Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00043 003411 18773007 na godz. na dobę w sumie
Cienie - ebook/pdf
Cienie - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 311
Wydawca: Ebookowo Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-8166-094-5 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> kryminał, sensacja, thriller >> kryminał
Porównaj ceny (książka, ebook (-34%), audiobook).

CIENIE to siódma, dynamiczna i pełna akcji powieść pisarki i druga część powieści: KLESZCZE. Jest to również kryminał/thriller ale bardziej w konwencji psychologicznej. Intrygujący bohaterowie ( starzy i nowi), sporo psychologii, dużo wartkiej akcji, która dzieje się w Pile. Powracamy znów w opisany w KLESZCZACH świat, który nie odszedł w niepamięć, nie zniknął, jest jedynie odwrócony. Czytelnik zastanawiał się będzie, gdzie przebiega granica oddzielająca seryjnego mordercę od człowieka, który kocha i chce być dobry, dojrzewając wewnętrznie w poszukiwaniu siebie. Jeden z głównych bohaterów książki - Wojtowicz, to postać złożona, skazana na odrzucenie i samotność; miotająca się między zabijaniem, a moralnością. W trakcie czytania powieści postawimy sobie też pytanie: Czy zło naznacza nas na zawsze?

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

1 2 © Copyright by Anna Dalia Słowińska e-bookowo Projekt okładki: Katarzyna Olter Skład: Ilona Dobijańska ISBN e-book: 978-83-8166-094-5 Wydawnictwo internetowe e-bookowo www.e-bookowo.pl wydawnictwo@e-bookowo.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione. Wydanie I 2020 Rozdział 1 Małgorzata Ostatnio czuję się całkowicie wydrążona z radości, tkwiąc bezczynnie w domu w stanie zawieszenia. Jestem zdruzgotana, od kiedy dotarło do mnie z całą świadomością, że Wojtowicz jest moim ojcem. „Omijać dużym łukiem” – mówiła dawno temu moja mama. Omijałam go trzydzieści dwa lata. Prawda, że zupełnie nieświadoma, kto nim jest. A teraz? Teraz już wiem. Nie mam wątpliwości i to jest straszne. W głowie czuję kulę ognia i ogłuszający krzyk: To mój oj- ciec… Mój ojciec. Groźny psychopata. Myśli kotłują się: Dlaczego on zabijał? ŚWIRUS. Bo to prze- cież nie tylko chora psychika… Ten jego popęd, który pchał go do wielu zabójstw, ta jego pasja, z jaką typował kobiety, bezwzględ- ność, furia, determinacja… I ciągle mało i mało, i ciągle niedosyt. Próbuję bezskutecznie odgonić te myśli, bo mi bardzo szko- dzą, ale one krzyczą w mojej głowie niemal na okrągło. Powta- rzam sobie, usiłując być silną jak kiedyś kobietą: Małgorzato, Małgorzato Wiśniewska – gdzie ty jesteś? Czy musisz stać taka pochylona z worem kamieni na plecach!? Wyprostuj się. Wy- prostuj. Zrzucić ten balast. Dokąd cię to zaprowadzi!? Ze względu na Zbynia, który niebawem ma się urodzić, po- winnam przezwyciężyć te emocje – głupie, bez sensu. Dla dobra 4 dziecka. I dla Zbyszka, który się martwi. Wiem o tym doskonale. Tylko jak?! Jak to zrobić? Czasami się to udaje. Czasami dotykam mojego brzucha i cieszę się, że jestem w ciąży, że Zbyszek, od niedawna mój mąż, wrócił do zdrowia, choć sprawa wyglądała beznadziejnie. Dziś znowu jeden z tych przygnębiających dni. Zaczerpnę- łam powietrza, jak ryba wyrzucona z wody. Zrobiłam krok do przodu i weszłam do kuchni. Szklanka wody nie pomogła mi, choć ze wszystkich sił próbowałam prze- konać samą siebie, że tak naprawdę to Wojtowicz nigdy nie był moim tatą. Nigdy! Nie znałam go przecież, nie miałam pojęcia, że istnieje taki realny, nie z mojej bajki. Ale niestety wiem, jaka jest prawda. Siedzi obecnie w areszcie śledczym w Chmielowie. Całkiem niedaleko od Nowej Dęby. Znowu zawirowało mi w głowie. Żadna brzytwa nie była w stanie wyciąć go z pamięci. Pomyślałam, że koniecznie muszę się skontaktować ze swoim terapeutą. Spojrzałam na biblioteczkę; stare księgi, klasyka, beletrystyka, literatura prawnicza i inne, stoją, jak stały równiutko na półkach; na baczność, zakurzone. Wcale nie chciało mi ich odkurzyć ani posprzątać w domu. Nic mi się nie chciało. Czy to już depresja? W każdym razie beznadzieja. Życie wyprane, tyle że w brudnej wodzie. I jeszcze wuj… Już brakowało mi cierpliwości. Jak miałam z nim rozmawiać? Nie, nie zniosłabym widoku jego kurczącej się twarzy. A poza tym okropnie się bałam, że jeśli zacznę odgrzebywać temat, sprawa nabierze realności i powrócą do niego wszystkie koszmary, czy jakby to nie nazwać, że wujek znów wpadnie w dołek. Diagno- za lekarza była jak wiszący miecz nad jego głową: Alzheimer. Kroczył. Wuj raz miał lepszy dzień, raz gorszy, dzisiaj miał ten lepszy. Spoglądał mi poważnie w oczy i mówił przyciszonym tonem: – Wiem, co mi jest, Małgosiu. Jak już zupełnie przestanę ko- jarzyć, oddaj mnie do zakładu. Już poszukałem. Jest dobry. 5 Zmierzył mnie znowu zagadkowym spojrzeniem znad opa- dających do połowy nosa okularów i zaśmiał się z własnego żar- tu, nie żartu a już po chwili popadł w otępienie. Zmarszczyłam nos. – Będzie wszystko dobrze, wujku… Zostawmy te wszystkie rozmowy na później. Na później. – Starałam się powściągnąć irytację. Nie, nie miałam ani sił, ani cierpliwości. Teodor pokiwał głową. Tęczówki jego oczu były szare jak ka- mienie. – Napisałem testament – powiedział. – Jest w biurku, w szu- fladzie. – Wskazał ręką na biurko. Nie protestowałam. Byłam zbyt zmęczona, a poza tym do- brze wiedziałam, że kiedyś ten moment musi nadejść. To było nieuchronne. 6 Rozdział 2 I tak codziennie, co kawałek szklanka zimnej wody, aby uspo- koić oddech. I co kawałek trauma. No bo, jakże ma jej nie być? – Wojtowicz wciąż nalegał na spotkanie, ba, jakby tego było mało, przekonywał mnie również komisarz Kwiatkowski, że powin- nam pojechać do aresztu śledczego na widzenie. – Jesteś silną kobietą, Małgosiu. Poradzisz sobie. Wojtowicz popełnił tyle zbrodni, a udowodnimy mu jedną. Pomyśl tylko, ile od ciebie zależy. Potraktuj go jak zwykłego klienta. Spróbuj przy- najmniej. Proszę, wiem, jakie to dla ciebie trudne – powiedział. Za każdym razem, gdy usiłował mnie przekonać, był zakło- potany. A ja zbuntowana. – Nie, do jasnej cholery! NIE! Nie wypowiadałam oczywiście tego na głos, a może powin- nam. Jakieś niewidzialne lodowate ostrze przeszywało mnie za- wsze na wskroś, atakiem paniki i znowu wpadłam w dołek. Coraz głębiej. Nic już nie pozostało z silnej, opanowanej pani mecenas. Doskonale zdaję sobie z tego sprawę, jak i z tego, że ŚWI- RUS dostanie dwadzieścia, może dwadzieścia pięć lat odsiad- ki za zabójstwo Jagody i wiem od Jerzego, że wszystkie swoje wcześniejsze zeznania odwołał i trudno będzie mu cokolwiek udowodnić. W każdym razie musi to długo potrwać, a powinien 7 przecież siedzieć do końca swoich dni w zamkniętym zakładzie dla psychicznie chorych, z którego się nie wychodzi. W zakła- dzie dla bestii. Szarpnęłam się znowu jak pies na uwięzi. Przewinęłam rolki pamięci: – Mama, babcia, Wanda, Jagoda, Walewska i te inne, o których opowiadał mi w nadziei, że będę jego obrońcą. To było chore. Nie zamierzałam. Przenigdy. Wszyscy, najgorsi przestępcy, ale nie on! „Czy aby na pewno nie jest pani moją córką?” – obijało się wciąż po głowie. Żołądek się kurczył. Niech to szlag, niech to szlag ognisty! Przytrzymałam palcem nos, który się marszczył dokładnie tak samo jak u niego i poczułam się jak węzeł, który ktoś mocno zaciska, a moje całe ciało zaczyna się kurczyć. Myśli, które usiło- wałam wyrzucić, wracały jak bumerang, odbijając się od czaszki i wracając do mózgu, wraz z tysiącami innych niewypowiedzia- nych. – A jeżeli Wojtowicz… Tak, byłam pewna, że dobrze odczytałam jego wzrok przy naszej pierwszej rozmowie. Patrzył kpiąco, ale i pożerał mnie oczami. Chłonął mój obraz, jakby chciał go zapamiętać do koń- ca swoich dni. I to nie był wzrok mordercy. O Boże! To nie był wzrok mordercy, wielokrotnego zabójcy! – Czy pani, aby na pewno nie jest moją córką? – Nie! Był nim wspaniały mężczyzna… Cisza. Wymowna cisza. I szpile w jego wzroku, które jednak nie raniły. Zapalone tęczówki jasnozielonych oczu. Tak może patrzeć ojciec na córkę, który się z nią żegna. Tak to sobie wy- obrażałam. Nigdy nie miałam w końcu ojca. – Był?? Oczy Wojtowicza zgasły od jednego słowa: – Był? Ale tylko na chwilę zgasły, potem znowu rozbłysły. Wojto- wicz chciał utrzymać ze mną kontakt. Żywy kontakt. Wcale mu 8 nie zależało na obronie. Mógł mieć każdego obrońcę, bo miał pieniądze. – Czy będzie pani moim obrońcą? Proszę… – Nadzieja na mo- ment zabłysła w jego oczach. – Przenigdy! – Ale dlaczego nie?? Przecież wszystko powiedziałem… Wszyst- ko… – To zdanie niosło się za mną bardzo długo. I wiatr go nie porwał, i nawałnica. I deszcz nie zmył. I pozostało. – Ale dlaczego nie?! Przecież wszystko powiedziałem... Te słowa wciąż tkwiły w mojej głowie jak drzazgi, które wgłębiają się coraz dalej, coraz głębiej. Dlaczego to wszystko jest takie trudne? – pomyślałam z gory- czą. – Dlaczego po prostu nie mogę iść do pracy i o wszystkim zapomnieć? Może powinnam uprawiać jakiś sport, gdzieś wycho- dzić? Stanowczo zbyt dużo czasu spędzam we własnej głowie. Przełknęłam gorzką ślinę. Zawsze, całe swoje dorosłe życie, byłam precyzyjna i dokładna, wszystko potrafiłam, teraz wszyst- ko stawało się wyzwaniem, na które nie mam siły i byłam jednym kłębkiem nerwów. A przecież musiałam myśleć nie tylko o sobie, ale także o i dziecku, o Zbyszku i o wujku. Musiałam być silna. – Nie możesz spać? – usłyszałam ciche, ale było w tym głosie męża napięcie niezadanego do końca pytania. Widziałam w jego oczach troskę. Zwężały się, zupełnie jakby posiadał nadludzką zdolność prześwietlania człowieka na wy- lot i chyba widział. Tyle, że był cierpliwy i taktowny, a co mnie drażniło. Wszystko mnie drażniło. Omijałam wzrok Zbyszka – nie, nie chciałam mu pokazać, że jestem taka słaba, a przy tym nie miałam siły czy woli, żeby walczyć z tym brakiem kontroli nad sobą. – Ciągle o nim myślisz? O Wojtowiczu? – Zbyszek pogłaskał mnie po ręce. Zatopił niespokojne spojrzenie w moim uciekającym wzroku. Tak, myślałam o nim ustawicznie. O Wojtowiczu. Byłam krwią z jego krwi, choć tak bardzo chciałabym to z siebie wyprzeć. 9 – Nadal się zadręczasz? – zapytał powtórnie. – Nie zadręczam, tylko zastanawiam. – Masz swoje teorie na ten temat, tak? Nie chcesz o tym mówić? – Zgadza się. – W moim głosie zabrzmiała nowa nuta fru- stracji i zdawałam sobie z tego sprawę. – Rzecz w tym, że nie lubię niedokończonych spraw. A on jest niedokończoną sprawą, która uwiera.… – Urwałam, nie kończąc myśli. Zbyszek pocałował mnie. – Spróbuj usnąć… Jutro będzie lepiej. – Łatwo się mówi… – Wiem – przerwał mi łagodnie. Wtuliłam się w niego, a potem wstałam. – Muszę się napić wody, zaschło mi w gardle i muszę zerknąć na Teodora. Był dzisiaj bardzo nerwowy. Nie uważasz, Zbyszek, że jego stan zdrowia z dnia na dzień pogarsza się? Zbyszek kiwnął głową. Wszystko widział. Zapadła chwila powściągliwej ciszy. Mąż spoglądał na mnie przenikliwie. Musiałam widocznie westchnąć albo zmarszczyć czoło, lub w inny sposób dać wyraz wewnętrznej rozterce, bo trącił mnie lekko ramieniem. Wstałam. Nadal byłam rozdrażniona, choć usiłowałam to ukryć. Podeszłam do okna. Na plecach poczułam dotyk chłod- nej szyby balkonowej, ale tylko na plecach. Czoło mnie parzyło. Ba! Całe wnętrze mnie parzyło. Znowu. pluł? – spytał mój mąż. – Pójdę do wujka… – powiedziałam cicho. – Ja do niego zajrzę. Dawałaś mu tabletki? Łyknął czy wy- Kiwnęłam głową. – Łyknął. Zbyszek przyglądał mi się, jak ze sobą walczę i zaciskam pal- – Wyjdę do ogrodu. Muszę przewietrzyć myśli. – Uśmiechnę- Narzuciłam na siebie płaszcz. ce. Nie czułam się z tym najlepiej. łam się blado. 10 – Dobrze. Ja zrobię w tym czasie coś do picia. Może melisę. Porozmawiamy. Granatowy księżyc wisiał na niebie, walcząc z chmurami. Po- dmuch wiatru prześlizgnął się przez gałęzie drzew i rozprysnął na mojej twarzy ostatnie krople deszczu. Postałam przez chwilę nieruchomo w ogrodzie. Przeczesa- łam palcami włosy i wróciłam do pokoju. Usiadłam sztywno na krześle, nie zdejmując płaszcza. Zbyszek wszedł do pokoju tyłem, niosąc w rękach dwa kubki herbaty. – Proszę… Na poprawę nastroju. – Zbyszek podał mi pro- teinowego batonika. Uwielbiałam je. Przez chwilę siedzieliśmy w ciszy. Nadal czułam ucisk w gardle, jakby ktoś zaciskał mi rękę wokół szyi. – Nie mogę sobie poradzić sama ze sobą i pewne, że nigdy nie zdołam zapomnieć, kim jest Wojtowicz – stwierdziłam. – Złe rzeczy zapomina się najtrudniej. To wiedziałam aż za dobrze. Boże, jak ja go nienawidziłam… Mojego ojca. Wywrócił mi życie do góry nogami. – Bardzo ci współczuję, Małgosiu… – Zbyszek umilkł za- kłopotany i lekko pogładził mnie po włosach. – Teodor śpi. – Próbował mnie uspokoić. – Chciałaś znać prawdę, odkryłem ją, a teraz żałuję – powiedział. – Bardzo żałuje – powtórzył. – Dobrze zrobiłeś. Musiałam to wiedzieć… – Kąciki moich warg uniosły się nieznacznie. – Myślę, że czas pomyśleć o zmianie mieszkania, Zbyszku – powiedziałam cichym, ale stanowczym głosem. Konkretnie. Na serio. Całkiem na serio. – To znaczy? Wzniósł brwi w górę. Upił łyk herbaty. – Sądzę, ba, jestem pewna, że powinniśmy wyjechać z Nowej Dęby. Zabrać Teodora i wyjechać na stałe – uściśliłam. – Do Piły. Wciąż mam tam mieszkanie. Już rozmawiałam z Romkiem Niedźwieckim. Mogę do niego wrócić. 11 Położyłam ręce przed sobą, a następnie schowałam je pod pa- chami. Wciąż mi drżały. – Do niego czy do pracy? – Zbyszek wykrzywił w uśmiechu usta, próbując żartem uspokoić moje wnętrze. – A już na po- ważnie, czy jest ku temu jakiś konkretny powód, oprócz Woj- towicza? – zapytał. – I zdejmij wreszcie ten płaszcz – dodał z uśmiechem. Zdjęłam płaszcz i przewiesiłam go przez krzesło. – A czy to nie jest wystarczający powód? Nie chciałbym zo- stać zidentyfikowana, a coś mi się wydaje, że Wojtowicz nawet z więzienia będzie mnie ostro nękał. Nie uwierzył mi… i niestety jedyną możliwością odcięcia się od niego, jest ucieczka. Niestety – powtórzyłam, gapiąc się tępo w ścianę ponad głową męża. Zbyszek kiwnął w zrozumieniu głową. – Chyba tak… A Walewski? Odpuszczasz? Spojrzał mi w oczy. Walewski to niedokończona sprawa. Po- winnam to wyjaśnić… – Wszystko odpuszczam. Zwijamy się. Z dala, może uda się zapomnieć… – dalsze słowa utknęły mi w gardle. Zmusiłam się do przełknięcia śliny. Zbyszek znowu pokiwał głową. – To kwestia czasu, skarbie. Jak tam mój synek? Fika? – – Fika. Powinnam się cieszyć, a ja… – To przejdzie. Już niebawem – obiecał. – Szukamy kupca na dom i zwijamy majdan, jak się tylko da najszybciej. Otworzy- my w Pile firmę detektywistyczną albo wrócisz do Romka. Do kancelarii. Zmienił temat. – Nie, ty będziesz moim szefem. – A nie jestem? – Jesteś. – No, to co taka zmarszczona mina? Wojtowicz wciąż w gło- wie? Aż tyle zajmuje ci miejsca? – spytał, jakby o tym nie wiedział. Wykrzywiłam usta. 12 jeszcze raz i pokręcił głową. – A teraz idziemy spać, okej? – Niestety… – Więc, co? Zwijmy majdan, mam się tym zająć? – spytał – Idziemy. Wtuliłam się w Zbyszka. Jak to dobrze, że jesteś – pomyśla- łam z ulgą tak wielką, że musiała teraz szczelnie wypełniać mi oba płuca. Otarł się o mnie całym ciałem. Potem jego ręka wpełzła pod moją bluzę, w górę, na brzuch i aż do piersi. – Mówiłem ci, jaka jesteś piękna? Zimne powietrze wsączało się z zewnątrz przez niedomknię- te okno. Przykryłam się szczelniej kołdrą i przez chwilę słucha- łam, jak deszcz stuka w parapet. Podmuch wiatru szarpnął oknem, otworzył go szerzej. Wsta- łam i przymknęłam go. Zaciągnęłam rolety. Dość mazgajenia – postanowiłam. – Jutro pobiegam. Wypocę smutki i rozterki. Może nawet pójdę na fitness. Noc minęła nie wiadomo kiedy, a ranek powitał mnie bla- skiem słońca, które wdarło się przez rolety. Zbyszek jeszcze spał z wyrzuconymi do góry rękoma. Jak małe dziecko. Pocałowałam go delikatnie w zarośnięty policzek, na którym widoczne jeszcze były blizny. Wojtowicz… był ich sprawcą. Wskoczyłam na chwilę w napięcie, ale tylko na chwilę, a po- tem w dres. Moja trasa to był las. Już bezpieczny i piękny. Sosny i dęby z pożółkłymi liśćmi. Było kolorowo, cudnie, ale już musiałam wracać do domu. Zbyszek już pewnie pojechał do pracy, a ja musiałam zająć się Teodorem. Już na pewno wstał i nie wiado- mo, co teraz robi. Niemal się przeraziłam. Biegłam coraz szyb- ciej i coraz bardziej niespokojna. Otworzyłam drzwi spocona jak mysz i usłyszałam jego spanikowany głos: – Marysiu, Marysiu... ktoś tu jest! I dom podpalił! – krzy- czał. – Musimy uciekać, Marysiu. Uciekać, uciekać… – Okrył *** 13 się kołdrą, łącznie z głową, a ja poczułam ucisk gardle. Ton głosu wuja poruszył we mnie bolesną strunę. Marysia to moja mama. Teodor tylko ją pamiętał. I pożar. – Marysiu – wrzeszczał i zerwał się z łóżka. Był półnagi, z kołdrą na głowie. – Uciekaj, uciekaj! Pożar, Marysiu, a ty śpisz – krzyczał spanikowany. Był śmiertelnie wystraszony. Jego oczy błyszczały przerażającym blaskiem. Potem nagle zmatowiały, jak za pociągnięciem różdżki. Jeszcze tylko drżał. – A gdzie tato? Gdzie? – Rozglądnął się. W rękach miał za- pałki. Całe pudełko. – Nie dam, nie dam… – powiedział i scho- wał je do kieszeni piżamy. Próbowałam mu odebrać te cholerne zapałki, ale zrobił się agresywny. – Nie dam, nie dam… – powtarzał. Oczy mu błyszczały sza- leństwem. Właśnie do mieszkania wszedł Zbyszek. Spojrzał na mnie niespokojnie. – Musiałem wrócić… Gdzie byłaś? – Biegałam. Teodor ma zapałki w kieszeni, zabierz mu. Skąd on je wziął? – pomyślałam przerażona. Zbyszek spoglądał na Teodora i na mnie, potem objął mojego – Głodny, głodny… – powiedział już w drzwiach Teodor. Zbyszek wrócił po kilku minutach z zapałkami w ręku, a ja się ucieszyłam, że mam takiego troskliwego męża i pomyślałam, że może to już ten czas, aby oddać wuja do zakładu opieki, który sobie wybrał. – Już wszystko w porządku, Małgosiu. Dałem mu tabletki – powiedział spokojnym tonem i pokręcił głową. – Znowu gorszy dzień… To ten deszcz. Jak się czujesz, kochanie? – spytał, pa- trząc mi w oczy. – Świetnie – odpowiedziałam z sarkazmem. – Wstrząs, adre- nalina od rana… Na moich ustach pojawił się blady uśmiech, ale jednak uśmiech. wuja mocnym ramieniem i wyprowadził z pokoju. 14 – Dziękuję ci, Zbyszek… Chwilę patrzyłam na niego wzrokiem wypełnionym żałosną wdzięcznością. Śmiej się – rozkazałam sobie w myślach, ale jakoś jeszcze nie potrafiłam. Nie teraz. Jeszcze nie teraz. – To minie… to tylko hormony… – Zbyszek starał się mówić pokrzepiającym głosem. Teraz zrobię dobre śniadanko, a ty od- bierz komórkę, bo ktoś się do ciebie dobija. – Słucham? – To ja – usłyszałam w komórce głos komisarza Kwiatkow- – Chciałbym porozmawiać. Mogę wpaść wieczorem? Kiwnęłam do siebie głową. W duchu zajęczałam. Dobrze wiedziałam, co się kroiło. – Oczywiście, zapraszam na kawę. Przyjdźcie z Bożeną. Jest mi potrzebny dobry psycholog i dobra przyjaciółka. Mam doła. – Ok. Dziewiętnasta pasuje? – Pasuje – odpowiedziałam i zabrałam się za porządki. – Ja odkurzę, a ty się na chwilę połóż. Jesteś bardzo blada. Dobrze się czujesz, kochanie? – Zbyszek zaglądnął mi w roz- biegane oczy. – Włączyć jakąś muzykę? – spytał. skiego. Kiwnęłam głową. Uśmiechnęłam się z przymusem. Będzie dobrze. Obiecałam sobie. Muszę się wziąć w garść. Byle mnie Jerzy znowu nie nękał… Westchnęłam ciężko. Była tylko jedna i oczywista przyczyna odwiedzin komisarza. Przed dziewiętnastą odezwał się dzwonek u bramki. Komi- sarz Kwiatkowski jak zwykle był bardzo punktualny. W jego oczach iskrzyła niewyczerpana energia. W oczach Bożeny ser- deczność. Od pierwszej chwili spotkania z nimi, sprzed kilku miesięcy, czułam do nich obojga sympatię. Bożena była moim psychologiem i przyjaciółką. Tak właściwie cieszyłam się z tej wizyty, chociaż i miałam swoje obawy. – Jak się czujesz, przyszła mamusiu? Kiedy to? – spytała Bożena. 15 – No… jeszcze poczekamy trochę, a czuję się… Hm, jakby tu powiedzieć, jak kobieta w ciąży. – Potarłam oczy i grzbiet nosa. – Psychika słabiutka? Jak widzę te nasze rozmowy niewiele wnoszą. – Bożena raczej stwierdziła, niż zapytała i spojrzała na mecenasa Wiśniewskiego, który wszedł do salonu. Wujek był potargany i w porozpinanej piżamie. Widać mu było owłosiony, siwy tors. – Witam pana mecenasa, jak zdrówko? – spytała kurtuazyjnie. Nie odpowiedział. Spojrzał nieobecnym wzrokiem i usiadł w fotelu. Nagle wstał i podniósł rękę w górę. – Nie poszłaś, Marysiu, do pracy? – zapytał i spojrzał ze złością. – Dlaczego nie jesteś w pracy? A wiesz, że wczoraj był u nas pożar? Ciężko oddychając, zapadł się znowu w fotelu. Przymknął oczy, potem je otworzył. – Już przyszłam z pracy. Jest wieczór, zaraz idziemy spać. Idziemy? Tak? – Chwyciłam go pod pachę. Nie protestował puki co. – Jak tam w sądzie? Wszystko dobrze poszło? Wygra- łaś, Marysiu? – zapytał ożywionym tonem. kolację. – zakrzyczał na cały głos. Kiwnęłam głową. – Tak, tak… Wszystko poszło, jak należy… – A wiesz, że wczoraj był pożar? Tato ugasił… Pokiwałam znowu głową. – Wiem, tato ugasił, a teraz idziemy spać. Jeszcze tylko zjedz – Nie będę jadł! Tylko mnie karmisz tym paskudztwem. Fuj! – No to się chociaż napij… Z wahaniem pokręcił głową. – Ja się zajmę Teodorem, a ty zajmij się gośćmi – powiedział Westchnęłam i ciężko i przysiadłam w fotelu. – Nie masz łatwego życia… – stwierdził Jerzy, Bożena współ- – Co zamierzasz z tym zrobić? – zapytała. spokojnym tonem Zbyszek. czująco pokiwała głową. 16 – Daję radę… Na razie. A potem zobaczymy – odpowiedzia- łam, starając się wytrzymać spojrzenie Jerzego. – Raz ma gorszy, raz lepszy dzień. Trafiliście w ten gorszy. Mocniej ścisnęłam palce dłoni, by ukryć ich drżenie. Miałam dosyć. Komisarz Kwiatkowski chrząknął, zmieniając temat. – Rozważyłaś, Małgosiu moją prośbę? Nadal za wcześnie? Zmusiłam się do uśmiechu. Byłam cała zesztywniała na myśl o tym, jak niesprawiedliwe potrafi być życie. Ojciec świrus, wuj chory na Alzhaimera, a ja mam depresję. Niewątpliwie. Zaraz muszę łyknąć tabletkę. – A ty ciągle swoje, Jerzy. Już mówiłam – odpowiedziałam niecierpliwie i niegrzecznie. Nerwowo upiłam łyk herbaty, która od rana stała w kubku i spojrzałam wyczekująco na Jerzego. Skrzywił się nieznacznie. W powietrzu wisiało coś niedopo- wiedzianego. – Więc zdecydowałaś, Małgosiu, że wyjedziesz z Nowej Dęby na stale? Tak? – upewnił się, spoglądając w moje oczy. – Tak. – No trudno. Wiem jakiego rodzaju traumę musiałaś prze- żyć. Rozumiem to – powtórzył i westchnął, po czym zerknął na żonę, która siedziała w milczeniu, przysłuchując się rozmowie. Ani myślała mu pomagać. Nabrałam powietrza w płuca. – Posuwacie się do przodu w waszym śledztwie? – zapyta- łam po chwili, zmieniając temat i nawiązując do sedna sprawy. Lepiej mieć to już za sobą. Przez tę wiszącą nade mną historię, czułam się zupełnie zagubiona. Najwyższy czas się odnaleźć. Komisarz Kwiatkowski z rezygnacją spojrzał w ciemność za oknem i znowu westchnął głęboko. Noc zapadała powoli nad lasem, jakby wchłaniała światło z powrotem do nieba. – Jak wiesz… nie. Nic nie idzie w dobrym kierunku. Nic – odpowiedział. – Wojtowicz wycofał się ze wszystkich zeznań… 17 – Urwał na moment. Chrząknął i kontynuował temat: – On błaga o spotkanie z tobą, Małgosiu. Jedno spotkanie. – Złożył ręce jak do modlitwy. – Nie, wcale nie chce, żebyś go broniła. Powiedział, że przyzna się przed prokuratorem do wszystkich zabójstw, które popełnił, nawet tych, o których ci ostatnio nie opowiedział. Do wszystkich – podkreślił. – Postawił jednak wa- runek – dodał i spojrzał niepewnie w stronę żony. z wyrzutem w oczy męża. Milczałam. Przymknęłam oczy, rozważając. – Jaki? – zapytałam konkretnie, choć już wiedziałam, o co chodzi. Nietrudno się było domyśleć. Po chwili kiwnęłam gło- wą, zaciskając usta. – Dobrze – zgodziłam się szybko, jakby w obawie, że za chwilę się rozmyślę. Jeszcze tylko myśli pogalopowały jak stado rumaków. Wy- straszonych strzałem. – Zrobić kawę, herbatę? – Zajrzałam Bożenie w oczy. Żona Kwiatkowskiego pokiwała głową, a następnie spojrzała Jerzy wolno potarł kciukiem górną wargę. – Dobra decyzja, Małgosiu. Dziękuję – powiedział z ulgą. Jego twarz rozpromieniła się uśmiechem. Natomiast ja po- – W więc kawa czy herbata? – powtórzyłam i pokręciłam Decyzja była wymuszona. Wszyscy o tym wiedzieli, łącznie – Herbata. Może być zielona. Masz? – odpowiedział. Był za- Kiwnęłam głową. – Zielona herbata o tej porze, to prawie jak kawa – powie- działam, a w moim tonie nie było ani trochę serdeczności go- spodyni domu i zdawałam sobie z tego sprawę. czułam znowu zmęczenie i ból w plecach oraz karku. z dezaprobatą głową. z Jerzym. kłopotany, ale z całą pewnością uszczęśliwiony. Uśmiechnęłam się przepraszająco. Bożena spojrzała na mnie uważnie, gdy wychodziłam do kuchni. Jakże dobrze mnie znała. 18 – Nie martw się, Małgosiu. Wszystko pójdzie jak z płatka. Poradzisz sobie. Jak zawsze – powiedziała z  przekonaniem. Uśmiechnęła się szeroko, szczerze, i westchnęła. – Pamiętaj, że każda historia zawsze ma dwie strony… – dodała. – Czasami to też bywa terapią… – Wiem. Na moment zapadła niezręczna cisza. Zbyszek skubał wargę, Bożena gromiła spojrzeniem męża, a on sam pocierał czoło. Wróciłam po chwili z kuchni z gorącą herbatą, zaparzoną w  dzbanku i talerzem ciasta. Rozłożyłam filiżanki, talerzyki i sztućce. Kwiatkowski jedną ręką pogładził swoją ciemną tweedową marynarkę, drugą chwycił szklankę. Upił łyk herbaty. – Przepraszam cię, Małgosiu, za to wymuszenie, ale na pocie- szenie powiem, że on nie będzie kłamał. Powie ci prawdę i tyl- ko prawdę, a co się wiąże z tym, że tę prawdę powie również prokuratorowi, choć przyznam szczerze, że tego nie rozumiem. Niezbadana jest natura ludzka. Wojtowicz okazuje się być czło- wiekiem honoru. – Nałożył sobie na talerzyk ciasta i opuścił na nie wzrok. – A ja rozumiem… – odpowiedziałam i umilkłam. – Ale nie chcę o tym rozmawiać. Jakoś to przeżyję. Mam jakieś inne wyj- ście? – Spojrzałam na Jerzego i wykrzywiłam usta. Potem spoj- rzałam w punkt ponad jego głową i już nie spuszczałam z niego wzroku, co z przykrością zauważył. – Poparz na mnie, Małgosiu… – Już patrzę. Uśmiechnął się, w duchu z pewnością odetchnął głęboko, ale i miał swoje wyrzuty. Widziałam o tym i poniekąd rozumiałam. No niestety, prawda była taka, że policjant w pracy nie mógł mieć zbyt dużo wrażliwości. Daleko by na tym nie zajechał. Jak się ma miękkie serce, to trzeba mieć twardą dupę. A on, póki co siedzi na stołku niekoniecznie miękkim. I chciał z pewnością przenieść się na bardziej wygodny. 19 – Jak ten czas leci – powiedział po dłuższej chwili milczenia i chrząknął z zakłopotaniem. – Musimy się już zbierać… Wyszli, a ja oparłam głowę na ramieniu męża. – Wiem, wiem… – powiedział współczującym tonem. 20
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:


Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: