Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00326 006019 14496224 na godz. na dobę w sumie
Chabrowe sny o wiośnie - ebook/pdf
Chabrowe sny o wiośnie - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: E-bookowo Język publikacji: polski
ISBN: 9788363080297 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> inne >> inne
Porównaj ceny (książka, ebook (-15%), audiobook).
Powieść traktuje o nietuzinkowej radości życia, przyjaźni oraz miłości. Jest to książka, w której niecodzienne zbiegi okoliczności, gafy oraz pomyłki nakładają się na siebie wzajemnie. Śmiech, wzruszenie i odrobinę szaleństwa. Bohaterowie cieszą się chwilą, są pełni niedoskonałości oraz fantazji... Katarzyna Bujnicka jest młodą dziennikarką, która studiuje filologię polską. Mieszka wraz z trójką przyjaciół w wynajmowanym M-3 i przez przypadek w jej życie wkrada się niewielki wątek kryminalny. Ona ma swojego 'onego', którego zabiegów całkowicie nie dostrzega. Perypetie miłosne są dodatkowo ubarwione obecnością rodziny 'Winicjusza', która nie potrafi zaakceptować wybranki jego serca i czyni wszystko, aby zapobiec ewentualnemu połączeniu się młodych ludzi. Kaśka jest postacią mimowolnie wywołującą sytuacje, których normalny, uporządkowany człowiek nie byłby sobie w stanie wyobrazić. To właśnie dzięki temu zdobywa większość potrzebnych jej wywiadów i artykułów. Do swojego całkowicie zwariowanego i nieuporządkowanego świata przygarnia małego, potrzebującego miłości chłopca imieniem Andrzejek. We wszystkim, cokolwiek czyni, wspierają ją wspaniali przyjaciele oraz rodzina. Najbardziej barwną ze wszystkich postaci w tej książce jest chyba współlokator Kaśki - Remik. Remik jest 'wariatem' w pozytywnym tego słowa znaczeniu, a także prowodyrem różnych ciekawych sytuacji...   Recenzja: Okładka tak szalenie niebieska, tytuł książki pociągający: Chabrowe sny, pewnie marzenia    to coś dla mnie, pomyślałam biorąc się do czytania książki Joanny Hacz. Po kilku stronach lektury wczytana po uszy odniosłam wrażenie, że to moja córka broniła się przed dość niejasnymi zamiarami pewnego mężczyzny, lekkomyślnie pozwalając zaprosić się na kolację, która miała być rekompensatą za potrącenie jej na ulicy przez wymienionego wyżej faceta. No i stało się, spotkanie nie wypaliło, daleko od miasta i nie chcąc skorzystać  z propozycji podwiezienia do domu, pokonywała w deszczu i na szpilkach ( !) trasę do domu. Zostawiam tutaj moją córkę, ona nie nosi kabaretek i nie daj Boże, żeby jej się coś podobnego przytrafiło.  Ponieważ dusza młodej i jak się okazuje w dalszym ciągu powieści ambitnej dziennikarki kochała przygodę , więc życie od pierwszego wieczoru dostarcza jej i czytelnikowi wielu wrażeń. Kolejna nocna propozycja, szarpanina, ucieczka w krzaki, czarny mercedes i nie bardzo samej Kasi wiadomo o co posądzona i w jakiej sprawie zatrzymana, zostaje odwieziona do komisariatu, aby złożyć zeznania. Indagującym okazuje się znajomy Marek, zwany Winicjuszem którego sympatią nie darzyła, na dodatek z odwzajemnioną do niej niechęcią. Przy tej okazji zmęczona i zmoczona deszczem Kaśka, okryta wełnianym kocem przekłada złożenie oskarżenia o próbę gwałtu na dzień jutrzejszy i wędruje do domu, ponownie odrzucając chęć pomocy ze strony kolejnego mężczyzny. Taka niby to dzielna i samodzielna. A w domu nie czekają na Kaśkę mama i tata, lecz przyjaciółka i dwóch kolegów zamieszkujących wspólnie, co przypomniało mi znów moje czasy akademickie. Przyjaźń cenna jak złoto Kaśka ląduje pod prysznicem, potem ratowana jest mlekiem z margaryną i miodem ( czego nie przełknęłabym ) aspiryną, nawet antybiotykiem ( co za lekkomyślność leczenia ). Koniec nocnych przygód - Kasia w ciepłej pościeli. Następnego ranka nasza bohaterka jak nowa, razem z przyjaciółką Marzeną melduje się w redakcji, oko w oko z szefem, pragnąc zaprezentować mu swoje dwa nowe pomysły na sensacyjne artykuły. Czy zostaną przyjęte? Nad treścią ich trzeba popracować. Podczas kolejnego spotkania okazuje się, że Winicjusz wcale nie jest tak antypatycznym mężczyzną, a w knajpie obok której w krzakach, poprzedniej nocy schowała się Kaśka, ktoś został postrzelony. Akcja książki rozwija się sympatycznie i nabiera tempa. Bukiet kwiatów dostarczony tzw. posłańcem od Krzysztofa, to znów napad na Kasię na schodach . Szkoda, że pies nie zainterweniował, lecz uciekł dziarsko na zielone, przed blokiem. A wszystko kręci się wokół zeznań, które powinna wycofać. I jeszcze w czasie powrotu  z Multikina (ach ta Kasia, znów nocną porą !)  spotkanie na dworcu i przygarnięcie Andrzejka w piżamce i kapciach, małego półsieroty. Chabrowe sny zawierają szereg ciekawie przedstawionych postaci i sytuacji także rodzinnych, które intrygują i wzruszają. Jest wątek miłosny, na który niecierpliwie czekałam, rozwijający się powoli i zakończenia nie zdradzę, ale wiem, że często pod szorstkimi ripostami ukrywa się wielkie pragnienie miłości. A dlaczego chabrowe? Myślę, że czytelnik sam znajdzie odpowiedź.Przeczytałam z przyjemnością, dobrze skonstruowane dialogi, płynna akcja, dla czytelnika - relaks przed komputerem.
Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

JJooaannnnaa HHaacczz CHABROWE SNY O WIOSNIE © Copyright by Joanna Hacz e-bookowo Projekt okładki: e-bookowo ISBN 978-83-63080-29-7 Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo www.e-bookowo.pl Kontakt: wydawnictwo@e-bookowo.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione Wydanie I 2011 Joanna Hacz: CHABROWE SNY O WIOŚNIE „„NNaaddzziieejjaa uummiieerraa oossttaattnniiaa......”” Halina Birenbaum Rodzicom, najważniejszym ludziom w moim życiu... Joanna Hacz Literatury pięknej z tego nie będzie... A wszelkie osoby i wydarzenia opisane w tej książce są całkowicie fikcyjne, natomiast ich zbieżność z rzeczywistością jest oczywiście przypadkowa. l . p o w o k o o b - e . w w w 4 Joanna Hacz: CHABROWE SNY O WIOŚNIE Z nowu lało! Świetnie! Po prostu rewelacyjnie! Krople deszczu spły- wały mi po krótkich, niedawno obciętych i przefarbowanych na bordowo włosach wprost za kołnierz skórzanego, wiosennego płasz- czyka. Byłam bezgranicznie wręcz wściekła. Skórzany płaszczyk w kolorze ciemnej wiśni, sięgający zaledwie do kolan, pętał się bezradnie pomiędzy moimi nogami, przepuszczał pokaźnym dekoltem chłód nocy i szeleścił od czasu do czasu irytująco zgrzytliwie. Miałam pod nim wyłącznie obcisłą, niebieską, przerażająco krótką sukienkę na krótki rękaw, nogi opinały mi czarne, siatkowane rajstopy, a wysokie obcasy wiosennych sandałków uty- kały w każdej, mijanej po drodze dziurze. Przeklinając samą siebie i złorzecząc wszystkim mężczyznom świata, wracałam właśnie dziarskim, energicznym krokiem z ciekawie zapowiadają- cej się randki do domu. Krzysztofa, właściciela sklepów „Pierwiosnek”, po- znałam zaledwie dwa dni temu, urządzając mu dość pokaźną awanturę na samym środku ulicy, na której to omal mnie nie przejechał. Pisałam akurat artykuł na temat wypadków samochodowych, byłam dziennikarką, targnęła mną pasja i już przepadło. Urzeczony kierowca, któremu wygrażałam ręką, stojąc tuż przed maską jego luksusowego samochodu, przeczekał wszystkie moje metafory, epitety oraz porównania, ze stoickim spokojem zjechał na pobocze jezdni, po czym, ignorując całkowicie moją wściekłość, zaprosił mnie po prostu na kolację. Zgodziłam się. Jak ostatnia idiotka zrezygnowa- łam ze swoich słusznych pretensji, wjechał przecież na mnie na pasach, po czym, tracąc już zapewne resztki posiadanego rozsądku, ubrałam na siebie coś, od czego zaparło mu dech w piersiach... Na kolacji bawiłam się nawet dość dobrze. Niestety. Zaraz po wyjściu z restauracji mój towarzysz potraktował mnie wprost proporcjonalnie do niezbyt fortunnie dobranego do okazji stroju. Usłyszał kolejną porcję nad wyraz wyszukanych środków poetyckich, poznał siłę mojego poczucia god- l . p o w o k o o b - e . w w w 5 Joanna Hacz: CHABROWE SNY O WIOŚNIE ności oraz został porzucony z niezwykle głupim wyrazem twarzy w swoim samochodzie, na restauracyjnym parkingu. Istna orgia szczęścia – myślałam z mściwą ironią. Lepiej już być nie mo- gło. Na własną głupotę nie mogłam nic przecież poradzić. Znajdowałam się właśnie w początkowej fazie dziesięciokilometrowej trasy pomiędzy restau- racją a miastem. Wokół mnie liczne krzaki i pola, gdzieniegdzie migoczące w oddali światła wiejskich domów, głucha, ciemna noc, ulewa i wiatr i abso- lutnie żadnych innych perspektyw oprócz tej, że zmuszona byłam dotrzeć do swojego domu w samym centrum miasta na własnych nogach. Skruszone przeprosiny oraz liczne argumenty co do podwiezienia mnie chociażby do obrzeży miejscowości całkowicie zignorowałam. Wolałam już raczej umrzeć gdzieś w drodze powrotnej z wycieńczenia i z zimna niż uzależnić swoją wy- godę od łaski człowieka, który usiłował właśnie zdeptać moje poczucie god- ności. Kwiecień tego roku był bardzo ciepły, temperatura nocna jednakże z dość oczywistych względów opadała nad wyraz nisko. Usiłując więc nie zamarz- nąć z zimna, gnana dodatkowo siłą zrozumiałych emocji, na przemian raz szybko szłam, raz biegłam. Przebyłam w ten sposób mniej więcej około ośmiu kilometrów. W oddali widziałam już światła swojego rodzinnego mia- sta, u ramion urosły mi skrzydła... Niestety. Znienacka, całkowicie wręcz nieoczekiwanie zatrzymał się tuż obok mnie, zagradzając mi jednocześnie dalszą drogę do domu, jakiś nieznany samochód. – Niech pani wsiada! Podrzucę panią! – zawołał zapraszająco młody, nie- znajomy mężczyzna. Akurat! – pomyślałam sobie gdzieś w głębi duszy, usiłując jednocześnie wyminąć niepożądaną przeszkodę. – Dziękuję bardzo! Poradzę sobie! Mieszkam tu niedaleko! – Ależ proszę wsiadać! Przemoknie pani do reszty! – Deszcz mi nie szkodzi! Przemokłam około godziny temu! – Niech pani, do cholery jasnej, wsiada! – krzyknął podirytowany facet, widząc bardzo wyraźnie, że wymijam go wielkim łukiem. l . p o w o k o o b - e . w w w 6 Joanna Hacz: CHABROWE SNY O WIOŚNIE Zignorowałam go. Przyspieszając dość znacznie kroku, usiłowałam jed- nocześnie rozpoznać swoje własne uczucia. Nie wiedziałam bowiem, czy bardziej jestem tą sytuacją przerażona, czy podirytowana. Mężczyzna nie zrezygnował. Podjechał kawałek w ślad za mną, wyminął mnie nader zręcznie, a następnie, po raz kolejny zagradzając mi drogę, wy- siadł z samochodu i usiłował mnie wciągnąć do środka. Obezwładniony mo- ją bezgraniczną wściekłością zrezygnował z przewożenia ofiary w jakieś za- ciszne oraz odludne miejsce i usiłując dokonać zbrodni na miejscu, podarł mi całe moje siatkowane rajstopy oraz rozerwał dolny szewek sukienki. O dziwo! Odraza i niechęć do mężczyzn, jaką wywołał niechcący jego niefor- tunny poprzednik, a także dorównująca sile trąby powietrznej ślepa, miota- jąca mną furia, którą spowodował fakt, że jakiś brutalny zboczeniec ośmielił się na mnie napaść wkrótce po tym, co do tej pory już przeszłam, wywołały w mojej psychice stan, dzięki któremu nic ani nikt nie był mnie w stanie powstrzymać od dotarcia bez przeszkód do domu. Brutalnie potraktowane- go mężczyznę, całego i zdrowego, aczkolwiek nie bardzo potrafiącego w cią- gu najbliższych kilku minut poruszać nogami i tułowiem, przytrzaśniętego w skutek silnej irytacji drzwiami, pozostawiłam w pozycji klęczącej, z tuło- wiem opartym o tylne siedzenie samochodu, na poboczu ulicy. Mokra, brudna, w podartej odzieży, z tuszem do rzęs rozmazanym po ca- łej mojej twarzy usiłowałam dotrzeć czym prędzej do domu. Tej nocy skaza- na byłam najwidoczniej na całą gamę nader nieprzyjemnych atrakcji. Do- brnęłam właśnie do obrzeży miasta i z wytchnieniem ulgi na ustach, krocząc energicznym krokiem wąską, opustoszałą uliczką, usiłowałam przedrzeć się w miarę niepostrzeżenie do położonej w centrum „metropolii” ulicy, kiedy nagle, nad wyraz niespodziewanie, gdzieś w oddali ujrzałam z przerażeniem światła podążającego w ślad za mną samochodu. Pomyślałam sobie z nie- chęcią, że jest to zapewne ów pozostawiony na pastwę bezlitosnego losu zboczeniec i usiłując nie wchodzić mu więcej w drogę, weszłam czym prę- dzej pomiędzy rosnące nieopodal nowo otwartej kawiarni krzaki. l . p o w o k o o b - e . w w w 7 Joanna Hacz: CHABROWE SNY O WIOŚNIE O dziwo! Ciemny, prawdopodobnie czarny mercedes, o dokładnie zachla- panych numerach rejestracyjnych nie był wcale tym, przed którym tak usil- nie uciekałam. Wręcz przeciwnie! W porównaniu z moimi późniejszymi przeżyciami lęk przed mało groźnym zboczeńcem wydał mi się wyjątkowo dziecinny. Tajemniczy, ciemny samochód zaparkował nieśpiesznie vis á vis mnie, po drugiej stronie ulicy, wysiadło z niego dwóch, opatulonych od stóp do głów w ramach ochrony przed deszczem mężczyzn i ruszyło w kierunku nowo otwartej kawiarni. Nie potrafiłam zwrócić uwagi na ich wygląd, z na- przeciwka bowiem, niczym grecki bóg wojny, nadchodził właśnie piękny, młody elegant, łudząco podobny do znanego powszechnie aktora – Antonio Banderasa, a ja nie byłam w stanie oderwać od niego oczu. Sobowtór filmowego amanta, wygwizdując pod nosem jakąś starą, skoczną melodię, skierował swoje kroki wprost do kawiarni, po czym sfor- sował niewielkie, frontowe drzwi i wszedł raźnym krokiem do środka. Tego, co działo się wewnątrz, nie mogłam na szczęście zobaczyć. W środku, w sa- mochodzie siedział ktoś jeszcze, tak więc uznałam po krótkim namyśle, że najrozsądniej będzie, jeżeli po prostu poczekam. Modliłam się tylko w du- chu, żeby mężczyźni nie utknęli w kawiarni na zbyt długo. I rzeczywiście. Już po kilku minutach wyszli stamtąd sami, bez Antonia, wsiedli do samo- chodu i przy gromkich rykach załączonego wewnątrz alarmu, odjechali w kierunku centrum miasta. Nie potrafiąc uczynić najmniejszego nawet ruchu, doczekałam się w tych upiornych krzakach nad wyraz szybkiej interwencji policji. Niestety! Moje kolejne usilne modlitwy nie pomogły mi absolutnie w niczym. Już po kilku chwilach bowiem nadgorliwi przedstawiciele prawa odkryli mnie bez więk- szego wysiłku w moim dotychczasowym ukryciu i wywlekli z niego w ol- brzymim samozaparciu na sam środek ulicy. – O, Panie! Za co? – wyjęczałam dramatycznie, nie usiłując nawet zro- zumieć, co takiego przybyli na miejsce funkcjonariusze próbowali do mnie powiedzieć. – Ja chciałam tylko wrócić do... domu. l . p o w o k o o b - e . w w w 8 Joanna Hacz: CHABROWE SNY O WIOŚNIE – Pani jest świadkiem – powiedział do mnie jeden z nich, starając się jednocześnie prowadzić delikatnie pod ramię. – Pani pozwoli za mną. Tu niedaleko jest komisariat. Porozmawiamy sobie spokojnie. Proszę do samo- chodu. – Ja nie chcę... Litości!... Ja chcę piechotą. – Proszę się nie wygłupiać. Niech pani wsiada – próbował przemawiać łagodnie. – Precz z łapami... szczeniaku – zauważyłam, że w najlepszym wypadku mężczyzna jest w moim wieku. – Proszę nie stawiać oporu. Porozmawiamy tylko przez chwilę. Potem będzie sobie pani mogła wrócić spokojnie do domu. – Może ona jest w szoku – podsunął młodzieńcowi starszy rangą i wiekiem kolega. – Może jej trzeba lekarza? – Wszystko, tylko nie lekarza! – zaoponowałam stanowczo, wsiadając dobrowolnie do radiowozu. – Nie jestem w żadnym szoku. Gdzie mój adwo- kat? – zapytałam w roztargnieniu, dzięki czemu zaczęłam wywierać na nich bardzo niekorzystne wrażenie. – Nie potrzebuje pani żadnego adwokata – wyjaśnił bez przekonania młodzieniec. – Potrzebowałaby go pani wyłącznie w przypadku, gdyby to pani strzelała. Ale to chyba nie pani, prawda? – Oszalał pan? Ja?! I dlaczego miałabym strzelać? Ktoś tutaj strzelał?! Młodzieniec zignorował moje dociekliwe pytania i w zamian za to odpo- wiedział wymijająco: – Sama pani widzi. Adwokat nie będzie nam do niczego potrzebny... – A co pan tak ciągle tym adwokatem?... – Przecież to pani zaczęła... – I bardzo dobrze. Ale pan nie musi kontynuować. – No, dobrze. Rozejm. Opowie nam pani wszystko, co pani widziała, a potem będzie pani mogła sobie spokojnie odejść. l . p o w o k o o b - e . w w w 9 Joanna Hacz: CHABROWE SNY O WIOŚNIE – Odejść? – perspektywa kolejnych spacerów przyprawiła mnie nieomal o słabość w kolanach. – Miejcie choć trochę litości! Bardzo was proszę... Ja nie chcę już więcej chodzić. – Bardzo słusznie. Nie musi pani chodzić. Odwieziemy panią. – Odwieziecie mnie? Dokąd? – Do domu. – Świetnie. Bardzo się cieszę... Ale będzie z tym lekki problem. Ja zupeł- nie nie pamiętam, gdzie w chwili obecnej mieszkam – oznajmiłam im z na- głą, przejmującą rozpaczą, mając na myśli katastrofalną nazwę ulicy, o któ- rej, odkąd tylko miesiąc temu zamieszkałam w wynajętym M-3, regularnie zapominałam. Mężczyźni popatrzyli na siebie ze zrozumieniem w oczach, zastanawiając się jednocześnie nad tym, czy jest sens wydobywania zeznań od osoby nie w pełni sprawnej psychicznie. Po krótkiej chwili wahania doszli wreszcie do wniosku, że powinni wezwać na posterunek policji osobę, która miałaby w takich przypadkach odrobinę rozleglejsze doświadczenie od nich. – To jak? Dzwonić do Freddiego? – zapytał tuż po dotarciu na miejsce młodzieniec. – Dzwoń! Niech ona tutaj posiedzi, a my poczekamy na niego na ze- wnątrz – przytaknął mu, sadzając mnie jednocześnie zdecydowanym ru- chem ręki na jednym z biurowych krzeseł starszy z policjantów. Nie byłam zbyt dobrym materiałem do ufnego pozostawiania mnie w sa- motności. Pech chciał, że akurat w tej właśnie chwili zauważyłam z przera- żeniem w oczach charakterystyczny brak na swojej prawej dłoni pierścion- kowego różańca. Zapewne pozbyłam się go nieumyślnie podczas owych żar- liwych modlitw w krzakach. Był trochę luźny, a ja za bardzo przejęta i oszo- łomiona tym wszystkim, żeby zwrócić na niego uwagę wcześniej. Pierścion- kowy różaniec stanowił dla mnie bardzo cenną, poświęconą w Częstochowie pamiątkę, miałam go od ponad dwóch lat i czułam się bez niego jak bez ręki. Nie myśląc więc o absolutnie niczym innym niż uwierająca mnie w serce zguba, wyszłam sobie jakimś dziwnym zrządzeniem losu całkowicie niezau- l . p o w o k o o b - e . w w w 10 Joanna Hacz: CHABROWE SNY O WIOŚNIE ważona przez faceta w dyżurce na ulicę, po czym, w odruchu zdecydowania, powróciłam dość szybkim krokiem w miejsce, z którego mnie właśnie przy- wieziono i z uporem przerastającym osła przeszukałam w bardzo skuteczny sposób wszystkie rosnące w pobliżu kawiarni krzaki. Po kilkunastu minutach dwaj, rozmawiający ze mną wcześniej policjanci sprowadzili wreszcie do komisariatu potrzebnego im do porozumienia się ze mną kolegę. Nakreślili mu w skrócie zaistniałe tej nocy zdarzenia, zaprowa- dzili go z niepewnymi minami do pokoju, w którym miałam za nimi czekać i... Piekło, jakie spowodowałam swoim niespodziewanym zniknięciem, prze- rosło swoimi rozmiarami nawet fale tsunami. Kiedy więc ponownym, dziw- nym zrządzeniem losu powróciłam niezauważalnie w ramach obywatelskie- go obowiązku do porzuconego na pastwę losu posterunku, osiągało właśnie swój punkt kulminacyjny. – Proszę pana, zginął wam ktoś? – zapytałam domyślnie na widok zna- jomego już teraz policjanta. Wszystko wokół wskazywało bowiem na to, że w panicznym bezładzie, jaki z chwili na chwilę się powiększał, usiłowali od- naleźć jakąś ważną, z niezrozumiałych przyczyn zagubioną przez nich osobę. – Owszem! Świadek... – odparł odruchowo funkcjonariusz, którego zale- dwie niecałą godzinę wcześniej nazwałam niefortunnie szczeniakiem. – Ale... Przecież... Przecież to właśnie pani! – Owszem! To ja! – przytaknęłam, niczego jeszcze nie rozumiejąc. – Gdzie do ciężkiej...? O, przepraszam!... Ja nie... Zresztą! Niech pani nigdzie stąd nie odchodzi. Ja zaraz wrócę... O, rany... Nie! Nie! – uzmysłowił sobie, że powtarza swój stary, mający niepożądane skutki błąd. – Niech pani nie czeka. Pani pójdzie ze mną... Chłopacy! Jest nasza zguba!... – zawołał radosnym, donośnym głosem, po czym złapał mnie delikatnie pod ramię. – Proszę iść przodem. Jeszcze znowu mi gdzieś pani przepadnie. Tak, tak! Znalazła się!... Patrzyłam na całe to burzliwie opadające napięcie z ogromnym zaintry- gowaniem. Od zawsze uwielbiałam zamieszanie i dezorientację, a moja ko- l . p o w o k o o b - e . w w w 11 Joanna Hacz: CHABROWE SNY O WIOŚNIE chająca przygody dusza śpiewała niemalże peany dziękczynne każdemu, kto potrafił je umiejętnie wywołać. – I co? Jest psychiatra? – zapytałam z niemałym zainteresowaniem, kie- dy zaprowadzili mnie już do pokoju, w którym czekałam na nich poprzed- nio. Spokój oraz poczucie humoru wracały powoli na swoje dawne miejsce. – Niech pani powie lepiej, gdzie pani w ogóle była – zaproponował mło- dzieniec, nie siląc się nawet na udzielenie mi jakiejkolwiek odpowiedzi. – W krzakach – odparłam wobec tego bardzo zwięźle oraz rzeczowo. – Czy mogłaby pani wyrażać się nieco precyzyjniej? – Ależ proszę bardzo... – ucieszyłam się niewymownie. – Zobaczyłam, że zginął mi różaniec... O! Ten... I poleciałam go szukać w krzakach. Nikogo nigdzie nie było, panowie sobie poszli... Niech pan tak na mnie nie patrzy. Przecież wróciłam. Cała, zdrowa i na dodatek ze zgubą... Wyszłam wyłącznie odruchowo. – I równie odruchowo pani wróciła? – Funkcjonariusz policji poczuł, że mój tok myślenia ma na niego nieodwracalny, bardzo zgubny wpływ. Zaczął się nawet zastanawiać, czy główny przepływ mojej niecodziennej logiki ma swoje podłoże w głupocie, beztrosce, szoku, czy też całkowitym rozkojarze- niu... – Nie. Nie odruchowo. Wróciłam w poczuciu obywatelskiego obowiąz- ku... W końcu! Podobno byłam waszym świadkiem, prawda?... A tak poza tym, to muszę przyznać, że zupełnie nie wierzę, że pozwolilibyście mi odejść w całkowicie świętym spokoju. Wyrwiecie ze mnie to nieszczęsne zeznanie nawet razem z wątrobą. – Bardzo słusznie pani nie wierzy – poparł mnie zamaszyście, odrobinę jakby podirytowany. – A z tym psychiatrą, to co? – powróciłam do głównego tematu. Nie wia- domo bowiem dlaczego, ale odniosłam wrażenie, że wzięli mnie za wariatkę. Przedstawiciel prawa popatrzył na mnie z dezorientacją, westchnął głę- boko, po czym odparł w ramach kapitulacji. l . p o w o k o o b - e . w w w 12 Joanna Hacz: CHABROWE SNY O WIOŚNIE – To nie jest psychiatra – pokiwał filozoficznie głową. – To po prostu funkcjonariusz, który zajmie się sprawą. Ja spiszę protokół, a pani z nim porozmawia. – A dlaczego akurat z nim? Z panem nie mogę? – Przepraszam... Czy pani to sprawia jakąkolwiek różnicę? – Cóż... Niby nie... Ale do pana jestem już przyzwyczajona – wyznałam w przypływie szczerości, spojrzałam na wchodzącego właśnie mężczyznę i trafił mnie grom jaśnisty. – Winicjusz?... Jak się masz, Wińciu? Kopę lat! Nie widziałam cię już od wakacji. Winicjusz, czyli w rzeczywistości Mirosław Witrażewski, był wysokim, dobrze zbudowanym i tak przystojnym mężczyzną, że kiedy niecałe pięć lat temu ujrzałam go po raz pierwszy na oczy, od razu skojarzyłam go sobie z równie pięknym, czarnookim brunetem, jakim był bohater czytanej wów- czas powieści „Quo vadis” – Marek Winicjusz. Trzydziestojednoletni już te- raz mężczyzna od samego początku naszej znajomości pałał do mnie nieuza- sadnioną i nieskrywaną taktownie antypatią, co dla odmiany w mojej duszy wywoływało pobłażliwe, złośliwe pokłady ironii. Wprawdzie zawarliśmy w minione wakacje pewien rodzaj niepisanego rozejmu, jednakże było to porozumienie nie mające dalekiej przyszłości. – Rany...!!! To znowu TY...!!! – jęknął rozpaczliwie, bynajmniej nieza- chwycony Winicjusz, siadając z niechęcią przy biurku. – Mogłem się tego domyślić. Dla nikogo innego nie ściągaliby mnie tutaj w środku nocy. – Freddie, znacie się? – zapytał nieśmiało kolega. – Freddie? – podchwyciłam od razu, spoglądając znacząco na nowo na- bytą, szpecącą dość pokaźnie prawie całą lewą połowę jego twarzy, nieregu- larną i grubą bliznę, która przebiegała od jednego z kącików jego oka aż do brody, zahaczając po drodze o usta. – Aaaaa... Freddie Kruger! ,,Koszmar z ulicy Wiązów”! – skojarzyłam z radością. – I co? Pewnie straciłeś co nieco na dotychczasowej pewności siebie? Ideał sięgnął bruku. – A ty co? Zgubiłaś drogę pod latarnię? – Popatrzył z ironią na moje nie- fortunnie dobrane ubranie. l . p o w o k o o b - e . w w w 13 Joanna Hacz: CHABROWE SNY O WIOŚNIE Nauczycielka, polonistka i anglistka. Ukooczyła filologię polską na Uniwer- sytecie im. Adama Mickiewicza w Po- znaniu, z kolei angielską na Uniwersy- tecie Opolskim. Pracuje w gimnazjum. Kocha swoją pracę i bardzo lubi młodzież, chociaż przyznaje, że od czasu do czasu jest ona wielkim wyzwaniem dla zachowania zdrowego rozsądku. Prywatnie szczęśliwa żona i matka niespełna trzyletniego łobu- ziaka. Bardzo lubi podróże i jest maniaczką zwiedzania zamków oraz skansenów. 305 l . p o w o k o o b - e . w w w
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Chabrowe sny o wiośnie
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: