Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00207 004733 12219020 na godz. na dobę w sumie
Burżuazyjna godność. Dlaczego ekonomia nie potrafi wyjaśnić współczesnego świata? - ebook/pdf
Burżuazyjna godność. Dlaczego ekonomia nie potrafi wyjaśnić współczesnego świata? - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: Instytut Ludwiga von Misesa Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-65086-16-7 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> biznes >> ekonomia
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

 

 

Burżuazyjna godność. Dlaczego ekonomia nie potrafi wyjaśnić współczesnego świata? Deirdre Nansen McCloskey jest najlepszym przedstawieniem kontrowersji związanych z początkami rewolucji przemysłowej. Ekonomiści od kilkudziesięciu lat wysuwają coraz to nowe hipotezy mające tłumaczyć, dlaczego to właśnie w Wielkiej Brytanii pod koniec XVIII wieku nastąpił nagły wzrost bogactwa.

McCloskey uczestniczyła aktywnie w tych badaniach od kilkudziesięciu lat i z czasem zdała sobie sprawę, że większość hipotez ekonomistów nie jest w stanie wytłumaczyć wzrostu tak gwałtownego jak ten, którego doświadczyła Najpierw Wielka Brytania, a potem większość świata zachodniego. McCloskey tłumaczy w swojej książce, dlaczego rewolucji przemysłowej nie wytłumaczą: grodzenia, handel z koloniami, imperializm brytyjski, bliskość pokładów węgla, rozwój nauki czy lepsze geny Brytyjczyków. Zdaniem McCloskey kluczem do zrozumienia niespotykanego wcześniej rozwoju gospodarczego jest innowacyjna działalność przedsiębiorców, którzy niestrudzenie dokonują zmian w procesach produkcji i organizacji firm, czy eksperymentują z tworzeniem nowych dóbr. Tam, gdzie innowacyjni przedsiębiorcy byli pogardzani, tam do dzisiaj panuje bieda. Tam, gdzie społeczeństwo przyjęło szeroko burżuazyjne cnoty za swoje własne – gdzie przedsiębiorca stawał się społecznym bohaterem – tam nastąpił rozwój, pisze McCloskey.

Burżuazyjna godność to niezwykła podróż po faktach i teoriach dotyczących rewolucji przemysłowej i nowoczesnego wzrostu gospodarczego. Autorka skupia się na ideach, a w szczególności na rozprzestrzenianiu się idei związanych z godnością burżuazyjnego życia. […] Powszechny rozwój życia gospodarczego wymaga pojawienia się idei, które by legitymizowały działania powiązane z życiem gospodarczym i uznawały je za wartościowe z punktu widzenia moralności.

Peter J. Boettke

Jest to przede wszystkim traktat krytykujący historyczny materializm, będący grzechem zarówno lewicy, jak i prawicy. Należy jeszcze mocniej powiązać idee, tę „ciemną materię historii”, z historią wzrostu zamożności i innowacyjności.

Joel Mokyr

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

BURŻUAZYJNA GODNOŚĆ Dlaczego ekonomia nie potrafi wyjaśnić współczesnego świata? M e c e n a s i w y d a n i a : A t l a s N e t w o r k D a r i u s z S z u m i ł o S t a n i s ł a w G r u s z k a A p o l i n a r y L i p s k i K o n r a d N i e m o t k o B a r t o s z B a r a n o w s k i R o b e r t C i b o r o w s k i To m a s z K ł o s i n s k i W i t o l d Kw a ś n i c k i J a c e k R u s i e c k i To m a s z S z u m s k i Joanna Triss Baron Piotr Bigaj Jakub Bijan Maciej Bitner Tomasz Czapla Michał Dębowski Grzegorz Drożdż Tomasz Dworowy Konrad Floriańczyk Włodzimierz Gogłoza Maciej Gorzelak Daniel Góra Anna Gruhn Mariusz Grzebielucha Adrian Grzemski Michał Gutowski Anita Jasińska Dominik Jaskulski Kamila Kępińska Mariusz Kochański Kamil Koper Damian Kos Stanisław Kwiatkowski Jan Lewiński Adrian Łazarski Arkadiusz Maksim Zbigniew Malec Aida Mależ-Ratajczak Piotr Matyjek Adam Mazik Bartłomiej Mazurek Łukasz Nieroda Krzysztof Nowak Paweł Nowakowski Marzanna Papka Arkadiusz Konrad Pierowski Michał Puszkarczuk Przemysław Rapka Marcin Saar Maciej Skrzynecki Łukasz Sosiński Mikołaj Stempel Piotr Szewc Franciszek Szterleja Adam Ślązak Tomasz Ślusarczyk Tomasz Wyszogrodzki Sylwia Zabielska Krzysztof Zuber Fundacja Wolności i Przedsiębiorczości Deirdre N. McCloskey BURŻUAZYJNA GODNOŚĆ Dlaczego ekonomia nie potrafi wyjaśnić współczesnego świata? Tłumaczenie: Jan Lewiński i Marcin Zieliński Instytut Ludwiga von Misesa Wrocław 2017 Bourgeois Dignity: Why Economics Can’t Explain the Modern World Tytuł oryginału: Licensed by The University of Chicago Press, Chicago, Illinois, U.S.A. © 2010 by The University of Chicago. All rights reserved. Copyright © 2017 Instytut Edukacji Ekonomicznej im. Ludwiga von Misesa, Wrocław www.mises.pl Tłumaczenie: Jan Lewiński (przedmowy, rozdz. 1–23) i Marcin Zieliński (rozdz. 24–46) Tłumaczenie wybranych fragmentów wierszy: Jakub Bożydar Wiśniewski Redakcja językowa: Elżbieta Michalak Korekta: Mateusz Benedyk i Paweł Kot Indeks: Mateusz Benedyk i Anna Gruhn Projekt okładki i stron tytułowych: Marta Ozdarska ISBN 978-83-65086-16-7 Instytut Edukacji Ekonomicznej im. Ludwiga von Misesa pl. Strzelecki 20 50-224 Wrocław Łamanie: PanDawer pandawer@pandawer.pl Wydanie pierwsze S p i s t r e ś c i Bogaci i wolni dzięki burżuazji – przedmowa do wydania polskiego Przedmowa i podziękowania 1. Choć współczesność wezbrała przypływem gospodarczym, to nie w gospodarce należy szukać jej przyczyn 2. To liberalne idee legły u podłoża innowacji 3. A nowa retoryka wzięła te idee pod swoje skrzydła 4. Wiele innych potencjalnych wyjaśnień zazwyczaj spala na panewce 5. Właściwa opowieść wychwala „kapitalizm” IX XIII 1 13 27 43 55 6. Świat jest obecnie co najmniej szesnaście razy bardziej rozwinięty 67 7. Istotne było poszerzenie zakresu możliwości, a nie wzrost „szczęścia” rozumianego jako zasób przyjemności 8. A biedni zwyciężyli 9. Zatem twórcze niszczenie można uzasadnić względami utylitarnymi 10. Brytyjscy ekonomiści nie dostrzegli przypływu 11. Liczby mówią jednak za siebie 12. Wysforowanie się Wielkiej Brytanii (i Europy) było chwilowe 13. A kolejni mogli przeskoczyć etapy rozwoju 14. To nie zapobiegliwość wywołała przypływ 15. Fundamentalizm kapitałowy prowadzi na manowce 16. Nie było żadnej fali chciwości czy protestanckiej etyki 17. „Niekończąca się” akumulacja nie jest znakiem współczesności 83 95 105 115 125 135 149 165 175 183 191 18. Powodem nie była też akumulacja pierwotna ani grzech wywłaszczenia 19. Ani akumulacja kapitału ludzkiego (do niedawna) 20. Przypływu nie wywołał też transport czy inne przetasowania wewnętrzne 21. Ani geografia czy surowce naturalne 22. Czy nawet węgiel 23. Przyczyną nie był handel zagraniczny, choć światowe ceny były kontekstem 24. I wątpliwa jest logika, wedle której to handel zagraniczny był motorem wzrostu 201 211 221 233 243 255 269 25. Nawet dynamiczne efekty handlu zagranicznego były niewielkie 281 26. Wpływ handlu niewolnikami czy brytyjskiego imperializmu na Europę był ciągle mały 27. Inne formy wyzysku zewnętrznego i wewnętrznego były równie niezyskowne dla zwykłych Europejczyków 28. Przyczyną nie był też rozwój komercjalizacji 29. Ani spór o podział łupów 30. Eugeniczny materializm niczego nie wyjaśnia 31. Neodarwinizm błądzi w obliczeniach 32. A cechy dziedziczne cofają się 33. Instytucji nie można postrzegać wyłącznie jako ograniczeń tworzących zachęty 34. Dlatego wyjaśnieniem nie są lepsze instytucje, jak rzekomo te z 1689 roku 35. Ponadto całkowity brak własności ma się nijak do miejsca i czasu 36. A chronologia w kwestii własności i zachęt została błędnie oszacowana 37. Rutyna Maksa U nie przyniosła rezultatów 38. Przyczyną nie był rozwój nauki 297 309 321 331 345 359 371 385 403 423 437 451 463 39. Lecz spleciona z oświeceniem burżuazyjna godność i wolność 40. To nie była alokacja 41. To były słowa 42. Krótko mówiąc, to godność i wolność dla zwykłych ludzi były największymi efektami zewnętrznymi 43. Ten model da się sformalizować 44. Tępienie burżuazji niesie krzywdę ubogim 45. Dlatego w erze burżuazji nie ma podstaw do pesymizmu, jeśli chodzi o stan środowiska naturalnego czy politykę 46. Lecz pogodnego, choć ostrożnego optymizmu Literatura Indeks osobowy Indeks rzeczowy 477 491 501 511 527 543 555 567 581 631 643 B o g a c i i   w o l n i d z i ę k i b u r ż u a z j i – p r z e d m o wa d o w y d a n i a p o l s k i e g o Bardzo cieszy mnie wydanie w języku polskim drugiego tomu try- logii Ery burżuazji (w 2006 roku pojawił się pierwszy tom, Bourgeois Virtues [Burżuazyjne cnoty], drugi w 2010 roku, a w 2016 roku ukazał się wreszcie – chwalmy Pana! – tom trzeci, Bourgeois Equality [Burżu- azyjna równość]). Jestem wielką miłośniczką polskiej kultury i historii. Pochodzę w końcu z Chicago, drugiego co do wielkości (jak mawiają mieszkańcy) polskiego miasta na świecie! Na Uniwersytecie Chicagow- skim miałam zaszczyt współpracować z  ekonomistą Arcadiusem Ka- hanem, bojownikiem antyfaszystowskim z  czasów wojny światowej, a  na Uniwersytecie Stanu Iowa z  historykiem Jarosławem Pełenskim. Ze względu na nich uczestniczyłam w pracach komisji rozpatrujących prace doktorskie dotyczące polskiej historii, tak jak w przypadku Janu- sza Duzinkiewicza. (Dzięki przyjaźni z Januszem dowiedziałam się, że polskie „sz” wymawia się jak angielskie „sh”, a „cz” to tyle co „ch”!). Wielkim przyjacielem mojego ojca był Adam Ulam, politolog z Har- wardu i  młodszy brat matematyka Stanisława Ulama. Autobiografia Stanisława odmalowuje piękny portret życia studenckiego, jakie w la- tach trzydziestych toczyło się we Lwowie. Mam zatem pojęcie o drob- nym wycinku polskiej historii i  wiem o  bolesnej i  wyboistej drodze tego jeszcze w XVI wieku największego z tolerancyjnych społeczeństw na świecie – „Polonia est mia”, deklarował Erazm z Rotterdamu – które w XVII wieku czekał potop szwedzki, w drugiej połowie XVIII wieku rozbiory, przeprowadzone przez jakże życzliwe Prusy, Austrię i Rosję. W sierpniu 1988 roku, w tygodniu poprzedzającym początek roz- mów między komunistycznym rządem a  Solidarnością, odbyłam swoją najdłuższą, dwutygodniową podróż do Polski. Pojechaliśmy do Warszawy i do Krakowa, gdzie złożyłam cichą wizytę w Auschwitz. Kurs wymiany walutowej wariował, dlatego w  Krakowie zjedliśmy w oprawie pieśni patriotycznych wspaniały obiad z doskonałym wi- nem za jakieś 4 dolary od osoby. Rewolucja wisiała w powietrzu. Lu- dzie nie bali się opowiadać prosto w twarze państwowych aparatczy- ków dowcipów o  komunizmie, tak jak ten klasyk, który kończy się X zdaniem: „Jest gorzej niż myślałem. Nawet naboi nie mają”*. Ludzie przestali się bać. Dwadzieścia lat później odwiedziłam Polskę tylko na kilka dni. Byłam zaszokowana ogromnym postępem, jaki się tu dokonał. W 1988 roku wi- działam mężczyznę niosącego zawieszone na miotle rolki papieru toale- towego – ten kiepskiej jakości socjalistyczny produkt w reżimie kontroli cen stał się rzadką zdobyczą. Na początku XXI wieku Polska była już nor- malnym krajem gospodarki rynkowej, dającym łatwy dostęp do sporych ilości całkiem niezłego papieru toaletowego w cenie ustalonej dzięki swo- bodzie podaży i popytu. W swojej książce pytam o to, jak doszło do tego wielkiego wzbogacenia i czy jest ono dobre. Dlatego badam jego początki w Holandii w XVI wie- ku, przyglądam się brytyjskiej rewolucji przemysłowej i niesamowitemu postępowi gospodarczemu po 1800 roku, który dziś dosięgnął nawet Chin i Indii. Moja odpowiedź nie należy do zwyczajowych wyjaśnień, takich jak marksistowski wyzysk czy smithowska akumulacja kapitału. Twier- dzę, że ową odpowiedzią jest wigor naszych nowych „burżuazyjnych” społeczeństw opartych na handlu, w których ludzie otwierają przedsię- biorstwa, otrzymują zysk i z korzyścią dla siebie i innych kupują dobra i usługi, nie będąc poniewieranymi przez państwo. Natomiast hierarchia ludzi wolnych ciemiężących swoich niewolników, panowanie szlachty nad chłopami lub zdominowanie kobiet przez mężczyzn dławiły ludzką pomysłowość przez tysiąclecia. Od początku lat dziewięćdziesiątych rozmyślałam o całościowej obro- nie tego, co zwykliśmy nazywać „kapitalizmem”. Wreszcie nieprzypadko- wo doszłam do wniosku, że powinniśmy to słowo porzucić. Sprowadza ono zwolenników i przeciwników kapitalizmu na błędne tory myślenia, że gromadzenie cegieł lub worków z gotówką stanowi samo sedno naszego obecnego wzbogacenia. Bynajmniej. Akumulacja kapitału oczywiście jest niezbędna, ale tylko tak jak tlen i strzałka czasu. Ludzie zawsze gromadzi- li kapitał i tworzyli rynki, w pewnym sensie zawsze byli „kapitalistami”. Kapitalistą jesteś, gdy szukasz samochodu w okazyjnej cenie. We Francji, we Włoszech i w Polsce przez ostatnie sto lat działało coś zupełnie innego niż zwykłe poszukiwanie zysku czy akumulacja kapitału. * Jedna z wersji wspomnianego przez Autorkę dowcipu brzmi: Gdy sowiecki mal- kontent za krytykę braku w sklepach artykułów pierwszej potrzeby nie został roz- strzelany, a jedynie spałowany, powiedział: „Jest gorzej niż myślałem. Nawet naboi nie mają!” (przyp. JL). Burżuazyjna godność Bogaci i wolni dzięki burżuazji – przedmowa do wydania polskiego XI Polska przeszła długą drogę od 3 dolarów (w cenach dzisiejszych) dzien- nego dochodu na osobę w 1800 roku do obecnie ponad 75 dolarów dzien- nie. Jak to się stało? Właśnie tak: Polacy zaczęli wdrażać i wynajdować nowe pomysły takie jak silnik parowy, nowoczesny uniwersytet, żelazobe- ton, odkurzacz, kontenery w transporcie towarowym, Internet czy – prze- chodząc do polskich odkryć – lampa naftowa, kamizelka kuloodporna, wykrywacz min i dawna tolerancja religijna. Wdrażanie części pomysłów, takich jak kolej żelazna, wymagało wielkich nakładów kapitału. Ale inne, jak choćby obniżone sufity, wcale tego nie potrzebowały. W każdym razie to nie kapitał stał za wielkim wzbogaceniem, lecz idea. Bez idei zalewanie gospodarki kapitałem prowadzi tylko do budowy całej masy idiotycznych tam wodnych i  fabryk niemających żadnego celu. Przyjrzyj się Ghanie. Przyjrzyj się Polsce przed 1989 rokiem. Za to zalanie gospodarki ideami, jeśli tylko w dobrowolnej wymianie rynkowej zdadzą test zyskowności, sprawia, że kapitał znajduje się szybko i wzbogaca wszystkie strony. Przyj- rzyj się Chinom, Indiom, Hiszpanii i Polsce. Dlaczego więc polepszające nasz byt idee rozkwitły dopiero po 1800 roku? Ujmując rzecz jednym słowem, odpowiedzią jest wolność – rozbicie hie- rarchii będącej przeciwieństwem wolności. Pozwolenie ludziom na to, aby zgodnie z angielskim wyrażeniem „have a go” (mogli spróbować), okazało się dla nich rzeczą niezmiernie zachęcającą. Zaczęli otwierać sklepy tam, gdzie inni skłonni byli płacić, a nie tam, gdzie żądał tego lokalny watażka, lokalne władze czy miejscowy cech rzemieślników. Mogli wypróbowywać nowatorskie maszyny i nie byli atakowani przez ignoranckich luddystów czy bandytów trzymających ster władzy centralnej. Mogli prowadzić han- del krajowy i zagraniczny z tym, z kim zechcieli. Dzięki usprawnieniom, które zdały test wymiany rynkowej, dochody na osobę wzrosły z  3 do 75 dolarów dziennie. Duże domy. Dobrze zbudowani i odżywieni ludzie. Duże szkoły i uniwersytety. A  skąd w  tytułach moich książek słowo „burżuazyjna”? Stąd, że to właśnie mieszczańska klasa średnia odkryła przed nami owe uspraw- nienia. „Miejskie powietrze czyni wolnym” – głosi stare, wywodzące się z niemczyzny powiedzenie. Pozostało ono prawdziwe. Gdy burżuanie nie byli w stanie nakłonić państwa do roztoczenia nad sobą parasola ochro- ny przed konkurencją, nie mogli stać się diabłami wcielonymi znanymi z marksistowskich historyjek. Stawali się bohaterami. To oni sprawili, że jesteśmy teraz bogaci i wolni. Ale uwaga. Kiedy na początku lat dziewięćdziesiątych dzwoniłam z  Iowa do se- kretarki w Instytucie Badań Zaawansowanych w Princeton („Instytucie XII Einsteina”), aby przekazać jej, że tytuł mojego wystąpienia, które miałam tam prezentować, brzmiał „Burżuazyjne cnoty”, roześmiała się i zapytała: „To oksymoron, nieprawdaż?!”. Jej mała żartobliwa uwaga dość dobrze podsumowuje wszystko to, przeciw czemu wylewałam atrament przez ostatnie ćwierćwiecze. Europejscy burżuanie nienawidzili siebie samych od dawna. Dla dobra najbiedniejszych pośród nas potrzebują teraz jakiegoś rodzaju wsparcia psychologicznego. Jestem gotowa im w tym pomóc. Bez żadnych dodat- kowych opłat. Deirdre Nansen McCloskey październik 2017 roku Burżuazyjna godność P r z e d m o wa i   p o d z i ę k o wa n i a Twierdzę, że za rewolucją przemysłową, a zatem i za obecną postacią świata, stoi wielki przewrót w powszechnej opinii o rynku i innowacjach. Zmiana ta nastąpiła w XVII i XVIII wieku i dokonała się w północno-za- chodniej Europie. Mniej lub bardziej raptownie Holendrzy i Brytyjczycy, w ślad za którymi poszli Amerykanie z Francuzami, zaczęli odnosić się do przedstawicieli klasy średniej, w tym w jej wyższej lub niższej odmianie – „burżuazji” – jako do ludzi obdarzonych godnością i wolnych. To spra- wiło, że nowoczesny wzrost gospodarczy stał się możliwy. Zatem wzbogaciły nas idee, „retoryka”. Ujmując to nieco inaczej, po- wodem była zmiana w języku – tym najbardziej ludzkim z naszych do- konań1. Z początku zmiana ta nie miała charakteru ekonomicznego czy materialnego – nie stał za nią wzrost znaczenia tej czy innej klasy, rozkwit jakiejś konkretnej branży bądź wyzysk jakiejś grupy ludzi. Innymi słowy, doświadczane przez nas wszystkich wzbogacenie nie wzięło się z samej tyl- ko roztropności, którą przecież dzielimy i ze szczurami czy z trawą. Ruch ku rozwojowi materialnemu i duchowemu zaczął się wraz ze zmianą reto- ryki odnoszącej się do roztropności i do innych, wyjątkowo ludzkich cnót, obecnych w społeczeństwie opartym na handlu. Od tego przełomowego momentu burżuazyjna retoryka zaczęła usuwać biedę na całym świecie, poszerzając też duchowe horyzonty ludzi w  ich życiu doczesnym. Taki obrót spraw zaprzeczył z  jednej strony starym lewicowym prognozom, mówiącym, że rynek i innowacje zaszkodzą klasie pracującej, a z drugiej strony prawicowym przepowiedniom, wedle których karą za materialne korzyści uprzemysłowienia będzie zepsucie moralne. Twierdzę, że próby wyjaśniania współczesnej postaci świata wy- łącznie materializmem są mylne – i  nie ma znaczenia, czy jest to ma- terializm prawicowej ekonomii, czy lewicowy materializm historyczny. 1 Od XVII wieku słowo retoryka często mylnie uznawano za odpowiednik łgarstw i tromtadracji. Ja używam go w rozumieniu antycznym, oznaczającym „środki [nie- przymusowego] przekonywania”, do których zaliczają się logika i metafora, prawda i narracja. Współczesna pragmatyka, krytyka i psychologia społeczna są w dużej mie- rze powtórzeniem wynalazku antycznej retoryki, przyglądającej się znaczeniu słów. Gdyby ta myśl wydała się nazbyt fantastyczna lub naciągana, warto zapoznać się z: McCloskey 1985 (1998); McCloskey 1990; McCloskey 1994c. XIV W  kolejnych dwóch książkach dowodziła będę prawdziwości swojego stanowiska, że za radykalnym poszerzeniem ludzkiego zakresu możli- wości stały przyczyny retoryczne czy też ideologiczne. Natomiast tutaj będę wykazywała nieprawdziwość twierdzenia przeciwnego. Tradycyjne i  opierające się na materializmie wyjaśnienia ekonomiczne nie wydają się przekonujące. Wytłumaczenie może natomiast oprzeć się na godności i wolności burżuazji. Tego rodzaju motyw jest staromodny – sięga czasów osiemnastowiecz- nej teorii polityki. Lub też stanowi awangardę – towarzysząc dwudzie- stopierwszowiecznym badaniom nad dyskursem. Tak czy owak, rzuca on wyzwanie zwyczajowym koncepcjom „kapitalizmu”. Nauki historyczne i  ekonomiczne wykazały, że powszechne przekonania na temat korzeni współczesnej gospodarki są błędne. Ludzie wierzą w różne rzeczy. Choćby w to, że imperializm tłumaczy bogactwo Europy. Że rynek i chciwość to rzecz całkiem nowa. Że powstanie „kapitalizmu” wymagało pojawienia się nowej klasy bądź nowego przekonania o przynależności do niej (a nie pojawienia się nowej retoryki traktującej o czynach dawniejszej klasy). Że „ostatecznie”, w każdym możliwym przypadku, wydarzenia gospodarcze należy tłumaczyć interesem materialnym. Że za emancypacją klasy robot- niczej stały związki zawodowe i państwowy protekcjonizm. Pragnę Ciebie przekonać, że ani jedno z tych przeświadczeń nie jest słuszne. Właściwym wytłumaczeniem są idee. Starałam się napisać porywającą książkę dla wykształconego czytel- nika. Lecz moje rozumowanie będzie musiało korzystać z  odkryć spe- cjalistów zajmujących się zawodowo ekonomią i historią, a tym samym zagłębić się niekiedy w szczegóły ich argumentacji. Opowiadam historię nowoczesnego wzrostu gospodarczego, podsumowując stan naszej wiedzy (począwszy od 1776 roku do dnia dzisiejszego) o naturze i przyczynach bogactwa narodów – czyli to, jak uzyskaliśmy lodówki, stopnie naukowe i możliwość niejawnego głosowania. W mojej książce skrupulatnie zesta- wiam powszechnie przyjmowane historie z rzeczywistymi wydarzeniami i odrzucam te z narracji, które w świetle najnowszych badań naukowych nie mają sensu. To zaskakujące, jak wiele z nich ów brak dotyka. Coś nie gra choćby w opowieści Marksa o klasach. Ani w tej Maxa Webera o pro- testantach. Ani w tej Fernanda Braudela o mafijnych koteriach kapitali- stów. Ani w tej Douglassa Northa o instytucjach. Ani w matematycznych teoriach endogenicznego wzrostu i, w ich obrębie, o akumulacji kapitału. Ani w lewicowych teoriach walki klasy robotniczej, ani w prawicowych teoriach upadku moralnego. Burżuazyjna godność Przedmowa i podziękowania XV A  jednak ostateczna konkluzja jest pozytywna. Jak ujął to politolog John Mueller, kapitalizm – ja wolę nazywać go „innowacyjnością” – jest jak znajdujący się w niewielkim, skromnym miasteczku Lake Wobegon w Min- nesocie sklep spożywczy Rapha z  powieści Garrisona Keillora: „całkiem niezły”2. Wszak to, co całkiem niezłe, jest w końcu całkiem niezłe. Nie jest doskonałe, nie jest utopią, ale zapewne warto to chronić, zwłaszcza jeśli wspomnimy o wiele gorsze alternatywy, w których pułapkę tak łatwo prze- cież wpaść. Innowacyjność przy wsparciu liberalnych idei gospodarczych sprawiła, że miliardy niegdysiejszych ubogich mają się dziś całkiem nieźle, a nikt przy tym nie ucierpiał3. Do dziś tej całkiem niezłej innowacyjności udało się pomóc bardzo wielu ludziom – nawet w  Chinach i  w  Indiach. Lepiej, aby tak zostało. Choć wielka recesja trwająca od 2007  roku nie należała do okresów przyjemnych, to jednak nie ona zasługuje na miano najważniejszej opowie- ści gospodarczej naszych czasów. Morałem z kryzysu nie są też opowiastki opiniotwórczych czasopism z 2009 roku, wedle których kryzys miał jakoby pokazać zgniliznę toczącą ekonomię, zwłaszcza wolnorynkową. Problemem ekonomii, nieistotne, czy wolnorynkowej, czy nie, nie jest fiasko przewidy- wania turbulencji gospodarczych. Tego rodzaju prognozy i tak nie są możli- we: gdyby ekonomiści byli obdarzeni mądrością pozwalającą im przepowia- dać recesje, byliby bogaczami. A nie są. Żadna z nauk nie może wyprzedzić własnej przyszłości – a tego wymagałoby antycypowanie cykli koniunktu- ralnych. Sami ekonomiści są nieodłączną częścią materii, której przyszłość owa teoria miałaby rzekomo prognozować. Tego jednak zrobić się nie da – nie w społeczeństwie molekuł zdolnych do obserwacji i arbitrażu4. Twierdzę tutaj, że poważną wadą ekonomii nie jest jej zmatematyzowana i z konieczności mylna teoria cykli koniunkturalnych, które mają dopiero nadejść, lecz jej materialistyczna i niepotrzebnie mylna teoria rozwoju, który już się dokonał. Treścią najważniejszej opowieści gospodarczej naszych cza- sów jest to, jak w 1978 roku Chińczycy, a w 1991 roku Hindusi zastosowali w gospodarce idee liberalne, obdarzając burżuazję niedostępnymi jej dotąd 2 Mueller 1999. 3 Nie będę używała słowa „liberalny” w  jego wypaczonym, wywodzącym się z dwudziestowiecznej Ameryki („lewicowym”) znaczeniu, lecz w jego starszym, eu- ropejskim rozumieniu „oddania sprawie wolności, zwłaszcza wolności politycznej i ekonomicznej”. W ramach mojego rozumowania stwierdzam, że to amerykańskie znaczenie może być niezdrowe dla prawdziwego liberalizmu. (To samo dotyczy zresz- tą neokonserwatyzmu). 4 McCloskey 1990. XVI godnością i wolnością. I właśnie wtedy w Chinach i w Indiach wzrost go- spodarczy wezbrał niczym wielka fala. Stąd morał tej opowieści: dla całkiem niezłego życia ludzkości i umożliwienia jej członkom doświadczenia pełni ludzkiej egzystencji idee mają o wiele większe znaczenie niż zwyczajowo po- dawane przyczyny materialne. Jak ujął to w jednej ze swoich błyskotliwych książek historyk gospodarczy Joel Mokyr, „[we] wszystkich okresach prze- miana gospodarcza w stopniu o wiele większym, niż się to wydaje większo- ści ekonomistów, zależała od ludzkich przekonań”5. Najważniejszą opowie- ścią minionych dwustu lat jest innowacyjność, jaka zaistniała mniej więcej po 1700 lub 1800 roku w regionie Morza Północnego, a w ostatnim czasie na do niedawna ubogich terytoriach Tajwanu oraz Irlandii, dziś najdobitniej uwidaczniając się w największej tyranii i największej demokracji tego świa- ta. Dzięki tej innowacyjności zakres możliwości stojących przed wieloma dotychczas biednymi i niewykształconymi ludźmi uległ znacznemu posze- rzeniu, dzięki czemu mogli oni zacząć się rozwijać. I wbrew standardowym twierdzeniom ekonomistów już od Adama Smitha czy Karola Marksa owa najważniejsza opowieść gospodarcza nie zrodziła się z handlu, inwestycji czy wyzysku. Jej źródłem były idee. Wsparta przez ideologię, innowacyjność daje nam zatem nadzieję na to, że z czasem wszyscy będziemy mogli żyć całkiem nieźle. Lewica z prawicą zazwyczaj zbywają ideologię drugiej strony jako „wiarę”. Takie traktowa- nie dezawuuje samą wiarę, która jest szlachetną cnotą, równie potrzebną filozofii, jak i fizyce, i w najmniejszym nawet stopniu nie irracjonalną. Ale może obie strony mają słuszność. Socjalistka będzie uparcie wyznawała wia- rę w państwowe planowanie, pomimo dowodów na to, że nie poprawia ono losu ubogich. Konserwatysta uprze się w swojej wierze w to, że to, co dobre dla kompleksu militarno-przemysłowego, jest dobre dla kraju – i to pomi- mo dowodów mówiących, że pod wpływem tegoż kompleksu ludzie ubożeją i siermiężnieją. Twierdzę, że prawdziwy liberalizm, ten „zrozumiały i  prosty system naturalnej wolności”, jak nazywał go Adam Smith, wbrew twierdzeniom ideologów socjalizmu i konserwatyzmu znajduje wsparcie w mocnych do- wodach historycznych. Mimo okaleczenia przez regulacje i korporacjonizm (przy asyście programów opieki społecznej) przez ponad dwieście lat działał on całkiem sprawnie na rzecz biedoty i reszty społeczeństwa. Sądzę, że war- to go zachować, lepiej pielęgnując jego etykę. 5 Mokyr 2009b, s. 1. Burżuazyjna godność Przedmowa i podziękowania XVII W  książce The Bourgeois Virtues: Ethics for an Age of Commerce (Bur- żuazyjne cnoty. Etyka wieku handlu) z 2006 roku (dającej początek wspo- mnianej pielęgnacji etyki) dziękowałam niektórym z wielkiego grona ludzi, którzy dodali skrzydeł moim rozważaniom nad tą kwestią. Tutaj dodam jeszcze wyrazy wdzięczności za wsparcie udzielone mi podczas pracy nad tym oto drugim z  sześciu zamyślonych przeze mnie tomów. W  marcu 2008  roku uczestnicy warsztatów poświęconych historii gospodarczej na Uniwersytecie Północnozachodnim w  Chicago wysłuchali jednej z  wersji kilku pierwszych rozdziałów tej książki, udzielając mi wielu cennych rad. Na spotkaniach roboczych, przy nieformalnym lunchu, które odbywały się na Wydziale Historycznym Uniwersytetu Stanu Illinois w Chicago, trzykrotnie przedstawiałam zarys mojej argumentacji. Można go też było usłyszeć w ra- mach Project on Rhetoric of Inquiry (POROI) na Uniwersytecie Stanu Iowa w 2008 roku. Fragmenty rozdziału 11 o zmianie produktywności w Wielkiej Brytanii wywodzą się z moich badań zamieszczonych w The Economic Hi- story of Britain (Historii gospodarczej Wielkiej Brytanii) pod redakcją Rode- ricka Flouda i moją (1981). Dziękuję Roderickowi za udzielone mi wówczas wsparcie i ubolewam nad dzielącym nas dziś dystansem. Części rozdziału 14 o zapobiegliwości ukazały się w książce Thrift and Thriving in America (Zapobiegliwość i rozkwit w Ameryce) pod redakcją Josha Yatesa i Jamesa Davisona Huntera (2011) i periodyku „Revue de Philosophie Économique” (2007). Wyimki z rozdziałów 26 i 27 o imperializmie pojawiły się w „South African Journal of Economic History” (2006b); spore fragmenty rozdziałów 30, 31 i 32 o materializmie eugenicznym znalazły się w „European Review of Economic History” (2008a) i  „Newsletter of the Cliometrics Society” (2008b). Wczesne, fragmentaryczne wersje mojego rozumowania pojawiły się w „American Scholar” (1994a) i „Journal of Economic History” (1998). Wyjątkowej otuchy dodało mi seminarium prowadzone przez Negleya Har- te’a  w  Instytucie Badań Historycznych w  Londynie, które odbyło się na początkowym etapie moich prac. Równie ożywcze były dla mnie wykłady z 2009 roku, które zbiegły się końcowymi poprawkami do książki, a przygo- towane były dla Rhodes College w Memphis, Uniwersytecie Stanu Missisipi w Oxfordzie, Population Center w Szkole Biznesu Bootha przy Uniwersytecie Chicagowskim i Towarzystwa Mont Pelerin w Sztokholmie; a w Waszyngto- nie dla Uniwersytetu Amerykańskiego, Banku Światowego, Mercatus Center (działającego przy Uniwersytecie George’a Masona) i wreszcie dla Society of Government Economists. Dziękuję Beth Marston za nadzwyczajne wsparcie badawcze, które- go udzieliła mi latem 2008 roku, pomagając z literaturą, a zwłaszcza XVIII z komputerami; jestem też zobowiązana Susan MacDonald za jej godną naj- wyższego uznania pracę nad moją stroną internetową (www.deirdremcclo- skey.org – możemy tam wspólnie rozmawiać na temat całego projektu). Skoro wspomniałam o komputerach i Internecie, być może warto byłoby wyrazić uznanie dla twórców dorzecznego i bezinteresownego Projektu Gutenberg, burżuazyjnej, lecz (o co się modlimy) niemonopolistycznej firmy Google, jak też bezwstydnie demokratycznej i  osobliwie anarchicznej (więc popełnia- jącej czasem błędy, niemniej bardzo pomocnej) Wikipedii. „Elektroniczne słowo” (wedle nazewnictwa historyka retoryki Richarda Lanhama) zmienia postać badań naukowych, tak jak czyni to w wielu innych obszarach ży- cia6. To przypadek twórczego budowania i niszczenia. Samemu Internetowi podziękować nie mogę, gdyż jest to ład spontaniczny, powstały z pracy lu- dzi innowacyjnych i burżuazyjnych, więc trudno byłoby mi wskazać jakąś konkretną osobę – przedsiębiorcę, polityka czy urzędnika – która mogłaby się stać adresatem mojej wdzięczności (choć nie do końca, mogę bowiem wy- mienić Bernardo Batiza-Lazo z Uniwersytetu w Leicester, któremu należą się podziękowania za jego forum: nep-his@lists.repec.org). Nasuwa się jednak myśl, że przecież elektroniczne słowa, wykuwane w wirtualnych salach Gu- tenberga, Google’a i Wiki, albo dyskusje, które budzą się do życia na stronie Bernardo, też w dużej mierze polegają na spontanicznym ładzie i burżuazyj- nej kreatywności, co właśnie jest motywem przewodnim tej książki. Dziękuję Instytutowi Badań Zaawansowanych w Stellenbosch, w szcze- gólności zaś Bernardowi Lateganowi, Stanowi du Plessisowi i Hendrikowi Geyerowi za zapewnienie mi w maju 2008 roku w Republice Południowej Afryki chwili wytchnienia na czas pracy nad manuskryptem. Takaż wdzięcz- ność należy się Szkole Biznesu, Ekonomii i Prawa oraz grupom historii go- spodarczej i  etyki w  bankowości – zwłaszcza Rolfowi Wolffowi, Stenowi Jönssonowi, Rickowi Wicksowi, Christerowi Lundtowi i Barbarze Czarniaw- skiej – za nadzwyczaj owocnie spędzony pod koniec pisania miesiąc na Uni- wersytecie w Göteborgu. W ostatniej chwili rad udzielili mi moi szacowni koledzy z naszego chicagowskiego seminarium poświęconego historii myśli ekonomicznej: John Berdell, Stephen Engelmann, Samuel Fleischacker, Mark Guglielmo i Joseph Persky. Związany z Kolegium św. Jana na Uniwersytecie Manitoby Anthony Waterman, z którym utrzymuję przyjaźń na odległość, z wielką pieczołowitością przeczytał manuskrypt i uchronił mnie przed wie- loma błędami. Także Margaret Jacob z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Los Angeles okazała serdeczność, czytając wersję roboczą tej książki czujnym 6 Lanham 1993. Burżuazyjna godność Przedmowa i podziękowania XIX okiem krytycznego historyka, a Tyler Cowen z Uniwersytetu George’a Maso- na pomógł mi równie dobrze jako krytycznie patrzący ekonomista. Wsparli mnie też członkowie prowadzonego przez dziekanów Stanleya Fisha i Dwi- ghta McBride’a Kolegium Sztuk Wyzwolonych Uniwersytetu Stanu Illinois w Chicago. Dlatego moje podziękowania składam nie tylko na ich ręce, lecz także na ręce podatników ze stanu Illinois i  płacących czesne studentów tego uniwersytetu, którzy sprawili, że owo wsparcie okazało się możliwe. Gdy podczas wielkiego terroru miano aresztować będącego szlachcicem (co można sprawdzić w Wikipedii) Antoine’a Lavoisiera, teoretyka zajmującego się tlenem i azotem, miał się on bronić tym, że jest naukowcem. Zgodnie ze znaną wersją tej opowieści oficer wykonujący rozkazy był niewzruszony i miał odpowiedzieć: „Republika nie potrzebuje uczonych”. Na szczęście na- sza republika taką potrzebę zdołała dostrzec. Uznanie należy się też moim studentom – nie tylko tym opłacającym czesne – którzy w latach dziewięć- dziesiątych XX wieku i w pierwszym dziesięcioleciu XXI wieku byli uczest- nikami rozmaitych kursów dotykających tego tematu na Uniwersytecie Sta- nu Illinois, Uniwersytecie Stanu Iowa, Uniwersytecie Erazma w Rotterdamie i Uniwersytet Wolnego Państwa w Republice Południowej Afryki. Nauczanie i pisanie dobrze współgrają. Kontynentalny model nieprowadzącego działal- ności dydaktycznej instytutu badawczego wcale nie jest dla naukowca takim rajem, jak mogłoby się wydawać. Czuję się szczególnie zobowiązana wobec osób, które wzięły udział w niewielkiej konferencji na temat zawstydzająco pogmatwanego zlepku ni- niejszego drugiego tomu Ery burżuazji i mających się wkrótce ukazać tomów trzeciego i czwartego (The Bourgeois Revaluation [Burżuazyjne przewarto- ściowanie], tom 3; Bourgeois Rhetoric [Burżuazyjna retoryka], tom 4), która odbyła się w Mercatus Center przy Uniwersytecie George’a Masona w stycz- niu 2008  roku. Uczestniczyli w  niej: Paul Dragos Aligica, Gregory Clark, Henry Clark, Jan de Vries, Pamela Edwards, Jack Goldstone, Thomas Ha- skell, Leonard Liggio, Allan Megill, John Nye, Alan Ryan, Virgil Storr, Scott Taylor i Werner Troesken, a stokrotne dzięki należą się jej organizatorom Claire Morgan i Robowi Herrittowi. Połączone z poprawkami i radami sło- wa zachęty, płynące ze strony tak licznego grona znakomitych naukowców, wśród których znalazło się wielu moich starych przyjaciół, okazały się wy- jątkowo krzepiące. Początek i kres chwały rozważ w równej mierze / I mów, że moja chwała z przyjaciół się bierze*. * Nawiązanie do wiersza Ponowna wizyta w Galerii Miejskiej w Dublinie Williama Butlera Yeatsa (tłum. Tomasz Wyżyński) (przyp. JL). R o z d z i a ł 1. C h o ć w s p ó ł c z e s n o ś ć w e z b r a ł a p r z y p ły w e m g o s p o d a r c z y m , t o n i e w   g o s p o d a r c e n a l e ż y s z u k a ć j e j p r z y c z y n Przed dwustu laty światowa gospodarka była tam, gdzie dziś jest Ban- gladesz. Co więcej, dzisiejszy młody mieszkaniec Bangladeszu ma o wiele lepiej ugruntowane w  przeszłości podstawy do wiary w  to, że za swo- jego życia zdoła ujrzeć kres (lub początek kresu) biedy swojego narodu, niż miała przeciętna młoda osoba żyjąca w  dawnych dobrych czasach XIX wieku w Norwegii lub w Japonii. W XIX wieku przeciętny człowiek konsumował równowartość zaledwie 3 dolarów dziennie i oczekiwał, że jego dzieci, wnuki i prawnuki będą konsumować tyle samo (plus minus dolar albo dwa)1. Ta liczba – wyrażona w kategoriach współczesnych ame- rykańskich cen skorygowanych o koszt utrzymania – wprost zatrważa. Jeśli jednak żyjesz obecnie w takim do szpiku burżuazyjnym kraju jak Japonia czy Francja, to prawdopodobnie każdego dnia wydajesz około 100 dolarów. Sto dolarów zamiast trzech – oto skala nowoczesnego wzro- stu gospodarczego. Do XIX wieku jedynymi ludźmi, którym wiodło się tak dobrze, że wykraczali poza granice tych 3 dolarów, byli posiadacze 1 Konkretnie „międzynarodowych dolarów Geary’ego-Khamisa z 1990 roku” – przy czym uwzględniłam jeszcze inflację (korzystając ze wskaźnika cen konsumpcyj- nych w Stanach Zjednoczonych od 1991 roku), aby wartości zgadzały się z grubsza z tymi z 2008 roku w Stanach Zjednoczonych. Owe 3 dolary należy więc rozumieć jako kwotę, za jaką trzeba byłoby przeżyć na przykład w Chicago w 2008 roku, mając nieszczęście otrzymywać przeciętny światowy dochód realny z 1800 roku. Wielkości te zostały oszacowane przez nieżyjącego już Angusa Maddisona w jego wspaniałym dziele, prawdziwym pałacu poświęconym liczbom, czyli The World Economy (Świa- towa gospodarka) (2001 [2006]). Te konkretne wartości znajdziemy na s. 642. (Czy- telnik z pewnością dostrzeże, jak bardzo w swojej pracy polegałam na dziele Angu- sa. Maddison powinien otrzymać Nagrodę Nobla, lecz niestety w ekonomii krzywo się patrzy na „samo zbieranie danych”. Proszę sobie wyobrazić, gdzie byłaby dziś astronomia lub biologia, gdyby przedstawiciele tych nauk byli tak nastawieni! Cóż, dla mnie i dla wielu innych osób dorobek Maddisona jest sine quo nullum). Mówiąc o okresie „przed dwustu laty”, korzystałam ze średniej wartości światowych dla lat 1700 i 1820. Wśród historyków gospodarczych panuje zgoda co do tego, że dla okresu od XVIII wieku zmiana ta jest około dziesięciokrotna. Zob. np. Easterlin 1995, s. 84. 2 ziemscy, biskupi i nieliczni handlarze. Tak samo było wcześniej, przez cały okres spisanej historii, i jeszcze wcześniej, w czasach prehistorycznych. Za te 3 dolary mieszkanka naszej planety mogła liczyć na parę kilogramów ziemniaków, trochę mleka i z rzadka na jakiś ochłap mięsa. Może weł- niany szal. A może rok albo dwa lata podstawowej edukacji, o ile miała szczęście i jeśli nie żyła w społeczeństwie analfabetów. Po urodzeniu mia- ła połowiczne szanse na dożycie do trzydziestki. Może miała pogodny charakter i była „zadowolona” z analfabetyzmu, chorób, przesądów, oka- zjonalnego głodu i braku perspektyw. Koniec końców miała swoją rodzi- nę, wiarę i społeczność, które ingerowały w każdą podejmowaną przez nią decyzję. Lecz niezależnie od tego cierpiała okrutną biedę, a zakres jej możliwości był znikomy. Dwieście lat później świat może już utrzymać przy życiu ponad sześć i pół raza istnień ludzkich więcej. I wbrew czarnowidztwu maltuzjańskiej wiary w to, że wzrost populacji stanie się ogromnym problemem, przecięt- ny człowiek zarabia tak dobrze, że konsumuje niemal dziesięciokrotnie więcej dóbr i usług niż w XIX wieku. Mimo budzących zaniepokojenie przestojów podczas ponad trzydziestu recesji, które nawiedziły światową gospodarkę od XIX wieku, niemal po każdej zapaści w cyklu koniunk- turalnym zaledwie po kilku latach nadchodził kolejny szczyt dobrobytu dla ubogich mieszkańców Ziemi. Jedynymi okresami odnowy, z których trzeba było się dźwigać dłużej, były te po należących już dziś do odle- głej przeszłości dwóch wojnach światowych2. W skali globu głód jest dziś na historycznie najniższym poziomie i  wciąż znajduje się w  odwrocie. Wskaźnik alfabetyzacji i oczekiwana długość życia przekraczają najwyż- sze z notowanych szczytów i nadal rosną. Mamy coraz więcej wolności. Niewolnictwo odchodzi w  niepamięć, podobnie jak patriarchalne znie- wolenie kobiet. W o wiele obecnie bogatszych krajach, takich jak Norwegia, przeciętny obywatel zarabia czterdzieści pięć razy tyle, ile w 1800 roku. To godna 2 Zgodnie z  przeprowadzonymi przez Maddisona obliczeniami realnego PKB per capita w 12 krajach Europy Zachodniej od 1869 do 2001 roku (Maddison 2001 [2006], s. 439–441; zważywszy na to, że z pewnością gospodarki te łączył cykl ko- niunkturalny i wszystkie się rozwijały, jest to agregat wcale rozsądny), w ciągu zale- dwie dwóch bądź trzech lat po wielkich krachach (w latach 1884, 1890, 1900, 1907, 1974, 1980 i 1992) przekroczono osiem z dwunastu szczytów. Po dwóch głębokich depresjach (w 1875 i 1929 roku) trzeba było czekać aż sześć lub siedem lat na pobicie poprzednich rekordów. A ponad maksima z początków wojen światowych wzniesio- no się dopiero po szesnastu (dla 1913 roku) i po dwunastu (dla 1939 roku) latach. Burżuazyjna godność Choć współczesność wezbrała przypływem gospodarczym, to nie… 3 najwyższego podziwu kwota 137 dolarów dziennie. Dochód mieszkańca Stanów Zjednoczonych wynosi, dla porównania, 120 dolarów, a Japoń- czyka 90 dolarów3. W krajach takiej zamożności stan środowiska natu- ralnego – rzecz istotna dla żyjącej w dobrobycie i wykształconej burżu- azji – nieustannie się poprawia. Nawet w krajach wciąż rozwijających się, choćby we wciąż ubogich Chinach, w których zarabia się jedynie 13 dola- rów dziennie (co i tak stanowi ogromny postęp w stosunku do 1978 roku), powoli zaczyna się dbać o przyszłość naszej planety4. Historia gospodarcza wygląda jak leżący na ziemi kij do gry w hokeja. Ma bardzo, bardzo długi uchwyt na poziomie 3 dolarów dziennie, ciągnący się aż do 1800 roku przez całą liczącą dwieście tysięcy lat historię gatunku homo sapiens. I choć występowały w nim niewielkie wzniesienia za czasów starożytne- go Rzymu, wczesnośredniowiecznego świata arabskiego i w środkowym średniowieczu w Europie, to nieodmiennie następował po nich powrót do kwoty 3 dolarów dziennie. I nagle, po dwóch tysiącach wieków, w ostat- nich dwóch stuleciach w górę wystrzela zupełnie niespodziewane ostrze, które wybija się do kwoty 30 dolarów dziennie, a w wielu miejscach globu nawet wyższej5. To prawda, że głębokie ubóstwo wciąż dotyka całe narody i znaczne grupy nawet szybko rozwijających się krajów takich jak Chiny, a zwłasz- cza Indie. Spośród 6,7 miliarda ludzi na planecie w wielkiej biedzie żyje kurczący się (na szczęście) „miliard na dnie”, zarabiający oburzającą kwo- tę 3 dolarów dziennie, na którą ludzie byli skazani od czasu wyjścia z afry- kańskiej sawanny. Kilkaset milionów przeżywa ledwie za dolara, śpiąc na matach na ulicach Bombaju6. Prawdziwie niewolnicze życie wiedzie oko- ło 27 milionów osób – jak Dinkowie z Sudanu. A na świecie całą rzeszę dziewcząt i kobiet, na przykład w Afganistanie, niewoli się przez ciasno- tę umysłową. Lecz odsetek ludzi bardzo biednych i tkwiących w ogrom- nym zniewoleniu zmniejsza się w globalnym społeczeństwie szybciej niż 3 World Bank 2008, s. 161, 216, 112. 4 World Bank 2008, s. 58. 5 O „wzniesieniach na uchwycie kija” mówią Walter Scheidel i Gregory Clark; za: Zanden 2009, s. 274, rys. 35. 6 „Miliard na dnie” to wyrażenie ukute przez Paula Colliera (2007). W 2006 roku średni dochód narodowy brutto per capita (według parytetu siły nabywczej, tj. uwzględniający koszty utrzymania) w Norwegii był 5,4 raza wyższy niż global- ny (na podstawie danych: World Bank 2008, s. 2, 161). Względem średniej z krajów o niskim dochodzie, wedle definicji przyjmowanej przez Bank Światowy, było to aż 27 razy więcej, czyli podczas gdy w krajach o niskim dochodzie zarabiało się dziennie 5 dolarów, w Norwegii było to już 137 dolarów (World Bank 2008, s. 10). 4 kiedykolwiek. Od lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia populacja świa- ta rośnie coraz wolniej, a w ciągu kilku pokoleń zacznie wręcz spadać7. Drogi Czytelniku, jaka wielkość rodziny dominuje w Twoim otoczeniu? Jeśli nic się nie zmieni, to za pięćdziesiąt lat ludzie żyjący w głębokiej nędzy będą już ludźmi odpowiednio odżywionymi. Większość niewolni- ków i kobiet uzyska wolność. Środowisko naturalne będzie się miało coraz lepiej. Typowy mieszkaniec globu stanie się burżuaninem. W 1800 roku pesymizm miał racjonalne podstawy – choć u świtu nowej ery wielu ludzi było optymistami. I  choć dziś żyjemy w  czasach wielkiej popularności wróżb o  nadciągającej katastrofie, to mamy znacznie więcej powodów, aby patrzeć w przyszłość, nie tracąc pogody ducha. W  sporej części świata scenariusz optymistyczny już się sprawdził. Beztrosko burżuazyjny charakter klasy robotniczej w Stanach Zjednoczo- nych jest od dawna cierniem w oku marksistów. W 1906 roku historyk gospodarczy Werner Sombart pytał: „Dlaczego nie ma socjalizmu w Sta- nach Zjednoczonych?” Jego odpowiedź brzmiała: „O rostbef i szarlotkę rozbijały się wszystkie socjalistyczne utopie”8. Okazało się, że znakomi- cie sobie radzący Amerykanie tylko przecierali szlak dla Brytyjczyków, Francuzów i  Japończyków. Wydaje się, że zmierzamy nie ku zlaniu się w powszechną klasę proletariatu, co ku dołączeniu do powszechnej klasy innowacyjnej burżuazji. (Francuskie słowo bourgeoisie rozumiem szeroko, jako oznaczające klasę ludzi zatrudniających, posiadających, wykwalifiko- wanych lub wykształconych [bez końcówki – ie wyraz bourgeois, wyma- wiany „burżua”, to przymiotnik, określający też męskiego przedstawiciela tej klasy w liczbie pojedynczej lub mnogiej], którzy zazwyczaj mieszkają w  miastach – „klasę średnią”. Nie będę go używała w  marksistowskim sensie la haute bourgeoisie, czyli klasy ograniczonej do najmożniejszych przemysłowców). Pracujący dla AthletiCo fizjoterapeuta – który ukończył uczelnię wyższą i zdobył pracę zgodną ze swoim wykształceniem, zarabia 35 dolarów na godzinę lub 280 dolarów dziennie i kontynuuje naukę – nie uważa się za niewolnika pozostającego na łasce swojego pracodaw- cy9. Praca zajmuje mu cztery dni w tygodniu, a jego żonie, która pracuje 7 Maddison 2001 (2006), s. 615. Por. U.S. Census Bureau 2009. Urząd Statystycz- ny Stanów Zjednoczonych przewiduje tam, że do 2050 roku stopa przyrostu ludno- ści spadnie do 0,5 rocznie, podczas gdy historyczny szczyt z lat sześćdziesiątych XX wieku wyniósł ponad 2 . 8 Sombart 1906, s. 167. 9 Bureau of Labor Statistics, U.S. Department of Labor, http://www.bls.gov/oes/ current/oes291123.htm (dostęp: 15 października 2017). Burżuazyjna godność Choć współczesność wezbrała przypływem gospodarczym, to nie… 5 w tym samym zawodzie, trzy. Jeśli zechcą, w każdej chwili mogą otworzyć niewielką prywatną praktykę. Stosunki produkcji już nie mówią wiele o świadomości najemnej siły roboczej czy stojących przed nią perspekty- wach. Pracujesz, aby otrzymać zapłatę. Czy doprawdy to takie upadlające? Drogi – burżuazyjny z racji wykształcenia – Czytelniku, wyobraź sobie, proszę, prawdziwą do bólu biedę, jakiej Twoi przodkowie doświadczali w XIX wieku, i bądź wdzięczny erze burżuazji i epoce innowacji, że unik- nąłeś podobnego losu. W 2007 roku ekonomista Paul Collier zauważył, że przez dziesiątki lat „problem rozwoju [postrzegano] jako zderzenie miliarda obywateli świa- ta bogatych z pięcioma miliardami ludzi ubogich. […] Lecz z nadejściem 2015  roku stanie się oczywiste, że ten sposób myślenia o  rozwoju jest przestarzały. Przeważająca część [z owych do niedawna biednych] pięciu miliardów, jakieś 80 procent z  nich [tj. cztery miliardy], to mieszkańcy krajów, które rzeczywiście – i zaskakująco szybko – się rozwijają”10. Collier ma rację. W 2015 roku będziemy mieli raczej do czynienia z sześcioma miliardami ludzi bogatych lub bogacących się i trwale biednym miliardem na dnie11. Wystarczy spojrzeć na coraz majętniejsze dziś Chiny i  Indie. W tych krajach, wciąż ubogich w porównaniu z Hongkongiem czy Bel- gią, dochód realny na osobę rośnie w  nadzwyczajnym, bezprecedenso- wym tempie od 7 do 10 procent rocznie, czyli dwa lub trzy razy szybszym niż gdzie indziej. Te stopy wzrostu to więcej, niż zdołały kiedykolwiek osiągnąć Stany Zjednoczone czy Japonia, i oznaczają czterokrotny wzrost zakresu ludzkich możliwości w ciągu zaledwie dwudziestu lub czternastu lat, czyli w niecałe pokolenie. Przy takim poziomie rozwoju w dwa poko- lenia dochód realny na osobę wzrośnie szesnaście razy, sięgając poziomu 48 dolarów dziennie, czyli tyle, ile zarabiało się w  USA w  latach czter- dziestych ubiegłego stulecia. Spostrzeżenie to daje nam pewne naukowe wyobrażenia na temat tego, co można zrobić dla miliarda na dnie. Ale Collier twierdzi też, że „z początkiem lat osiemdziesiątych XX wie- ku obszar nędzy na świecie po raz pierwszy w historii zaczął się kur czyć”12. Podkreślona część nie jest zgodna z prawdą (choć może chodziło tu o wiel- kości bezwzględne, a  nie względne; w  takim wypadku Collier mógłby nawet mieć rację). Udział ludzi ubogich w globalnej populacji spada od dwóch stuleci, a  nie tylko od dwudziestu lat. Od początku XIX  wieku 10 Collier 2007, s. 3. 11 Populacja świata w 2009 roku wynosiła ok. 6,77 miliarda. 12 Collier 2007, s. 4. 6 coraz liczniejszą w społeczeństwie grupą są osoby zarabiające 30, 48, 137 czy 280 dolarów dziennie. Jeszcze raz sięgnijmy po przykład Norwegii i Japonii, które niegdyś tkwiły w okrutnej nędzy. Historia daje nam pew- ne naukowe wyobrażenia na temat tego, dlaczego tak się stało i  dokąd zmierzamy. Sytuacja ostatnich dwustu lat na całym świecie sprzyjała zwykłemu człowiekowi, zwłaszcza osobie żyjącej w  kraju burżuazyjnym. Weźmy przykład mojej dalszej kuzynki, z  którą różni mnie jedno pokolenie – trzydziestopięcioletniej Evy Stuland, mieszkanki Dimmelsvik w regionie Hardangerfjord na zachodzie Norwegii. W 1800 roku ubóstwo naszych wspólnych przodków było na poziomie trzydolarowym. Przywodzi to na myśl Bangladesz. Ale w tej chwili, po dziesięciu pokoleniach, uczciwi, wykształceni i obdarzeni ropą naftową Norwegowie są na drugim miej- scu na świecie pod względem wysokości przeciętnych dochodów. W ce- nach amerykańskich z 2006 roku przekłada się to na kwotę 137 dolarów dziennie, czyli ponad 50 tysięcy dolarów rocznie dla każdej osoby: męż- czyzny, kobiety i dziecka. (Maleńki Luksemburg, gdzie przeciętna płaca na osobę wynosi 60 tysięcy dolarów rocznie, zajmuje miejsce pierwsze spośród 209 krajów. Kuwejt z kwotą 48 tysięcy dolarów jest na miejscu trzecim, a wielkie Stany Zjednoczone wloką się jako czwarte, co i tak przy 44 tysiącach dolarów rocznie jest w porównaniu do 1900 czy 1950 roku wzrostem nadzwyczajnym, a dla amerykańskiej biedoty wręcz oszałamia- jącym13). Przy takiej płacy Eva Stuland może sobie pozwolić na konsump- cję całkiem sporej ilości belgijskiej czekolady, domek letniskowy w górach i małe urocze audi (jej mąż Olaf jeździ bmw). Po uwzględnieniu w średniej konsumpcji per capita dofinansowania małych dzieci Evy i emerytury jej rodziców i babci jej zarobki oczywiście przekroczą 137 dolarów dziennie (zestawmy to z  terapeutą AthletiCo). Obok innych Norwegów przepra- cowuje ona mniejszą liczbę roboczogodzin w roku niż obywatele innych krajów, a od pracoholików z Japonii czy ze Stanów Zjednoczonych dzie- li ją prawdziwa przepaść. W chwili urodzin spodziewana długość życia Evy wynosiła osiemdziesiąt pięć lat. Dwójka jej dzieci zapewne będzie żyła jeszcze dłużej i  będzie zamożniejsza, o  ile nie postanowi zająć się sztuką lub dobroczynnością – wtedy satysfakcja z tak szlachetnej pracy będzie równoważnikiem dochodu14. W ujęciu per capita udział Norwegii 13 I tym razem wartości zostały wyrażone według parytetu siły nabywczej w Sta- nach Zjednoczonych, na podstawie: World Bank 2008. 14 Abbing 2002. Burżuazyjna godność Choć współczesność wezbrała przypływem gospodarczym, to nie… 7 w międzynarodowych państwowych organizacjach charytatywnych wy- przedza wszystkie inne kraje. Eva wspiera niestosujące przemocy i demo- kratyczne instytucje. Ukończyła matematykę na uniwersytecie w Bergen. Pracuje jako aktuariusz w firmie ubezpieczeniowej, a sześć tygodni płat- nego urlopu w  roku spędza na Sycylii lub na Florydzie. Jej mąż (który w żadnym razie nie jest jej panem i władcą) przez kilka lat pracował jako nurek na platformach wiertniczych, a teraz jest zatrudniony w regional- nym biurze Statoil. W latach szkolnej młodości Eva czytała Ibsena po nor- wesku, a  w  uproszczonej angielszczyźnie również kilka dzieł Szekspira. Miała niewątpliwą przyjemność ujrzenia ich sztuk wystawianych za gó- rami, na deskach Teatru Narodowego w Oslo. W jej domu rozbrzmiewają nagrania utworów Edvarda Griega, który nawet stanowi po kądzieli jej nie tak odległą rodzinę15. Dlaczego to mogło się urzeczywistnić? Jak to się stało, że średni dochód na świecie skoczył z 3 dolarów dziennie do 30 dolarów? W jaki sposób Norwegowie z chorych nędzarzy, którzy dysponowali tylko rudymentar- nymi wolnościami i kiepską edukacją, przeistoczyli się w ludzi bogatych, zdrowych, całkowicie wolnych i w większości wykształconych? Według głównej tezy tej książki ów wyglądający niczym kij hoke- jowy zryw, wraz z towarzyszącymi mu zmianami kulturowymi i poli- tycznymi, w przeważającej mierze nie miał podłoża typowo ekonomicz- nego. To znaczy, że jego przyczyny nie tkwią w  europejskim handlu, holenderskich inwestycjach, brytyjskim imperializmie czy wyzyskiwa- niu żeglarzy pływających na norweskich statkach. Wpływ ekonomii ogranicza się do kształtowania wątków osnowy całej tej historii. Tak jest zazwyczaj. To, kto zyskał, co dokładnie zostało wyprodukowa- ne, gdzie i kiedy się to stało – oto materia ekonomiczna. To opowieść o dochodach, własności, zachętach i relacjach cen. I jeśli historyk nie rozumie ekonomii, to nie pojmie osnowy historii współczesności. Tę osnowę kształtowały handel bawełną i inwestycje w porty morskie, po- daż silników parowych i popyt na edukację podstawową, koszt kutego żelaza i korzyści z kolei, wyzysk niewolników na plantacjach i uczest- nictwo kobiet w  rynku pracy. Ekonomia materialistycznego sortu na pewno wyjaśni powody, dla których Amerykanie palili drewnem i wę- glem drzewnym o całe dziesięciolecia dłużej niż mieszkańcy niezalesio- nej i  bogatej w  węgiel środkowej części północno-zachodniej Europy. 15 Eva jest postacią fikcyjną, choć tak naprawdę mam wiele takich krewnych w Dimmelsvik. 8 Uzasadnia też, dlaczego w 1840 roku brytyjskiej służącej podającej do stołu nie opłacała się inwestycja w wykształcenie albo dlaczego to nie Egipt, lecz Stany Zjednoczone dostarczały Manchesterowi i New Hamp- shire większość surowej bawełny, a także dlaczego protekcjonizm osła- niający amerykański przemysł bawełniarski krzywdzi dzisiejszych jej plantatorów z afrykańskiego Sahelu. Ekonomia może wytłumaczyć, jak przewaga komparatywna w przędzeniu bawełny przesunęła się najpierw z Indii do Anglii, a potem z powrotem do Indii. Ekonomia jest jednak niezdolna do wyjaśnienia globalnego wzrostu przewagi (absolutnej) z 3 dolarów do 30 dolarów dziennie, o 137 dolarach nawet nie wspominając. To główna teza naukowa tej książki. Ekonomia nie mówi, skąd wzięło się ostrze kija hokejowego. Nie tłumaczy ani po- czątków, ani dalszego trwania – i chodzi o skalę, a nie o szczegóły osno- wy – wyjątkowego w historii świata współczesnego rozpowszechnienia się samochodów, wyborów powszechnych, komputerów, tolerancji, an- tybiotyków, mrożonej pizzy, centralnego ogrzewania i edukacji wyższej dla mas, czyli choćby dla Ciebie, dla mnie i dla Evy. Jeśli ekonomistka nie rozumie historii, to nie pojmie tego najważniejszego dla historii na- szych czasów zjawiska. Ekonomia burżuazyjna czy marksistowska nie widzi niespotykanej skali i  egalitarnej dystrybucji korzyści z  rozwoju. Dostrzega jedynie szczegóły wątków w  osnowie wzrostu. Twierdzę, że siły materialne i  ekonomiczne nie uruchomiły i  nie utrzymują współ- czesnego rozkwitu, obserwowanego od zarania XIX wieku do dziś. Eko- nomia w rzeczy samej jest najlepszym narzędziem wyjaśniającym co do geograficznego detalu to, jak wzbierający przypływ manifestował swoją obecność i jakim konkretnie żlebem wpływał do rzeki, powodując pod- niesienie się wód do ściśle określonej wysokości. Ale przyczyny samego przypływu były inne. * * * * * Jakie zatem? Twierdzę tutaj, i w następnych dwóch tomach wspieram swoją tezę na inne sposoby, że rewolucję przemysłową spowodowała in- nowacyjność (a nie inwestycje czy wyzysk). Wielu historyków i ekonomi- stów się z tym zgodzi, więc w tej części mojego wywodu nie będzie ni- czego zaskakującego. Ale wskazuję też – i tu do wsparcia skłonna jest już mniejsza liczba historyków i  jeszcze skromniejsza garstka ekonomistów – że przyczyną innowacji jest język, etyka i idee. Etyczna (i nieetyczna) rozmowa kieruje światem. Jedna czwarta dochodu narodowego bierze się Burżuazyjna godność Choć współczesność wezbrała przypływem gospodarczym, to nie… 9 z prawienia duserów na rynku i w zarządach przedsiębiorstw16. Być może ekonomia i jej liczni szermierze powinni ten fakt zaakceptować. Gdy tego nie czynią, wpadają w tarapaty – jak wtedy, gdy skłaniają banki do lek- ceważenia zarówno profesjonalnego języka, jak i ich etyki jako powierni- ków, i zamiast tego do polegania wyłącznie na milczących i pieniężnych zachętach, takich jak wynagrodzenia kadry kierowniczej. Ekonomiści oraz ich gorliwi uczniowie decydują się na samą tylko roztropność, wy- łączając inne ludzkie cnoty – sprawiedliwość, umiarkowanie, miłość, męstwo, nadzieję i wiarę – i odpowiadające im grzechy zaniechania lub czynnego występku. Teoretycy roztropności wzbraniają się przed użyciem języka etyki, nawet w już przecież rozgadanej sferze bankowości. Polega- nie na samej tylko roztropności może być dość skuteczne przynajmniej w niektórych obszarach gospodarki. Sama tylko roztropność (i milczące zachęty) będzie dobrym wyborem dla osób chcących zrozumieć pokryty arbitraż stóp procentowych na rynku walutowym. Ale nie zdoła wyjaśnić najbardziej zdumiewającego ze zjawisk. Ściślej mówiąc, trzy stulecia temu w  takich miejscach jak Holandia i  Anglia sposób mówienia i  myślenia o  klasie średniej zaczął się zmie- niać. W zwykłych konwersacjach zaczęto odnosić się do innowacji i ryn- ku bardziej przychylnie. Naukowcy zajmujący się wysoką teorią zaczęli odważniej przewartościowywać swoje uprzedzenia wobec burżuazji, któ- rych tradycja już wtedy sięgała tysiącleci. (Niestety w Chinach, Indiach, Afryce czy imperium osmańskim w sposobie rozmowy, w uprzedzeniach ani w teorii podobna przemiana nastąpiła nie od razu. Dziś w tych miej- scach, mimo oporu europejskich postępowców i pozaeuropejskich trady- cjonalistów, Rubikon został już przekroczony). Sposób rozmowy w regio- nie Morza Północnego w końcu radykalnie zmienił tamtejszą gospodarkę, politykę i retorykę. Około XVII wieku w północno-zachodniej Europiej powszechne przekonania stały się łaskawsze dla burżuazji, zwłaszcza dla jej działalności handlowej i  dla innowacji. Zmianę tę można uznać za względnie gwałtowną. W XVIII i XIX wieku nastąpił ogromny przewrót w sferze tego, co Alexis de Tocqueville określał mianem „nawyków umy- słu” – czy właściwie nawyków języka. Ludzie przestali szydzić z innowa- cyjności rynku i z innych cnót burżuazyjnych, które praktykowano z dala od zwyczajowych miejsc chwały, takich jak Bazylika św. Piotra, pałac wer- salski czy skąpane we krwi pola pierwszej bitwy pod Breitenfeld. 16 McCloskey i Klamer 1995. 10 Na chwilę pozwolę sobie skierować kilka słów do moich przyjaciół ekonomistów: część z nas, stanąwszy w obliczu rodzącej się świadomości tego, jak gruntowna przemiana nastąpiła w  XVIII, a  zwłaszcza w  XIX i XX wieku, zdołała uratować swoje modele dzięki odwołaniu się do „nie- liniowości”, „korzyści skali” i „wielu równowag”. I choć tego rodzaju wy- biegi stanowią radosną gimnastyką intelektualną, to jednak z naukowe- go punktu widzenia są daremne. Inni jeszcze ekonomiści – prowadzeni obecnie przez zaskakującą grupę historyków gospodarczych zdecydowa- nie skupiających się na teorii wzrostu i przez teoretyków wzrostu zdecy- dowanie skupiających się na historii – twierdzą zamiast tego, że w  Eu- ropie, a zwłaszcza w Wielkiej Brytanii, od stuleci trwały przygotowania do nadejścia ostrza kija hokejowego. Motyw tej nowej opowieści przypo- mina motyw starszej opowieści, przypisującej nadzwyczajność Europy jej starożytnej cywilizacji, chrześcijańskiej i zarazem humanistycznej, która wywodziła się z  Izraela i  Grecji, a  później dotarła do leśnych plemion germańskich. Kłopot w tym – i z zadziwieniem przyznają to najlepsi eko- nomiści – że Indie, kraje arabskie, Iran i Chiny, a zwłaszcza Japonia były równie nadzwyczajne i gotowe na przyjęcie owego ostrza. Wiele z takich bogatych obszarów o wiele wcześniej – jak w wypadku siedemnastowiecz- nych Chin, piętnastowiecznych północnych Włoch, dziesiątowiecznego świata arabskiego i pierwszowiecznego Rzymu – mogło się poszczycić tak chwalonymi przez ekonomistów niskimi stopami procentowymi i dobrze skonstruowanymi prawami własności. Lecz przez całe tysiąclecia żadne ostrze kija hokejowego się nie pojawiło17. Stało się to dopiero wówczas, gdy nadeszła zmiana ideologiczna. * * * * * Stawiam tezę, że gospodarka w okolicach Morza Północnego wielokrot- nie przerosła oczekiwania w XVIII, szczególnie w XIX, a już zwłaszcza w XX wieku nie ze względu na takie mechanistyczne czynniki gospodar- cze jak rozmiar handlu zagranicznego, stopa oszczędności czy nagroma- dzenie kapitału ludzkiego. Takie efekty były przyjemne, lecz wtórne. Go- spodarka Morza Północnego, następnie atlantycka, a w końcu światowa rosły za sprawą zmieniającego się sposobu mówienia o rynku, przedsię- biorczości i wynalazczości. Technicznie rzecz biorąc (wciąż kieruję swoje 17 Świeża i  gruntowna kwerenda w: Zanden 2009. Na s.  289 i  w  wielu innych miejscach Autor przyznaje, że Chiny i Japonia były gotowe. Burżuazyjna godność Choć współczesność wezbrała przypływem gospodarczym, to nie… 11 słowa do moich przyjaciół ekonomistów), nowa forma konwersacji była wybuchem, który gwałtownie rozepchnął ramy skrzynki Edgewortha. Nie doszło tu ani do żadnego optymalnego w sensie Pareto przesunięcia dzię- ki handlowi wewnątrz stałych granic skrzynki, ani do realokacji wzdłuż krzywej kontraktu na skutek agresji, ani do umiarkowanego rozszerzenia się tejże skrzynki dzięki inwestycjom – a jednak to o tych trzech hipote- zach ekonomiści chcieliby mówić najwięcej, gdyż rozumieją je najlepiej. Stało się inaczej: krzywa możliwości produkcyjnych i rozmiary skrzynki Edgewortha wybuchły w gwałtownej ekspansji i z punktu widzenia kon- wencjonalnej ekonomii było to niewytłumaczalne18. W rzeczy samej rozumowanie tu przedstawione nie powinno szokować prawdziwego ekonomisty. Od lat siedemdziesiątych XIX wieku wszyscy przedstawiciele tej nauki zdają sobie sprawę, że zajmują się materią, która rodzi się w ludzkich głowach. Wiedza ta jest wynikiem rozważań w ob- rębie neoklasycznej ekonomii mengerowskiej albo marshallowskiej i prze- myśleń instytucjonalizmu lub współczesnego marksizmu. Gospodarkę napędzają wartościowania, opinie, poczta p
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Burżuazyjna godność. Dlaczego ekonomia nie potrafi wyjaśnić współczesnego świata?
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: