Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00744 010212 10704509 na godz. na dobę w sumie
Ciotka małych dziewczynek - ebook/pdf
Ciotka małych dziewczynek - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 128
Wydawca: Nowy Świat Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-7386-225-8 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> dokument, literatura faktu, reportaże
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

O tym się nie mówi, nie pisze. Tragedia, która dotyka meksykańskie dziewczyny jest daleko od nas, nas nie dotyczy. Nikt nic nie robi, nie reaguje na ból rodzin i wołanie o pomoc. Porwania i brutalne morderstwa w Ciudad Juarez i Chihuahua trwają do dziś. Izabela Szolc przedstawiła prawdziwą historię dziewcząt, które spotkała śmierć.

Ciotka małych dziewczynek to wstrząsająca powieść o zaginięciach i tajemniczych śmierciach młodych dziewczyn. Bardzo często jedynym świadkiem ich przejścia na druga stronę jest tylko wiatr, który chciałby opowiedzieć pogrążonym w smutku rodzicom o ostatnich chwilach ich córek. Odwiedza on również miejsca będące kiedyś ich domami, jedynym schronieniem przed złem. Piękne i bezbronne, porzucone z dala od domu, oddane pustyni, która z wielką zachłannością pożera ciała. Ciotka małych dziewczynek ukazuje nie tylko żal i rozpacz, a także plany i marzenia zmarłych i ich rodzin, które zniweczyła śmierć i obojętność ludzi.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

1 IZABELA SZOLC CIOTKA MAŁYCH DZIEWCZYNEK WARSZAWA 2007 3 Kiedy chcąc lokom twym dorównać złotym daremnie złoto w słońcu lśni jaskrawo; kiedy ze zmarszczką na swym białym czole patrzysz surowo na kwiat polnej lilii; kiedy twe wargi więcej śledzi oczu niżeli goździk wczesny, gdy rozkwita i kiedy triumf wzgardliwie odnosi wdzięczna twa szyja nad kryształu blaskiem; ciesz się urodą szyi, warg i włosów póki nie tylko młodości twej dary złoto, kryształy, lilie i goździki zmienią się w srebro i zeschły kwiat fi ołka, lecz i ty z nimi cała się obrócisz w garść ziemi, smugę dymu, pyłek, cień i nicość. Luis de Góngora y Argote (1561–1627) 5 ZA SIEDMIOMA GÓRAMI, ZA SIEDMIOMA LASAMI 7 MIASTO DIABŁA Patrz za wiatrem. Rodzi się gdzieś na pustyni, biegnie przed siebie niczym paranoik czy człowiek ogarnięty depresją. Piasek wysypuje mu się z kieszeni. Ziarenka na ruchomej ziemi układają się w mikroskopijne leje. Czasem któryś otwór się powiększa. Pustynia wiele ukrywa. Wiatr chimerycznie to zaciera, to odkrywa ślady. Gdyby zajrzeć w wizjery po- wstałe w piasku, można by krzyknąć ze strachu. Nie starczyłoby odwagi, by wziąć szpadel. Otworzyć drzwi. Wiatr biegnie dalej. Pustynia, jak każda inna od chwili stworzenia człowieka, otwiera się na miasto. Miasto, nawet to, jest oazą. Kiedy spogląda się na nie z góry, umysł, który wszystko pragnie porządkować, Boga rozpoznawać po grzmocie, widzi równy wzór w ustawieniu domów. Dobrze osadzone kwartały okien i dachów. To złudzenie. Należy biec za wiatrem, by dowiedzieć się więcej. Szara pustynia, białe niebo ustępują miejsca równie monochroma- tycznemu miastu. Rzecz dziwna pod tą szerokością geografi czną; świat się buntuje, od czasu do czasu zduszone kolory eksplodują w kształcie równie surrealistycznych różowych krzyży, żółtych beczek, kobaltowych toreb rozwieszonych na drzewach (można pomyśleć, że drzewa tu w ogóle owocują tymi szeleszczącymi opatrunkami po zakupach), orchideą, której ogłuszający zmysły kolor pozostaje jeszcze nienazwany. Nad miastem unosi się zapach rozgrzanej gumy oraz metalu. Główna ulica, którą biegnie wiatr, wydaje się wysypana skrzącym się lodem niczym Petersburg w karnawale. To odłamki stłuczonego szkła. Mieszkańcy nie mają pojęcia, że istnieje jakieś miasto nad Newą, że istnieje tamta rzeka. Wysuszeni na wiór, w ogromnej liczbie są analfabetami. Trudno im zrobić zdjęcie, spalona skóra rozmazuje się, znika na błonie fotografi cznej. Ludzie ci ze wszystkich sił próbują ocalić dusze, ale im 9 się to nie udaje. Jej ślady zachowali jedynie młodzi, to oni są w Mieście Diabła mordowani. Miasto zarażone jest ciszą z pustyni. W dodatku ludzie są tu głusi – kiedy rozlega się krzyk, kanały uszne zaciskają się ze strachu, rusza lawa woskowi- ny. Mieszkańcy jednak nie są do końca kalekami – potrafi ą z parunastogo- dzinnym wyprzedzeniem przewidzieć burzę, huragan czy trzęsienie ziemi. Przypływy czy odpływy Zła. Deszcz. Ciągle są pobudzeni jak fenki w nor- kach. Czują drżenie ziemi, to pracują ciężkie maszyny w maquiladorach* na wschodnim krańcu miasta. Uderzenia tłoków przechodzą w rytm serca. Ogromnego metalowego mięśnia, który trzyma ludzi w ryzach, a miasto chroni przed rozpadem. Philips, Th ompson, Johnson and Johnson. Węzeł Keitha-Flacka, pęczek Palladino-Hisa, włókna Purkinjego. Na ulicy leży rozgnieciona paczka po farosach**. Obwąchuje ją sen- tymentalny pies, któremu przesiąknięta papierosowym dymem tekturka kojarzy się z palcami niegdysiejszego pana, uwalanymi tytoniem. Z psa żadnen drobny chihuahua, oglądający świat oczami żaby. To czarny, włochaty kundel, który z braku urody nie ma co liczyć na nowy dom. Nie nakarmi go też pod wpływem chwili żaden spragniony egzotyki turysta. Po pierwsze dlatego, że w mieście nie ma żadnych turystów. Po drugie nie jest tym spełniającym oczekiwania, cholernym chihuahua z przewodników! Kraina turystów zaczyna się zaraz Za Miastem. Składające się z fawel*** miasto sąsiaduje z państwem o rzekach pły- nących mlekiem i miodem. Ich nigdy nie skuwa lód. Nie dopada nędza. * Maquiladora (hiszp.) – montownia, zakład czy fabryka, w której składa się rozmaite urzą- dzenia. (O ile nie podano inaczej, przypisy pochodzą od redakcji). ** Faros – meksykańska marka papierosów produkowana z meksykańskiej mieszanki, palona w Meksyku, Hondurasie i niektórych stanach USA. *** Fawele (portug. favela) – rozległe dzielnice nędzy, powstające wokół miast i zamieszki- wane przez najbiedniejszą ludność, budującą swe domy z dykty, tektury, blachy, desek itp.; szacuje się, że żyje w nich ok. 75 proc. ludności Ameryki Łacińskiej. Sam termin pochodzi od nazwy rośliny porastającej wzgórza otaczające Rio de Janeiro, gdzie w 1890 r. osiedlili się wyzwoleni niewolnicy. Pierwsza fawela sensu stricto została założona w 1897 r. przez 2 tys. żołnierzy-weteranów pozostawionych bez środków do życia. 10 Z wysokości gór, które leżą po przeciwnej stronie pustyni, widać wieżow- ce bogatej metropolii. Wielu wędrowców przybyło tu dla tej panoramy. Wielu, przynajmniej na początku, liczyło na coś więcej, ale koniec końców musiało się obejść smakiem. Gdyby słuchali wiatru, wiedzieliby, że na miasto rzucono klątwę, wydostać się z niego można jedynie nogami do przodu. Ludzie nigdy nie chcą umierać. Mieszkańcy budują domy z fabrycznych palet, karoserii starych samo- chodów. Kartonu oraz szmat. Nieliczni, kiedy już się wzbogacą składając tranzystory, wzmacniają papierowe mury od wewnątrz małymi cegłami, wypalanymi na słońcu. Wodę trzymają w żółtych beczkach po odpadach – bardziej zależy im na tym, by podciągnąć prąd i wywiesić telewizyjny talerz niż wymóc na ofi cjelach miasta, by do fawel doprowadzono wodo- ciągi. Nie można mieć im tego za złe – telenowele to protezy dla marzeń. Raz na tydzień przyjeżdża cysterna z wodą pitną. Leżąca najbliżej rzeka to Río Bravo. A wiatr biegnie dalej. Nie można powiedzieć, że to mu odpowiada, ale nie potrafi nic innego. To, że opowiada historie, należy uznać za fanaberię. Nad miastem powietrze drży z upału. Ludzie pochowali się w roz- chwianych domkach w poszukiwaniu cienia. Jednak w izbach nie jest o wiele lepiej niż na zewnątrz. Papa ściąga promienie słoneczne, w do- mach, które okrywa, panuje nieznośna duchota. Krople gorącej smoły odrywają się od dachów jak sople, po czym spadają na ziemię niczym czarny deszcz. Albo padają na brzuszek Isabellity, tworząc jakby drugi pępek – naga dziewczynka pochyla głowę, zdezorientowana przygląda się swojemu pulchnemu ciałku, z którego wszystko może jeszcze wyniknąć. Oto postać, która jest dopiero zapowiedzią: duża głowa, wąskie ramio- na, płaska klatka piersiowa, gładka pupa z reklamy oliwki Johnson and Johnson. Śniada skóra bez zbędnego owłosienia, jednej blizny. 11 Isabellita kontempluje kroplę smoły na brzuszku, kiedy druga spada jej we włosy. Blond włosy oraz prosty nos to ślad po miłosnym związku jej praprababki z hiszpańskim hidalgo. Kto wie, może jest w prostej linii potomkinią Hernana Cortesa i azteckiej księżniczki Malinche? Wszystko może się zdarzyć. Isabellita zastanawia się, czy może powinna się rozpłakać? W końcu smoła klejąca włosy jest czymś ohydnym, a nie zaszkodziłoby łzami przepłukać oczy z piasku. Z drugiej strony wrzask obudziłby babcię (nastoletnia mama pracuje w maquiladorze), a ta sprawiłaby jej baty, bo dziewczynce nie wolno samej opuszczać domu. Z powrotem zapędziłaby do pokoju, w którym pachnie płynem do trwałej ondulacji oraz seksualną frustracją trzech samotnych Gracji. Nie, Isabellita się nie rozpłacze. Wiatr porzucił już psa, biegnie do następnej przecznicy. Zwalnia, kiedy widzi nagą dziewczynkę. Och, szczęściarz! Nie ma lepszego słuchacza niż dziecko. Uderza, niosąc w ustach piach, ziarna kukurydzy, proch z wysuszonego guana. – Isabellita! Mała wrzeszczy, jakby obdzierano ją ze skóry, zdecydowanie wbrew wcześniejszym intencjom. Babcia, gruba galaretowatym tłuszczem, jakim czasem obkleja biedaków nędza, wybudzona wyskoczyła z domu. Gromi wnuczkę ciężką ręką, a każdy cios jest uderzeniem pełnym miłości... Ledwie miesiąc temu porwano w okolicy ośmioletnią dziewczynkę. Stara kobieta zna babcię tamtej, doñę Elenę, która od czasu zdarzenia jednocześnie spuchła i zdziwaczała. Krótkie włosy leżą jej płasko przy twarzy, trwa w łóżku i nic jej nie interesuje. Wkrótce umrze, bo fawela na pustyni nie znosi bezruchu. Na melancholię można pozwolić sobie w klimatyzowanym mieszkaniu, zażywając kąpieli w jacuzzi, w którym woda przypomina o mokrym łonie matki. Mówi o wiecznej reprodukcji, a nie jak wiatr – o śmierci. 12 Babcia ciągnie usmoloną wnuczkę do żółtej beczki po odpadach. Pomimo dykty przytrzymywanej kamieniem w matowej brei unosi się armia potopionych owadów. Kobieta zanurza w cieczy głowę dziewczynki i szoruje. Isabellita drze się coraz głośniej. Jest taka nieszczęśliwa. To za duża rozpacz, by można było się nią z kimkolwiek podzielić. Co mogła powiedzieć: że wiatr zaśpiewał jej starą aztecką piosenkę? A co gorsza: że ją zrozumiała? Ogarnął mnie smutek i pobladłem śmiertelnie, gdyż z zaświatów, dokąd dążymy niestety, nie ma już powrotu. Nikt stamtąd nie powraca. Raz na zawsze udajemy się do świata zmarłych, tam – dokąd dążymy. Nezahualcóyotl* * Nezahualcóyotl, dosł. „Nienasycony Kojot” (1402–1472) – władca miasta-państwa Texco- co, poeta i myśliciel; współtwórca imperium azteckiego. Wiersz przełożyła z hiszpańskiego Maria Frankowska. 13
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Ciotka małych dziewczynek
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: