Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00261 005587 14681487 na godz. na dobę w sumie
Co mówią ptaki wędrowne - ebook/pdf
Co mówią ptaki wędrowne - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 210
Wydawca: Biblioteka Analiz Sp. z o.o. Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-62948-48-2 Rok wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> fantastyka
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Druga po Złowrogim sześcianie część tryptyku fantasy stworzonego przez nastoletnią pisarkę.

Rod musi wypełnić misję powierzoną mu przez mistrza – odnaleźć legendarnego feniksa. Towarzyszący mu przyjaciele, szlachcianka Zora, salamandrowiec Flagrant oraz jenot, nie mają pojęcia, jak skończy się ta tajemnicza wyprawa. Na podróżników czyhają najróżniejsze niebezpieczeństwa, od smoka, przez Dzikie Dzieci, po sektę zblazowanych arystokratów. Czy wyczekiwany finał będzie spełnieniem?

 

Śmiało możemy powiedzieć, że Basia Kaczyńska jest polskim Paolinim – tamten nastoletni autor stworzył świat Eragona, Basia ma swój bardzo konsekwentnie zbudowany wszechświat.
„Rzeczpospolita”

Charaktery bohaterów są wyraziste, każdy ma swoje cechy szczególne, sympatyczne bądź odstręczające czytelnika. Książka jest nie tylko zabawna, bywa też mroczna, czasem ironiczna. Pysznie. Dzieciaki wychowane na Harrym Potterze i Kronikach Wardstone na pewno z przyjemnością przeczytają tryptyk. Jest to jedna z najlepiej napisanych fabuł nastoletnich autorów. Za kilka lat Basia Kaczyńska może z powodzeniem dołączyć do polskiego panteonu twórczyń fantastyki.
Gildia.pl

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Co mówią ptaki wędrowne Barbara Kaczyńska Warszawa 2010 © Copyright by Barbara Kaczyńska, 2010 © Copyright by Biblioteka Analiz Sp. z o.o., 2010 Redakcja: Korekta: Projekt okładki: Ilustracja na okładce: Zdjęcie autorki: Łamanie: Adrian Sinkowski Zespół Grzegorz Zychowicz | Tatsu Mateusz Pawlik | www.brenio.pl Arkadiusz Łoś Tatsu tatsu@tatsu.pl ISBN 978-83-62948-48-2 Wydanie I Warszawa 2010 Mojemu pierwszemu czytelnikowi – Zbyszkowi Rozdział I P   oranek jak poranek. Nic nie zapowiadało, że tego dnia  stanie się coś odbiegającego od normy. Jednak zwycza- jowy porządek rzeczy miał być zakłócony, i to solidniej niż  kiedykolwiek od pięciu lat — tylko że Rod jeszcze o tym nie  wiedział. Leżał na podłodze z zamkniętymi oczami, łudząc  się, że na pewno nie wybiła jeszcze nawet piąta i można spać,  spać, spać. Tak mu się nie chciało wstawać. Był gdzieś na  granicy jawy i snu, błądząc po tej granicy i zataczając się raz  w lewo, raz w prawo, jednocześnie czując chłód kamiennej  podłogi i nie czując go, słysząc i nie słysząc chrobotania my- szy, powracających do nor po nocnym obżarstwie, żałując,  że przykryty jest tylko jednym szorstkim kocem i w tym sa- mym czasie myśląc sobie, że to zimno, które mu dokucza,  to tylko sen. Z sąsiedniego pokoju dobiegł go głuchy dźwięk, przypomi- nający walnięcie dłonią w stół. Po tym nastąpił przeraźliwy  szczęk, terkotanie nakręcającej się sprężyny i w końcu ze- gar zaczął bić. Jego uderzenia brzmiały jak brzęk pękniętego  dzwonu — bom-bim. Raz. Dwa. Trzy. Cztery… Zanim Rod skończył liczyć, poczuł na policzku długie, ła- skoczące go, jedwabiste włosy. Jęknął cicho i przewrócił się na  bok, ale właściciel łaskoczących włosów nie rezygnował. —  Wstawaj — chuchnął mu do ucha, łaskocząc jeszcze  bardziej. Rod jęknął po raz drugi, machnął bez przekona- nia ręką i nakrył głowę kocem. Nie chciał jeszcze wstawać.  Jeszcze nie… 7 —  Wstawaj — powtórzył nieustępliwy dręczyciel. — Bu- balus będzie zły. Nie lubi lenistwa. —  Idź sobie. Przez ciebie straciłem rachubę i nie wiem  nawet, która godzina — burknął Rod spod przykrycia. Czy po  czwartym było jedno, dwa, czy może trzy uderzenia? —  Późno. No już, ruszaj się — uparciuch nie ustępował.  Wsadził zimny, wilgotny nos pod koc i oblizał szyję Roda. —  Daj mi spokój — wymamrotał tylko. Zaraz jednak po- czuł, że coś ściąga z niego koc. Niechętnie otworzył oczy, by  stawić czoła ciemnemu porankowi. —  To która naprawdę godzina? — spytał. —  Szósta. —  Idę spać — zdecydował i wyrwał jenotowi swój koc. —  Jak można być takim leniem. Susły wstają chętniej  i szybciej — mruknął jenot i wskoczył swojej ofierze na  brzuch. Chłopak wrzasnął i szybko usiadł, zrzucając zwie- rzę na podłogę. —  Miałeś tego nie robić. A przynajmniej nie tak znienac- ka — powiedział z wyrzutem. Westchnął i przeczesał włosy  palcami. — Chyba muszę jednak wstać… Ale słuchaj, jest  zima. Zimą jenoty śpią. —  Ty nie jesteś jenotem. —  Ale ty owszem. Gdybyś tak się solidnie przespał… Ja  też przy okazji mógłbym i nikt nie zrywałby mnie bladym  świtem. Jenot  filuternie  przekrzywił  głowę  na  bok.  Zapewne  uśmiechnąłby się, gdyby mięśnie pyska mu to umożliwiały. —  Mam pokarmu pod dostatkiem. Nie widzę powodu, by  zasypiać. No i drzemię sobie w dzień. —  Wyzdyla murg madnema oghi ytsa — mruknął Rod. —  Miałeś ćwiczyć sylstyński… — przypomniał mu jenot. —  Wiesz co? Jesteś gorszy niż sumienie. Dobrze więc, roz- ważam zamknięcie cię w komórce bez myszy — powiedział  Rod z rezygnacją i zaczął zakładać buty. — I od razu możesz  8 mnie zrugać, że źle wymówiłem któreś słowo. Nic mnie nie  obchodzi ten sylstyński. Umiem czytać, nie wystarczy? —  Po sylstyńsku możesz porozumieć się ze wszystkimi na  Lądzie Półokrągłym — przypomniał mu po raz drugi jenot. —  Doprawdy, przy tobie sumienie niepotrzebne — skrzy- wił się Rod i założył drugiego buta. Podeszwy były nieco po- dziurawione, a skóra wytarta, ale nadal dobrze się w nich cho- dziło. Zwłaszcza, że dopiero teraz na niego pasowały. Bubalus  kupił mu je na wyrost. Bardzo na wyrost. Poza tym, Rod nie  mógł przecież tak pochopnie wyrzucać swoich pierwszych bu- tów, chociaż służyły mu już cztery lata i dość się zniszczyły. Popatrzył z niesmakiem po swojej klitce. Całą jej po- wierzchnię, poza niewielkim skrawkiem podłogi, na którym  sypiał, zajmowały zakurzone tomiszcza. W kątach kryły się  spowite pajęczynami królestwa rozmaitych stworzeń, których  istnienia nawet się nie domyślacie. Na jednej z ksiąg stała  przylepiona stopionym woskiem świeca, do połowy wypalo- na i bardziej przypominająca niekształtną kupkę stearyny ze  sterczącym zeń knotem. Przez niewielkie okienko w grubej  ścianie nie wpadało jeszcze światło, więc w klitce panował  nieprzyjemny mrok. —  Wydaje mi się, czy on znowu władował mi tu swoje  przeklęte książki? — spytał Rod, kończąc wiązać buty. —  Owszem. Brakuje mu u siebie miejsca. —  Brakuje mu miejsca — powtórzył drwiąco Rod. — Też  mi coś. To jeszcze nie powód, żeby zmniejszać moją prze- strzeń… no, osobistą. Zresztą, po co mu te wszystkie książ- ki, ciekaw jestem. Pomrukując gniewnie, opuścił klitkę i z jenotem u nóg  poszedł do kuchni. Kuchnia, jak wszystko w zamku Bubalusa, posiadała dwie  charakterystyczne cechy — była ogromna i zaniedbana. Sufit  ginął gdzieś wysoko w ciemności, a osmalone ściany z pewno- ścią pamiętały lepsze czasy, gdy używano ogromnego paleniska,  9 nad którym co noc obracały się na rożnach całe stada dzików.  Czasy świetności Rosseranu. Co wieczór odbywały się wtedy  uczty, przy długich stołach w jadalni zasiadali rycerze i „ko- chankowie Zofii”, jak nazywano sofiaszy, a także hrabianki,  księżniczki i inne nadobne damy z wyższych sfer. Komnaty roz- brzmiewały śmiechem, a po kuchni krążyły gromady kuchci- ków, podkuchennych i kogo tam jeszcze. Komenderował nimi  rosły kucharz, co chwila wynoszono półmiski wielkości kół od  powozów… Półmiski wypełnione pieczoną dziczyzną, pawiami  z piórami ułożonymi na powrót w wachlarz… Przynajmniej wydawało się Rodowi, że tak właśnie musia- ło to wyglądać. Czytał co nieco o złotym wieku i niekończą- cych się zabawach we wszystkich zamkach Królestwa Lądu  Półokrągłego, w szczególności właśnie w Rosseranie. Ale te- raz twierdza świeciła pustkami, za mieszkańców mając dwoje  ludzi i kilka zwierząt. Rod trochę dziwnie czuł się na samym  początku, ledwie przyjechawszy do zamku, zwłaszcza po ży- ciu w rodzinnej wiosce, ale zdążył się przyzwyczaić. Doszedł po dłuższej chwili do pieca na samym końcu  kuchni, dobudowanego później, gdy liczba lokatorów zamku  znacznie się zmniejszyła. Nad piecykiem wisiały w rzędach  na hakach różne rondle, patelnie i garnki. Niektóre zaczy- nały już rdzewieć, a rudawe płatki wpadały nierzadko do go- tujących się potraw. Należałoby zdjąć te naczynia, ale Buba- lus nigdy nie zaprzątał sobie głowy porządkiem, a Rod nie  dosięgał po prostu do haków. Jak na trzynaście lat, był dość  niski, zresztą jak każdy Wylfita. Po lewej czernią ziało nie- używane ogromne palenisko do dziczyzny. Jenot jak zwykle  zmarszczył na jego widok nos, po czym ułożył się na legowisku  przy piecu, ciepławym jeszcze, chociaż ogień wygasł w no- cy. Rod rozpalił go na nowo, zamknął z trzaskiem drzwicz- ki pieca i zajrzał do spiżarni. Była prawie pusta. W zimnym  pomieszczeniu ujrzał jedynie kilka jajek sprzed dwóch dni  i pęczek marchewki. 10 —  Dzisiaj przyjeżdża zaopatrzenie — przypomniał jenot.  Rod kiwnął głową. Całe szczęście. Jeszcze jeden dzień na  wodnistej kartoflance i chyba by zaczął nią rzygać. Zastanowił się, czy Bubalus znajdzie może tego dnia czas  na lekcję. Dobrze by było. Poprzednia odbyła się jakiś tydzień  temu. —  Nie znajdzie — mruknął jenot, ziewając. Rod odwró- cił się ze złością. —  Znowu czytasz mi w myślach. To denerwujące! —  Przepraszam — powiedział znudzonym tonem jenot,  rozpłaszczając się na legowisku. — Rób lepiej to śniadanie. —  Nic cię to nie obchodzi — burknął Rod, stawiając na  płycie kuchennej jedyną nadającą się do użytku patelnię. —  A to nie jest ani miłe, ani uprzejme i w ogóle. I nawet nie by- ło w tej chwili konieczne. —  Och, nie denerwuj się tak — jenot spojrzał na niego ża- łośnie. Wyglądał na naprawdę skruszonego, nawet baki chyba  mu nieco obwisły. Rod musiał się uśmiechnąć. —  Oszust — oskarżył go. — Już nie udawaj, wiem, że  wcale ci nie przykro. Jenot zaczął oczywiście protestować. Rod parsknął tylko  i zaczął robić mega jajecznicę dla nienasyconego brzucha  Bubalusa. Po kilku minutach była gotowa. Sprawdzając, czy  nie śledzi go przypadkiem kukabura mistrza albo, co gorsza  gronostaj, chłopak włożył szybko do ust kawałek, a resztę  potrawy przykrył wyszczerbioną pokrywą. W zamku tylko  mistrz miał prawo jeść jajka i mięso. Rod, jako uczeń i na  dodatek uczeń niskiego pochodzenia, musiał zadowolić się  chlebem, warzywami i nędznym ochłapem raz na tydzień.  Musiał, to nie znaczy wcale, że stosował się do tego nakazu.  Uważał go za śmieszny — umarłby chyba z głodu, gdyby po  całych dniach ćwiczeń jadł tylko marchewkę. Jednak zawsze  zachowywał ostrożność, by nie zostać przyłapanym na łama- niu przepisu. 11 Usiadł na długim stole poznaczonym śladami po nożach,  a także widocznie nadgryzionym żarłocznym zębem czasu.  Jenot drzemał na swoim posłaniu. W pewnej chwili poderwał  się. Węszył przez chwilę, po czym wyraźnie się uspokoił. Ku- kabura, powiedziały jego myśli. —  I kto tu teraz komu włazi do głowy, co? — powiedział  jenot, układając się na nowo na legowisku. —  To było niechcący — powiedział sennie Rod. — Taka  jest właśnie różnica — mnie jest przykro, a tobie nie. —  Zrzęda. Korytarzem prowadzącym z hallu do kuchni przyfrunęła  kukabura Bubalusa. Przysiadła na okapie nad piecem i prze- krzywiła na bok głowę. —  Cześć — przywitała się. — Przyleciałam tylko powie- dzieć, że grubas już idzie — zawsze traktowała Bubalusa  z pewnym lekceważeniem. — Kazał mnie przekazać trzy  rzeczy. Raz, żebyś robił herbatę. Dwa, że dzisiaj odbędzie się  lekcja. Trzy, ma dla ciebie niespodziankę — roześmiała się  głośno na widok miny Roda. — Zaskoczony, co? Cała senność zniknęła natychmiast. Rod nie pomyślał na- wet, żeby spojrzeć triumfalnie na jenota, tylko spytał ze zdzi- wieniem: —  Jaką niespodziankę? Kukabura zamrugała oczami i przyjrzała mu się uważnie,  jakby zastanawiając się, czy jest godny odpowiedzi. Nastro- szyła pióra i zaczęła myć sobie skrzydło. —  Nie wiem — powiedziała w końcu lekko obrażonym  tonem. — Nie powiedział mi, paskud jeden. —  Szkoda — mruknął jenot. Bubalus nie pozwalał swoim  zwierzętom na czytanie jego myśli. Doskonale się przed tym  zabezpieczał. I dobrze robił. Rod to wiedział. Lepiej nie zawiązy- wać zbyt bliskich więzi ze zwierzęciem… To niebezpieczne. Z kwaśną miną zeskoczył ze stołu i wyszedł na dziedziniec.  Na dworze panowało jeszcze gorsze zimno niż w zamku, ale  12 chłopak dobiegł jak najszybciej do studni i wyciągnął wiadro  z wodą. Kołowrót poruszał się podejrzanie ciężko. Oby tylko  nie zamarzł, jak poprzedniej zimy. Rod wrócił do środka i zaczął gotować wodę na herbatę li- pową dla mistrza. Płyta rozgrzała się już solidnie i musiał uwa- żać, żeby się nie oparzyć. Kukabura przysiadła na stole i snuła  przypuszczenia, co też Bubalus mógł mieć na myśli, mówiąc  o niespodziance. —  Może wizytę jakiegoś maga — skrzeczała. — Albo emo- cjonującą podróż. A może… może da ci twój własny miecz! Rod poczuł, jak coś podskakuje mu w żołądku. Miałby  mieć własny miecz? Należący wyłącznie do niego? Byłby pra- wie jak rycerz… Mógłby nadać broni imię, jak bohaterowie  w pieśniach… Z drugiej strony, ta niespodzianka mogła oznaczać po pro- stu odwiedziny któregoś z kumpli mistrza, tak jak kilka lat  temu, gdy przyjechał jakiś piekielnie brzydki facecik Gudwin  ze swoją wyniosłą żoną o rudych, siwiejących już włosach.  Bubalus nie wyrażał się zbyt pochlebnie o Gudwinie. —  Co to za sofiasz w ogóle, co bierze sobie kobietę — zrzę- dził przed ich przyjazdem. — Sofiasze to wolni, wolni ludzie, ot  co. Nie mogą wiązać się więzami rodzinnymi, ot co. To w ogó- le nie jest sofiasz, przecież on tę Sumparycję czy Schorafilę  bardziej ceni niż swoje zwierzę. A przecież nawet ty, Rod, zu- pełnie początkujący uczeń, zdajesz sobie sprawę, że sofiasz  bez zwierzęcia to nie sofiasz. Swoją drogą, biedny wychuchol  Gudwina. Taki teraz odtrącony… Uch, ta wizyta zapadła Rodowi głęboko w pamięć, bynaj- mniej nie dlatego, że tak mu się spodobała. Teraz wzdrygnął  się na samą myśl, że takie zdarzenie mogłoby się powtórzyć.  Oby jednak ta niespodzianka to był miecz… Jednak nie chodziło wcale o miecz. Rod zdejmował właśnie  czajnik z ognia, gdy usłyszał za sobą huczący głos, który zasko- czył go tak bardzo, że chłopak prawie oblał się wrzątkiem. 13 —  Zaskoczony, co? — wrzasnął Bubalus, wtaczając się  do kuchni. — To źle, chłopcze, bardzo źle. Ile razy mam po- wtarzać — sofiasz musi zachować STAŁĄ CZUJNOŚĆ! Czy  to tak trudno zapamiętać? Powtarzam — stała czujność! Bez  tego wszystkie lekcje na nic. Nie pomogą ci w niczym, jeśli  nie zachowasz stałej czujności. W każdej chwili musisz ocze- kiwać ataku! W każdej! No, chłopcze, dawaj to śniadanie. Na  czym to skończyłem? A, tak. Ataku bronią! Ataku czarami!  Ataku własnych myśli, chłopcze! Fach sofiasza to nie hocki  klocki dla maluchów. Potrzeba tu trzech rzeczy: silnej woli,  skupienia, i STAŁEJ CZUJNOŚCI! —  Tak, panie. Rozumiem — wymamrotał Rod, stawiając  przed siedzącym na jedynym krześle w zamku Bubalusem  talerz z jajecznicą. —  Prawdziwy sofiasz pamięta, że w każdej chwili mogą  go dopaść wrogowie! Że mogą go rozszarpać dzikie bestie!  Prawdziwy sofiasz — Bubalus przerwał, żeby wepchnąć so- bie do ust solidną porcję śniadania — nie zapomina o czuj- ności w najgorszych chwilach! Jedna chwila bez czujności…  żuj, żuj… a zapomnisz wszystkie zaklęcia, wszystkie pchnię- cia mieczem, wszystko! Prawdziwy sofiasz nie jest uspoko- jony nawet obecnością swojego zwierzęcia! Bo czujni muszą  być oboje, zwierzę i sofiasz. Gotowi do ataku, mieczem czy  czarem. Zapamiętaj, chłopcze. Jak posprzątasz i zrobisz co- dzienne ćwiczenia, przyjdź do mojej komnaty, musimy po- ćwiczyć szermierkę. —  Tak, panie. —  Nie każdy może zostać sofiaszem, ciam ciam, choć  może się tak wydawać na pierwszy rzut oka. Prawdziwy so- fiasz… — Bubalus „niestety” nie dokończył swego fascynu- jącego przemówienia, gdyż przerwała mu kukabura. —  Za pozwoleniem, panie, ale miałeś dla niego jakąś nie- spodziankę — powiedziała, najwyraźniej sama ciekawa, o co  chodzi. 14 —  Niespodziankę? — powtórzył Bubalus. — A, niespo- dziankę! Coraz lepiej robisz jajecznicę, chłopcze, tak na mar- ginesie. Żuj. —  To jest ta niespodzianka? — spytał jenot z niesma- kiem. —  Jaka… Ach, prawda. Nie, nie, chodzi o to, że przyjąłem  nowego ucznia. Przyjeżdża dziś po południu. Lepiej, żebyś  napalił w jadalni. Tylko tam mogę go przyjąć, będzie z ojcem  poza tym. I zrób miejsce w swoim pokoju, żeby miał, gdzie  spać. Uczeń, nie ojciec, rzecz jasna — zachichotał mistrz,  przełykając ostatni kęs jajecznicy. —  Ale… ale… ale u mnie nie ma miejsca — zaprotesto- wał Rod. — Nie mógłby dostać innej komnaty? Bubalus zmarszczył brwi i pokręcił głową. —  Co ty sobie myślisz? Kiedy ja uczyłem się na sofiasza,  musiałem spać w chlewiku ze świniami i byłem wdzięczny i za  to. — „Biedne świnie”, mruknął jenot. — Żądano ode mnie na  dodatek nienagannie czystego stroju. Sam widzisz, jak mało  wymagający jestem wobec ciebie! Poza tym, wszystkie komnaty  to biblioteki. Nie ma mowy — wypił duszkiem herbatę i wstał  od stołu. — Oczekuję cię za dwie godziny w gabinecie. I pamię- taj — stała czujność! — przy ostatnich słowach dźgnął Roda  końcem laski. Chłopak skrzywił się lekko i kiwnął głową. Mistrz wyszedł majestatycznie z kuchni. Rod pokazał ję- zyk jego plecom i umył pobieżnie talerz po jajecznicy. —  Wiecie, o co mi chodzi naprawdę. On już teraz nie ma  czasu na lekcje, z drugim uczniem będzie gorzej. Kiedy skoń- czę to przeklęte terminowanie, za pięćdziesiąt lat? — zrzę- dził, opłukując marchewki i z irytacją zauważając na nich  ślady mysich zębów. —  Przynajmniej będziesz miał jakieś towarzystwo — po- cieszył go jenot. —  Towarzystwo! Po co mi jakieś towarzystwo. Pewno to  jakiś maluch, co nie umie nawet czytać i ja będę musiał go  15 wszystkiego uczyć. Założę się, że ledwo łuk potrafi naciągnąć.  I ciągle będzie chciał do żarcia jakieś ohydne słodycze, których  nie zobaczy się w promieniu setek kilometrów. Kukabura roześmiała się głośno. —  Co to za nastawienie? — zachichotała. — Nie przejmuj  się, nie będzie źle. Poza tym… Poza tym pogadam ze skunk- sem. Grubas zawsze go bardzo poważa — zachichotała zno- wu. — Skunks namówi lenia do roboty, zobaczysz. Grubcio  cię przyciśnie, jeśli tylko skunks jego przyciśnie. No, muszę  rozprostować skrzydła. Pa! — wyleciała przez okienko wycho- dzące na dziedziniec. Rod żuł marchewkę, zastanawiając się, czy kukabura ma  rację i kim jest ten cały uczeń. Bubalus jak zwykle mówił kon- kretami, nie ma co. Otrzepał ręce i wzruszył ramionami. —  Rozumiem, że czas na ćwiczenia? — powiedział jenot,  wstając z posłania i otrząsając się. Przez następne pół godziny Rod i jenot biegali po schodach  zamku i próbowali nie robić hałasu. Potem Rod założył sta- rą kolczugę. Była niemożliwie ciężka i niewygodna, ale Bu- balus twierdził, że nic nie wyrabia lepiej mięśni i silnej woli  jak ćwiczenia w zbroi. Chłopak przeklinał w duchu dogmaty  mistrza, zwłaszcza że nigdy nie widział, żeby stary sofiasz  sam kiedyś ćwiczył. —  Trzy… dzieści — wydyszał Rod półgłosem. Podciągał  się właśnie na rękach na drągu zamontowanym przez Buba- lusa w holu. Jenot przyglądał się ćwiczeniom, a w oczach czaił  mu się uśmiech. — To bez sensu — dyszał dalej Rod. — Trzy- dzieści jeden. Trzydzieści… dwa. —  Chyba nie dojdziesz do pięćdziesięciu — stwierdził jak  zwykle jenot. Rod, jak zwykle, musiał przyznać mu rację. —  Właśnie że dojdę! — uparł się jednak. — Trzydzie- ści trzy. Trzydzieści cztery. Trzydzieści pięć. Trzydzieści  sześć… —  Może pobijesz nawet swój ostatni rekord — powiedział  16 jenot. Ostatni rekord Rod ustanowił cztery dni wcześniej,  podciągając się czterdzieści dwa razy. —  Trzydzieści siedem. Trzy… y… dzieści osiem… — wy- rzęził Rod przez zaciśnięte zęby. — Trzydzieści dziewięć… —  zacisnął zęby tak mocno, aż rozbolała go szczęka. — Och…  Nie… — zaraz spadnie. Kolczuga ciążyła niemożliwie moc- no ku dołowi. Rod zeskoczył na ziemię i rozprostował ostroż- nie palce. —  Za słabe śniadanko — zawyrokował jenot. — I dlate- go dieta nornikowa bardziej się opłaca, przynajmniej w tym  zamku. —  Gdyby nie to żelastwo — sapnął Rod, ściągając brzę- czącą kolczugę przez głowę — zrobiłbym i dwieście. —  Jasne. —  Zrobiłbym, co się śmiejesz. —  Wcale się nie śmieję. —  Mogę ci nawet pokazać. Może nie teraz, ale zrobiłbym. —  Ale nie ma tak łatwo. Musisz zakładać kolczugę. W kominie z jadalni oczywiście zagnieździły się ptaki. Gdy  Rod rozpalił ogień, zaczęły przeraźliwie skrzeczeć. No i przez  ich gniazda dym nie miał ujścia, więc wkrótce cała jadalnia  była go pełna. Cóż, trudno się mówi. Rod zgasił ogień, żeby  przypadkiem jakiś przypalony ptak nie spadł akurat podczas  wizyty gości i nie zaczął się fajczyć. Lepiej, żeby było zimno,  niż duszno od spalin. Z drugiej strony, mistrz wyraźnie za- znaczył, że trzeba zrobić dobre wrażenie na ojcu tego całe- go nowego ucznia. Jeśli zrezygnują z pobierania nauk u Bu- balusa, mistrz wszystko zwali na Roda. A to nie będzie zbyt  przyjemne. Rozejrzał się po jadalni i jęknął z bezsilności. Żeby dopro- wadzić to do stanu używalności, potrzeba by sztabu służby  i co najmniej dwóch dni. Sala była ogromna, a wszystkie fryzy  17 i gzymsy pokrywała gruba warstwa kurzu i pajęczyn — żeby  długo nie mówić, sprawiało to wrażenie czegoś żałośnie za- puszczonego, odstręczającego i syfiastego. Ale Rod miał tylko rozpalić ogień. Trudno. Mistrz chciał  ognia, to będzie go miał. Szybkie zaklęcie iluzji załatwiło sprawę. Bubalus nawet  nie wiedział, że chłopak je zna. Więc nie powinien niczego  podejrzewać. Ogień płonął ślicznie, jasno i realistycznie, a że  nie dawał ani odrobiny ciepła, to już inna sprawa. Ha ha. —  Ładnie, chłopcze — powiedział Bubalus, niespodzie- wanie stając za plecami Roda. Chłopak odwrócił się spłoszony,  a winę miał wypisaną na twarzy. Czy mistrz słyszał zaklęcie?  Ale na szczęście stary sofiasz patrzył zupełnie gdzie indziej.  Wpatrywał się w złocistoczerwone płomienie z zadumą. —  Ostatnio płonął tu ogień trzydzieści lat temu, na ży- czenie tej Subarycji, czy jak się nazywa żona starego Gudwi- na. Miała paskudną ranę. Pamiętam to, jakby stało się wczo- raj. Gudwin zastukał do drzwi Rosseranu z tą Selchidą na  plecach, a tydzień później musiałem przywoływać… Też na  jej życzenie… Do diabła, ona umiała sobie człowieka podpo- rządkować, swoją drogą… Musiałem przywołać jakichś lud- ków. Mieli śmieszne imiona, pamiętam dobrze. Żużel i Vin- dicus? Nie, to nie to. Ale czasy były dobre. I pieniędzy nie  brakowało… — rozmarzył się Bubalus. Zaraz jednak otrzą- snął się z zamyślenia, klasnął w ręce i spojrzał na swojego  ucznia. — Dzielnie się spisałeś, chłopcze, dzielnie. Będzie  z ciebie sofiasz. Bo rozpalił ogień? Rod prawie się roześmiał. Bubalus tymczasem podszedł powoli do ściany, zmarsz- czył brwi na widok zakurzonej i miejscami pordzewiałej tar- czy herbowej i jednym szybkim ruchem wyciągnął zza niej  dwa stare, ciężkie miecze. Jeden podał Rodowi i wysyczał  przez zęby: —  Broń się, chłystku! 18 Zdumiony chłopak uchylił się przed pierwszym ciosem,  ledwo odparował drugi, prawie potknął się o miecz, z trudem  uniósł ciężkie żelastwo nad głowę i machnął nim na oślep.  Bubalus od niechcenia wytrącił mu broń z ręki, podkręcił  wąsa i pogłaskał się po brzuchu. —  Taaak — mruknął. Zmierzył trochę zdyszanego ucznia  wzrokiem i nagle zapytał — A jak twoje ćwiczenia w kolczu- dze? —  Eee… Dobrze, dobrze, jak myślę — wysapał Rod. —  Dobrze? To dobrze. Ale chyba ten miecz ciągle jest dla  ciebie za ciężki… — Bubalus odwrócił się na pięcie, aż za- furkotał brzeg jasnofioletowego surduta, i spacerowym krocz- kiem ruszył w stronę następnej tarczy na ścianie, cały czas  przemawiając, a jego gromki głos odbijał się echem od ka- miennych ścian jadalni. — Musisz pamiętać, że nikomu nie  wolno ufać. Zawsze musisz zachować STAŁĄ CZUJNOŚĆ.  Nie wystarczy wyuczyć się kilku podstawowych cięć mie- czem, żeby wygrać pojedynek. Należy bacznie obserwować  każdy ruch przeciwnika, nawet jeśli nie wiesz jeszcze, że to  twój przeciwnik. Jednym słowem, niczego nie bierz za dobrą  monetę. Atak nadejdzie wtedy, kiedy najmniej się go spodzie- wasz. Cały czas musisz być skoncentrowany… Rod z niechęcią wpatrywał się w szerokie plecy Bubalusa  i kruczoczarną czuprynę, chwiejącą się nad fioletową masą.  Nagle coś wpadło mu do głowy. Spojrzał na miecz, porzucony  na podłodze. Spojrzał na mistrza, który dalej przemawiał do  siebie, broń mając opuszczoną przy boku. Zatarł ręce, podniósł  solidny kawał stali i kilkoma susami dopadł Bubalusa. Najszyb- ciej jak umiał wytrącił mu miecz z dłoni i kopnął broń pod ścia- nę. Uniósł własny miecz i popatrzył w napięciu na sofiasza. Ten roześmiał się głośno, z zadowoleniem podkręcając  wąsa. —  Będzie z ciebie sofiasz, chłopcze, będzie. Pojętnyś nad  wyraz. Tylko tak dalej! 19 Zdjął ze ściany dwie szable. —  Chyba cię uczyłem, jak się tym walczy, prawda? No,  trzymaj. Rzuć w kąt ten ciężar — zachichotał, jakby właśnie  opowiedział świetny dowcip. Rod z wahaniem odłożył miecz  i wziął z rąk mistrza szablę. Bubalus wydawał się ociężały i niezgrabny, jednak w rze- czywistości poruszał się tak lekko, jak okrąglutka piłeczka  kauczukowa. Potrafił skakać we wszystkie strony, a broń w je- go ręku poruszała się tak prędko, że chłopak ledwo mógł na- dążyć z odparowywaniem ciosów. Od dawna podejrzewał,  że mistrz pomaga sobie przy pojedynkach czarami… Co za  niesprawiedliwiość… Nie wolno ci się rozpraszać. Skoncentruj się. Jedno cięcie,  drugie, widzisz, znowu się uśmiecha, mruży lekko oczy, te- raz musisz zaatakować, teraz jest dobra chwila. Ktoś coś tu  mówił o stałej czujności? Trzy guziki od surdutu z brzękiem upadły na podłogę. Bu- balus ponownie roześmiał się serdecznie, skłonił się, odwie- sił broń, cały czas zaśmiewając się, odwiesił również szablę  Roda i usiadł na stole, trzymając się za brzuch, który chyba  rozbolał go od długiego śmiechu. —  Twarda z ciebie sztuka, chłopcze — wykrztusił w koń- cu. — Przypomnij mi, ile ty masz lat? —  Trzynaście. —  Trzynaście lat i już taki jesteś zdolny! Ho ho! Za kil- ka lat nawet ja będę musiał uważać. Trzynaście lat i takie  postępy! Rod dopiero po kilku sekundach zorientował się, że powi- nien odpowiedzieć coś równie pochlebnego. —  Eee… Miałem dobrego nauczyciela — wymamrotał.  Bubalus zarechotał. —  Och, przestań już, chłopcze, bo pęknę. Doprawdy, klej- not znalazłem tego dnia, gdy przyjąłem cię na ucznia. Nie  spodziewałem się po tobie takich postępów! Nigdy bym nie  20 pomyślał, że mały Wylfita może w tak krótkim czasie — ile to  lat minęło? Pięć? Że młody Wylfita tyle może osiągnąć. Tylko  tak dalej, chłopcze, tylko tak dalej. Niedługo chyba przejdzie- my do zaklęć. Ale, ale — przypomniało mi się, dzisiaj przy- jeżdża ten nowy uczeń. Zachowuj się jak najlepiej, chłopcze,  pamiętaj. I… i… i… gdybyś mógł, postaraj się mówić tylko  po sylstyńsku, dobrze? —  Dobrze — powiedział ponuro Rod. Przez chwilę cie- szył się ze wszystkich pochwał mistrza, ale jakże szybko mu  przypomniano, że jest tylko Wylfitą! Mali Wylfici, nieokrzesa- ni Wylfici, głupi analfabeci, dzicy wichrzyciele i krwiożerczy  buntownicy. Kto by się spodziewał, że Wylfita w ogóle może  być na tyle ambitny, by w wieku lat ośmiu samodzielnie prze- wędrować kawał drogi i zostać uczniem sofiasza. Rod postanowił sobie, że stanie się sofiaszem tak poważa- nym, że nikt już nie będzie o Wylfitach mówił z lekceważe- niem. Sofiasz Dananrod z szlachetnego ludu Wylfitów, będą  mówić o nim. Ileż już razy mówił o tym jenotowi… Bubalus, cały czas chichocząc, odszedł do swojego gabinetu,  a Rod stał jeszcze chwilę w pustej jadalni. W drzwiach pojawił  się jenot. Ziewnął szeroko, przeciągnął się i powiedział: —  Musisz jeszcze posprzątać w swojej klitce. Tego ci Buba- lus nie odpuści, choćbyś nawet uciął mu wszystkie guziki. —  Miałeś nie czytać mi w myślach — odparł znużony  Rod. — Jak się spało? —  Doskonale, a dlaczego pytasz? —  Pomyślałem tylko, że niedługo trudno ci będzie za- snąć, bo małe dzieci lubią ciągnąć takie słodkie, puchate  zwierzątka za kudły. —  Jakie kudły, jakie kudły — obruszył się jenot. — Proszę  mi się tu wyrażać poprawnym sylstyńskim. To nie są kudły.  Swoją drogą — zastanowił się — to mali ludzie rzeczywiście  lubią to robić… Znaczy ciągnąć za kudły… 21 nie ma w pobliżu. Wyjaśniłem chyba sprawę wystarczająco  jasno? Bo wydaje mi się, że przeszkodziłem wam w sprząta- niu? Wykonujcie swoją powinność, jakby była przyjemnością,  to szybciej to zrobicie — powiedział skunks, skinął głową i wy- mknął się z jadalni. —  Co mnie najbardziej zastanawia — powiedział jenot —  to fakt, że on te słowa o powinności zawsze mówi bez cienia  ironii. To zgoła nienormalne. Jenot dosyć lubił ironizować i robił to nawet często, pod- czas gdy Rod sarkazmu używał nader rzadko i często nawet  nie wyłapywał go w wypowiedziach innych. Jakoś zawsze  przyjmował słowa w takim znaczeniu, jakie miały dosłow- nie, i to niezależnie, czy zostały wyrzeczone po sylstyńsku,  czy po wylficku. —  Słowem, żadnych korzyści nie mamy z tego nowego  ucznia — powiedział Rod. —  Bubalus owszem, ma korzyści — odezwał się skunks,  prześlizgując się koło jenota. — Nie wiem, czy powinienem  zdradzać pobudki, jakie nim kierują… Ale, z drugiej strony,  nie ma w nich naprawdę niczego zdrożnego. Właściwie wy- daje mi się, że lepiej bym uczynił, gdybym wam powiedział,  o co chodzi, niż gdybyście mieli wieszać psy na moim biednym  panu — skunks pokiwał głową w sposób wielce dystyngowany  i zaczął przechadzać się spacerowym krokiem w tę i z powro- tem, tak jak często miał w zwyczaju robić to mistrz. —  Więc o co chodzi? — zniecierpliwił się Rod. Skunks  spojrzał na niego z urazą. —  Gdzie ci się tak spieszy, chłopcze? Wiesz chyba, że co  nagle, to po diable. Ale dobrze, wyjaśnienie jest okrutnie pro- zaiczne. Bubalus popadł w kłopoty finansowe. Ostatnio kupił  kilka cennych książek, nawet bardzo cennych, i, naturalnie,  to spowodowało, że straty w tym roku znacznie przekroczyły  zyski. Nie mówiąc już o tych składnikach do zaklęcia dla sa- lamandrowców. Nie wolno zapominać także o kilku zabytko- wych sztukach broni, które Bubalus pieczołowicie przechowu- je w sejfie jako obiekty kolekcjonerskie. Jednym słowem, ostat- nio nie najlepiej z nim od strony, że tak powiem, ekonomicznej.  A za nauczanie otrzyma, krótko mówiąc, słoną sumkę. —  Oczywiście. Ja nie jestem takim zyskownym uczniem  — stwierdził gorzko Rod. —  Gorycz taka nie przystoi młodzieńcowi w twoim wieku.  Gdy ma się lat trzynaście, winno się radować z całego świa- ta, który ma jeszcze nam tak wiele do zaoferowania — zwró- cił mu uwagę skunks, powiewając ogonem jak chorągwią. —  A poza tym, Bubalus często powtarza, że okazałeś się znacz- nie zdolniejszy niż przypuszczał, i że ani trochę nie żałuje,  że cię przyjął. Winieneś być dumny, chłopcze, gdyż, jak mo- że zauważyłeś, Bubalus rzadko chwali kogoś, gdy chwalonego  22 Rozdział II W    yobraźcie sobie zwykły poranek w wiosce salamandrow- ców na zboczu wulkanu. Niewielkie domki z czarnego  kamienia przycupnęły na stromym stoku, a pomiędzy ni- mi krzątają się ich mieszkańcy, zapracowani i pilni. Niektó- rzy prowadzą salamandry na pastwiska, inni ciągną worki  z drewnem i węglem, jeszcze inni idą uprać ubrania w gorą- cych źródłach. Matki niosą na plecach małe, czerwonoskó- re dzieci. Niedaleko rzeźnika siedziała grupka dzieci splatających  liny i wrzaskliwie rozmawiających. Nagle między ich nogami  przeleciało coś maleńkiego i czerwonego. Większość nawet  tego nie zauważyła. Jednak wszyscy zauważyli, gdy chwilę  później w sam środek grupki wtrynił się wielki, niezgrabny  chłopak. Potknął się o którąś z niedużych, dziecięcych stóp  i wyrżnął w ziemię przy akompaniamencie pisków i śmie- chów. —  Co się znowu stało, Flagrant? — chichotały dziewczyn- ki. — Hej! Prujesz nam linę! Flagrant zerwał się na równe nogi, wymamrotał zdawko- we przeprosiny i pognał dalej, w ślad za czymś niezmiernie  szybkim, czerwonym i lśniącym. Potrącił dostojną matronę  kokietującą sprzedawcę warzyw, aż wywróciła się z hałasem  na półkę z pietruszką, cudem uniknął zderzenia czołowego  z ogromną salamandrą, która na przekór zrozpaczonemu wła- ścicielowi stała kołkiem na środku uliczki, przemknął między  24 dwójką poważnych jegomościów rozmawiających o tegorocz- nych zbiorach i z radością zauważył miniaturową salamandrę  trzęsącą się przy ścianie najbliższego domu. Rzucił się w jej  stronę, ale w ostatniej chwili wymknęła mu się spomiędzy  palców i szybciutko uciekła dalej. —  Wracaj tu, ty głupi strupku! — wrzasnął Flagrant tak  głośno, że kilka osób spojrzało na niego z rozbawieniem. Nie  zwracając na to uwagi, ruszył ponownie w pościg. Miniatu- rowa salamandra wskoczyła do kuźni. Flagrant za nią. Ro- zejrzał się po wnętrzu rozświetlonym blaskiem ogromnego  paleniska i z irytacją zauważył, że wredne zwierzątko już  zagrzebuje się między węglami. Dopadł ognia i jął go roz- grzebywać, aż w końcu chwycił uciekiniera za długi ogonek  i w ramach kary pociągnął go za bródkę. —  Miałeś nie uciekać — pouczył go. Wątpliwe, by Etin- cel cokolwiek zrozumiał. Zamachał tylko żałośnie czterema  łapkami i łypnął wyłupiastymi, żółtymi oczami. — Ile razy  mam ci powtarzać, że nie wolno ci uciekać?! —  A ile ja mam powtarzać tobie, Flagrant, żebyś mi nie  grzebał w palenisku? — huknął głos kowala. Flagrant wy- prostował się pospiesznie, prawie strącając młot z kowadła  i zrobił skruszoną minkę. —  To się już nie powtórzy — wymamrotał. Etincel za- czął się wić. Flagrant wyjął z kieszeni kawałek skały wulka- nicznej, nakarmił nią salamandrę i posadził sobie zwierząt- ko na ramieniu. — Tylko, wiecie, panie Gore, salamandra  mi uciekła… —  Trzeci raz w tym miesiącu! — parsknął kowal. —  Etincel jest trochę… hm… niesforny, to prawda, ale  zobaczcie, panie Gore, teraz siedzi sobie spokojnie (siedź  cicho, zasmarkańcu) i grzeczniutko sobie je. Na ogół jest  grzeczny. —  Jak już musisz go mieć, to zamkłbyś go w słoiku jak  normalny chłopak, a nie go nosisz na głowie. 25 —  Poprawna forma to „zamknąłbyś”, panie Gore — po- wiedział Flagrant, zanim zdążył się powstrzymać. — Chcia- łem powiedzieć, że po prostu nie mam serca go trzymać w za- mknięciu. To niesprawiedliwe, że duże salamandry mogą  sobie chodzić gdzie chcą, a miniaturowe nie… —  Flagrant, Flagrant — Gore pokręcił głową. — Jutro  kończysz siedemdziesiąt lat, prawda? A pod niektórymi wzglę- dami zachowujesz się jak dwudziestolatek. Kiedy w końcu tro- chę wydoroślejesz? Jutro zdobędziesz status samodzielnego  salamandrowca. Pora skończyć gonić za chimerami i zacząć  myśleć racjonalnie, zadbać o byt… —  Ja gonię tylko za Etincelem, panie Gore, nie za żad- nymi chimerami. —  To takie powiedzienie, chłopcze, tylko takie powiedze- nie. Idź już, mam dużo pracy. —  Do widzenia, panie Gore — wymamrotał Flagrant  i wyszedł na zewnątrz. Rozejrzał się, wziął w rękę Etincela  i pogładził go po jaskrawocynobrowym grzebieniu na łebku. —  Ależ oni wszyscy są nudni — mruknął. Etincel za- mruczał z zadowolenia i przymknął jedno ogromne oko. Wy- glądał bardzo niegroźnie, lecz jego dotyk mógłby poważnie  poparzyć człowieka. Tylko salamandrowce mogą zbliżać się  do salamander, tak dużych, jak i miniaturek, bez żadnych  przeszkód. Ich ceglastoczerwona skóra jest gruba i odporna  na gorąco. Flagrant poszedł na placyk, by wypełnić swój cotygodnio- wy obowiązek. Z zadowoleniem zauważył, że Bruler, syn rol- nika, wyręczył go już w załadowywaniu wozu. —  Jesteś, Flagrant — ucieszył się Bruler. — Całe szczę- ście, już się bałem, że będę musiał sam to zawieźć. A wiesz,  jak wychodzi mi powożenie. Salamandry w ogóle mnie nie  słuchają. —  No, ale jestem — odparł Flagrant i pogłaskał ciężką,  płaskogłową salamandrę pociągową między oczami. Wsko- 26 czył na kozioł, zerknął w tył, czy ładunek ułożony został na  tyle stabilnie, że nie wypadnie na wyboistej drodze do Ros- seranu i ruszył. Pora zawieźć zaopatrzenie. Sprzątanie w klitce było prawdziwą gehenną. W końcu jed- nak Rod osiągnął pożądany rezultat — wszystkie książki zo- stały ułożone w stosy i ustawione pod ścianą, dzięki czemu  na środku utworzył się całkiem spory kawałek pustej podłogi,  i to nawet czystej — bo cały kurz z niej znajdował się teraz  na Rodzie, po części także na jenocie. —  Gratulacje — sapnął jenot przez nos. — Ukończyłeś  listę zadań na dziś. —  Och tak. Jeśli pominąć gotowanie głupiego obiadu. Je- śli pominąć dokształcanie się i spotkanie z głupim nowym  uczniem. —  Nie nadużywaj słowa „głupi”. Musisz rozwijać swoje  słownictwo sylstyńskie. —  Grrhyd a vund — syknął Rod przez zęby, wyciągając  z włosów ogromny kłąb kurzu. W trosce o młode umysły nie  przetłumaczymy jego słów. Jenot udał, że nic nie usłyszał i przyjrzał się klitce. —  I tak nie jestem pewien, czy tu się zmieści ktoś prócz  ciebie — powiedział. —  Pewno mały jest, zmieści się — machnął ręką Rod.  — A jak nie, to będzie spał w holu, mi to przeszkadzać nie  będzie. —  Okrutne twoje słowa — powiedział jenot. — Tak by  powiedział skunks. Ale wyrażają niezwykle praktyczne spoj- rzenie na życie. Rod poczuł się trochę dziwnie. Takie właśnie są skutki,  gdy twoje sumienie myśli nieco na sposób zwierzęcy. Wred- ne zamiary zostaną określone jako praktyczne. Bez najmniej- szej ironii. 27 Rozmowę przerwał im głośny łomot do drzwi wejściowych.  Rod poszedł otworzyć. Przed zamkiem stał Flagrant, jedną ręką trzymając sala- mandrę za uzdę, a drugą łupiąc w bramę. Gdy Rod wyjrzał  na zewnątrz, salamandrowiec cofnął się o krok i uśmiech- nął szeroko. —  A tobie co się stało? — spytał zamiast przywitania. Rod  popatrzył na siebie i ściągnął z kołnierza kłąb pajęczyny. —  Sprzątałem — wyjaśnił zdawkowo. — Przyjeżdża no- wy uczeń. Ma spać w klitce razem ze mną. —  Czy Bubalus dobrze się ostatnio czuje? — Flagrant był  wyraźnie zaszokowany. — Przecież tam już się nie da szpil- ki wcisnąć. Jedyna zaleta tej komórki to to, że jest ciepło, bo  za ścianą masz piec kuchenny. A to udogodnienie zupełnie  podstawowe — dla Flagranta dom mógł nie mieć dachu, ale  musiał być ciepły. Zimne miejsca budziły w nim natomiast  nieodparty wstręt i odrazę. — Co to za uczeń? —  A bo ja wiem? Mistrz jak zwykle niczego nie wyjaśnił  do końca. Ledwo udało mi się uprosić go, żeby w ogóle wspo- mniał o nowym uczniu. Skakał po tematach, jak zwykle. —  Wiem, wiem… —  A co u ciebie? —  U mnie? Och, nic ciekawego — ton Flagranta był zbyt  obojętny, by jego słowa mogły chociażby wydawać się prawdą.  — Wiesz, że jutro kończę siedemdziesiąt lat? — wybuchnął,  jakby nie mógł dłużej już tego ukrywać. —  No to… Wszystkiego najlepszego i tak dalej. —  Z jednej strony to dobrze, bo w końcu przestaną się  czepiać, o której wracam do domu. Ale z drugiej, wszyscy mi  powtarzają, że jestem jeszcze bardzo dziecinny. Dzisiaj ko- wal Gore objechał mnie tylko za to, że nie zamykam Etince- la w słoiku! Jakbym w ogóle mógł! — Flagrant był wyraźnie  oburzony. Pogłaskał miniaturową salamandrę i zmienił te- mat — Pomóc ci wnosić te skrzynki? 28 —  Jeśli możesz… Przenieśli zapasy żywności do spiżarni. Rod wziął kawa- łek koziego mięsa, żeby wynagrodzić sobie te marchewki na  śniadanie. Flagrant usiadł na stole kuchennym i mówił, jakby  trochę do siebie, gapiąc się na swoje duże, płaskie stopy. Etin- cel wdrapał mu się na głowę i umościł między nastroszonymi,  popielatymi włosami o przypalonych końcówkach. —  W ogóle wszyscy się mnie teraz czepiają. Pilnowałem  wczoraj salamander na pastwisku najlepiej jak mogłem, a i tak  ojciec stwierdził, że mało zjadły i chyba poprowadziłem je na  jakąś trawę zamiast do zsypu skalnego. I wytykają mi, że na  wszystko wpadam, potrącam i wywracam. Jakby to była mo- ja wina… No, ale przynajmniej okazali się hojni, jeśli chodzi  o prezent urodzinowy — Flagrant nieco się rozchmurzył. —  A co dostaniesz? — spytał Rod. —  Prawdziwe marzenie… Salamandrę, moją własną. Nie  żadną miniaturkę, chociaż oczywiście bardzo lubię Etincela,  ale to nie to samo. I nie żadną pociągową, jak ten kloc, który  ciągnął wóz. Nie, dostanę salamandrę do jazdy wierzchem.  Najlepszą trzylatkę, jaką złapaliśmy. Takie złapane są znacz- nie lepsze. Lepiej niosą, są żywsze. Te urodzone w niewoli  nie mają już tego ognia wulkanicznego we krwi. A ta, którą  dostanę… To już w ogóle cudo, głowa kształtna, oczy bystre,  nogi silne… — tu nastąpiła litania najróżniejszych zalet ana- tomiczych i charakterowych. — Aż mi się nie chciało wie- rzyć, że naprawdę mi ją dadzą. Alioth zzielenieje z zazdrości  — Alioth była siostrą Flagranta. —  Podejrzewam, że pożałuje, że ma dopiero — ile? Pięć- dziesiąt lat? —  Tak, pięćdziesiąt. Ha ha, jeszcze jej tyle czasu zostało. Nagle usłyszeli głośne skrzeczenie rozzłoszczonej salaman- dry. Etincel zeskoczył na stół i zaczął ganiać w kółko, wyda- jąc nerwowe popiskiwania. Flagrant pobladł (nie żeby to było  szczególnie widoczne), porwał miniaturkę za ogon i wybiegł  29 na zewnątrz, by sprawdzić, co mogło tak rozeźlić salamandrę  pociągową, co prawda brzydkiego kloca, ale silne i poczciwe  zwierzę. Rod pobiegł za nim, poganiany ciekawością. Widok, jaki czekał go przed zamkiem, należał do dosyć  niecodziennych. Flagrant przypadł do salamandry, która ze  złości nastroszyła niezbyt pokaźny grzebień na głowie i pluła  stopionym pumeksem, błyskając wyłupiastymi oczami w stro- nę dwojga trochę zakłopotanych jeźdźców. Etincel, podnieco- ny atmosferą pachnącą przyszłymi zdarzeniami, najpewniej  interesującymi, tańczył po całym wozie. —  Cóż to za monstrum tak na nas wypadło? — zapytał  pierwszy z jeźdźców takim tonem, jakby pytał co najmniej  o jakieś ważne sprawy wagi państwowej. Popatrzył surowo  z wyżyn grzbietu końskiego i dodał — Nie przywykliśmy do  takich powitań, mówię szczerze. —  Nie monstrum, tylko salamandra — fuknął Flagrant,  gładząc stworzenie po policzku. — Nie widziała koni jeszcze  nigdy, trudno się dziwić, że tak się zdenerwowała. Ze stwo- rzeniami wulkanu trzeba postępować ostrożnie. Mężczyzna prychnął pogardliwie. Salamandra warknęła  i zrobiła ruch, jakby chciała się na niego rzucić, ale Flagrant  w porę chwycił ją za bródkę. —  Spokój — rzucił surowo. Zwierzę mruknęło tylko coś  cicho i odwróciło głowę. Etincel, trochę zawiedziony, wsko- czył Flagrantowi na ramię i tam ułożył się do snu. Po krótkiej chwili ciszy pierwszy jeździec zapytał: —  Czy dobrze przypuszczam, iż to Rosseran, zamek so- fiasza Bubalusa? —  Tak, proszę pana — powiedział Rod, starając się o do- bry akcent sylstyński jak jeszcze nigdy. Nie chciał później ob- rywać od mistrza za zniechęcenie majętnego ucznia. Spróbo- wał obejrzeć sobie tego ucznia, który, jak podejrzewał, musiał  być owym drugim jeźdźcem, co do tej pory milczał, ale ten  trzymał się z tyłu, ze spuszczoną głową. 30 —  Hm, a jak się pan nazywa, proszę pana? — zapytał za- miast tego Rod. Jeździec obrzucił go wyniosłym spojrzeniem  po raz drugi i odpowiedział: —  Szyszak, Wincenty Szyszak, z Gulchynu. Miałem dziś  przywieźć moją córkę na naukę do sofiasza Bubalusa. A kim  ty jesteś? Odźwiernym? Rod zdolny był tylko do wyrażenia swojego zdumienia. —  Córkę? — osłupiał. Flagrant roześmiał się. —  Będzie ciekawie — powiedział i wskoczył na wóz. —  Muszę jechać, i tak się zasiedziałem. Posuńcie się trochę, jak  ja się zmieszczę, co? Po chwili już go nie było. —  Cóż to był za młodzieniec? Czy tu, na zachodzie, świe- ci nawet w zimie takie słońce, że skóra może tak się spiec jak  jemu? — zaniepokoił się Szyszak. —  Ależ nie, to był salamandrowiec — sprostował Rod,  wpatrując się ciekawie w córkę gościa. —  A ty kim jesteś, pozwól, że powtórzę pytanie? —  Uczniem Bubalusa — odpowiedział za Roda jenot, jak  zwykle niespodziewanie wtrącając się do rozmowy. Wyszedł  teraz z zamku, ziewając i z zainteresowaniem obserwując  przybyszów. Wincenty Szyszak rozejrzał się z niejaką konsternacją. Do- piero po chwili uznał, że głos, który mu odpowiedział, musiał  dobywać się z pyska jenota, kręcącego się u nóg tego małego  chłopca z mysimi włosami. —  To mówi! — zauważył błyskotliwie. —  Mówi — przytaknął Rod. —  Aha. Więc… Więc jesteś uczniem Bubalusa, tak? —  nieco speszony Szyszak zmienił temat. Chyba było mu głupio,  że uznał Roda za odźwiernego. Ale sądził, że jeśli już ten cały  sofiasz ma jakiegoś ucznia, to lepiej ubranego! —  Tak. Nazywam się Dananrod. —  Dananrod… Nie znam. Co to za nazwisko? 31 —  To imię, proszę pana. —  Ach! Zapadła na chwilę cisza. —  No to… jak się nazywasz? — spytał delikatnie Szy- szak. —  Mówiłem przecież, Dananrod. —  Coś… coś dalej? —  A, o to chodzi. Nie. Tylko Dananrod. Nie jestem ze  szlachty — Rod zrozumiał nareszcie, o co chodziło Szysza- kowi. Pan Wincenty zadarł nos w sposób najbardziej snobistycz- ny z możliwych. —  Ach tak… Nie ze szlachty… — pogładził wąsy. — Ro- zumiem, że z Wylfitów — zaatakował nagle. Rod zaczerwienił się lekko. —  Z Wylfitów — odparł dumnie. — Czy jest w tym coś  złego? —  Ależ nie — zaprzeczył obłudnie Szyszak. — Tylko w ta- kim razie nie wiem, czy moja córka… —  Daj spokój, tato — córka odezwała się po raz pierwszy,  lekko przytłumionym głosem. —  No więc dobrze. — Szyszak wyraźnie jeszcze się wa- hał. —  Proszę wchodzić — Rod zreflektował się, że powinien  zaproponować to wcześniej. — Proszę wchodzić… Zaraz…  Muszę otworzyć szerzej drzwi… —  A… a konie? Gdzie tu jest stajnia? —  E tam, proszę się nie przejmować, podłoga i tak jest  brudna. Zaraz zawołam mistrza. Rod podszedł do drzwi po drugiej stronie holu i zastukał. —  Co tam? — odpowiedział mu huczący głos. —  Przyjechał pan Wincenty Szyszak z córką — powie- dział Rod do drzwi. —  Jaki Wincenty… Aaaa! No tak! 32 Drzwi otworzyły się tak gwałtownie, że Rod ledwo zdą- żył uskoczyć. Bubalus wypadł z rozwianym wąsem i od ra- zu zawołał: —  Witam! Witam serdecznie w Rosseranie, panie… Szy- szak. Witam, witam, proszę zsiąść z koni, udamy się do ja- dalni, gdzie omówimy wszystko. Rod, chłopcze, pójdź z nami,  możesz okazać się pomocny. W jadalni panował zwykły ziąb, chociaż „ogień” płonął  wesoło i nawet trzaskał bardzo realistycznymi iskrami. Szy- szak stanął w progu jak wryty. —  Mroźno tu dosyć — powiedział, wydychając obłoczek  pary. —  Trudno rozgrzać tak wielkie pomieszczenie! — tłuma- czył się Bubalus. Zerknął na ogień i zmarszczył brwi. Wy- mamrotał coś pod nosem i zamaszystym gestem wskazał ła- wę przy stole. —  Proszę usiąść, proszę, proszę. Tak. Nie ukrywam, bar- dzo mi pochlebia, że wybrał pan akurat mnie, żebym edu- kował pana córkę. Rozumie pan, mam nadzieję, że muszę  przeprowadzić mały teścik? Nic poważnego, naprawdę, każ- dy średnio inteligentny człowiek poradziłby sobie z tak pro- stymi zadankami. Rod, chłopcze, zapal świece, trochę tu  ciemno. —  Nie mamy świec, mistrzu… Ach, prawda, zapomnia- łem — poprawił się Rod, zobaczywszy surową minę Bubalu- sa. Podszedł do kominka i udał, że zapala zakurzone świece  na zaśniedziałym świeczniku. W rzeczywistości wyszeptał  kolejne zaklęcie iluzji i postawił świecznik na stole. —  Dobrze. Możemy zaczynać, prawda? — Bubalus wy- szarpnął z tylnej kieszeni surduta pogniecioną kartkę, z innej  wyciągnął pióro i kałamarz, ułożył to wszystko na stole przed  dziewczyną i rzekł — A, przy okazji, panienki imię… —  Zora. Zora Szyszakówna — powiedziała poważnie cór- ka pana Wincentego. 33
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Co mówią ptaki wędrowne
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: