Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00270 005806 14497548 na godz. na dobę w sumie
Co wylądowało w lesie Rendlesham? - ebook/pdf
Co wylądowało w lesie Rendlesham? - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 404
Wydawca: Self Publishing Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-937505-1-1 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe >> powieść
Porównaj ceny (książka, ebook (-10%), audiobook).

O KSIĄŻCE:

Anglia rok 1981. Upalny Lipiec.
Dwie rywalizujące ze sobą grupy nastolatków. Czworo Anglików, para Amerykanów, dwóch braci pochodzenia polskiego. Co z takiej mieszanki może powstać?
Uwikłani w nieziemski ciąg wydarzeń, muszą połączyć swoje siły żeby przeżyć jeden bardzo intrygujący i tajemniczy dzień 11 lipca 1981 roku.
Co takiego przydarzyło się owego dnia na wschodnim wybrzeżu Wielkiej Brytanii?
Co takiego widzieli, że na zawsze zmieniło ich życie?
Kogo kocha Maggie?
Kim były istoty, które ich ścigały?
Co z tym wszystkim wspólnego miało wojsko USA?
Ile jedzenia może pomieścić brzuch Piguły?
Jeśli lubisz humor, przygodę, fantastykę oraz nietuzinkową historię miłosną zapraszam do lektury.
A dowiesz się, co wylądowało w lesie Rendlesham.

Z recenzji:

Planeta Lorien 5/5 -Jest to pozycja do bezwzględnego przeczytania, a gdy już dowiedzie się, co wylądowało na brytyjskich wyspach przeszło trzydzieści lat temu, będziecie zdumieni, jak niewiele brakowało, żeby ta recenzja w ogóle nie powstała.

Moznaprzeczytac 10/10 - Globalna katastrofa i zacięta walka z nieprzyjacielem? Zdecydowanie. Bitwa o życie, honor i miłość? Jak najbardziej! Przygotujcie się na to Drodzy Czytelnicy, wspaniała książka nadchodzi!

Paranormalbooks 5/6 - Macie dość wampirów, wilkołaków czy też upadłych aniołów pojawiających się w książkach młodzieżowych? Założę się, że większość z Was tak. No bo w końcu, ile można czytać o jednym i tym samym?! A co powiecie na to, że przedstawię Wam książkę polskiego autora, w której będziecie mieć do czynienia z czymś zupełnie innym? Zastanawiacie się pewnie, co może być innego… a pamiętacie może tajemnicze historie o kręgach w zbożu?


404 strony świetnej przygody uzupełnionej o wyjątkowe ilustracje. Idealna książka na wakacje!

 

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

-1- www.wlesie.com -2- MATEUSZ KUDRAŃSKI © Copyright by Mateusz Kudrański Projekt okładki oraz ilustracje: Mateusz Kudrański 2013 -3- MATEUSZ KUDRAŃSKI Co wylądowało w lesie Rendlesham? Wydanie I – edycja limitowana Wszelkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentu książki możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody autora. Książka dostępna tylko poprzez stronę: www.wlesie.com ISBN 978-83-937505-1-1 tel: 666233294 mkudranski@gmail.com -4- Dla mojej kochanej Żony -5- -6- Rozdział 1 Las Czwórka nastolatków biegła z równą prędkością po udepta- nej wąskiej leśnej ścieżce. Ubrani byli w granatowe krótkie spodenki i bluzy z kapturem tego samego koloru. Ich sylwetki przenikały przez zakradające się przez pnie drzew ciepłe, pomarańczowe promyki wschodzącego słońca. Odgłos uderzeń ich sportowych butów o żwi- rową drogę akompaniował śpiewom rozweselonych ptaków. Jersey uwielbiał zapach lasu o poranku. Z wolna ulatniająca się w górę wilgoć mieszała ze sobą cząsteczki woni roślin, grzybów oraz innych organizmów, tworząc delikatny aromat nigdzie indziej niewyczuwalny. To było warte wstawania przed szóstą rano. Tempo...Tempo...Tempo... Brązowooki, wysoki, atletycznie zbudowany krótko ścięty brunet o ciemnej karnacji nie mógł pozwolić sobie na odchylenie od normy. Codzienne bieganie z rana było nie tylko rutyną pomagającą szlifowaniu samodyscypliny, było również hartowaniem ciała. Chciał być najlepszym z najlepszych. Chciał kontynuować to, co jego ojciec zaczął. Wiedział, że tylko dzięki systematycznym treningom oraz świetnym wynikom w nauce będzie mógł dołączyć do elity. W jego przypadku stwierdzenie, że ma głowę w chmurach, było jak najbar- dziej właściwe. To było całe jego życie. Chciał zostać pilotem my- śliwca. Tempo... Tempo...Tempo... Jego brat Ice inaczej na to patrzył. Wystarczyło, że mieszkał na terenie jednostki wojskowej. Nie musiał być pilotem. Nie miał wielkich marzeń. Nieważne gdzie w armii, po prostu chciał być jej częścią. Denerwowała go zbyt poważna postawa Jerseya, dlatego często mu dokuczał i z nim rywalizował. -7- Biegli razem w parze, jeden obok drugiego. Niski, smukły, trochę piegowaty, blond włosy nie dłuższe niż jeden milimetr, oczy brązowe. Całkowite przeciwieństwo swojego brata bliźniaka, no może za wyjątkiem długości włosów, którą mieli jednakową. Jeszcze tylko siedem minut – pomyślał Ice, odwracając wzrok od swojego zegarka. Był zmęczony, nie spał dobrze w nocy. Swędzenie. Drapanie. To jedyne, o czym chciał zapomnieć. – Zasrane angielskie komary – burknął pod nosem. Poranne maratony miały swoje plusy, komary o tej porze dnia nie podzielają egzystencjalnych zapałów ludzi i wolą siedzieć w jakiejś pieczarze, rozmnażając się ku diabelskiej uciesze. Tempo...Tempo…Tempo… Boogie czuł, że jego nogi sztywnieją. Znaczyło to, że już niedaleko do mety. Oczy zalał mu pot. Zdjął delikatnie okulary i przetarł mokre, niebieskie oczy. Wyższy od pozostałej trójki rówieśników, znacznie odstawał podczas treningu. Kombinacja dużego wzrostu oraz szczupłości ma swoje minusy. Nogi oraz kręgosłup dawały się we znaki dużo wcześniej niż u jego kolegów. Boogie lubił być wysoki, do tego stopnia, że swoją fryzurą dokładał sobie dodatkowe dziesięć centymetrów. Gęste loki – jak koledzy się podśmiewali – tworzyły idealne gniazdo dla ptaków. Poczuł skurcz. Szybko położył dłoń na górnej części uda, próbując rozmasować mięsnie. – Co jest, Boogie? Coś się stało? – zapytała biegnąca obok czarnowłosa koleżanka. Uśmiechając się, puścił do niej oko na znak, że wszystko jest w porządku. Dłoń wróciła z powrotem do wymachów, a on sam, zagryzając wargę, próbował zamaskować kłujący ból w mięśniach. Maggie nie była głupia, już nieraz widziała, jak Boogie masuje sobie nogi. Wiedziała, że kiedy szesnastolatek w ciągu jednego roku rośnie nagle pięćdziesiąt centymetrów, to musi to mieć jakieś konsekwencje na tle kostno-mięśniowym. Wiedziała o tym, ponieważ jej pasją była biologia. Jej idolem – własny tato, który jako -8- naukowiec pracował dla armii. Ech, ci chłopcy. Ważniejsza duma niż zdrowie – pomyślała, udając, że nie widzi poświęcenia swojego kolegi. Nie była zwykłym kujonem noszącym wielkie okulary przysłaniające pryszczate czoło. Tak się składało, że była nie tylko najładniejszą dziewczyną w szkole, ale również w całej okolicy. Sto siedemdziesiąt centymetrów wzrostu, czarne duże oczy, okrągła buzia, długie czarne włosy – te cechy wyróżniały ją znacznie spośród innych dziewcząt. Mnóstwo chłopaków podkochiwało się w niej. Była lokalną gwiazdą. Jej samej natomiast nie interesowały zaloty chłopców. Tak naprawdę to starała się o nich zapomnieć. A to wszystko po tym, jak jeden z nich złamał jej serce kilka miesięcy wcześniej. Mimo wakacji i wolnego od szkoły, pracowali ostro nad sobą. Nie byli jak przeciętne dzieciaki, które lubią pospać do 10 rano. Jako dzieci mundurowych cenili sobie samodyscyplinę. Starali się. Chcieli w przyszłym roku jako jedna klasa zdobyć medale za osiągnięcia w lekkoatletyce. Tempo…Tempo...Tempo... Przeskakując przez zwalone drzewo, przyśpieszyli. W oddali widzieli już koniec lasu oraz więcej światła zaglądającego przed korony drzew. Coś błysnęło z boku. Jersey odwrócił głowę, lecz nic więcej nie zobaczył. Musiało mu się przywidzieć. Coraz trudniej było złapać oddech, serce waliło mocno w klatce piersiowej. Zapach lasu dodawał energii. Pędzili prosto przed siebie. Jeszcze tylko kilkaset metrów na ostatnim odcinku przez malutką kotlinkę leśną. Ta część joggingowej trasy położona była niżej niż zbocza otaczające las, jako bardziej stroma ułatwiała przyśpieszenie. Tutaj zawsze lubili się ścigać, wypompowywać ostatnie siły. Ice uniósł kącik ust, lekko się uśmiechając. Przyspieszył. Wyrwał się z grupki. Chciał być tym razem pierwszy. Jersey nie musiał długo czekać, wyleciał zaraz za nim. -9- – Dawaj! Wierzę, że nie jesteś aż taki słaby! – krzyknął Jersey, zbliżając się do brata. – Wal się! Dzisiaj wygrana jest moja! – uciął i jeszcze mocniej przyspieszył. Maggie i Boogie popatrzyli na siebie, przewracając z politowaniem oczami. Jersey napiął mocno mięśnie. Tylko dwa metry dzieliły go od brata. Ice rzucił okiem za siebie, sprawdził swoją przewagę. Po raz drugi ironicznie uniósł kącik swoich ust. Był pewny zwycięstwa. Jeszcze tylko kilkadziesiąt metrów. – Ał!!! – krzyknął Jersey. – Nie udawaj!!! – skomentował Ice. – Nie udaję, kretynie! Mucha mi wpadła do oka! – Mucha! Jasn...TFU!!! TFU!!! Co jest kur...TFU!!! Mucha!!! Nie pozwolę, żeby jakaś mucha stanęła mi na drodze do wygranej! Ice zamknął oczy i usta. Skłonił głowę ku ziemi i jeszcze bardziej przyspieszył. Jersey był tuż za nim. Coraz bliżej do mety. Coraz mniej sił. Oddech coraz szybszy. Mięśnie coraz cięższe, coraz bardziej drętwe. – Szybciej, szybciej, szybciej! – dopingował się Jersey. – Pędzą jak walnięci, przecież wiedzą, jak tam jest stromo, czy oni kiedyś dorosną? – zapytała Maggie. – Ej, co to jest? Widzisz to? – dopytywał Boogie. – Co widzę? Nic nie widzę! Zapomniałeś, że jestem od ciebie o pół metra niższa?! – Co tam jest?! TFU!!! – spytała, wyciągając muchę z ust. – Chłopaki, zwolnijcie!!! Tam chyba jest błoto przed wami! EJJ! JERSEYYY!!!! – krzyknął Boogie. Jersey usłyszał wrzask, ale zanim zorientował się, o co chodzi, już było za późno. Trach! Odgłos łamanych gałęzi zmieszany z szelestem liści. Trach! Wpadli w dziurę w ziemi. Zamaskowana pułapka schwytała swoją zdobycz. Nie mogli już manewrować. Lecieli w dół. Będąc tylko na łasce grawitacji, spadali. -10- -11- Ice wystawił ręce przed siebie. Uderzył o miękkie dno. Jersey upadł zaraz obok niego, wleciał bokiem. Podniósł się i pokręcił głową. – Błoto... Całe szczęście, że to błoto, inaczej byśmy się połamali… Zaraz, co jest? Ice odkleił głowę z lepkiego podłoża. – Co się... wy...rą…ba…łem? Wy...grałem? – mamrotał bezsensownie pod nosem. Jersey wyciągnął dłoń z czarnej lepkiej papki. Przyłożył ją powoli do nosa. Przeszły go ciarki, żołądek się skurczył. Popatrzył na brudną twarz oszołomionego brata i od razu zebrało mu się na wymioty. Poczuł, jak dreszcz przechodzi mu po plecach, a pot zalewa mu czoło. Smród prawie go powalił. – Ale jeeeeeeeeeeeeeedzie! – krzyknął. Dwójka przyjaciół dobiegła do rowu. Maggie potknęła się podczas hamowania. Straciła równowagę. Spadała. Poczuła jednak mocny uścisk na swoim ramieniu i silne szarpnięcie. – Mam cię! – powiedział Boogie. – To jest gówno! – Jersey informował przyjaciół, pokazując im zawartość swojej dłoni. – Krowie gówno!!! gówno!! ówno! ...wno.. – zabrzmiało w oddali echo obcego głosu. Wszyscy zamarli w bezruchu. Czekali aż echo powróci, czekali, nie mogąc poskładać faktów. – Co to było? Kto to krzyczał? – zastanawiali się, rozglądając się zaskoczeni. Jersey wciąż miał gwiazdki przed oczami i widział niewyraźnie. Dudniło mu w uszach. Ramię bolało. Serce nie przestawało kołatać w piersi. Nie wytrzymał. Krzyknął: – Nie żyjesz! Rozumiesz?! Co ty myślisz, że jesteś jakiś Robin Hood?! Wyłaź z krzaków, zboku! Pokaż się! Nauczę Cię kawalarstwa! Jak cię do... – Haha… haha… ha… ha – śmiech niósł się echem po całym lesie. Nie mogli go namierzyć, dźwięk odbijał się od wszystkich drzew. Jersey przypomniał sobie błysk, jaki widział minutę wcześniej. Obrócił gwałtownie głowę i zmrużył oczy, próbując -12- dostrzec coś w oddali. Kolejny błysk. – Tak! Mam cię, gniocie! Wiem, gdzie się kryjesz! Mam cię! – krzyczał. – Gówno masz, i to na ryju! Hahaha, smacznego! – odpowiedziało echo. – Chodź tutaj! – rzucił się do przodu, żeby już po sekundzie się zatrzymać. Zorientował się, że jego buty pozostały zatopione w krowim łajnie. Nie mógł biec pod górę, nie bez butów... Musiał odpuścić. Oczy jego zaszły czerwienią, żyłki popękały. Wściekł się. – Daj spokój, Jersey – czarnowłosa przyjaciółka wyciągnęła do niego rękę. – Dorwiemy ich później – rzekł Boogie. Jersey z pomocą przyjaciół wygramolił się z odchodowej pułapki. Usiadł na ziemi i zwiesił głowę. – Żołnierzyki?! To brąz teraz jest modny w armii? Wracajcie do bazy! OVER! – szydzący głos nadal rozbrzmiewał w oddali. – Wiemy, że to wy! Tylko wy mogliście wpaść na taki gówniany pomysł! – krzyczała rozwścieczona Maggie. Jej ciemnobrązowe oczy odkreśliły się jeszcze bardziej w przypływie złości. Przysunęła dłonie do ust, wrzeszcząc najgłośniej, jak się da: – Idioci! Mogliście ich zabić! Stanęła na palcach, próbując jak najdalej i jak najwyżej wyrzucić swoje słowa. Pomimo filigranowej sylwetki potrafiła wykrzesać z siebie mnóstwo energii. – No, mogliście nas zwabić! – powiedział bezsensownie, ledwo stojąc, na wpół przytomny Ice, po czym, obróciwszy na pięcie, stracił równowagę i uderzył znów twarzą w krowie łajno. Walnął aż chrząknęło. Na ten widok Boogie i Jersey wskoczyli szybko do rowu. Nie mieli wielkich problemów z wywleczeniem go do góry. Ice leżał nieruchomo. Maggie przykucnęła obok niego. Odchyliła włosy na bok i przystawiwszy prawe ucho do jego ust, nasłuchiwała jego -13- oddechu. Był niewyczuwalny. Serce mocniej jej zabiło. Dreszcz przeszedł przez jej ciało. – Ice? – popatrzyła z bliska na jego całą obłożoną kupą twarz, jedynie powieki były w miarę czyste, usta natomiast całe oblepione. – Jeszcze tego brakowało, żebym robiła sztuczne gówniane oddychanie… – powiedziała szeptem. – Cóż, czego nie robi się dla przyjaciół – dodała. Zaczęła się nachylać, brało ją na wymioty, smród był okropny, muchy latały wszędzie. Poczuła ciepło jego oddechu, niezbyt przyjemne. Dzieliły ich milimetry. Jersey, stojąc obok, zacisnął mocno pięści. Nagle oczy Ice’a otworzyły się: – Kompania, kompania wstać! Kompania, kompania wstać! Mamy prze-rą-ba-ne! – wydusił z siebie Ice. Maggie umiejętnie odchyliła głowę zaraz przed cudownym powstaniem Ice’a, w innym wypadku złamałby jej nos. Odetchnęła z ulgą. – Mamy prze-rą-ba-ne! – nie przerywał. Był spanikowany. – To pewnie szok – zauważył Boogie. – Macie, macie! Haha… ha… ha... ha – odezwał się znów głos w oddali. – Witajcie w Rendlesham! Haha ha... ha... ha – zawyło szydercze echo. – Dzięki, BB, już się napatrzyłam – rzekła Andy, oddając lornetkę wysokiemu przystojnemu koledze. Kiwnął głową, przyjmując przedmiot z aprobatą. Jego wzrok wciąż utkwiony był w miejsce, przy którym znajdowała się teraz czwórka amerykańskich młodziaków. Nie potrzebował lornetki, żeby wszystko doskonale widzieć. Nie musiał znać szczegółów, liczył się fakt. Satysfakcja. – Jaaa! Wymiękam! Haha, ale polecieli! Haha! – wykrzykiwał podnieconym głosem niski grubas siedzący tuż obok. -14- – BB, mogę na chwilę zoomera? Proszę, miszczu! Muszę się tym nacieszyć! – Jasne, bierz, zapracowałeś na to. – Co? Zapracował? A kto prowadził taczki całą drogę? Oddawaj gogle, Piguła! – rzucił gwałtownie stojący obok rudy średniej budowy szesnastolatek. – Spadaj, rudzielcu, będziesz miał swoją kolej! Ssij! – skontrował zamaszyście grubasek. – Lornetka jest moja! –Twoja to będzie moja noga w twojej dupie, jak się nie uspokoisz! Piguła zmarszczył czoło, wypuścił powietrze przez nos, odczekał kilka sekund, po czym rzucił się na kolegę. Lornetka poleciała w górę. Red nie miał szans – przygnieciony tłuszczem, poleciał na plecy. Wlecieli w krzak zasłaniający ich lokację. Andy zareagowała natychmiast, podskoczyła do góry, łapiąc za pasek lecącej w powietrzu lornetki. Uratowała ją przed roztrzaskaniem o kamień. Najwyższy z nich, BB, rozdzielił siłujących się kolegów. – Pogrzało was?! To, że wiedzą, gdzie jesteśmy, nie znaczy, że mamy od razu pokazać swoje twarze, może najlepiej wykrzyczmy nasze adresy?! Matoły! – Sorry… – tłuścioch zaskomlał po cichu. – Mogę jeszcze raz zobaczyć tę lorn... – NIE! – wybuchła niska, krótko ścięta blondynka. – Siedź na dupie, grubasie, owsiki masz czy co? Zawsze musisz się tyle ruszać?! – Odwalcie się ode mnie! Zapomnieliście, że to ja wczoraj przerzucałem gnój na taczki przez godzinę, a później kopałem jeszcze tę dziurę?! Trochę szacungu! – Szacunku! Nie szacungu! Masz tę lornetkę, bo ci jeszcze zwieracze puszczą... – Andy rzuciła do niego przedmiot. BB nie zwracał uwagi na kłótnie kolegów. Był skupiony na czymś ważniejszym. Wyraz jego twarzy mówił wszystko. Siedział -15- nieruchomo, głęboko oddychał, pięści miał mocno zaciśnięte, oczy przymrużone. Wpatrywał się w Jerseya. Czuł dumę, satysfakcję. Czuł smak zwycięstwa. Za jego plecami trójka przyjaciół wyrywała sobie lornetkę, śmiejąc się bez końca. – Ale urwał! Haha, widziałeś? – Ty, lecioł jak PRO. – Nieźle ich trenują w tej ich amerykańskiej szkole! – Chapnął stolca jak Cheesa! – Muszą odpalić nowa dyscyplinę na Olimpiadzie – skok w kupsko! – Przed nami przyszli złoci medaliści, haha. BB wciąż wpatrywał się w niżej położoną ścieżkę, ciągle w zadumie. Zahipnotyzowany. Niska czarna dziewczyna obróciła się w jego stronę. Mimo dzielącej ich odległości kilkudziesięciu metrów, zdołał zobaczyć jej oczy, jej duże czarne oczy. Poczuł ciepło, uderzenie w klatce piersiowej, łaskotanie w żołądku – nie mógł pozwolić, żeby inni to zauważyli, spuścił więc wzrok. – Idziemy – powiedział stanowczo. – Ejjjj, gdzie idziemy? Daj nam jeszcze parę minut – prosił rudy. – Nie. Idziemy już teraz. Zaraz wyczyszczą buty i jeszcze tu przybiegną. Nie chodziło nam o bójkę, a o coś innego. Szybko! – Czemu nie o bójkę? Z chęcią bym im dopierdzielił! – sapał podekscytowany grubasek. – Walnąłbyś go w uwalaną gównem gębę? – zapytała Andy. – Yyyy, no w sumie nie... – przyznał po krótkim zastanowieniu. BB podniósł plecak oraz łopaty i powoli wychodził z lasu, udając, że nic nie słyszy. – Dawajcie, idziemy. Piguła, bierz taczki. Same się nie zawiozą – rozkazywała, podnosząc się Andy. – I wyciąg te obrzydliwe łapska z dupska, do cholery! Ile razy mam ci powtarzać?! – Alergię mam! Mówiłem ci to, co nie? Co mam zrobić, jak swędzi?! – odpowiedział Piguła, szybko zmieniając pozycję rąk z tyłu -16- spodenek na rączki taczek. – Umyć się! – odparła koleżanka, uderzając go lekko w tył głowy. Cała czwórka wychodziła z wolna z ciemnego gąszczu. Poranne słońce rzuciło na nich mocne ciepłe światło. Ubrani w kolorowe ciuchy, odznaczali się na tle zielonego lasu. Wracali do domu. * Jasna biel zaszła szarością. Ogrom unoszącego się puchu powoli gęstniał. Chmury zaczęły się mnożyć i mocno kontrastować z niżej falującym ciemnoniebieskim oceanem. W oddali majaczył zarys lądu. Zagrzmiało. * – Mamy prze-rą-ba-ne – powtarzał w nieskończoność piegowaty Ice. – To-już-wie-my! Do-rze-czy! Dla-cze-go?! – przedrzeźniał Boogie. – Nie do ciebie mówię! Ja i Jersey, my mamy... Nie jest dobrze, chodzi o... – Sierżanta J. – przerwał mu natychmiast Jersey. – Czy jest tutaj w pobliżu jakiś strumyk albo jezioro? – zapytał Ice. – No niedługo będzie istna czerwona rzeka, wróćmy tylko do bazy… – załamał ręce. – Z tego, co wiem, to nie ma. Baza jest niedaleko. Zaraz się wykąpiecie – pocieszała Maggie. – Nie możemy przyjść tacy uwaleni do bazy... – zaskomlał Ice. Dwóch ubrudzonych braci usiadło na ziemi. Głowy spuścili w dół. Smutek wyraźnie zaznaczył się na twarzy wyższego z nich. Ciemna karnacja uwypukliła nerwowo poruszające się kości żuchwowe. – Nie przesadzajcie, ten Sierżant J. nie jest aż taki zły, byliśmy kiedyś na kolacji z nim i z ojcem... – Przepraszam, że ci przerwę, Boogie, ale czy ty mieszkasz z nim? – -17- zapytał Jersey. – No nie... – A może on jest twoim opiekunem? – Yyyy, no nie... – Skoro nie, to może po prostu lubisz stać na głowie w kącie przez 20 minut, bo źle ułożyłeś buty koło wyra? – Wiem, do czego zmierzasz, ale... – A pamiętasz może, jak tydzień temu biegaliśmy z Woodbridge do Bentwaters i z powrotem? – No jasne, że pamiętam! Nie czułem swoich nóg! – odpowiedział uśmiechnięty Boogie. – Spoko masz, bo ja czułem. Powiem ci coś. Śmierdziały! A teraz zamknij się i słuchaj! Ice, opowiedz mu o ostatnim weekendzie – skwitował, obracając głowę w kierunku siedzącego obok brata. Ice ściągnął ze swojej twarzy kolejny kawałek obsuszonej już lekko kupy i rzucił go na ziemię. Wziął głęboki oddech i zaczął swoją opowieść: – Jak już Jersey wspomniał, tydzień temu trochę pobiegaliśmy. To akurat nie był żaden problem, bo my to uwielbiamy. Rzeczą natomiast, której nie lubimy, jest angielska pogoda i cholerny deszcz, a wraz z cholernym deszczem cholernego błota. Tak czy inaczej – wpadamy do koszar i nim zdążyliśmy postawić drugi ubłocony krok, przywitał nas nasz ulubiony opiekun Sierżant J: – Muszę śnić! O nie, nie śnię, ups! Zegarek odmierza prawidłowo czas! Czyżby mnie oczy zwodziły? Przecież to panicz ośla gęba oraz jego wierny giermek, pan zbyt pikny, aby wejść do wspaniałego, magicznego, czystego królestwa księcia Sierżanta J. błyskotki! – Sierżancie... – wyszeptał błagająco Jersey. – Obróć się, co widzisz ? – zapytał górujący nad nimi wysoki, żylasty żołnierz. Ubrany był w jasne beżowe spodnie w kantkę, zieloną koszulę włożoną do spodni oraz ciemno zielony kapelusz. Wszystko idealnie wyprasowane, jedynymi fałdami były rysy na jego pięćdziesięciokilkuletniej twarzy. Wyłupiaste, drgające niebieskie oczy oraz pulsująca na czole żyła idealnie pasowały do szerokiego bielutkiego ironicznego uśmiechu. -18- – Sir, zaraz to wysprzątamy, Sir! – Szybko zareagował Ice. – O tak, oczywiście, że to wysprzątacie, a na tym nie koniec – kontynuował bardzo spokojnie ich opiekun. Powoli nachylił się nad chłopakami, cień jego kapelusza przysłonił całą twarz. Jedyne jego nieskazitelnie biały uśmiech wyłonił się, błyskając światłem w ich przestraszone buzie. – Widzicie, w moich koszarach wszystko jest tak totalnie wspaniale, radośnie czyste, że nawet zarazki lśnią niczym psie jajca po dobrym samolizaniu! – Sir, przepraszamy, Sir – próbował przerwać i udobruchać Sierżanta Jersey. – Nie przepraszajcie mi tutaj, panie ośla buźko. Macie 350 sekund na sprowadzenie tego miejsca do takiej czystości, że w momencie, kiedy wrócę z medy-srania-tacji, wszystko ma błyszczeć jak na Kopciuszku! Tak, że sam Walt Disney chciałby tutaj zamieszkać! Czy rozumiemy się, drogie panie?! – Sir, tak jest, Sir! – odpowiedzieli równocześnie. – No chyba, że chcielibyście, żebym powiedział waszemu ojcu, że kiedy on haruje ciężko, jego synowie robią bajzel w bazie?! Decyzję pozostawiam wam. – A teraz wyobraźcie sobie, co by było, jakbyśmy tacy uwaleni kupskiem przyszli do koszarów? – skończył opowiadać Ice. – O której macie być u siebie? – zapytała Maggie. – Czemu pytasz? – zastanawiał się Jersey. – Jeszcze mamy czas, więc moglibyśmy iść do mnie do domu, tam weźmiecie sobie prysznic. – Serio!? – zapytał podniecony piegus. – Nie, musimy znaleźć inny sposób, nie możemy ci nabrudzić w domu, Maggie. – Jersey, nie wygłupiaj się, jesteśmy jak rodzina, znamy się od dawna. Mojego taty i tak teraz nie ma, więc spokojnie możemy iść. Dzisiaj jest sobota, nie będzie go jeszcze przez sześć, siedem godzin. – Ok, zatem dziękuję ci, uratowałaś nam życie – zakończył drżącym głosem. Jersey popatrzył na Maggie. Poczuł coś innego niż wdzięczność, poczuł lekki żal. Nie chciał, żeby patrzyła na niego jak na rodzinę. Spojrzał na jej duże czarne oczy i uśmiechnięte, pełne radości usta. -19- * Chmury przeplatały się ze sobą. Nachodząc jedna na drugą, ciemniały. Przepychały się, siłowały, jakby każda chciała być na przedzie. Zagrzmiało. Zadrżały. Zaczęły gęstnieć. Już niedaleko miały do lądu. -20- Rozdział 2 Więcej kłopotów Słońce bezlitośnie przebijało się przez szybę, podgrzewając kokpit do temperatury sięgającej 50 stopni Celsjusza. Frank „QUICK” Kłikowski był do tego przyzwyczajony. Ogromny gorąc i przeciążenia rzędu 9G były dla niego czymś całkowicie normalnym. Jako zawodowy pilot wylatał w takich warunkach kilka tysięcy go- dzin. Skupiony, wpatrywał się w radar, który zaczął wykrywać ruch kilka kilometrów za jego ogonem. Po pozytywnym potwierdze- niu namierzenia nieprzyjaciela przez swojego skrzydłowego, pocią- gnął joystick mocno do siebie. Samolot zaczął wykonywać nawrót o 180 stopni do tyłu. Kiedy znalazł się odwrócony kabiną do ziemi, rzucił okiem na malowniczą część wschodniego wybrzeża Wielkiej Brytanii. Dostrzeżenie ruchu z wysokości 20 000 stóp było niemoż- liwe. Świat wydaje się stać w miejscu, mimo że na prędkościomierzu wyraźnie widać przekroczenie 1 macha. To była magia, którą Frank uwielbiał. Poruszać się szybciej niż 1000km/h, gdy ziemia stoi w bezruchu. Lekko przechylając joystick w lewo, wypoziomował z po- wrotem samolot. – QUICK, mamy dwa obiekty na radarze, poruszają się szybko, lecą prosto na nas – usłyszał Frank. – Zrozumiałem, utrzymaj prędkość. Pokażemy im, co potrafi 527 dywizja agresorów – odpowiedział spokojnie. F-5, którego pilotował, prowadził swojego skrzydłowego. Lecieli prosto na spotkanie z nieznanymi samolotami. – Weszliście w strefę powietrzną UK, identyfikuj się albo otwieramy -21- ogień – powiedział stanowczo przez radio. Odczekał moment, lecz nie usłyszał odpowiedzi. Nadlatujące obiekty przybliżały się z błyskawiczną prędko- ścią. – QUICK, mamy ich. To myśliwce. OVER – usłyszał podpowiedź skrzydłowego. – Zrozumiałem, Lider. OVER. – Przekroczyliście strefę powietrzną UK, mamy prawo użyć ognia, odpowiedz natychmiast – ponowił. Znowu brak odpowiedzi. – OK, schodzimy z głównego kanału. Egzekwujemy rozdanie Bro- ken Heart. – Tak jest, szefie. OVER. Dwójka ciemnozielonych amerykańskich F-5 zmierzała pro- sto na spotkanie z nieprzyjacielem. Frank czekał do momentu, aż wróg znajdzie się w zasięgu działa rewolwerowego. Siedział spokoj- nie. Oddychał równo i ciężko zarazem. Lipcowe słońce nie pomaga- ło. Nieprzyjaciel zbliżał się bardzo szybko. Frank ściągnął na mo- ment dłoń z joysticka i otworzył ją szeroko. Poruszył palcami, stara- jąc się ją troszkę rozluźnić. Musiał być skupiony, ale również przygo- towany na walkę, która miała się rozpocząć. Bardzo wysoki, elektroniczny dźwięk rozległ się w kabinie. Pisk automatycznego rozpoznania dystansu spowodował szybką re- akcję. Pociągnął drążek do siebie. Samolot gwałtownie wyleciał po- nad nadlatujące z naprzeciwka maszyny. Skrzydłowy odbił w dół, równocześnie robiąc miejsce dla nadlatujących samolotów. Po roz- poznaniu tego ruchu myśliwce wroga rozproszyły się. Frank znany był wśród kolegów z wykonywania manewrów, które przeczą podręcznikowym teoriom. Zmniejszył ciąg silnika do minimum. Wykonywał nawrót. Wilgoć skropliła się na krawędziach skrzydeł, tworząc płaszcz pary wodnej. Obrócił samolot. Przyspie- szył, zostawiając chmurę wody za sobą. Samoloty przeciwnika nie były takie szybkie. Już siedział na ogonie wroga. Potrzebował tylko kilku sekund na złapanie namiaru. System odliczał impulsy do akceptacji celu. Nieprzyjaciel próbował -22- -23- go zrzucić zza siebie. Frank nie dał się złapać, perfekcyjnie kopiując jego ruchy. Kątem oka zobaczył towarzyszące im myśliwce. Piiiiii... – długi elektroniczny pisk przeciął ciszę jak ostra brzytwa. QUICK odbezpieczył spust. Otworzył ogień. Chybił. Pi.. Pi.. Pi.. – seria przerywanych dźwięków rozszalała się w kabinie. Narzędzia pomiarowe zaczęły wariować. Informacja – silnik gaśnie. Traci wysokość. Spada. – Zaraz ruszy QUICK, to pewnie przez wcześniejszy manewr, nie zapowietrzyliśmy silnika – poinformował go siedzący za jego plecami drugi pilot. Miał rację, silnik odpalił – pełna prędkość – wypoziomował. Cel zgubiony. – Gdzie bandyta, widzisz go gdzieś? – zapytał Frank. – Nad nami! Unik! Unik! – krzyknął pilot. W ostatniej chwili spostrzegł nadlatujący w pionie samolot. Pchnął drążek do przodu. Skierował maszynę w dół. Tylko tak mógł wymanewrować. Wróg był tuż za nim. Przerywany dźwięk pojawił się w kokpicie – był namierzany. Nie miał dużo czasu. Zminimali- zował ciąg silnika. Samolot wytracał prędkość. Wszystko zaczęło się trząść. Alarm przeciążeń wrzeszczał. Przechylił ster w lewo. Wróg go wyminął. To była kwestia kilku metrów, szczęściarz ze mnie – pomyślał. Ustawił pełen ciąg. Maksymalna prędkość. Brakowało czasu na ra- kiety. Otworzył ogień z działka. Trafił. Cel spadał. – Quick 1 : Bandyci 0 – odezwał się szumiący głos w radiu. – Szefie, dostaliśmy ich, dobra robota – Frank przetarł pot zalewają- cy jego czoło. Odetchnął na moment. Wypoziomował lot. – Cholera, Quick, znów masz u mnie piwo, patrz w lewo – mówił szeleszczący w słuchawce głos. Obrócił głowę we wskazanym kie- runku. Samolot, którego przed momentem zestrzelił, leciał tuż obok niego, pilot pokazywał mu środkowy palec. Frank uśmiechnął się i pomachał do pilota. Odwrócił głowę i westchnął głośno. Zmęczenie dawało mu się we znaki. Temperatura tego dnia była zdecydowanie -24- za wysoka. W ogóle niepodobna do tych, do których byli przyzwy- czajeni. Latanie w takich warunkach było niebezpiecznie męczące. Nawet jeśli to był tylko trening. – Frank, tu baza, dobra robota. Kończcie trening. Burza idzie. OVER. – Odbiór, wracam do Alconbury – odpowiedział spokojnie. – Odmawiam. Góra chce was widzieć w Bentwaters. OVER. – Zrozumiałem, nawet i lepiej, zobaczę się z synami. Do zobaczenia na ziemi. OVER. Ucieszył się. Chwycił czarno-białe zdjęcie z widniejącym podpisem Frank Jersey Icek . Popatrzył na trzech prawie równych wzrostem uśmiechniętych facetów. – To był dobry dzień, panowie. Słyszeliście, lecimy do Bentwaters, podobno mają tam dobre piwo, Tony z drużyną dzisiaj stawiają. OVER. – Za tobą wszędzie, szefie – odpowiedział skrzydłowy. Frank przyspieszył. Wyleciał na przód dywizjonu. Kilka me- trów za nim zaczęły pojawiać się kolejne samoloty. Lecieli w szyku przypominającym romb. Kierowali się równolegle do wybrzeża. Obrócił głowę w kierunku wschodnim, daleko na horyzon- cie niebo zaczęło ciemnieć. Nie poruszyło go to zbytnio, po kilkulet- nim pobycie na wyspach przyzwyczaił się już do deszczowej pogody. Kontynuował lot powrotny na lotnisko w Bentwaters. Nie mógł się doczekać spotkania z synaami. * Pogoda była piękna. Bezchmurna lipcowa sobota. Ptaki, rozkoszując się atmosferą dnia, próbowały imitować trenujące wysoko samoloty, latając tuż nad pasem startowym. Grupa żołnierzy rozpakowywała duże drewniane pudła, ściągając je ze stojących obok ciężarówek. Przy muzyce Rolling Stones mechanicy pracowali pod stojącymi w długim rzędzie myśliwcami. W oddali jakiś wyższy rangą oficer krzyczał nad trójką wyciskających pompki facetów. Strażnik w -25- budce obsługującej szlaban wylał kawę na spodnie. Każdy, udając zapracowanego, próbował wykorzystać chwilę i wystawiać się jak najczęściej do słońca. Nie było ono częstym gościem w tej części świata. Wszyscy uśmiechnięci, no może za wyjątkiem strażnika, który klął pod nosem. Typowe życie w bazie Bentwaters. Obok lotniska przebiegł niewysoki mężczyzna. W ręku trzymał dużą szarą kopertę. Zmierzał w kierunku położonych obok niskich budynków. Pot kapał mu z czoła, wyraźnie było mu spiesz- no. Przed wejściem na plac przedstawił swój identyfikator siedzące- mu w budce strażnikowi, po czym pobiegł dalej. Dwójka średniej budowy mężczyzn, ubranych w długie białe fartuchy i wielkie gogle, podziwiała wyjątkową pogodę, patrząc przez okno. Byli uziemieni w swoim laboratorium. Jeden z nich przy po- mocy grubych rękawic trzymał pokaźnych rozmiarów metaliczny pręt, do którego przymocowane były trzy długie metalowe sprężyny oplatające półprzeźroczyste rurki. Rurki te prowadziły pod sam sufit do prostokątnego wiszącego urządzenia. Jaskrawofioletowa substancja iluminowała ich wnętrze. Na- ukowiec odwrócił głowę od słonecznego krajobrazu i popatrzył na duży stół, przy którym stał. Bezradnie westchnął. Zamiast się opalać, muszę składać jakieś cholerne projekty dr. Teda – pomyślał. Drugi naukowiec również powrócił myślami do pracy, mu- siał się skupić. Wziął metalową grubą formę o kształcie dużej baterii i długości około trzydziestu centymetrów. Położył ją na stole. Na jej wewnętrznej części złote ścieżki elektroniczne odbijały wpadające przez okno promyki słońca. Wraz ze stojącym obok kolegą napełnili przedmiot fioleto- wym płynem. Ściągając spod sufitu dużą cylindryczną maszynę, przy- łożyli ją do baterii i mocno wszystko zacisnęli stalowymi kleszczami. Do pokoju nagle wszedł zdyszany niewysoki mężczyzna. – Pilna wiadomość z Bentwaters – wydusił z siebie, wręczając szarą kopertę jednemu z naukowców. Obrócił się i wyszedł z pomieszcze- nia. -26- Mężczyźni spojrzeli na siebie, zdjęli gogle i otworzyli koper- tę. Po kilkusekundowej przerwie na odczytanie dokumentu jeden z nich powiedział: – Zaczyna się. Odpalamy za T–minus godzinę. Wołaj doktora Teda. – Niemożliwe. Patrz na pogodę – odparł drugi naukowiec. – Nie daj się zwieźć pogodzie, goście ze sztabu wiedzą wszystko, bu- rza za niedługo uderzy. – Cholera, a już mieliśmy skończyć i iść trochę na powietrze. Czy tu kiedykolwiek przestanie padać? – narzekał mocno zirytowany. – Taka praca. Jak chcesz ładną pogodę, to zawsze możesz zmienić robotę, ale nie gwarantuję takich wypłat – uśmiechnął się. – Gdzie on w ogóle jest? – Mówił, że jedzie do domu po notatki – odpowiedział przejętym głosem. – Dawno wyjechał? – 15 minut temu… –Dawaj radio, musimy go wywołać! – rzekł nerwowo. * Maggie i Boogie odpoczywali, siedząc na wygodnej kanapie w dużym salonie. Patrzyli w kwadratowy telewizor, w którym leciały jakieś durne reklamy. – Jak myślisz, co za idioci siedzieli w tych krzakach? – zapytał Boo- gie. – Mam swoje przypuszczenia – odpowiedziała zdawkowo, próbując zakończyć szybko temat. – Kto? – dopytywał zaciekawiony. Maggie gapiła się wciąż prosto w telewizor, próbując zigno- rować kolegę. Miała nadzieję, że po prostu da sobie spokój. Macha- jąc nogą założoną na nogę, nerwowo wprawiała w drganie całą sofę. – Nie denerwuj się tak. Kto to mógł być? Zaraz, moment…– dozna- ła nagłego olśnienia. Ten grymas na jej twarzy był mu tak dobrze znany. Pojawiał się tylko wtedy, kiedy chodziło o pewną osobę. -27- – Mhm... – cichutko potwierdziła. – Dalej nie daje ci spokoju? Po tym wszystkim, co ci zrobił? – Najwidoczniej. Chociaż nie na pewno. Zawsze mogę się mylić – odpowiedziała trochę wymijająco. – Cholerny Williams, jak go spotkam, to sam strzelę mu lufę! – pod- niósł głos bujnowłosy szczupły chłopak. Wstał z łóżka. Przeciągnął się. Wykonał kilka skrętów bio- drami. Zerknął na skromny wystrój wnętrza salonu oraz na zdener- wowaną Maggie. Siedziała teraz już podkulona. Stopa nadal podska- kiwała, wprawiając ją całą w ruch. A to miała być taka wielka miłość – pomyślał Boogie. Podszedł do okna. Obserwował okolicę. Maggie mieszkała w szeregowym amerykańskim parterowym domku na zamkniętym osiedlu, przeznaczonym dla ludzi pracujących w armii. Ulica, mimo iż znajdowali się w Wielkiej Brytanii, wyglądała jak kopia przedmie- ścia Chicago. Osiedle było podpięte do bazy RAF Woodbridge znajdującej się na wschodnim wybrzeżu Wielkiej Brytanii. Od 1952 roku oddane zostało do użytku Stanom Zjednoczonym jako baza operacyjna na okres zimnej wojny. W 1958 roku podłączono do niej położoną za- ledwie kilka kilometrów dalej bazę lotniczą RAF Bentwaters. Obie uzyskały wtedy nazwę bliźniaczych . Boogie, stojąc w oknie, patrzył, jak sąsiedzi zajmowali się swoimi niewielkimi ogródkami. Dzieciaki goniły się z plastikowymi atrapami karabinów. Gruby rudy kot wylegiwał się na środku chod- nika, nie zwracając uwagi na przechodzącego obok psa. Jakaś pani wychodziła z domu z miednicą pełną mokrych ubrań. Zielony jeep zaparkował właśnie przed domem Maggie. Jeep zaparkował właśnie przed domem Maggie!? – popatrzył po- nownie. – Maggie, czym twój tato pojechał dzisiaj do pracy? – zapytał Boo- gie. – Jak to czym? Tym, co zawsze, jeepe...– przerwała, słysząc dźwięk kluczy przy drzwiach wejściowych. -28- Tata? – pomyślała i dwoma długimi susami podskoczyła do drzwi wychodzących na korytarz. Czekała na progu oddalonym jedynie dwa metry od głównego wejścia. W progu stanął duży wysoki mężczyzna w białym fartuchu. Jedną dłonią zamykał drzwi, w drugiej trzymał walizkę. Wyraźnie się spieszył. Obracając się w stronę holu, zobaczył córkę. Nie spodzie- wając się jej obecności, krzyknął zaskoczony. – Wielki Albercie! Przestraszyłaś mnie, kochana córeczko. Co tak stoisz? – Cześć, tato. Czyżby Dr Ted McFarlane zapomniał czegoś? – ner- wowo zapytała. Uśmiechnął się. Zrobił mały krok i zaglądnął do po- koju za jej plecami. – Aha, no tak, Boogie! Jak się masz, przyjacielu? – zapytał, uśmiecha- jąc się jego widok. – Dzień dobry, Panie Doktorze McFarlane – odpowiedział grzecznie chłopak. – Jakaś randka? – szepnął cicho, nachylając się nad uchem Maggie. – Tato! – uniosła głos i uderzyła go lekko w ramię, na co radośnie puścił jej oczko. – Dobra, nie będę wam przeszkadzać, spieszę się, wię....– przerwał nagle, gdy na końcu korytarza ujrzał niespodziewany widok. Maggie, obserwując jego reakcję, skierowała uwagę w tę sa- mą stronę. Osłupiała. Otworzyła szeroko usta. Zrobiło się jej bardzo gorąco. Czuła, że pali się do czerwoności. – Ale jaja! Wyglądam jak Jedi! Odpadam! Nie wiedziałem, że twój ta- to jest aż taki duży. Myślisz, że będę mógł to pożyczyć na Hallowe- en? – zapytał Jersey, zachwycając się szlafrokiem pożyczonym od jej ojca. Głowę miał całą przykrytą kapturem. Nie widząc nic przed so- bą, imitował ruchy miecza świetlnego. – Czad! Jeszcze do tego ten kaptur! Jesteś pewna, że twój tato pracu- je jako naukowiec, a nie przy jakimś programie Gwiezdnych Wojen?! Może będą szukać jakichś pilotów… – kontynuował, patrząc w zie- mię i kierując się w stronę salonu. Szedł dalej, zostawiając za sobą mokre ślady na śliskiej podłodze. -29- Nagle zamarł w bezruchu. Zobaczył przed sobą parę długich nóg. Żołądek się skurczył. Chciał zniknąć. Zniknąć niczym Obi-Wan Ke- nobi po ciosie zadanym przez Lorda Vadera. Przełknął ślinę, wypro- stował głowę i powoli ściągał kaptur, do momentu, aż przed jego oczami pojawił się ojciec Maggie. – Pa-nie, dzień-dobry, Mc-Farlane – wystękał kompletnie bez składu. – No pięknie, Kłikowski, pięknie. Nigdy nie pomyślałem, że szlafrok od mojej mamy może posłużyć do takich zabaw. Co ty tu w ogóle w nim robisz? – zapytał nad wyraz spokojnie. – Tato, ja ci wszystko wytłumaczę. Prysznic... Znaczy się biegaliśmy i....– Maggie chciała wytłumaczyć, ale z nerwów poplątał się jej język. – Wiesz co? Nieważne. Nic się nie stało, na pewno będzie na to ja- kieś sensowne wyjaśnienie, ufam ci. A teraz naprawdę się spieszę. Chłopaki właśnie skontaktowali się ze mną przez radio. Dzisiaj ma- my bardzo ważny dzień. Muszę być zaraz w bazie, więc....– przerwał nagle zdanie. Otworzył oczy i usta ujrzawszy kolejny niespodziewany widok. Maggie znów odwróciła głowę. Tym razem jej twarz przy- pominała bardziej kolor śliwki niż czerwieni. Na końcu korytarza po- jawił się Ice. Owinięty był w pasie samym ręcznikiem. Na głowie miał białe majtki, z których z miejsc na nogi wystawały rozwinięte białe skarpetki. W dłoni trzymał suszarkę. – Oto inwazja, ręce do góry! Przybywamy z planety Fiutor, zacho- wajcie spokój! I tak was dopadniemy. Nikt nie ucieknie przed gnie- wem Wielkiego Fiutora! – Ice mówił doniośle, imitując przy tym głos groźnego kosmity. Stanął w miejscu, pokręcił majtkową głową, jakby się nad czymś zastanawiał, po czym kontynuował swój monolog. – Nie lekceważcie fiutaśnej mocy. Nie ma we wszechświecie miejsca na tyle głębokiego, żeby…– nie dokończył zdania. – Haha. Nieźle. Sierżant J. na pewno jest dumny ze swoich podo- piecznych. Założę się, że nigdy nie szkolił szeregowego Fiutora oraz mistrza Jedi – Ojciec Maggie pokręcił głową, śmiejąc się jednocze- śnie. -30- Ice powoli wyciągnął skarpetkę, odsłaniając jedno oko. Z przerażenia zastygł w bezruchu. Stał tak z suszarką w górze i z roz- kraczonymi nogami. Przestał oddychać, czekając na dalszy ciąg zda- rzeń. – Wiecie co? Jesteście nad wyraz interesujący, ale nie mam teraz na to czasu. Haha – Ted ruszył szybkim krokiem do przodu. Minął Jer- seya. Rzucił okiem na siedzącego w salonie Boogiego. Zasłaniał swo- ją twarz ze wstydu. Kiedy na niego spojrzał, westchnął sarkastycznie. Maggie ciągle stała w drzwiach. Udawała hipopotama – taki przynajmniej miała kolor. Ice, patrząc prosto przed siebie, zaintere- sował się odbijającymi światło plamami wody na podłodze. Ojciec Maggie szedł prosto na nie. – Panie doktorze, niech pan uważa… Było za późno na ostrzeżenie. Skórzany but Dr. Teda napotkał mokrą nawierzchnię. Mężczyzna poślizgnął się. Przejechał na bucie około 10 cm do przodu. Machając szybko ręka- mi w powietrzu, starał się utrzymać równowagę. Prawie mu się to udało, kiedy drugą stopą niefortunnie wdepnął w jeszcze większą ka- łużę. Noga wyrwała się do góry. Wyleciała na wysokość jego twarzy. Drugi but podążył za pierwszym. Ojciec Maggie wybił się w powie- trze. Walizka, którą trzymał w ręce, poszybowała. Jersey i Ice rzucili się pospiesznie, żeby go złapać. Nie byli wystarczająco szybcy. Spa- dał na ziemię. Wylądował na plecach. Trzask jak gdyby łamanego drewna towarzyszył upadkowi jego dużego ciała na podłogę. Gdy waliza uderzyła o ziemię, odbezpieczyły się jej zamki, a cała zawar- tość rozsypała się po holu. Dokumenty, podzespoły elektroniczne oraz inne dziwne przedmioty rozproszyły się wszędzie. –Aaaaaaaaaaa! – pisnęła Maggie, łapiąc się przy tym za głowę. – Ta- tuś, wszystko gra? Tato? –Yyyy… ta...k......ple.......cy....... – mamrotał Ted. – Wa....li.....zka...... Boogie podbiegł bliżej. Wszyscy zebrali się wokół leżącego. Próbowali mu pomóc. Podnieśli go trochę do góry, lecz po jego krzyku opuścili z powrotem na ziemię. -31- – O cholera, chyba coś sobie złamał, musimy zadzwonić po pogo- towie! – panikował Ice. – Ale z was zasrane matoły, ja wam robię przysługę, a wy mi tak od- płacacie?! – Maggie krzyczała na chłopaków. – Mój tato ma skoliozę kręgosłupa, od lat męczy się z krzyżami. Nie będzie teraz mógł stać na nogach przez dwa dni! Debile! – Przepraszamy, naprawdę, to był wypadek... – Jersey mówił cicho. – Wali......aaaałaaa.......zka.... Musicie zawieźć ją do Bentwaters, po- trzebują tego te......aaaałaaa....raz. Maggie, idź na dół i weź fiolki a5, d89 i l84, szy......bko – szeptał, starając się wysłowić w agonii. Trzy- mał mocno Maggie. – Ice, Jersey, słyszeliście, pozbierajcie te wszystkie rzeczy do walizki, ja lecę na dół, musimy to odkręcić – powiedziała, po czym pobiegła do piwnicy. – Kłikowski......weź kluczyki z kie...szeni i jedźcie do ba....a....zy, to pilne. Chwycił mocno rękę Jerseya. Przybliżając do siebie jego głowę, wręczył mu kluczyki, mówiąc: – Liczę na ciebie, to jest bardzo wa.....żne! – Tak jest, Doktorze McFarlane, może mi pan zaufać. Już działamy. Jersey wstał z ziemi. Przestraszonymi oczami popatrzył na porządkujących walizkę kolegów. Wydało mu się, że ma nogi jak z waty. Ledwo utrzymywał pion. Maggie wróciła z piwnicy, trzymając w ręku malutką skrzy- neczkę. – Kochanie, włóż fiolki do... bo…czneeej części kapsuły – szeptał w bólu. – Tato, jakiej kapsuły? – zapytała. – Bate...ria, do baaaaaa…terii, z boku jeeeest przycisk – wydusił z siebie. Maggie chwyciła leżący obok trzydziestocentymetrowy, przypominający dużą baterię przedmiot. Wcisnęła znajdujący się na tylnej ściance podłużny przycisk. Klapka wyjechała na szynach. Zimne powietrze wyleciało ze środka, wysuwając uchwyty na małe fiolki. Wypełniła je tak, jak nakazał jej ojciec, po czym włożyła -32- wszystko do walizki. – Panie McFarlane, nie zostawimy pana leżącego na podłodze na środku holu, przeniesiemy pana na łóżko – zaproponował Boogie. – Nic mi nie ..... jest, dysk mi znów wypadł, jak będziecie w bazie, zawiado....mcie Doca, on wie jak mi pomóc. A teraz musicie je....chać, to jest bardzo waż.....ne, potrzebują tej wali.....zki, miała być u… nich w ciągu 20 minut. Liczę na.....was – wysapał i stracił przy- tomność. Maggie chwyciła go za szyję i, nic nie mówiąc, popatrzyła rozgniewanymi, załzawionymi oczami na Jersey i Ice’a. – Ruszamy! – powiedziała stanowczo. – Maggie, jedna sprawa...– powiedział Jersey. – Co znowu, do cholery?! – Chyba nie myślisz, że wyjdziemy w szlafroku na zewnątrz? – Fakt, przenieście tatę na łóżko, ja w tym czasie coś wam znajdę. – Tylko się pospiesz, nadciąga burza – dodał Boogie, zauważywszy ciemniejące gwałtownie niebo na horyzoncie. – Świetnie, jeszcze tego brakowało! Co za dzień… – rzuciła, biegnąc korytarzem. * Zaraz po lądowaniu Frank dostał rozkaz pojawienia się w Sali Planowania Operacji Strategicznych, nie miał więc czasu się przebrać. Ciemnozielony jednoczęściowy kombinezon oraz czarny kask, który niósł pod pachą, wtapiały się w zimny szary długi kory- tarz, przez który przechodził. Insygnia błyskawicy wyhaftowane gru- bą złotą nicią na ramieniu kombinezonu oraz nadruk na kasku odbi- jały światło bladych lamp żarowych, ledwo migających przy suficie. Szedł żwawym krokiem, chcąc mieć tę odprawę już za sobą. Kiedy podszedł do szerokich jasnoszarych podwójnych drzwi, nie wiedział, czego się spodziewać. Miał tylko nadzieję, że nie anulują mu obiecanej przepustki. Przepustki gwarantującej spędzenie trochę czasu z jego łobuzami. -33- Wszedł do dużego wysokiego pomieszczenia. Na samym środku stał długi prostokątny czarny stół, na którym leżała półprze- źroczysta mapa. Jasne kolorowe fluorescencyjne linie tworzyły na nim chaotyczną, trudną do zrozumienia siatkę. Wszędzie roiło się od wyższych rangą oficerów. – Świetnie, istny zlot choinek bożonarodzeniowych – pomyślał. Na- zywał tak wystrojonych w ciemnozielone mundury oblepione kolo- rowymi odznaczeniami osobistości wojskowe. – Frank! Witaj! Chodź tutaj do nas! – zawołał dobrze zbudowany starszy mężczyzna, o krótko ściętych włosach lekko przyprószonych siwizną. Wielka ilość medali ledwo mieściła się na jego marynarce. Uśmiechając się, uprzejmie wyciągnął dłoń. – Frank, przyjacielu, zapewne nie masz pojęcia, po co cię wezwali- śmy? – Witaj, Jonathan. Trudno powiedzieć, może oficjalnie chcielibyście wręczyć mi bilet na miesięczny wyjazd na Majorkę? – zażartował, po- trząsając dłonią towarzysza. – Haha! Bezpośredni jak zwykle! Pozwól, że kogoś ci przedstawię. Oto Pułkownik Edwards. Przyleciał specjalnie, żeby nadzorować dzisiejsze testy. Testy, w których bardzo byśmy chcieli, żebyś uczest- niczył. No to po przepustce – pomyślał zirytowany Frank. – Witaj, Kłikowski, sporo o tobie czytałem. Masz wielkie osiągnięcia. Przełożeni ciepło się o tobie wyrażają. Wydajesz się być idealnym kandydatem do poprowadzenia naszego programu. Frank słuchał, myśląc ze złością: Syndrom skrzata z po- łkniętą piłką do koszykówki, do tego ten wnerwiający głos – jakby miał się udławić po zakończeniu każdego zdania . – Chcielibyśmy, żebyś przetestował najnowszy prototyp myśliwca in- filtrującego. To, co za chwilę zobaczysz, ma pierwszy stopień tajno- ści. Nikt nigdy nie może się dowiedzieć o tych testach – kontynuo- wał niski mężczyzna. – Dziękuje za uznanie. Mogę zapytać, jak mamy testować nowy tajny samolot na obszarze niewyludnionym? -34- – Proszę, zapoznaj się z tymi dokumentami. Wszystko stanie się ja- sne, gdy to zrobisz – uśmiechając się, wręczył Frankowi grubą fiole- tową teczkę. Nie czekając ani minuty dłużej, otworzył jej zawartość i przejrzał kil- ka pierwszych stron. Odwrócił powoli głowę w kierunku pułkowni- ka. Jego twarz zbladła, oczy się rozszerzyły. – To żart, prawda? – zapytał zszokowany. -35- Rozdział 3 Bateria Słońce schowało się za chmurami, a cień zarzucił swój płaszcz na wylegującą się na ogromnej polanie czwórkę nastolatków. Andy była jedyną dziewczyną w całej ekipie. Ładna, niska, krótko ścięta blondynka. Ubrana w czapkę z daszkiem, biały podko- szulek z dużym napisem KISS MY LIPS , jeansowe niebieskie spo- dnie i sportowe różowe buty. Wylegiwała się, opierając o duży stożek siana. Red siedział zaraz obok niej. Długie rude włosy spływały mu na luźny, lekko poszarpany pożółkły podkoszulek w panterkę. Ustawiał coś przy radiu, którego właśnie słuchali. – Ej! Przełącz to z powrotem, tam leciało Call Me Blondie! – krzyk- nął leżący kilka metrów dalej grubasek. – Nie! Zostawię to! To jest prawdziwa muzyka! – odpowiedział Red, nastrajając stację na grany właśnie Another Brick in the Wall Pink Floydów. – Ruda peruka – zamruczał pod nosem leżący plackiem grubas. Ubrany w podziurawione jeansowe spodnie, obcisłą czarną koszulkę z napisem A NEW HOPE i białą przepaskę na czole, grzebał so- bie w buzi urwanym źdźbłem trawy. Tuż obok nich stał wysoki chłopak. Wpatrywał się w stado krów, które musiał pilnować. Patrzył w ich stronę, lecz jego duże zie- lone oczy były jakby nieobecne. Dziwnie zamyślony, stał z kamienną twarzą, obserwując otoczenie. Jego nażelowane, zebrane do tyłu, ciemnobrązowe włosy dodawały mu powagi. Pociągła twarz, ostre rysy i szeroka szczęka – to wszystko sprawiało, że zamiast na 16 wy- glądał przynajmniej na 19 lat. Red stanął obok kolegi i zareagował na znajomy stan kon- templacji. -36- – Znów myślisz o Maggie, mam rację? BB nie odpowiedział ani słowem na to pytanie. – Wiem, że tak. Za dobrze cię znam. Zobaczysz, na pewno wróci do ciebie, musisz być tylko cierpliwy – popatrzył na niego kątem oka i odrzucił ogniste włosy do tyłu. – Wiem, że nie chcesz tego słuchać po raz kolejny, ale wiedziałem, że tak będzie. Mogłeś mnie posłuchać, wtedy byś tak nie cierpiał. – Pogoda się psuje. Zbieramy się – BB powiedział spokojnie. Chciał skończyć ten temat. – Jak się psuje? Nawet nie ma wiatru! – zaburczał grubasek. – Jedyne wiatry, jakie możesz poczuć, to te, które sam możesz wy- wołać, Piguła – dodała od siebie Andy. Pffffrrrrrrr – rozniósł się dźwięk siarczystego bąka. – Racja, Andy, poczułem, teraz możemy się zbierać, haha! – oświad- czył dumny z siebie grubasek. – Piguła, nagły brak wiatru często zapowiada nadchodzącą burzę. Poza tym, gdybyś otworzył oczy, zobaczyłbyś, co się nad tobą znaj- duje – poinformował BB. Piguła postanowił spróbować i powoli otworzył powieki. Nie chciało mu się nawet przysłonić ich dłonią – był na to zbyt le- niwy. Ciemne chmury kończyły zakrywać resztki błękitnego nieba. Słońce było już całkowicie schowane. Wszystkimi siłami starał się wstać z ziemi. Wyglądał tak, jakby przyciąganie ziemskie zwiększyło nagle swoją moc. Co drugi ruch kończył się ponownym upadkiem na ziemię. Po kilku nieporadnych próbach postanowił jednak chwilę na niej pozostać. Andy subtelnie uniosła daszek swojej czapeczki, spod które- go popatrzyła na kotłujące się masy gęstniejących ciemnogranato- wych chmur. Znajdując się na położonej na niewielkim wzgórzu po- lanie, mieli świetny widok na wydające się nie mieć końca morze północne. – Zbieramy się, zaraz lunie – powiedziała, obserwując migoczące w oddali błyski. – Łaaaaa! Ale błysło! Idziemy już czy nie?! – zawył przerażony Piguła -37- -38- po ujrzeniu ogromnego rozdzierającego niebo pioruna. Po czym wy- strzelił na baczność niczym sprężyna. – Idziemy – przytaknął BB, kierując się wolnym krokiem w stronę zdenerwowanych krów. Od lat pomagał ojcu przy wyprowadzaniu i wypasaniu bydła. Ich gospodarstwo było znane w całej okolicy. Byli wielkimi zwolen- nikami kontynuowania tradycji organicznych, przez co mleko, które pozyskiwali, było nieporównywalnie smaczniejsze niż to ze sklepu czy z innych farm, gdzie zaczęto wprowadzać nowsze, szybsze spo- soby hodowli zwierząt. Wiele osób z pobliskiej bazy wojskowej upo- dobało sobie ich produkty mleczarskie. BB nie przepadał za obecno- ścią amerykańskiego wojska na Wyspach Brytyjskich, a szczególnie w ich okolicach, jednak rozumiał, że dzięki nim można też zarobić. Wszyscy byli Anglikami. Urodzili się na Wyspach i całe życie na nich spędzili. Mieszkali w Hollesley, niewielkiej nadmorskiej miej- scowości, i znali się od najmłodszych lat. BB, Andy oraz Red mieli po 16 lat i uczęszczali nie tylko do tej samej szkoły, ale również do tej samej klasy. Piguła był o rok młodszy, ale po latach starań o ich względy udało mu się w końcu dołączyć do ich grona. Nie chciał przyjaźnić się z młodszymi dzie- ciakami, czuł sympatię do BB, którego zawsze starał się naśladować. Andy natomiast uznawała Pigułę niemalże za młodszego brata, dla- tego też ciągle mu dogadywała i dokuczała. Red i BB byli najlepszymi przyjaciółmi. Od początku, kiedy poznali się w piaskownicy, bardzo przypadli sobie do gustu. Mieszka- jąc w tamtych okolicach, nie sposób było ich nie znać. Byli lubiani i rozpoznawani wszędzie jako grupka radosnych i natrętnych urwisów. Zagrzmiało. Krowy niespokojnie zaczęły dreptać i wpadać jedna na drugą. BB podbiegł do nich i zaczął zaganiać je w stronę zagrody prowadzącej prosto do leżącej niżej stodoły. Kolejny błysk rozświetlił nagle okolicę. Rozległo się muczenie. Niepokój wśród zwierząt narastał. – Red! Piguła! Pomóżcie mi z nimi! Andy, proszę, otwórz bramkę! – podniósł głos. -39- Następny grzmot wstrząsnął ziemią. Jedna z krów wystraszy- ła się i odbiegła od stada. Zaczęła biec w kierunku morza. Kolejny błysk zmienił tor jej ucieczki w odwrotną stronę – tym razem prosto w las. BB instynktownie rzucił się za nią w pościg, nie miał wyjścia. – Ej, gdzie on leci? – zapytał Piguła. – Szybko, sprowadzajcie te krowy na dół, będziemy musieli mu po- móc –Andy machnęła energicznie ręką. Red oraz tłuścioch pośpiesznie wprowadzili resztę krów do otwartej już zagrody i rzucili się w pościg za znikającym w gęstwinie drzew kolegą krzyczącym: – Chodź tuuuuuuuuuuuu, krooooooowo!! * – WOW, to się nazywa ubranie! – skomentował Boogie, zerkając na nowy wygląd swoich kolegów. Siedział wygodnie na tyle otwartego wojskowego Jeepa. Dwóch chłopców maszerowało żwawo w kierunku samo- chodu. Ubrani byli w jasno beżowe mundury. Podwinięte pod łokcie rękawy, spuszczone w dół spodnie zakończone zawiniętymi wysoko nogawkami oraz ściśnięte mocno paski sprawiały wrażenie, jakby odziedziczyli te ubrania po dużo starszych braciach lub sami skurczy- li się w praniu – co było raczej mniej prawdopodobne. – Lepsze o trzy rozmiary za duże mundury niż szlafroki! Ruszcie się! – krzyknęła Maggie. Zamykała właśnie drzwi swojego domu. Jersey, usiadłszy za kierownicą, przekręcił kluczyki w stacyj- ce. Ice milcząco usiadł obok brata, a Maggie, przeskoczywszy na tył, uzupełniła komplet siedzeń swoją obecnością. Ruszyli. – Jak tam tato? – zapytał Jersey. Miał bardzo zażenowaną minę. Maggie popatrzyła na niego kątem oka i nic nie odpowiedziała. Była nadal wściekła. – No nie bądź taka, to był wypadek. Przecież wiesz, że się wygłupiali. Jak się trzyma Ted? – zapytał Boogie. -40- – Nie broń ich. – Nie bronię. Wiesz, jacy oni są. Chcieli tylko zażartować – puścił oczko do patrzącego w lusterko Jerseya. – Nic mu nie będzie. Musi trochę poleżeć. Od dawna narzeka na plecy. – To dobrze. Pojedziemy po Doktora i będzie OK – uspokajał ją Boogie. – Skąd wzięłaś te rzeczy? – zapytał, patrząc na mundury chłopaków. – Wiesz, czasami dorabiamy sobie z mamą, czyszcząc reprezentacyj- ne mundury naszą specjalną recepturą, która ściąga z włókien wszystko – włącznie ze smarem i innymi ustrojstwami. – Ano, racja. Nie chcę nawet myśleć, jak te mundury muszą wyglądać po niektórych balangach. Te wasze eksperymenty na pewno uratowa- ły już niejedno życie... – Niektórzy żołnierze oferują bardzo dobre pieniądze za taką usługę, uwierz mi. Aczkolwiek mamy również kilka mundurów, których żoł- nierze nie odebrali... Mam nadzieję, że tylko dlatego, że zapomnieli... – pogrążyła się na chwilę w zadumie. – Albo dlatego, że zostali przeniesieni do innych baz? – poklepał ją po ramieniu Boogie. Ice coś zaburczał pod nosem. – Co się tam tak złościsz? – zapytała Maggie. – Nic… – No weź, nie bądź taki. Sorry, że się wydarłam na was, ale daliście ciała. – Wiem, należało nam się. – To co tam burczałeś? – Zastanawiałem się, co za frajerzy zrobili nam ten durny dowcip. Założę się, że to któraś z lokalnych drużyn. – Nie zdziwiłbym się! – krzyknął z tyłu Boogie. Cała czwórka uczęszczała do amerykańskiej szkoły uloko- wanej przy bazie RAF Woodbridge. Szkoła kładła duży nacisk na naukę, ale również na wychowanie fizyczne. Każdy musiał uprawiać jakiś sport. Jersey i Icek Kłikowscy trenowali piłkę nożną. -41- Od czasu do czasu szkoła organizowała sparingi między ich drużynami a innymi lokalnymi klubami. Byli dobrzy. Już jako malu- chy grali w piłkę z tatą. Co było dość niezwykłe w Stanach. Więk- szość dzieciaków wolała football amerykański albo kosza. Wszystko to wychodziło z ich korzeni. Frank „QUICK” Kłikowski – ich ojciec – urodził się w Polsce, a tam ten sport był najważniejszy i każdy go uprawiał. Tuż po drugiej wojnie światowej Frank, mając jedynie kil- kanaście lat, wyjechał ze swoimi rodzicami do Ameryki w poszuki- waniu lepszego życia. Tam też wstąpił do armii w podzięce za to, że Amerykanie nie tylko uratowali Polskę i Europę, ale również cały świat. Szanował Amerykanów i Anglików, traktował ich jak praw- dziwych bohaterów. W szkole wojskowej szybko odkryto w nim ta- lent do lotnictwa, kariera pilota stanęła więc dla niego otworem. Na początku lat sześćdziesiątych zakochał się w pięknej Justynie, która również była Polką na obczyźnie. Tam też pobrali się i założyli ro- dzinę. Nie był niestety obecny podczas narodzin swoich synów, bo w 1964 roku wspomagał piechotę amerykańską podczas wojny w Wietnamie. Pilotował wtedy samolot zwiadowczy. Po wojnie, w podzięce za jego zasługi, rząd amerykański za- proponował mu przeniesienie do Wielkiej Brytanii i szkolenie pilo- tów do walki z Migami. Frank tak też zrobił i wraz z żoną i dwoma synami przeniósł się do Europy. W 1978 zapisał ich do amerykań- skiej szkoły w Woodbridge, a tam poznali się już z Maggie oraz Boo- giem. Jersey został przechrzczony na to imię przez swoich amery- kańskich kolegów, gdyż nie potrafili poprawnie wypowiedzieć słowa Jerzy. Jersey po angielsku oznacza koszulkę sportową, co bardzo mu pasowało. Dla Icka imię Ice przyszło naturalnie, ponieważ Amery- kanie nie wypowiadali ostatniej litery w wyrazie Icek. Ojciec ich rów- nież został nazwany Frankiem, mimo że na imię miał Franciszek. Nazwisko Kłikowski szybko przyjęło się jako Quick – co znaczy szybki. -42- Jersey był kapitanem drużyny, a Ice głównym atakującym. Na boisku byli gwiazdami, stąd też może wzięła się lekka antypatia w stosunku do ich osób. Bo przecież jak Amerykanin czy Polak mógł- by być lepszy w nogę od Anglika? – Jersey, za ile będziemy w bazie? Ile mamy jeszcze czasu? – zapytała Maggie. Jersey, delikatnie przekręcając głowę na bok, rzucił okiem na niebo, a później na przyjaciół z tyłu. – Mam nadzieję, że wystarczająco szybko. W oddali już się błyska. – I grzmi! – dodał siedzący obok Ice, usłyszawszy dobiegający nieo- podal niski drżący dźwięk. – Boogie, masz tę teczkę? – Tak, jest tutaj, z boku – odpowiedział, pokazując brązowy przed- miot. – Świetnie, no to gazu – skierowała cała swoją uwagę na błyskający horyzont. Po opuszczeniu osiedla amerykańskich domków wjechali na asfaltową drogę biegnącą przez gęsty las. Ciągnęła się ona przez kil- kanaście kilometrów aż do samej bazy w Bentwaters. Na zegarku Ice wypatrzył godzinę jedenastą. Od porannego joggingu minęło już tro- chę czasu. Było parno, powietrze zdawało się gęstnieć z każdą minu- tą. Pędząc w otwartym jeepie, mogli troszkę się ostudzić. Temperatu- ry w ostatnich dniach były nadzwyczaj wysokie. Można by rzec, eks- tremalnie wysokie jak na angielskie warunki pogodowe. Może to wła- śnie było przyczyną coraz częstszych burz i letnich sztormów. Wszyscy, za wyjątkiem prowadzącego samochód Jerseya, wpatrywali się w horyzont, a raczej jego fragmenty, które od czasu do czasu pokazywały się w miejscach, gdzie las nie był tak bardzo gęsty. Groźnie wyglądające chmury, rozpychały się coraz szybciej po całym nieboskłonie. Towarzyszące im grzmoty oraz błyski potęgo- wały mroczny nastrój. WRRRRRRRRRRRRRRRRUBOOM – ogromny huk rozszedł się nagle po okolicy. Wszyscy raptownie popatrzyli w górę. Eskadra my- śliwców przeleciała tuż nad ich głowami. -43- – Co jest grane? Dlaczego łamią barierę dźwięku na tak niskim puła- pie?! – krzyczał głośno Ice. – Co mówisz?! – zawył, trzymając się za uszy, ogłuszony Boogie. – Przekraczali barierę dźwięku tuż nad nami! Słyszeliście?! – pytała wrzeszcząc Maggie – Dziwne! – Tak, dziwne, szczególnie, że lecieli prosto w stronę burzy. Co za dziwne testy! Tato nic nam nie mówił o czymś podobnym – dodał od siebie Jersey. – Daj gazu, kilkaset metrów dalej jest miejsce, z którego będziemy mogli wyraźniej zobaczyć horyzont – zakończył Ice, uderzając pię- ścią w ramię swojego brata. Jersey przycisnął mocniej pedał gazu. Chciał szybko tam do- jechać. Był bardzo zaciekawiony całą sytuacją. – Nie mamy na to czasu! – krzyknęła czarnowłosa koleżanka. – Daj spokój, możemy być w Bentwaters w kilka minut, a nie wia- domo, co oni kombinują w powietrzu – próbował wytłumaczyć jej piegowaty Ice. – Do cholery jasnej, słyszeliście mojego tatę, to sprawa najwyższej wagi, może potrzebują tej teczki do testów czy coś, musimy jechać! Poza tym przez kogo tam jedziemy, co?! Jersey na moment odwrócił głowę do tyłu: – Racja, nie mamy na to czasu, musimy jechać, to nasza wina, musi- my to odkrę... – UWAŻAJ!!! – Boogie przerwał z nagłym wrzaskiem, wskazując na drogę przed nimi. Jersey zacisnął mocno palce na gorącej kierownicy. Otwo- rzył szeroko przerażone oczy i z całej siły nadepnął na hamulec, krzycząc przy tym: – Trzymaaaaaaaaaajcie się mocno!!! W odległości 30 metrów pojawiła się znikąd na samym środku drogi krowa. Ujrzawszy pędzący na nią pojazd, zamarła w bezruchu. Piiiiiiiiiiiiiiiiiiiii – dźwięk piszczących zakłębionych dymem hamują- cych opon zatoczył echo po okolicy. -44- Cała czwórka wyleciała naprzód, niemalże przyklejając się do szyby. Jeep odbił gwałtownie w lewo, na co Jersey skontrował kierownicą w prawo. Zbliżali się do stojącej już w odległości kilkunastu metrów krowy. Szybka decyzja – odbił na pobocze. – Uważaj!!! – AAAAA!!! – Jerseyyyyyy!!! – krzyknęli wszyscy na raz, widząc wylatującego z la- su wysokiego chłopaka. Stał tuż przed ich maską. Jersey instynktow- nie pociągnął za hamulec ręczny i skręcił kierownicę w lewo. Samo- chód przekręcił się na bok, dwie lewe opony oderwały się od ziemi. Sunęli na dwóch kołach między krową stojącą po prawej oraz chło- pakiem po lewej. – AAAAAAAAAAAAAAA!!! – wrzeszczeli wszyscy jednocześnie. Samochód przechylił się i opadł bokiem na drogę. Chmura kurzu i iskier wystrzeliła spod Jeepa. Przekręcili się o 90 stopni. Zwalniali szurając prostopadle do jezdni. Jedna opona ocierała o be- ton, druga o ziemiste pobocze. THUMP!– to jedno z kół uderzyło o ogromny kamień. Zatrzymali się. Boogie oraz Maggie wypadli z tylnych siedzeń prosto na trawę. Jersey potrząsnął głową, odpiął pas bezpieczeństwa i przekrę- cił przybitą do
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Co wylądowało w lesie Rendlesham?
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: