wytchnienia dla udręczonej duszy starej kobiety. Tak, była stara. Przez lata zaprzeczała tej prawdzie. Kiedy miała sześćdziesiąt lat, była przekonana, z˙e starość jej nie dosięgnie, jeśli ona będzie aktywna. W wieku siedemdziesięciu lat doszła do wniosku, z˙e wystarczy ignorować śmierć, tak jak wcześniej ignoro- wała niewygodne dla niej fakty. Teraz wszakz˙e Aurore miała siedemdziesiąt siedem lat i śmierć nie zamierzała dłuz˙ej jej ignorować. Od tygodni czatowała przy brzegu łóz˙ka, gotowa chwycić ją w swoje objęcia przy pierw- szej oznace słabości. Lecz Aurore Gerritsen nie była jeszcze gotowa na śmierć, jeszcze nie teraz. Najpierw musiała pozbyć się cięz˙aru latami skrywanych tajemnic. Za długo czekała. Juz˙ dawno powinna zwołać rodzi- nę, zawezwać ich jak udzielna władczyni i zmusić do wysłuchania mrocznej opowieści. Nie ośmieliliby się odmówić takiemu wezwaniu. Za długo zwlekała. Teraz, kiedy śmierć czaiła się u wezgłowia, nie mogła dłuz˙ej tego odkładać. Otworzy- ła oczy i spostrzegła, z˙e pokój ogarnia ciemność. Pora zmroku wydaje się tchnieniem Boga, przerwą w przemi- janiu. Lecz nie było juz˙ czasu na jakiekolwiek przerwy. Posłyszała koło łóz˙ka szmer, w którym natychmiast rozpoznała szelest nakrochmalonego białego fartucha. Obróciła głowę i ujrzała najmilszą z pielęgniarek, które sprawowały pieczę nad jej gasnącym z˙yciem. Z trudem wydobyła z siebie słowa: – Czy przyszedł Spencer? 6 – Tak, pani Gerritsen. – To dobrze. – Jej własny głos wydał się jej obra- zoburczym skrzekiem, który wdarł się w świętą ciszę pokoju, cieszyła się jednak, z˙e był przynajmniej słyszal- ny. – Dawno? – Czeka juz˙ prawie godzinę. Mówiłam mu, z˙e pani kazała się obudzić, kiedy nadejdzie, ale nie pozwolił. – Troszczy się o mnie. – Aurore zwilz˙yła językiem wyschnięte wargi. – Zawsze się troszczył. – Moz˙e napije się pani wody? Przytaknęła i po chwili poczuła, jak młoda kobieta unosi lekko wezgłowie łóz˙ka. – Jeden łyk. A potem... proszę poprosić Spencera. – Czuje się pani na siłach go przyjąć? Jest pani pewna? – Jeśli będę czekać na dobre samopoczucie, nigdy się nie doczekam. Pielęgniarka mruknęła współczująco, nalewając do szklanki wodę z dzbanka. Przytknęła szklankę do ust Aurore. Chora wysączyła kilka kropli, po czym dała znak, z˙e ma dosyć. – Z˙yczy sobie pani czegoś jeszcze, zanim poproszę pana St.Amanta? – Tak, okna... Chcę, z˙eby były otwarte. Zawsze... – Dobrze. Otworzę drzwi na taras. Aurore wsłuchiwała się w odgłosy krzątaniny wokół łóz˙ka. Posłyszała dźwięk otwieranego okna, a zaraz potem donośne granie pierwszych tego roku cykad. Do pokoju wpłynęła cięz˙ka fala parnej, tropikalnej wilgoci. Przez chwilę Aurore znów miała siedemnaście lat i stała na brzegu Missisipi, otulona całunem rzecznych opa- rów. Pochylona do przodu, przypatrywała się barkom 7 i parowcom, z mozołem torującym sobie drogę w górę rzeki. Czekała na przebudzenie nowego z˙ycia. – Aurore... Odwróciła głowę i spojrzała na człowieka, który niemal przez pół wieku był jej prawnikiem i powier- nikiem. – Jak się masz, moja droga? – zapytał Spencer. – Czuję się stara. Spencer przysiadł na krześle, które pielęgniarka postawiła przy łóz˙ku. – Wciąz˙ pamiętam cię całkiem młodą. – Za duz˙o pamiętasz. – Czasami i mnie się tak wydaje. – Wziął ją za rękę suchą i drz˙ącą dłonią, choć dość jeszcze mocną, by uścisnąć przyjaciółkę. Jej myśli znowu odleciały, jak to zdarzało się ostat- nio nie raz. Przypomniał się jej pewien dzień przed laty, w kancelarii Spencera przy Canal Street. Jego biuro nadal się tam mieściło, choć adwokat dawno juz˙ prze- kroczył wiek emerytalny. Nie wiedziała, z jakiego powodu nie przekazał praktyki któremuś z młodszych współpracowników, lecz była zadowolona, z˙e tak się stało. – Byłeś wtedy taki szarmancki – odezwała się. – Pełen współczucia. Przeciez˙ mogłeś odprawić mnie z kwitkiem. – Wtedy? Mówisz o dniu, kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy? – roześmiał się lekko. – A ty byłaś wiotka, blada, smutna. Miałaś kapelusz, który rzucał cień na czoło. Mimo wszystko wydałaś mi się urocza. – Ale nie spodobało ci się to, co miałam do powie- dzenia. 8 – Nie moją rzeczą było cię osądzać. Obiecałem, z˙e nigdy ani jednym słowem nie zdradzę tego, o czym wtedy mówiliśmy. Bawiłaś się długim naszyjnikiem z bursztynów i gagatów. – Bursztyny i gagaty – uśmiechnęła się. – Nie pamiętam. – Przesuwałaś w palcach czarne paciorki niczym róz˙aniec. Wyglądałaś jak pokutnica, która błaga Boga o wstawiennictwo. Aurore uniosła na niego wzrok. – Po tylu latach wiem, z˙e nikt się za mną nie wstawi. – A więc wiesz więcej niz˙ większość śmiertelników, moja droga. – Umocnił uścisk na jej dłoni. – Marna pociecha. – Chcesz, z˙ebym dał ci lepszą? – Nie. Chcę, z˙ebyś wypełnił moją wolę zgodnie z nowym testamentem, który razem spisaliśmy. Stary po prostu zniszcz. Spencer nie odpowiedział od razu. Milczał chwilę, wreszcie zapytał: – Czy przemyślałaś dokładnie tę decyzję? – Tak – uśmiechnęła się. – O niczym innym ostatnio nie myślałam. – Sprawy mogą przybrać inny obrót, niz˙byś tego sobie z˙yczyła. – To prawda. – Moz˙e stać się więcej złego niz˙ dobrego. – Biorę to pod uwagę. – Zranisz tych, których kochasz. – Poznają prawdę. Przez całe z˙ycie bałam się wyja- wić prawdę. – A teraz się nie boisz? 9 – Lękam się jeszcze bardziej. Pochylił się nad nią, ściskając jej dłoń, lecz nie dała mu dojść do słowa. – Najbardziej obawiam się tego, z˙e prawda nigdy nie wyjdzie na jaw. Niech teraz inni mają okazję wykazać się odwagą, której mnie zawsze brakowało. – To, co chcesz zrobić, jest aktem odwagi. Jej myśli poszybowały ku dwóm męz˙czyznom, któ- rych kochała – do Rafe’a, który był jej pierwszą miłością, i Hugh, który był pierwszym synem. Ich dwóch stać było na odwagę, ale ją? – Nie, to nie jest z˙aden akt odwagi – zaprzeczyła. – To tylko ostatni, desperacki akt tchórzostwa. – Mam przyjść jutro, upewnić się, czy aby nie zmieniłaś zdania? – Nie, nie zmienię. Zrobisz to dla mnie, Spencer? Pojedziesz na Grand Isle? – Cokolwiek sobie z˙yczysz... – zawiesił głos. – Jak zawsze. – Jesteś najlepszym przyjacielem. – Tak. Jesteśmy przyjaciółmi. – Podniósł jej dłoń do ust i pocałował. – Mam adres Dawn. Jest w Anglii, robi zdjęcia dla nowojorskiego magazynu. Mogę ją po- prosić, z˙eby wróciła do domu. Przez moment Aurore kusiła ta propozycja. Zoba- czyć Dawn, mieć ją przy sobie, móc jej dotknąć, mo- z˙e ostatni raz. Wyznać wszystko wnuczce, tak jak ona kiedyś zawierzała babce swoje dziecięce sekrety. Wszystko... Wszystko? Aurore nie mogła znieść tej myśli. Doprawdy, słusz- nie uwaz˙ała się za tchórza. 10 – Nie. Lepiej z˙eby nie wracała do domu, póki... – Rozumiem. – To wszystko, na co mnie stać. Spencer podniósł się i westchnął, patrząc na jej kruche ciało. – W takim razie wyślę jej i innym listy... skoro muszę. – Tak, listy... – Aurore pomyślała o listach, które mu podyktowała. I o losach, które te listy bezpowrotnie odmienią. – Jesteś zmęczona. A czeka do ciebie ktoś jeszcze. Aurore nie zapytała, kim jest ów gość. Z tonu głosu Spencera poznała, z˙e ta wizyta sprawi jej radość. Przymknęła oczy, a Spencer opuścił pokój. Śpiew cykad wzmógł się; te dziwaczne owady w twardych pancerzykach upodobały sobie szczególnie omszałe ga- łęzie błotnych dębów, które okalały dziedziniec po- siadłości w Garden District*. Przez otwarte okna wieczor- *Garden District – dzielnica Nowego Orleanu zbudowana przez amerykańskich protestantów w rywalizacji z francu- skimi kreolskimi katolikami. Nowy Orlean, stolica Luizjany, lez˙ący w ruchliwej delcie Missisipi, był na przełomie wieków tyglem narodów i ras. Dlatego słowo Kreol moz˙e oznaczać wiele rzeczy. Historycznie – francuskojęzycznego białego kolonistę, urodzonego juz˙ za oceanem. W tym sensie najdaw- niejsi Kreole Luizjany byli reliktem dawnej kultury francu- sko-kolonialnej, gdyz˙ ziemie te nalez˙ały pierwotnie do Fran- cji. Dopiero cesarz Napoleon sprzedał Luizjanę Ameryka- nom. Nowy Orlean zasłynął jako kolebka jazzu, który stał się wspaniałym połączeniem stylów muzyki, uprawianych przez wszystkie grupy etniczne. Czarna ludność dzieliła się na Murzynów kreolskich i amerykańskich. Ci pierwsi nie byli, jak inni Murzyni, potomkami niewolników, którzy uzyskali 11 ne powietrze przynosiło słodki aromat oliwek i pierw- szych magnolii, tłumiąc wyziewy starości i czającej się śmierci. Posłyszała kroki, lecz nie miała sił unieść powiek. Czyjaś mocna, spręz˙ysta dłoń ujęła ją za rękę. Na po- liczku poczuła czyjeś wargi. – Phillip? – wyszeptała. – Nic nie mów, Aurore. Zostanę przy tobie. A ty odpoczywaj. Tak, ten głos nalez˙ał do Phillipa, lecz przez mgnienie oka zdawało się jej, z˙e słyszy Rafe’a. Znów była młoda, znów miała przed sobą całe z˙ycie, nieobciąz˙one z˙ad- nymi postanowieniami. Zanurzona w marzeniach, po- śród dźwięcznego cykania, rozpoznała ton znajomy i bliski sercu. Phillip nucił pieśń, którą jego matka uczyniła sławną. Aurore westchnęła lekko i zapadła w sen. wolność z końcem wojny domowej pomiędzy Północą a Połu- dniem. Ich przodkowie zostali duz˙o wcześniej wyzwoleni przez bogatych plantatorów i kupców francuskich za szcze- gólne zasługi. Owi Murzyni, zwani tez˙ w Nowym Orleanie free Negros – wolni Murzyni – stanowili arystokrację swojej rasy. Przyswoili sobie francuską kulturę, a wielu dorobiło się majątków (przyp. red.). ROZDZIAŁ PIERWSZY Wrzesień, 1965 Młody człowiek, którego Dawn Gerritsen zabrała z szosy tuz˙ za Nowym Orleanem, wyglądał jak włóczę- ga. Nie odbiegał stylem od większości studentów, którzy tego lata wałęsali się autostopem po świecie. Miał zaniedbane, nieumyte włosy, a jego ubiór pasował po trosze bezdomnemu poecie, po trosze cyrkowcowi. Trzeba przyznać, z˙e nie przypominał ani wymocz- kowatego fana Beatlesów, ani opalonego na brąz, upra- wiającego surfing bubka z kalifornijskiej plaz˙y, słucha- jącego Beach Boysów. W poprzednim roku, kiedy podróz˙owała z zespołami rockowymi po Europie, napa- trzyła się do syta na typki rozmaitego autoramentu, umiała więc rozróz˙nić poszczególne ich odmiany. Twarz autostopowicza pokrywały piegi, a jego oczy miały odcień spadziowego miodu. Kiedy pozdrowił ją swojskim ,,sie masz!’’, miała ochotę wywlec go na pozła- caną słonecznymi cętkami groblę i tam kazać powtarzać bez końca ten cudownie brzmiący zwrot, by upewnić się, z˙e oto znowu znalazła się na głębokim Południu. 13 Nigdzie go jednak nie zaciągnęła. Nie zapamiętała nawet jego imienia. Jej myśli pochłonięte była innymi sprawami niz˙ doraźne przygody czy powaz˙ne związki. Po trzech pouczających latach w Berkeley dała sobie spokój z miłością, patriotyzmem, religią, seksem i wiecz- ną pomyślnością. To, co przez˙yła, kazało jej podcho- dzić do męz˙czyzn z rezerwą, gdyby zaś nawet nie było w niej w tej chwili z˙adnych uprzedzeń, powód, dla którego była w drodze, z pewnością nie pozwoliłby jej na jakąkolwiek miłostkę. Nie teraz. Na szczęście autostopowicz takz˙e nie wydawał się skłonny do poufałości. Wyraźnie bardziej absorbował go schowek na rękawiczki, gdzie trzymała wałówkę, oraz wskazówka szybkościomierza, totez˙ Dawn wkrót- ce zapomniała, z˙e w ogóle ktoś obok niej siedzi. Dojez˙dz˙ali właśnie do Cut Off, kiedy nachyliła się i sięgnęła ręką, by włączyć radio. Do pełnej godziny brakowało dwudziestu pięciu minut, trafiła więc na końcówkę nadawanego o wpół do szóstej serwisu infor- macyjnego. – A w dalszych wiadomościach... – zapowiadał ujmującym barytonem spiker – senator Ferris Lee Gerritsen, prezes międzynarodowej korporacji Gulf Coast Shipping z siedzibą w Nowym Orleanie, oświad- czył, z˙e koncern postanowił przekazać miastu część terenów połoz˙onych wzdłuz˙ rzeki, gdzie powstać ma park upamiętniający rodziców senatora, Henry’ego i Aurore Gerritsenów. Jak juz˙ podawaliśmy, pani Ger- ritsen zmarła w zeszłym tygodniu, a senator Gerritsen jest jedynym z˙yjącym dzieckiem tej pary. Jego brat, ksiądz Hugh Gerritsen, został zabity podczas zamie- szek, jakie wybuchły w obronie praw obywatelskich 14 w Bonne Chance latem ubiegłego roku. Jak się po- wszechnie przypuszcza, senator będzie ubiegał się o fo- tel gubernatora w 1968 roku... Choć słońce chyliło się ku zachodowi, Dawn, zdmuch- nąwszy uprzednio spadającą na oczy gęstą grzywkę, nałoz˙yła słoneczne okulary, które wyjęła szybko z prze- gródki. Kiedy oparła się znowu o zagłówek, poczuła na gołym udzie ciepło dłoni. Szybkim rzutem oka upe- wniła się, z˙e pasaz˙er wpatruje się w nią taksującym, nieco poufałym spojrzeniem. Uśmiechnął się i przesunął dłoń wyz˙ej. – Nazywasz się Gerritsen. To twój krewny? – Tracisz czas – odparła. – Nie mam nic lepszego do roboty. Zjechała na pobocze. Zaczął mz˙yć deszczyk, za- powiadano ulewę, lecz powzięła juz˙ postanowienie. – Wynocha. Czas poszukać innej okazji. – Nie wygłupiaj się. Rusz wyobraźnią, moglibyśmy się nieźle zabawić. – Dech by ci zaparło, gdybyś wiedział, jak bujną mam wyobraźnię. Klnąc pod nosem, cofnął dłoń, chwycił płócienną torbę i zatrzasnął za sobą drzwiczki, a ona wyjechała z powrotem na szosę. Została sama. Pechowego intruza nie było juz˙ w sa- mochodzie. Nie było nikogo, kto by jej towarzyszył i nikogo, kto mógłby zagłuszyć natrętne myśli, jakie dręczyły ją od chwili, gdy poznała ostatnią wolę zmarłej babki. Oto Aurore Le Danois Gerritsen zaz˙ądała na łoz˙u śmierci, by jej testament ogłoszono podczas rodzinnego zjazdu w letnim domu na Grand Isle. To właśnie z tego powodu Dawn była w drodze. 15 Kiedy ostatnim razem przemierzała trasę między Nowym Orleanem a Grand Isle, była świez˙o upieczo- nym kierowcą, z rocznym zaledwie prawem jazdy. W tej bagiennej okolicy, gdzie woda i ląd nieprzerwanie stają do walki o to, kto nad kim weźmie górę, przeszła wówczas prawdziwy chrzest bojowy. Siedząca obok niej babka nie uznała za stosowne przestrzec ją wcześ- niej przed rozmaitymi niebezpieczeństwami czyhający- mi na drodze – niezliczoną ilością zmurszałych most- ków, z których kaz˙dy mógł spuścić auto w mroczną głębię rozlewiska Bayou* Lafourche, przed nierzadki- mi odcinkami, gdzie powierzchnia szosy zalewana była wodą, ani wreszcie przed licznymi pułapkami, zastawia- nymi na niedoświadczonych kierowców wzdłuz˙ drogi w maleńkich miasteczkach, które zasilały tym sposo- bem swoje skarbce. Babka beztrosko gawędziła o tym i owym i zachowywała się jak na niedzielnej przejaz˙dz˙- ce. Kiedy zaś później kuśtykała z trudem w stronę chaty, podtrzymująca ją Dawn zdała sobie sprawę, z˙e prawa noga zesztywniała jej od ciągłego balansowania między pedałem gazu a hamulcem. To wspomnienie niespodziewanie ścisnęło jej gard- ło. Aurore nie była typem miłej babuleńki, która nie budzi z˙adnych kontrowersji, jednak Dawn szano- wała ją i kochała, totez˙ nigdy pewnie nie czułaby się w pełni gotowa na jej śmierć. Gdy ta zabrała wreszcie Aurore, Dawn poczuła się tak, jakby zabrano jej cząstkę własnej toz˙samości. Dopiero teraz, moz˙e odrobinę za późno, uświadomiła sobie, z˙e babka trzyma *Bayou – w dialekcie z Luizjany – określenie rozlewiska bagiennej, rzecznej delty (przyp. tłum.). 16 w rękach wszystkie nitki jej losu i pociąga za nie ze zręcznością palców Donatella. Jakaś cząstka Dawn zniknęła bezpowrotnie juz˙ wcześniej – wraz ze śmiercią wuja. Radiowy komuni- kat jedynie mimochodem napomykał o śmierci Hugh Gerritsena, bowiem wydarzenie dawno juz˙ zostało omówione, skomentowane i ,,wyciśnięte’’ przez me- dia z dziennikarskiej atrakcyjności. Dawn nie od- łoz˙yła jednak tego faktu do archiwum. Ojciec Hugh Gerritsen był w Luizjanie postacią niepospolitą – wy- trwałym głosicielem religijnych cnót, które niezłom- nie wcielał w z˙ycie. Dla niej zaś był po prostu wujem Hugh, człowiekiem, który dostrzegał wszystko to, co było w niej dobre, i uczył ją trudnej sztuki balan- sowania między stawianiem sobie wymagań a samo- akceptacją. Dwa zgony w ciągu dwóch lat. Jedyni Gerritsenowie, którzy byli jej bliscy, odeszli z tego świata. Kto pozo- stał? Kto teraz będzie ją kochał, bezinteresownie, bez- warunkowo i szczerze? Potrząsnęła głową, a potem podkręciła gałkę radia i zmusiła się, by zawtórować Smokey Robinson and Miracles w jakimś wesolutkim refrenie. Godzinę później przekraczała ostatni most. Grand Isle, poza niewielkimi korektami dokonywanymi przez Matkę Naturę, niewiele zmieniała się z biegiem lat. Przypływy i odpływy poz˙erały i wypluwały linię brze- gową, porywiste wiatry wyrywały raz na parę lat drzewa z korzeniami, a dachom nakazywały wirować w rytm huraganowych podmuchów, lecz ludzie oraz ich oby- czaje pozostały niezmienne. Choć wyspy nie wymieniano w katalogach modnych, 17 eleganckich kurortów (zapewne z racji tego, z˙e tutejsze powietrze pozbawione było górskiej świez˙ości, a piasek nie miał nic z sypkości trzcinowego cukru), Dawn kaz˙dego lata przyjez˙dz˙ała tu do Aurore. I co roku babcia cierpliwie łatała, sztukowała i nicowała pogmatwaną materię losów rodziny Gerritsenów. Tego dnia porządnie wiało, lecz wysoka fala nie odstraszyła zagorzałych wędkarzy, przycupniętych rząd- kiem wzdłuz˙ brzegu. Huragan o wdzięcznym imieniu Betsy hulał gdzieś w okolicach Florydy; gdyby dotarł do tej części Luizjany, obeznani z klęskami mieszkańcy wyspy zabezpieczyliby domy, zapakowali dobytek do samochodów i wycofaliby się stąd, zanim ktokolwiek ogłosiłby konieczność ewakuacji. Najwyraźniej jednak nikt nie spodziewał się takiego obrotu sprawy. W połowie szerokości wyspy Dawn skręciła, od- dalając się od Zatoki. Na drodze do letniego domu Gerritsenów widać było świez˙e ślady opon. Chata stała na końcu drogi, tonąc w gąszczu oleandrów, jaśminów i mirtu. Zbudowana w starym kreolskim stylu z drewna cypryśnika, stanowiła niejako nieodłączny element tu- tejszego krajobrazu, podobnie jak rosochate bagienne dęby, które ją otaczały. Dawn zastanawiała się, czy jej rodzice dotarli juz˙ na miejsce. Nie zadzwoniła do nich ani z Londynu, ani z lotniska w Nowym Orleanie, wiedząc, z˙e bez wąt- pienia będą ją namawiać do wspólnej podróz˙y na Grand Isle. Wolała tego uniknąć. Potrzebowała czasu, by od nowa przywyknąć do Luizjany. Poza tym miała juz˙ dwadzieścia trzy lata i nie pozwalała sobą komen- derować, zwłaszcza ojcu i matce. Przede wszystkim jednak musiała mieć te kilka godzin, by zastanowić się 18 nad sobą, wzmocnić i przygotować na trudne – co do tego nie miała wątpliwości – rodzinne rozmowy. Podjez˙dz˙ając do chaty, zauwaz˙yła zaparkowany pod drzewem brązowy kabriolet z kalifornijską rejestracją. Zastanawiała się, któz˙ to odbył taki szmat drogi, by wysłuchać ostatniej woli jej babki. Czy to któryś z Ger- ritsenów, czy tez˙ moz˙e ktoś z usuwanej w cień rodziny Le Danois? Zaparkowała wypoz˙yczonego pontiaka obok niezna- jomego auta, włoz˙yła przeciwdeszczową pelerynę i cza- peczkę á la John Lennon i wysiadła. Dach kabrioletu był opuszczony, zajrzała więc do wnętrza przez zaparowa- ną od deszczu szybę. Samochód niewątpliwie nalez˙ał do męz˙czyzny – rzucone na deskę rozdzielczą słonecz- ne okulary o zdecydowanej linii przypominały gogle pilota, na teczce na tylnym siedzeniu lez˙ał krawat w duz˙e wzory. Dawn otuliła się szczelniej peleryną, choć niemal roztapiała się w gęstym i gorącym powietrzu Luizjany pod okryciem zaprojektowanym przez Mary Quant na chłodne, londyńskie mz˙awki. Jej spojrzenie poszybo- wało ponad samochodem, oleandrami i krzewami jaś- minu, by spocząć na szerokiej, frontowej werandzie. Męz˙czyzna, którego nie spodziewała się juz˙ nigdy spotkać, przyglądał się jej, wsparty o kwadratową kolumienkę. Ben Townsend? W domu jej babki? Męz˙czyzna zstąpił z werandy i zbliz˙ył się do niej, nie bacząc na deszcz, który lał się z nieba na głowę. Koszula z płóciennego oksfordu i ciemne spodnie natychmiast nasiąkły wodą, a jego włosy, przetykane rozjaśnionymi od słońca pasemkami, przybrały barwę 19 starego mosiądzu. Przemoczone ubranie przylgnęło do sylwetki, która nic nie straciła ze swojej atrakcyjności przez ostatnie lata – szerokie ramiona, mocny zarys klatki piersiowej i bioder, proste, długie nogi. Dawn poprawiła daszek czapki, by woda nie lała się jej za kołnierz. Nie poruszyła się i zachowała kamienną twarz. Panowanie nad emocjami było sztuką, której nauczyła się z trudem i którą praktykowała sumiennie od czasu ich ostatniego spotkania. – Nie spodziewałaś się mnie tutaj. – Ben zatrzymał się na wprost niej, zachowując bezpieczną odległość. – Po mistrzowsku posługujesz się eufemizmami – odparła. – W porządku, jesteś wściekła, z˙e mnie widzisz. – Powiedzmy, z˙e niemile zaskoczona. – Nic na to nie poradzę. – Wzruszył ramionami. – Dostałem list z prośbą, z˙ebym się tu stawił i wysłuchał ostatniej woli twojej babci. – Ty? – Ja. – Ben wsunął ręce do kieszeni i ponownie wzruszył ramionami. Wielokrotnie widziała go w takiej pozie: nieco nonszalancki, lekko przygarbiony, stojący mocno na nogach. – Dziwi mnie, z˙e zadałeś sobie tyle trudu. Pewnie spodziewasz się natrafić tutaj na jakąś ciekawą hi- storyjkę? – Nic podobnego. Teraz jestem wydawcą i redak- torem. Nie wymyślam juz˙ historyjek, ale oceniam te, które piszą inni. Najlepsze kupuję. W ciągu poprzedniego roku Ben pracował dla nowe- go magazynu ,,Mother Lode’’, który zyskał rozgłos i znalazł poklask wśród liberalnie nastawionej kalifor- 20 nijskiej elity. Dawn czytała tylko jeden numer. Maga- zyn, z typową dla Zachodniego Wybrzez˙a bufonadą, propagował intelektualizm, niezalez˙ne myślenie i tak zwany ,,z˙yciowy kreatywizm’’. – Zawsze byłeś dobry w ferowaniu wyroków – oznajmiła. – Wygląda na to, z˙e ty równiez˙ nabrałaś wprawy w tej materii. – Nabrałam wprawy w rozmaitych dziedzinach, lecz najwidoczniej wciąz˙ nie potrafię zrozumieć własnej babki. Zachodzę w głowę, czy zaproszenie ciebie ma być wymuszoną próbą pogodzenia dawnych kochan- ków, czy tez˙ przejawem swoistego poczucia humoru. – Naprawdę przypuszczasz, z˙e twoja babka zaprosi- ła mnie tutaj, z˙eby cię zranić? – A czy istnieje inne wyjaśnienie? – Moz˙e ma to coś wspólnego z ojcem Hugh? Dawn odrzuciła włosy do tyłu. – Nie widzę z˙adnego związku. Wuj Hugh umarł rok temu. – Wiem, Dawn, kiedy to się stało. Byłem przy tym. – To prawda. Ale mnie przy tym nie było. O ile pamiętam, to właśnie było przedmiotem naszej ostatniej rozmowy. Wspomniana rozmowa odbyła się przed rokiem. W pamięci Dawn zostało po niej przejmujące wraz˙e- nie, z˙e grunt usuwa się spod jej nóg, a ona traci opar- cie i spada w głąb ciemnej czeluści. Tą czeluścią by- ło zwątpienie w świat, w ludzkie dobro, w sprawied- liwość i w miłość. Stała owego popołudnia przy szpi- talnym łóz˙ku Bena, a on opowiadał jej o śmierci wu- ja Hugh. Pokłócili się. Pielęgniarka przybiegła na 21 dźwięk podniesionych głosów, lecz szybko wycofała się bez słowa. Tymczasem Ben oskarz˙ył Dawn, z˙e wie- działa o planowanym zamachu na księdza; z˙e wiedziała, a mimo to pozwoliła, by uzbrojona hałastra wdarła się do kościoła i wykonała wyrok. – Posłuchaj, Dawn, ja tu zostaję – przerwał mil- czenie Ben. – Nie bardzo wiem, dlaczego mnie za- proszono, ale nie wyjadę, dopóki nie dowiem się kilku rzeczy. Moz˙emy być przynajmniej dla siebie uprzejmi? – Pochodzisz z Luizjany, więc wiesz, z˙e gościnność nalez˙y do tutejszej tradycji. Zdobędę się na ten wysiłek i postaram się jej nie naruszyć. Dawn przyglądała mu się jeszcze przez chwilę. Włosy miał dłuz˙sze niz˙ przed rokiem, nosił okulary w drucianej oprawce, które przydawały nieco dętego wyrazu jego twarzy. Juz˙ nie wyglądał na młodego chłopaczka, który nie radzi sobie z problemami tego świata. W wieku dwudziestu siedmiu lat wyglądał raczej na męz˙czyznę, który znalazł swoje miejsce na ziemi i na dobre się w nim umościł. Przeprowadzka z Bostonu, gdzie Ben pracował dla redakcji ,,Globe’’, do San Francisco najwyraźniej dobrze mu zrobiła. Ojciec Dawn takz˙e był męz˙czyzną, z którego emano- wała pewność siebie i świadomość z˙yciowego celu. Ciekawe, co tez˙ się wydarzy, kiedy Ferris Lee Gerritsen dowie się o zaproszeniu Bena Townsenda na Grand Isle. – Nie mam zamiaru ci się narzucać, Dawn. – Och, nie przejmuj się. Nikt nie jest w stanie niczego mi narzucić. Zostań, jeśli masz ochotę. Tylko nie spodziewaj się dalszego ciągu naszych rozmów. – A jeśli pojawią się nowe tematy, które warto będzie zakończyć? 22 Wzruszyła ramionami, po czym ostentacyjnie go ignorując, skierowała się w stronę wozu po bagaz˙. Niemal wszystko, co posiadała, zostało w Europie. Tutaj przywiozła jedynie najbardziej niezbędne rze- czy. Sięgnęła do bagaz˙nika po futerał z aparatem i podręczną torbę, zaś nieduz˙ą walizkę zostawiła w aucie. Gdzieś w oddali rozległ się burzowy grzmot, tak potęz˙ny, z˙e az˙ ziemia zadrz˙ała pod jej stopami. Duszne powietrze przesycał znajomy zapach ozonu i zgnilizny; między kamieniami i źdźbłami trawy płynęły po ziemi kręte strumyczki. Wciąz˙ lało. Kiedy Dawn się wypros- towała, Ben oddalał się aleją, usłaną muszlami ostryg. Odetchnęła z ulgą, z˙e nie musi dłuz˙ej silić się na swobodny ton, i wróciła myślami do babki. Dawn nie była pewna, co tez˙ przyciągało w to szczególne miejsce Aurore; ją samą wyspa nieodparcie nęciła i wabiła, choć niewiele miała przybyszom do zaoferowania prócz słońca, które zbyt mocno grzało, i silnych podmuchów wiatru, które nigdy nie dawały wytchnienia. Od najmłodszych lat Dawn co roku spę- dzała tu letnie miesiące, pławiąc się w miłości swojej babki. Poza tym nie robiła niczego, po prostu dorastała. Babcia zaś uczyła ją pewności siebie, poczucia dumy i własnej wartości, umiłowania prawdy. Czy wiedziała, z˙e to ona jest osobą odpowiedzialną za to, co w jej wnuczce było najlepsze? A czy sama zachowała ową dumę do końca swoich dni? Co wiedziała? Czy zdawała sobie sprawę, z˙e Dawn nie przestała jej kochać? I z˙e mimo ucieczki, po śmierci wuja wciąz˙ tęskniła za rodziną? Z˙e zakochując się przed laty w Benie Townsendzie, wcale nie opowiedziała się 23 po wrogiej stronie w wojnie, której nigdy nie potrafiła zrozumieć? A co najistotniejsze, czy babka wiedziała, z˙e Dawn, choć odgrodziła się oceanem, nigdy nie potrafiła zerwać z kimś, kogo kochała? Klimat Luizjany przypominał turecką łaźnię, co tłumaczyło po części powód, dla którego jej mieszkań- cy zdawali się nie nadąz˙ać za osiągnięciami dwudzies- tego wieku. Trudno bowiem wykrzesać w sobie pęd ku nowościom – czy pęd ku czemukolwiek – kiedy prze- grzany mózg pieni się niczym świąteczna legumina, a przesiąknięty wilgocią z˙ar bezustannie zasnuwa mgłą umysł i przyćmiewa ostrość widzenia. Przyczynę, dla której w Luizjanie rzeczy trwają zastygłe w bezruchu, moz˙na zaś było poznać najlepiej takiego dnia, jak ów właśnie, kiedy krople deszczu skwierczały niemal w rozpalonym powietrzu. Ben stał na plaz˙y i obserwował spienione fale, kołyszące pasmami wodorostów. Grand Isle była w jego przekonaniu niczym więcej jak tylko nieforemną kupą piachu, która sterczała jak palec w obscenicznym geście z wody o temperaturze moczu. Od czasu kiedy przed godziną rozstał się z Dawn, Ben zdąz˙ył pokonać niemal całą jej długość. Nie tylko Grand Isle, ale cała Luizjana nie była ulubionym miejscem Bena. Urodził się tutaj, lecz kiedy rok temu omal nie wyzionął ducha w Bonne Chance, stracił sentyment do tego stanu i jego mieszkańców. Trudno się dziwić, skoro był świadkiem, jak zgraja bi- gotów strzela do człowieka, przed którym raczej powin- na klękać, a potem zostawia go, by się wykrwawił. 24 Gdzie teraz jest ojciec Hugh Gerritsen? Ben nie wierzył w niebo, jeśli zaś chodzi o piekło, to wątpił, czy moz˙e być gorsze od Luizjany. Gdzie więc jest? Co się z nim stało, kiedy juz˙ upadł na ziemię, wykrwawił się i przestał oddychać? Moz˙e zstąpił znowu na ziemię i teraz przechadza się gdzieś, szykując się, by odpłacić ludzkiemu bestialstwu? Co ojciec Hugh pomyślałby o swojej bratanicy? Pewnie zechciałby ją wyspowiadać, gdyby tylko ją zobaczył. Z nogami długimi az˙ po szyję, rudobrązowy- mi włosami muskającymi koniuszki piersi widocznych pod mokrą bluzką, w podkasanej kwiecistej bluzeczce i modnej minispódniczce wyglądała jak współczesna Ewa-kusicielka, która niejednego juz˙ nieszczęśnika sprowadziła na złą drogę. I to spojrzenie – harde, zuchwałe, prowokujące. Patrzyła mu prosto w oczy, jak gdyby nigdy nie był jej kochankiem. Jak gdyby nigdy nie oskarz˙ył jej o udział w zamordowaniu wuja. Zdawał sobie sprawę, z˙e jego widok prawdopodob- nie ją zaszokuje, a osłupienie moz˙e przemienić się w gniew. Lecz nie oczekiwał tak lodowatej impertynen- cji, tak nieprzejednanej zawziętości. Cokolwiek plano- wała dla nich Aurore Gerritsen, nie zamierzała chyba jątrzyć zadawnionych uraz ani wyrównywać rachun- ków między parą, która swego czasu darzyła się szacun- kiem i miłością. Przeniósł wzrok z mętnej wody na rybaków mocują- cych się z siecią, cięz˙ką od połyskliwych, trzepoczą- cych się ryb. Ich łódź chwiała się i kołysała, kiedy wciągali sieć na pokład, a potem opróz˙niali jej zawar- instynktowną tość. Ben skrzywił się, czując nagłą, 25 sympatię do tych nieszczęsnych, szamoczących się stworzeń, ostatkiem tchu zmagających się z siłą, której nie były w stanie pojąć. On czuł się podobnie – jak w sieci. Nie rozumiał Dawn ani przyczyn, dla których jej babka sprowadziła go w to miejsce. Nie rozumiał, jakiez˙ to nieubłagane, tajemnicze fatum zawisło nad Gerritsenami. A co gor- sza, nie potrafił, podobnie jak owe ryby, walczyć z niewidzialnym wrogiem. Skryte za burzowymi chmurami słońce przebłys- kiwało tuz˙ nad horyzontem, jednak nadzieja na to, z˙e się rozpogodzi, była złudna. Pewnie po krótkiej przerwie zaraz znowu zacznie padać. Cóz˙, pora wracać do domku Gerritsenów, pomyślał Ben. Zostawił Dawn dostatecz- nie duz˙o czasu, by zdąz˙yła przywyknąć do myśli, z˙e znowu pojawił się w jej z˙yciu. Tymczasem zapewne przyjechali juz˙ jej rodzice oraz inni zaproszeni goście. Piach chrzęścił mu pod stopami, kiedy przedzierał się przez plaz˙ę, a potem przez kilkumetrowy pas przy- brzez˙nych zarośli i morskich traw. Powietrze było wilgotne i pachniało morzem. Zza pleców dobiegał go przenikliwy krzyk mew, biesiadujących nad reszt- kami porzuconych ryb. Tak jak się spodziewał, zaczęło siąpić. Rzęsista ulewa złapała go, gdy był w połowie drogi do chaty. Nie miał ochoty znowu przemoknąć do suchej nitki, więc postanowił schronić się w jednym ze sklepi- ków, które ustawione wzdłuz˙ szosy dzielącej wyspę na pół, wytrwale czekały przez całe lato na z rzadka pojawiających się klientów. Do drewnianego budynku, nie większego niz˙ garaz˙ na trzy samochody, prowadziło dziesięć schodków. 26 Wnętrze zajmowały lady i półki rozstawione tak, by zostawić dwa wąskie przejścia. Jednakz˙e jego uwagę przykuła nie aranz˙acja wnętrza, lecz obecni w środku męz˙czyźni. Sprzedawca niedbale rozparł się na kontuarze. Był łysiejącym, przygarbionym męz˙czyzną o wydatnym brzuchu i poz˙ółkłych od tytoniu końskich zębach. Na oko pięćdziesięcioletni, zdawał się pewny swego, a do młodzieńca stojącego po drugiej stronie lady zwracał się tonem protekcjonalnej wyz˙szości: – No cóz˙, chłopcze. Moz˙e wiem, gdzie to jest, a moz˙e nie wiem. Zalez˙y, do czego ci ta wiadomość. Nie bardzo kapuję, po kiego diabła jakiś czarnuch miałby szukać domu senatora Gerritsena, chyba z˙e coś brzyd- kiego chodzi po mu głowie... Ben obserwował sytuację od progu, czekając na reakcję młodego męz˙czyzny. Rozpoznał go od razu – znał Phillipa Benedicta i wiele mu zawdzięczał. Ten zaś przechylił się przez kontuar, zmruz˙ył oczy i wyce- dził, patrząc w twarz sprzedawcy: – Słuchaj no, ty coon-ass*. Wysil swój rozumek i odpowiedz sobie na pytanie: czy gdybym chciał zabić *Coon-ass – w wolnym tłumaczeniu dupa rakuna – pogard- liwe przezwisko uz˙ywane w stosunku do Akadyjczyków, którzy – wygnani przez Anglików po przejęciu w 1755 roku Akadii, francuskiej kolonii na terytorium kanadyjskiej Nowej Szkocji – osiedlili się m.in. w południowej Luizjanie, w krai- nie wielkich mokradeł bayou. Kreole nazywali ich Cajoons, uwaz˙ali za prostaków i odmieńców, posługujących się prze- dziwną mieszaniną języków europejskich i miejscowych narzeczy. Stanowią największą francuskojęzyczną mniej- szość w Stanach Zjednoczonych (przyp. tłum.). 27 senatora Gerritsena, pytałbym cię o drogę, z˙ebyś mógł mnie potem rozpoznać? Sprzedawca dźwignął się z lady i wypręz˙ył na całą swoją wysokość. I tak jednak brakowało mu co najmniej dwudziestu centymetrów, by dorównać mierzącemu jakieś metr dziewięćdziesiąt Phillipowi. Inna sprawa, z˙e brakowało mu czegoś więcej niz˙ tylko tych dwudziestu centymetrów. – Wynocha z mojego sklepu! – podniósł głos. – I to juz˙! Pilnuj własnej dupy, czarnuchu, z˙eby ci się coś nie przytrafiło! Jak będziesz taki wygadany, to któregoś dnia będziesz pływał buźką w dół! Phillip miał piękne dłonie, szerokie, o długich pal- cach. Jedna z nich schwyciła koszulę sprzedawcy i zacis- nęła się mocno na jego szyi. – Tylko ktoś naprawdę przebiegły i sprytny moz˙e mnie podejść, a nie taki łajza i ględoła jak ty. Rozpusz- czasz jadaczkę, z˙e słychać cię na kilometr. Więc lepiej sam się pilnuj, bo mogę cię dopaść, kiedy będziesz nawijał. Rozluźnił uchwyt i pchnął sprzedawcę do tyłu. Potem odwrócił się, a jego wzrok napotkał spojrzenie Bena. Przez moment zamarł bez ruchu. – Dupa rakuna? – zagadnął Ben. – Nie ja to wymyśliłem. Choć z˙ałuję... Ben zerknął na sprzedawcę, który chował się pod ścianą, i oznajmił z udawaną powagą: – Tak, tak. Ten czarny to prawdziwy skurczybyk. Zjada białasów na śniadanie, obiad i kolację. A na dodatek to kumpel Gerritsenów. Lepiej trzymać się od niego z daleka. – Obaj się wynoście! 28 – Chamstwo nie przysporzy ci klientów, dobry czło- wieku. – Ben wybrał sobie czekoladowy batonik i wy- szperał z kieszeni drobne, które połoz˙ył na ladzie. – Chcesz coś, Benedict? – Jasne, głowę jakiegoś białasa podaną na tacy. – Tutaj nie sprzedają. – Ben objął Phillipa ramie- niem. – Chodź, zobaczymy w sklepie obok. Kiedy znaleźli się na zewnątrz, sarknął zgryźliwie: – Świetny pomysł – łazić sobie pomiędzy białymi i rozpytywać ich o drogę. Tutaj, w Luizjanie! Nie masz samochodu, do cholery? – Przeciez˙ nie przyjechałem autostopem. – No to ruszajmy. Wsiedli do auta, Phillip wyprowadził je na szosę i zaczęli jechać we wskazanym przez Bena kierunku. Przez jakiś czas milczeli, póki Phillip, skręciwszy w boczną drogę, nie zaparkował przed katolickim kościołem. Wówczas odezwał się pierwszy. – Słońce zachodzi, białasie. Lepiej niech z˙adne luizjańskie czarnuchy, agitatorzy i kto tam jeszcze nie wyściubiają nosa z domu. Dobrze pojąłem twoją lekcję? – Co tu, do diabła, robisz? – Ciebie mógłbym zapytać o to samo. No właśnie, Ben przestawał cokolwiek rozumieć z tego, co dzieje się na tej cholernej wyspie. Od początku nie miał ochoty tu przyjez˙dz˙ać. Popatrzył na przyjaciela i wzruszył ramionami. Phil- lip Benedict był znanym dziennikarzem, cenionym za wnikliwe komentarze i cięte pióro. Jego pozycja i doko- nania były niekwestionowane, przynajmniej na Wscho- dnim Wybrzez˙u, lecz kolor skóry i poglądy na temat 29 podziałów rasowych wykluczały go z towarzystwa oświeconych członków Ivy League*. Phillip opisywał batalię o prawa obywatelskie z wer- wą wojennego korespondenta; zarówno wywiady z Mar- tinem Lutherem Kingiem, jak podsumowanie dokonań późnego okresu z˙ycia Malcolma X** nosiły cechy relacji z pola bitwy. Czasami denerwował Bena swoim ideolo- gicznym zapałem, ale najczęściej, niestety, miał rację. Obaj męz˙czyźni polubili się przed laty przy pierw- szym spotkaniu w Nowym Jorku. Mieli wspólnie praco- wać nad pewnym tematem. Ben był wtedy począt- kującym reporterem tuz˙ po studiach, Phillip miał juz˙ status doświadczonego publicysty. Całą noc spędzili w barze na Lower East Side z kilkoma innymi dzien- nikarzami, potem spotykali się wielokrotnie, później zaś, po publikacji, która okazała się wspólnym suk- cesem, Phillip wziął Bena pod swoje skrzydła. W na- stępnych latach nie mieli zbyt wiele okazji do dłuz˙szych pogawędek, a przez ostatni rok w ogóle się nie widzieli. Z˙ycie i kariera powiodły ich odmiennymi ściez˙kami. – Nie jestem do końca pewien, w jakim celu tu przyjechałem – zaczął Ben. – Zaproszono mnie na odczytanie pewnego testamentu. A ty? – Mnie chyba tez˙. Aurore Gerritsen była intrygującą staruszką, nie sądzisz? Ben oparł się plecami o drzwiczki samochodu. * Ivy League – Liga Bluszczowa, elitarna organizacja amerykańskich uniwersytetów, np. Harvard, Yale (przyp. tłum.). ** Malcolm X – radykalny działacz amerykańskiego ruchu murzyńskiego w latach 60. (przyp. tłum.). 30 Z konwersacji w sklepie wywnioskował, z˙e obecność Phillipa na Grand Isle wiąz˙e się w jakiś sposób z rodziną Gerritsenów, a tego się nie spodziewał. Juz˙ prędzej skłonny był przypuszczać, z˙e Phillip poluje na jakiś temat. Znów spojrzał na niego podejrzliwie. We włosach Phillipa i w zagłębieniach ciemnych policzków lśniły krople deszczu. Incydent ze sklepikarzem nie wytrącił go z równowagi. Wręcz przeciwnie – Phillip wyglądał jak człowiek, który jest gotów przyjąć nowe wyzwania. – Dziwna sprawa – znów odezwał się Ben. – Cieka- we, co ty masz z tym wszystkim wspólnego. – Wybacz, stary – uśmiechnął się Phillip – ale na razie ci tego nie powiem. Na razie przyjmijmy, z˙e jestem przyjacielem rodziny. – Słuchaj, pomogłem ci uratować tyłek. Powiedz staremu przyjacielowi, jaki jest prawdziwy powód? – Bawisz się w snucie teorii? Zz˙era cię dziennikar- ska ciekawość? – Mnie? Prędzej ciebie bym o to posądzał. Zwącha- łeś temat, przyjez˙dz˙asz na tę wyspę w dniu rodzinnego zjazdu Gerritsenów, tarmosisz tubylców, z˙eby wyciąg- nąć od nich informacje... Phillip nawet się nie uśmiechnął. Przyglądał się tylko uwaz˙nie Benowi, kiedy zaś się odezwał, ani słowem nie nawiązał do wygłoszonej przez przyjaciela wypowiedzi: – Domyślasz się, po co cię zaproszono? – Moz˙e. Co wiesz o Gerritsenach? – Ben sięgnął do kieszonki koszuli i wyjął baton, który kupił w sklepie. Zdarł opakowanie, przełamał go na pół i połówkę chciał wręczyć Phillipowi. 31 Phillip potrząsnął głową. – Wiem tyle, ile mi powiedziano. – A co wiesz o ojcu Hugh Gerritsenie? – dopytywał Ben. – Wiem, z˙e w zeszłym roku został zabity. W Bonne Chance, niedaleko stąd. – Phillip wskazał kciukiem kierunek przez ramię. – Taa... Krótka przejaz˙dz˙ka łódką albo cholerny kawał drogi samochodem. Urodziłem się tam. Czasem budzę się w nocy i wydaje mi się, z˙e wróciłem. Czuję z˙ar i piekielną wilgoć, czyli znowu jestem w Bonne Chance. – Byłeś tam, jak go zabili, prawda? Bena nie zaskoczył fakt, z˙e Phillip o tym wiedział. Nigdy na ten temat nie rozmawiali, ale dramatyczne wydarzenia w Bonne Chance szeroko relacjonowano w prasie. – Tak, byłem – potwierdził. – Ale to nie wszystko. Jego bratanica i ja... – wzruszył ramionami. – Byliśmy z Dawn dość blisko. – Doprawdy? – Mhm. Poza tym nie widzę z˙adnych innych powo- dów, dla których mnie zaproszono. Wiem tylko, z˙e tu przyjechałem, jestem i mam zamiar zostać. – Ja tez˙. – Ale nie powiesz mi, po co zaproszono ciebie? – Nie jestem pewien, po co. – A ja nie jestem pewien, czy to prawda. Chyba masz jakąś hipotezę. – Poznałem panią Gerritsen pod koniec jej z˙ycia. Moz˙e to ma coś wspólnego z tym zaproszeniem. – Ktoś jeszcze ma przyjechać, kogo znasz? 32 – Tak – Phillip uśmiechnął się przelotnie – moja matka i ojczym. Ben wydał przeciągły gwizd. Nigdy nie poznał rodziców Phillipa, ale setki razy słyszał nagrania jego matki. Nicky Valentine była słynną śpiewaczką jaz- zową i bluesową, właścicielką nocnego klubu w No- wym Orleanie. – Dostali zaproszenie tego samego dnia co ja – do- dał Phillip. – Hm, w takim razie zapowiada się bardzo inte- resujące spotkanie. Znacznie bardziej interesujące, niz˙ przypuszczałem. Zwłaszcza dla senatora i jego z˙ony. Słuchaj, stary – nachylił się do przyjaciela – załoz˙ę się, z˙e to co usłyszymy, to będzie bomba. Cokolwiek by to było, na pewno nie będziemy się nudzić. – Na pewno. – O rany, szykuje się niezłe przedstawienie. Biali i czarni w jednym korowodzie w takt pieśni staruszki... Phillip milczał z powaz˙ną miną, więc i Ben przestał mówić, czując się nagle głupio z powodu swej eks- cytacji. – To co, jedziemy? – rzucił tylko, a wówczas Phillip uruchomił silnik i wyjechali powoli na szosę. Deszcz niemal ustał, lecz ołowiane chmury wciąz˙ przesłaniały niebo. Dobra pogoda na czytanie testamen- tu, pomyślał Ben i zagłębił się w domysłach, kogo jeszcze i z jakiego powodu ujrzy w letnim domu Aurore Le Danois Gerritsen. Cokolwiek jednak by się stało, jedna kwestia nie ulegała dlań wątpliwości – ta tajem- nicza dama z pewnością była osobą, z którą nalez˙ało się liczyć. Nawet po śmierci potrafiła postawić na swoim. ROZDZIAŁ DRUGI W wieku siedemdziesięciu czterech lat Spencer St. Amant nie miał z˙adnych powaz˙niejszych zmartwień poza obawą, z˙e burza moz˙e zniweczyć mu plany popołudniowej przechadzki po Esplanade Avenue. Nie cierpiał z powodu swego wieku. Podczas gdy jego przyjaciele w Pickwick Club bezustannie rozprawiali o przeszłości, Spencer zaszywał się w swojej kancelarii na Canal Street, by rozplanować zajęcia świez˙o upie- czonym absolwentom prawa, którzy biegali po mieście, zbierając dla niego informacje. Swego czasu, jakieś dziesięć lat wcześniej, rozwaz˙ał ewentualność przejścia na emeryturę. Przemyślał tę decyzję w restauracji u Arnauda, między musem z kre- wetek a panierowanym pstrągiem. Kiedy ostatni kęs ryby zniknął z talerza, Spencer pospieszył do biura, by oznajmić swojemu personelowi, z˙e natychmiast nalez˙y połoz˙yć kres wszelkim zakusom na jego stanowisko. Póki nie padnie na biurko z głową w tomach kodeksu cywilnego, póty będzie sprawował swoją funkcję. Spencer wątpił, by ktokolwiek domyślał się praw- dziwej przyczyny owej decyzji. Tylko on wiedział, z˙e 34 ani nie zaprzedał duszy prawu, ani nie pociągało go rozstrzyganie sporów, ani nie tęsknił za ekspertyzami, poradami i mediacjami. Prawdę mówiąc, wcale nie chciał zostać prawnikiem. W młodości pragnął latać. Marzył o tym, by wzbijać się ponad chmury, jak bracia Wright, i oglądać z wysokości przestworzy odległe zakątki świata. Zamiast tego pozostał na ziemi, wypeł- niając rodzinne zobowiązania. Z obowiązku wobec dawno zmarłych przodków wywiązał się juz˙ przed laty. Lecz wciąz˙ poczuwał się do powinności wobec kobiety, którą kochał. Aurore Gerrit- sen nigdy nie zdawała sobie sprawy, z˙e Spencer kon- tynuował praktykę prawniczą, aby być blisko niej. Teraz Aurore juz˙ nie z˙yła, gdyby jednak jej serce wciąz˙ biło, nie wyjawiłby jej tej prawdy. Niczego by to między nimi nie zmieniło, bowiem Aurore mogła być dla Spencera tylko przyjaciółką, nikim więcej. Teraz spoczywał na nim ostatni obowiązek wobec ukochanej – obowiązek wypełnienia jej ostatniej woli. Mimo deszczu, do chaty Gerritsenów podąz˙ał z wol- na. Przypomniał sobie swój pierwszy lot aeroplanem. Lotniskiem było pole kukurydzy, wiał silny wiatr, słońce właśnie podniosło się znad horyzontu. Kiedy kruchy, dwuosobowy samolocik zaczął się unosić, rzu- cało nim na wszystkie strony. Minęło wiele lat, nazbyt wiele, by je zliczyć, ale Spencerowi głęboko wrył się w pamięć ów moment przeraz˙enia, kiedy uświadomił sobie, z˙e wraz ze startem samolotu zostało puszczone w ruch coś jeszcze, czego nie sposób było zatrzymać, a co mogło odmienić całe jego z˙ycie. Zatrzymał się na ganku i zapukał do frontowych drzwi. Na odgłos zbliz˙ających się kroków skinął ręką 35 kierowcy, który postawił walizkę przy wejściu, ukłonił się, a potem wskoczył do auta i odjechał. Spencer starał się trzymać prosto, co przy jego wieku i samopoczuciu zakrawało na bohaterski wyczyn. Kiedy na progu stanę- ła Pelichere Landry, odstąpił o krok, jakby czując respekt przed jej tęgą, przysadzistą sylwetką. Pelichere miała ciemne włosy, odziedziczone po akadyjskich przodkach, czujny wzrok i łagodne serce. Ona, a przed- tem jej matka, zajmowały się rodziną Gerritsenów od niepamiętnych czasów. – Cieszę się, z˙e cię widzę – powiedział. – Nie byłem pewien, kogo tu zastanę. – No tak – westchnęła. – Póki co, wciąz˙ tu jestem. – Cofnęła się odrobinę, by lepiej mu się przyjrzeć. – Czuję się dobrze – powiedział, dostrzegłszy troskę w jej spojrzeniu. – Ale coś pan za dobrze nie wygląda. – Powiedz mi lepiej, kto przyjechał. Chciałbym uniknąć niespodzianek. – Dawn jest juz˙ na górze, w pokoju. Dałam jej jeść. Ben Townsend tez˙ przyjechał, ale gdzieś sobie poszedł. – Na pewno wróci. – Duz˙o ich jeszcze się nazjez˙dz˙a? – Duz˙o – powiedział Spencer. – Ano – Pelichere westchnęła z rezygnacją – Aurore zawsze umiała postawić na swoim. Pewnie uznała, z˙e tak będzie najlepiej. – Schyliła się po walizkę i dodała: – Pokój jest wysprzątany, a jak pan chce kawy, to jest w kuchni. Spencer uśmiechnął się z wdzięcznością, jednak warkot silnika rozwiał w jednej chwili kuszącą wizję odpoczynku przy parującej filiz˙ance. Odwrócili się 36 oboje z Pelichere i patrzyli, jak ciemny lśniący lincoln zatrzymuje się pod jednym z rozłoz˙ystych dębów. – Senator – oznajmił Spencer, choć Pelichere zape- wne sama się tego domyśliła. – No to ja się biorę za ryby. Drzwi zamknęły się z trzaskiem i na niego spadł obowiązek powitania Ferrisa i Cappy Gerritsenów. Ferris Lee Gerritsen nie był przystojnym męz˙czyzną, w kaz˙dym razie nie w klasycznym znaczeniu tego słowa. Szeroki w ramionach, o wypukłej klatce piersio- wej, miał wysokie czoło i gęste siwe włosy, wymagają- ce starannego strzyz˙enia. Jego nos doznał wielokrot- nych kontuzji, a impertynencki zarys policzków spro- wokował niejeden cios. Lecz jakiez˙ znaczenie miał kształt nosa czy zarys szczęki wobec magnetyzującej osobowości? Oczy se- natora pałały patriotycznym z˙arem, a władczy, donośny głos potrafił smagać i powalać. Jego charyzma, w połą- czeniu z niezwykłym wyczuciem oczekiwań i potrzeb wyborców, mogła zaprowadzić go prosto na fotel gube- rnatora w 1968 roku. Jego z˙ona, Cappy Gerritsen, uchodziła za kobietę kapryśną i humorzastą. Z pewnością nie brakowało jej elegancji; teraz na przykład ubrana była w strój od- powiedni bardziej na popołudniową partyjkę brydz˙a lub salonowe ploteczki niz˙ na czytanie rodzinnego tes- tamentu – szykowna, luźna suknia z białego lnu miała stosowną długość tuz˙ nad kolana, pantofelki zwracały uwagę modnymi noskami, zaś gustowna biz˙uteria dos- konale podkreślała złocisty odcień jej blond włosów. Ferris nie tracił czasu na uprzejmości. Zaczął mówić, nim dotarł do ganku, wyraźnie niezadowolony 37 z powodu konieczności przyjazdu w tak trudno dostęp- ne miejsce: – Przystąpmy od razu do interesów, póki nie zmyje nas stąd do samego piekła. – Wysłuchałem po drodze prognozy – uspokoił go Spencer. – Chyba nie będzie tak źle. – Kilkakrotnie próbowałem pana złapać w ostatnich dniach. – Doprawdy? – Spencer wiedział, z˙e ,,kilkakrotnie’’ oznacza najwyz˙ej dwa razy. – Nie rozumiem, w czym rzecz. Miałem być w tym tygodniu w Baton Rouge, musiałem odwołać spotkanie. Nie moz˙na było odczytać testamentu w Nowym Or- leanie? – Wytłumaczę to, kiedy wszyscy się zbierzemy. Serdeczność Ferrisa wyraźnie przygasła. – Wszyscy? To znaczy kogo mamy się jeszcze spodziewać? – Moz˙e przyjechała nasza córka – wtrąciła cierpko Cappy. – Tak, Dawn jest tutaj, choć jeszcze jej nie widzia- łem – potwierdził Spencer. – Cóz˙, przypomniała sobie, z˙e ma rodzinę. – Cappy, na miłość boską – uciszył z˙onę Ferris, a potem znów przeniósł spojrzenie na Spencera. – Czy mógłbym się wreszcie dowiedzieć, o co tu chodzi? – Spełniam z˙yczenie pańskiej matki. To wszystko, co w tej chwili mam do powiedzenia. – Jak to wszystko? – Ferris zmarszczył brwi. – Chce pan powiedzieć... – nie dokończył, a jego spojrzenie przeniosło się z twarzy Spencera na aleję, skąd nadjez˙- 38 dz˙ało właśnie niewielkie auto, jeden z tych nowych modeli wyprodukowanych w Detroit. Spencer miał ochotę usiąść. Usiąść i odpocząć. Zapragnął tez˙ szklaneczki musującego ramos*, choć dawno juz˙ wziął rozbrat z podobnymi pokusami. – A to kto? – zapytał Ferris. Samochód zatrzymał się i po chwili zza kierownicy wysiadł wysoki, przystojny męz˙czyzna. Z wyraźną ulgą rozprostował kości, po czym zatrzasnął drzwi i rozejrzał się z zainteresowaniem wokół siebie. Jednak Ferris zwrócił najpierw uwagę na jego pa- saz˙era. – Ben Townsend? – zdziwił się na widok młodzień- ca, który nosił się z właściwą jego wiekowi bezceremo- nialną swobodą. Postąpił ku niemu kilka kroków, ten zaś wepchnął ręce do kieszeni i odezwał się, zanim Ferris zdąz˙ył otworzyć usta: – Dobry wieczór, senatorze. – Wie pan, z˙e nie jest pan tu mile widziany – wyce- dził Ferris. – Pański... przyjaciel równiez˙. Spencer zszedł z ganku, uprzedzając odpowiedź Bena. Wyciągnął dłoń do Phillipa Benedicta, potem podał rękę Benowi Townsendowi. – Witam panów. Nazywam się Spencer St. Amant i jestem... właściwie byłem... adwokatem Aurore Ger- ritsen. Dziękuję, z˙e przyjechaliście. – Dosyć tego przedstawienia – z˙achnął się Ferris. – Chcę wiedzieć, co tu jest grane. * Ramos – miksowany koktajl z dz˙inu, białka, cytryny, soku limonki, cukru i pomarańczy; podawany z odrobiną wody sodowej w wysokiej szklance (przyp. tłum.). 39 – Powiem panu, co jest grane, senatorze – odezwał się Phillip z ujmującym uśmiechem. – Nazywam się Phillip Benedict. Pańska matka zaprosiła nas, abyśmy wysłuchali jej ostatniej woli. Skoro reprezentuje pan ją na tym łez padole, zapewne zechce pan, byśmy poczuli się jak u siebie w domu. – W tym domu nie jesteście u siebie. – Jako prawnik pana matki, witam Bena i Phillipa w jej imieniu. Są jej gośćmi – wtrącił się Spencer i odwrócił się od senatorskiej pary, dając do zrozumie- nia, z˙e tę kwestię uwaz˙a za zamkniętą. – Co prawda przyjechałem dopiero przed chwilą, ale o ile wiem, pokoje dla was są przygotowane. Warkot kolejnego auta zagłuszył odpowiedź Phil- lipa. Obaj z Benem odwrócili się ciekawi, kto przybywa tym razem. Ferris i Cappy równiez˙ oczekiwali na pojawienie się pasaz˙erów najnowszego modelu luk- susowego thunderbirda. Kiedy zaś samochód zatrzymał się wreszcie obok Phillipa i wysiadła z niego kolejna para, spojrzeli po sobie, jakby jedno u drugiego szukało wyjaśnienia dla tak niezwykłych odwiedzin. Naprzeciw nowym gościom wyszedł Phillip. – Cześć, Nicky – uśmiechnął się, a Nicky Reynolds zatrzymała się obok syna i objęła go lekko na powitanie. Zaraz jednak przeniosła czujny wzrok na werandę. – Pan St.Amant? – zapytała. Spencer skinął głową i wyciągnął ku niej rękę. Nicky przedstawiła mu męz˙a i przeniosła wzrok na małz˙eńst- wo Gerritsenów. – Witaj, Ferris – skłoniła lekko głowę – zapewne nie miałeś przyjemności poznania mojego męz˙a. Jake nie spieszył się z powitaniem, Ferris nawet nie 40 drgnął. Ben uratował niezręczną sytuację, podając dłoń Nicky. – Moz˙e więc ja się przedstawię. Jestem Ben Town- send. Spencer patrzył na to wszystko z drz˙ącym sercem. Przez moment z˙ałował, z˙e Aurore wybrała go, by przeprowadził jej plan. Cóz˙, sam się na to zgodził, choć przeciez˙ wiedział, z˙e jej decyzje często były ryzykowne i zbyt pochopne. – Właśnie mówiłem, z˙e pokoje są przygotowane – odezwał się rzeczowym tonem. – Zapewne tez˙ czeka kolacja, jeśli ktoś z państwa nie zdąz˙ył się posilić. – Dziękujemy, ale chcielibyśmy raczej jak najszyb- ciej poznać testament i wyjechać – powiedziała Nicky. – Być moz˙e szlachetnym zamiarem Aurore Gerritsen było urządzenie przyjęcia, w trakcie którego odnotowa- ny zostanie postęp w dziedzinie wzajemnego poszano- wania czarnych i białych oraz równego dostępu do praw obywatelskich, lecz prawdę mówiąc, nie przypadł mi do gustu pomysł nocowania w tym domu. Spencer spodziewał się oporu. Miał przygotowaną odpowiedź. – Jest o wiele za późno, z˙eby dzisiaj wracać – za- uwaz˙ył. – Obawiam się jednak, z˙e ani nam nie w smak odgrywać rolę gości, ani senatorowi Gerritsenowi rolę gospodarza. – Przykro mi, to nie jest takie proste. – Dlaczego nie? Niech jadą – zakomenderował Ferris. Spencer zdał sobie sprawę, z˙e sama uprzejmość i subtelna perswazja nie wystarczą. 41 – Obawiam się, senatorze – spojrzał na niego nie- śmiało – z˙e to niemoz˙liwe. Pańska matka zastrzegła sobie, z˙e wszyscy mają nocować w chacie. Rano zapoz- nam państwa z warunkami odczytania testamentu. Ostrzegam jednak, z˙e rozpakowanie bagaz˙u moz˙e oka- zać się konieczne. Spędzimy bowiem tutaj razem az˙ cztery noce. – A cóz˙ to znowu za farsa? – zaprotestował Ferris. – Chyba nie pozamyka nas pan na klucz! Nie zgadzam się! Spencer przypomniał sobie nagle moment, kiedy staroświecki, dwuosobowy samolot oderwał się od ziemi i potem nic juz˙ nie było tak jak dawniej. – Oczywiście nikogo nie będę zatrzymywał – wes- tchnął. – Muszę jednak uprzedzić, z˙e kaz˙dy, kto opuści to miejsce przed ogłoszeniem testamentu, nie otrzyma niczego w spadku. Ostatnie słowa Spencera dobiegły Dawn, kiedy była w korytarzu. Nim zdąz˙yła pchnąć prowadzące na we- randę drzwi, usłyszała jeszcze głos Nicky Reynolds: – Nie wyobraz˙am sobie, z˙eby kobieta, której nie znałam, zostawiła mi w spadku coś istotnego, nie widzę więc powodu, dla którego powinnam postępować wbrew sobie. Dawn wyszła na werandę, siatkowe drzwi z hałasem zatrzasnęły się za jej plecami. Nicky spojrzała natych- miast w jej stronę, a Ben cofnął się gwałtownie na jej widok, jakby Dawn wymierzyła właśnie w niego pis- tolet i zamierzała pociągnąć za spust. – Niech pani zostanie, pani Reynolds – odezwała się, schodząc po schodkach. – Skoro babcia z˙yczyła 42 sobie pani obecności, z pewnością nie chciała narazić pani na szwank. Celowo skupiła uwagę na Nicky i jej męz˙u. Musiała to zrobić, skoro wśród zebranych były az˙ trzy osoby, którym musiałaby stawić czoło – Ben, jej ojciec oraz matka. Bezpieczniej było podejść do Nicky Valentine Reynolds, znanej powszechnie śpiewaczki, która w mieście słynnym z rasowych podziałów nie tolerowa- ła segregacji wśród swojej publiczności. Tym bardziej z˙e zainteresowanie Dawn jej osobą było naturalne i szczere. – Miło mi państwa poznać, jestem Dawn Gerritsen – wyciągnęła dłoń do Nicky i jej męz˙a. – Z przyjemnoś- cią pokaz˙ę państwu pokój. Jest duz˙y i przylega do mojego. Mam nadzieję, z˙e nie będzie to państwu prze- szkadzało. Przy dobrej pogodzie widać z okna Zatokę. Mam nadzieję, z˙e jednak państwo zostaną. Nicky ujęła dłoń Dawn z właściwym sobie wdzię- kiem, choć nie bez rezerwy. Potem przedstawiła dziew- czynie męz˙a i Dawn poczuła, jak jej ręka znika w twar- dej dłoni Jake’a Reynoldsa. Jake był postawnym męz˙- czyzną, wysokim i barczystym, przy którym kobieta mogła czuć się bezpiecznie. Po tym powitaniu Jake odpręz˙ył się trochę, lecz nie opuszczał Nicky na krok, niczym dobrze wyszkolony ochroniarz. Dawn obróciła się nieco, by zerknąć kątem oka na rodziców. Zauwaz˙yła, z˙e zmienili się w ciągu ostatnich miesięcy. To znaczy na pewno zmienił się ich wygląd, bowiem postawa wobec córki pozostała, zdaje się, taka sama – matka wpatrywała się w dal nieobecnym spoj- rzeniem, jakby nie zajmowało ją to, co dzieje się wokół niej, ojciec natomiast uporczywie przyglądał się córce 43 zwęz˙onymi źrenicami i bez trudu moz˙na było odgad- nąć, co o niej myśli. Swoje następne słowa Dawn skierowała zarówno do niego, jak do Nicky: – Nikt nie zrobi tu pani krzywdy, daję na to słowo. – Interesujące – wtrącił się Phillip – zwaz˙ywszy na fakt, z˙e tak znamienita i wpływowa rodzina dopuściła, by jednego z jej członków ubito jak psa. Dawn po raz pierwszy spojrzała na Phillipa. – Proszę wybaczyć. Chyba się nie znamy. – To mój syn, Phillip Benedict – przedstawiła go Nicky. Dawn rozpoznała nazwisko, czytała wiele jego ar- tykułów. Chciała się przedstawić, jednak nim zdąz˙yła otworzyć usta, po raz pierwszy odezwał się Jake: – Dobrze, panno Gerritsen. Zostajemy. Wszyscy. Nicky chciała chyba zaprotestować, lecz trwało to tylko chwilę i jedynie Dawn dostrzegła cień buntu w jej ciemnych oczach. Dawn była zachwycona urodą tej śniadoskórej da- my. Nawet zagniewana, Nicky była niezwykle piękna. Gdyby urodziła się sto lat wcześniej, zrobiłaby zapewne furorę na balach kwarteronów* w Dzielnicy Francus- kiej. Niejedna piękna niewiasta mieszanej krwi była w dziewiętnastym wieku obiektem westchnień i powo- dem honorowego pojedynku. Nowoorleańska socjeta wyznaczyła nawet takim kobietom specjalne miejsce wśród lokalnej społeczności – nie przyzwalała jedynie na mieszane śluby. * Kwarteroni – osoby mające jedną czwartą krwi murzyń- skiej (przyp. tłum.). 44 Posłyszała, z˙e Ben oferuje swoją pomoc przy niesie- niu walizek, więc odstąpiła na wszelki wypadek na bok. Mimo wszystko wolała trzymać się od niego z daleka. Ben z kolei trzymał się blisko Phillipa, co pozwalało dostrzec pewne podobieństwa między nimi. Obaj za- chowywali się tak, jak gdyby byli w posiadaniu jakiejś wielkiej tajemnicy, tak wielkiej, z˙e jej znajomość od- dzielała ich od reszty śmiertelników. I choć nie znała Phillipa, miała wraz˙enie, z˙e obaj marzą o tym samym – z˙eby skazać jej rodzinę na potępienie. – Chodźmy na górę, nim panowie wniosą bagaz˙e – zwróciła się do Nicky. – Obejrzymy pokoje, moz˙e spodoba się pani jakiś inny? Nicky skinęła głową przytakująco. Dopiero wspina- jąc się po schodkach, Dawn zdała sobie sprawę, z˙e jej rodzice usunęli się dyskretnie z werandy. Pewnie mieli dość ,,bezczelnego’’ zachowania córki. W korytarzu przystanęła na chwilę, nie mogąc oprzeć się pokusie, by wykorzystać tak osobliwe oko- liczności na pogawędkę z gwiazdą. – To duz˙y dom, choć z zewnątrz na to nie wygląda – zagadnęła. – Zbudowała go pewna akadyjska rodzina ponad sto lat temu. Kiedym byłam mała, często nie spałam w nocy i nasłuchiwałam odgłosów duchów. – I usłyszałaś jakiś? – A co by pani powiedziała, gdybym przyznała, z˙e tak? – Powiedziałabym, z˙e masz bujną wyobraźnię. – Jestem fotografem. Niektórzy twierdzą, z˙e to zaję- cie nie wymaga wyobraźni. – Niektórzy uwaz˙ają, z˙e śpiewanie tez˙ nie wymaga wyobraźni. 45 Dawn ucieszyła ta ,,kolez˙eńska’’ uwaga. Instynktow- nie wyczuwała, z˙e choć nosi nazwisko Gerritsen, Nicky nie odnosi się do niej z niechęcią, która była wyraźna, gdy kobieta patrzyła czy zwracała się do jej rodziców. Ona tez˙ czuła wobec Nicky sympatię. Nie tylko podziw i uznanie dla jej talentu, ale właśnie sympatię. Obejrzały wspólnie pokoje na parterze, po czym ruszyły w kierunku schodów prowadzących na piętro. Dawn miała nadzieję, z˙e nie spotka po drodze rodziców. Od chwili kiedy jawnie przeciwstawiła się ojcu, per- spektywa ponownego z nim spotkania nie budziła w niej entuzjazmu. Zapro
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Burza nad Missisipi
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: