Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00255 014032 12791437 na godz. na dobę w sumie
Córka Szklarki, t. II /seria Blask Corredo/ - ebook/pdf
Córka Szklarki, t. II /seria Blask Corredo/ - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 348
Wydawca: W drodze Język publikacji: polski
ISBN: 9788370339920 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> dla dzieci i młodzieży
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Córka Szklarki, dwunastoletnia Mori ma niezwykłe zdolności - wie rzeczy, których nigdy się nie uczyła, widzi emocje innych ludzi w postaci kolorowych poświat, może przenosić przedmioty siłą woli. Nie potrafi jednak nawiązać porozumienia ani ze swoimi rówieśnikami, ani z rodzicami. Niespodziewanie po przyjęciu u swojej ciotki Pepperii Mori znika, Okazuje się, że nie tylko ona. Czy mają w tym udział groźne instruktorki? Co zrobią Państwo Sedun i ich przyjaciele, by odnaleźć dziewczynki? Czy Mori wykorzysta swoje zdolności, aby się uwolnić, i czy spotka jeszcze swoich rodziców?

Nowi bohaterowie, barwne opisy i mnóstwo przygód sprawią, że przeczytacie tę książkę jednym tchem!

Córka Szklarki, dwunastoletnia Mori ma niezwykłe zdolności - wie rzeczy, których nigdy się nie uczyła, widzi emocje innych ludzi w postaci kolorowych poświat, może przenosić przedmioty siłą woli. Nie potrafi jednak nawiązać porozumienia ani ze swoimi rówieśnikami, ani z rodzicami. Niespodziewanie po przyjęciu u swojej ciotki Pepperii Mori znika, Okazuje się, że nie tylko ona. Czy mają w tym udział groźne instruktorki? Co zrobią Państwo Sedun i ich przyjaciele, by odnaleźć dziewczynki? Czy Mori wykorzysta swoje zdolności, aby się uwolnić, i czy spotka jeszcze swoich rodziców?

Nowi bohaterowie, barwne opisy i mnóstwo przygód sprawią, że przeczytacie tę książkę jednym tchem!

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Copyright © by Agnieszka Grzelak 2014 Redaktor Lidia Kozłowska Redaktor techniczny Justyna Nowaczyk Projekt okładki Dagna Krzystanek ISBN 978-83-7033-992-0 Wydawnictwo Polskiej Prowincji Dominikanów W drodze 2014 ul. Kościuszki 99, 60-920 Poznań tel. 61 852 39 62, faks 61 850 17 82 www.wdrodze.pl sprzedaz@wdrodze.pl ŚĆ I 5 6 1. Upał. Słońce wlewa się przez szerokie okna pracow- ni, nadając ciepły koloryt zielonkawej tapecie w powoj- niki. W taki dzień trudno skoncentrować się na malowa- niu. Szklarka wypłukała pędzel i odłożyła go na bibułę. Ostrożnie odstawiła wykończoną już szybę witrażowego tryptyku. Dwie pozostałe muszą poczekać. Kiedyś tak nie było… kiedyś potrafi ła pracować niezależnie od po- gody i stanu ducha. (Z wyjątkiem może tego okresu, po- nad trzynaście lat temu, kiedy zastanawiała się, czy na- prawdę chce wyjść za mąż za Scabera). Ostatnio coraz częściej zdarzało jej się opuszczać pracownię po jednej lub dwóch godzinach malowania albo w ogóle nie wcho- dzić do niej przez kilka dni. Znała przyczynę. Przyczyna miała dwanaście lat, ciemne włosy do pasa, granatowo- niebieskie oczy i siedziała w tej chwili w cieniu kwitną- cej lipy. Mori – jej córka. – Nie wiedziałam, że macierzyństwo jest takie skom- plikowane – powiedziała do siebie, dokręcając słoiczki z farbami i ustawiając je na półkach według kolorów. Miała teraz mniej pracy niż kiedyś. Odkąd wyszła za mąż i stała się hrabiną Theą Sedun, większość z daw- nych klientów uznała za niestosowne składanie jej za- mówień na malowaną porcelanę, szkło czy dekoracyjne panele. Nie była już przecież Szklarką z Wyspy Sierot, 7 zarabiającą na życie jako artystka. Znalazła się teraz w ciasnym kółku arystokracji, gdzie kobiecie nie wypa- da trudnić się rzemiosłem i otrzymywać wynagrodzenia za swoje dzieła. Na szczęście istniała też grupa osób, pochodzących najczęściej spoza kręgu „wysoko urodzo- nych”, które ceniły jej wyroby i nie wzdragały się ich zamawiać. Stanęła przy oknie i zapatrzyła się w siedzącą nieru- chomo postać. Wiele by dała, żeby dowiedzieć się, o czym Mori teraz myśli. To dziecko jest takie tajemnicze. Nie miała pojęcia, że porozumienie się z własną córką może sprawiać tyle trudności. „Czy zrobiłam coś źle? Może poświęcałam jej za mało czasu?” Nie, to oczywiście nieprawda. Czasu poświęca- ła jej masę. Zawsze… Próbowała przekazać jej swoje doświadczenie, nauczyć wszystkiego, co sama umia- ła… Tylko że Mori nie potrzebowała nauki. To dziwne dziecko bez wysiłku opanowywało każdą gałąź wiedzy i dysponowało zdolnościami, o jakich Szklarce nigdy się nie śniło. Przypomniało jej się, jak pokazywała cór- ce technikę malowania witraży. Powoli, krok po kroku, omawiała każde pociągnięcie pędzla. Przedstawiała powody, dla których dobrała takie, a nie inne barwy. Mori stała z boku i słuchała z uprzejmą miną. A kiedy Szklarka spytała: „Może teraz sama spróbujesz?”, dziew- czynka śmiałymi ruchami namalowała tak piękne stu- dium kwiatu wisterii, jakby kilka lat studiowała pod okiem Deleny. A miała wtedy zaledwie pięć lat. To było niezrozumiałe i trochę straszne. Podobnie jak inne wy- darzenie, o którym wolałaby nie pamiętać. To było na drugi dzień po urodzeniu Mori. Szklarka – przejęta i poruszona – mimo zmęczenia porodem, nie 8 mogła zasnąć. Przez całą noc trwała z otwartymi ocza- mi, szczęśliwa i oszołomiona, wsłuchiwała się w spo- kojny oddech córeczki. Dziecko leżało w ozdobionej ko- ronkami kołysce, która od co najmniej czterech wieków służyła kolejnym potomkom Sedunów. Właśnie wscho- dziło słońce. Scaber otworzył oczy i bardzo przejęty spy- tał szeptem: – Czy ona jeszcze śpi? Szklarka uniosła się na łokciu, żeby zajrzeć między antyczne falbanki, a wtedy z głębi kołyski odezwał się nieco sepleniący głosik: – Jus nie. Spojrzeli po sobie zaskoczeni. Szklarka poderwała się, żeby sprawdzić, czy ktoś nie podmienił im dziecka. To był absurdalny pomysł, ale tuż po porodzie absur- dalne pomysły rosną w głowach matek jak grzyby po deszczu. Dziewczynka w kołysce była tym samym no- worodkiem, który zaledwie kilkanaście godzin wcze- śniej opuścił jej ciało. Ciemnogranatowe oczka patrzyły rozumnie, a różowe usteczka rozchylały się, ukazując bezzębne dziąsełka. – Ależ noworodki nie mówią… – wykrztusił Scaber. – Dobze tatusiu. Szklarka opadła bezsilnie na poduszki. W sypialni zapadło milczenie. Niezwykłość tego, co się przed chwi- lą stało, bardziej ich przeraziła, niż ucieszyła. Scaber najcichszym z szeptów spytał ją, co o tym myśli. – Nie wiem, co o tym sądzić – odpowiedziała równie cicho. – Chciałabym, żeby była zwyczajnym dzieckiem – dodała, bardziej do siebie. Nie wiedziała, czy ją usły- szał. Czuła, jak ogarnia ją nagle ogromne znużenie. Wy- czerpana emocjami i porodem, zapadła w końcu w sen. 9 Potem jeszcze kilka razy wracali w rozmowach do tamtego poranka. Zawsze z niepokojem. Szklarka bała się, że wpływ instruktorek, jakiemu była poddana przez lata spędzone na Wyspie Sierot, może oddziaływać rów- nież na jej dziecko. To była mało prawdopodobna teoria, zwłaszcza że instruktorki zginęły jeszcze przed urodze- niem Mori. Jednak trudno było znaleźć inną przyczynę tego incydentu. Widziała, że Scaber też się niepokoi, ale usiłuje stłumić to uczucie, żeby nie powiększać jej lęków. Jakby wyczuwając nastroje rodziców, przez na- stępny rok Mori nie wypowiedziała ani słowa. Szklarka otworzyła srebrną szkatułkę, w której prze- chowywała listy od matki. Dotknęła dłonią pożółkłych kartek. „Tak naprawdę, to nie mam pojęcia, jak powin- no być między matką a córką” – pomyślała. Sposób, w jaki wychowywały ją instruktorki, daleki był od serdeczności. Dyscyplina i wymagania. Świat własnych uczuć należało poznać, a następnie ujarzmić. Z takim bagażem trudno wkraczać w macierzyństwo. Trudno czuć się kompetentnym rodzicem. Dlatego wy- słała zaproszenie do Chamomilli, prosząc, żeby przyje- chała sama, bez wychowanek. Widywały się kilka razy w roku, ale Chamomilla za- wsze otoczona była wianuszkiem dziewczynek. Zajmo- wała się nimi od dnia, w którym Wyspa Sierot zosta- ła wysadzona w powietrze. Jej niespożyta energia nie przestawała zdumiewać Szklarki. Nie dość, że matko- wała około trzydziestce dzieci, to jeszcze (żeby nie ko- rzystać wiecznie z pomocy przyjaciół – jak wyjaśniła) 10 stworzyła małą wytwórnię bardzo ekskluzywnych se- rów. Dzięki ich sprzedaży mogła utrzymywać w dostat- ku całą swoją olbrzymią rodzinę. Wszystkie jej dziew- częta, jak to zresztą było do przewidzenia, wykazywały nieprzeciętne uzdolnienia artystyczne, tak więc trzeba było zatroszczyć się o ich edukację. Kazała zbudować na terenie sąsiadującym z wytwórnią serów obszerny pa- wilon z szeregiem pracowni plastycznych. Nauczyciel- kami zostały uciekinierki z wyspy Nut. Myśl Szklarki powędrowała do tych niezwykłych ko- biet, z którymi ponad dwanaście lat temu zeszła z po- kładu „Roxilony”. Wydawało jej się wtedy, że trudno im będzie odnaleźć się na nowo w zwyczajnym świecie, bez niewidzialnego nadzoru i opieki Corredo. Zaproponowa- ła nawet, po wcześniejszym omówieniu tej sprawy ze Scaberem, żeby na początek zamieszkały w Versathis – posiadłości Sedunów. I rzeczywiście, przez kilka pierw- szych miesięcy korzystały z ich gościny. Posprzedawały swoją biżuterię, a za uzyskane w ten sposób pieniądze nabywały to, co potrzebne im było do tworzenia: farby, pędzle, płótna, nici do haftu, narzędzia jubilerskie, glin- ki ceramiczne i tak dalej. Jedna po drugiej opuszczały Versathis i wynajmowały sobie mieszkania w Como, Brittle albo innych ośrodkach, gdzie można znaleźć bogatych klientów. No i dawały lekcje podopiecznym Chamomilli. Może należałoby posłać do tej szkoły także i Mori… Tyle że ona chyba już wszystko umie. Wzrok Szklarki znowu powędrował w kierunku szczupłej postaci, która w tym właśnie momencie pod- niosła się z ziemi. Wspięła się na palce i zrobiła nad oczami daszek z dłoni, jakby czegoś wypatrując. Potem powoli zaczęła iść w kierunku bramy wjazdowej, ale na- 11 gle zmieniła decyzję. Okręciła się na pięcie i pobiegła w przeciwną stronę. Mori całe dnie spędzała samotnie. Albo spacerowała po ogrodzie, albo siedziała w jednym miejscu, zatopiona w rozmyślaniach, albo zaszywała się w swoim pokoju, do którego nie wpuszczała żadnych służących, a rodzi- com pozwalała zaglądać tylko z rzadka. Szklarka bar- dzo chciałaby wiedzieć, co ona tam robi, co ją interesuje, do czego mają służyć te dziwne rzeczy ze szkła, meta- lu i drewna, walające się po całym pokoju. Nie chciała jednak być wścibska ani natrętna. Wydawało jej się, że gdyby Mori miała do niej zaufanie, sama dzieliłaby się tym, co jest dla niej ważne. Tak wyobrażała sobie relację między matką i córką. Jako bliską zażyłość. A tymcza- sem czuła, że w obecności dziewczynki staje się spięta i tak bardzo skoncentrowana na tym, żeby nie popełnić jakiegoś nietaktu, który jeszcze bardziej oddaliłby je od siebie, że jakakolwiek spontaniczna reakcja wydawała się niemożliwa. Powietrze wypełniło przenikliwe dzwonienie. Nie- omylny znak przybycia Chamomilli. Była to jej jedyna, nieszkodliwa ekstrawagancja – dzwoneczki przy powo- zie i przy końskiej uprzęży. Na pytania, dlaczego i skąd ten pomysł, odpowiadała uśmiechem i wzruszeniem ra- mion. Szklarka nie zamierzała dociekać. – Theo! – Ciepły uśmiech rozjaśnił twarz wkraczają- cej do hallu Chamomilli. Jej obfi ta postać, spowita we wzorzyste jedwabie zdawała się rozświetlać całe pomieszczenie. Naszyjni- 12 ki i bransolety rzucały na ściany błyski. Znikomą część tej biżuterii stanowiły prawdziwe klejnoty. Większość migocących kamyków była precyzyjnie oszlifowanymi szkiełkami. Chamomilla z pogardą odnosiła się do ary- stokratycznego uwielbienia dla drogich kamieni i bul- wersowała „wysoko urodzonych” stwierdzeniami typu: „I jedno, i drugie ładnie się świeci”. Szklarka objęła przyjaciółkę. Gdyby były same, gdy- by wokół nie krążyły ciche zastępy służby, pewnie roz- płakałaby się z ulgi. A tak mogła sobie jedynie pozwolić na długie westchnienie. Chamomilla poklepała ją deli- katnie po plecach. – Mam coś dla ciebie – powiedziała. – Kalikście, po- daj mi kosz. Chamomilla zawsze zjawiała się z jakimiś niezwykły- mi prezentami. To stało się już tradycją. Woźnica, pełnią- cy w razie potrzeby również funkcję służącego-do-wszyst- kiego, wręczył jej ceremonialnie żądaną sztukę bagażu. Kobieta wydobyła z niej małą podłużną paczuszkę, owi- niętą złoconą bibułką i przewiązaną atłasową wstążeczką. – Co to jest? – Otwórz, a zobaczysz. Wewnątrz zawiniątka znajdował się smukły kryszta- łowy fl akonik, napełniony bladozłotym płynem. Szklar- ka wyciągnęła zwieńczony kryształową kulką korek i wszyscy obecni w hallu mimowolnie wciągnęli głębiej powietrze przesycone nagle egzotycznym, kwiatowym zapachem. – Perfumy! – ucieszyła się Szklarka. – To dzieło mojej Maiorany. Po raz pierwszy chyba któraś z wychowanek Wyspy Sierot zamiast sztuką, zaj- muje się produkcją pachnideł. 13 – Trudno Maioranę nazwać wychowanką Wyspy Sie- rot. Przebywała tam zaledwie siedem lat. A poza tym jest jeszcze Irinda, która zamiast rzeźbą, zajmuje się ogrodnictwem. – To prawda. Niemniej jednak to wyjątki. Chamomilla znowu zanurzyła rękę w koszu. Tym razem pakunek był znacznie większy, mniej kształtny i zawinięty w lnianą serwetę z wzorem w rumianki. Za- równo zapach, jak i charakterystyczne opakowanie nie pozostawiały wątpliwości, iż jest to jeden ze słynnych i piekielnie drogich wyrobów Chamomilli. – Cóż to jest tym razem? – dopytywała się Szklar- ka. – Śmietankowy ser z oliwkami czy też mój ulubiony, orzechowy? – Zupełnie nowy wynalazek, przekonasz się przy ko- lacji. – Chamomilla podała ser najbliżej stojącej poko- jówce. – Zanieś to do kuchni i powiedz, że mają go roz- pakować tuż przed podaniem. Nie wcześniej, pamiętaj! Dziewczyna z nabożną czcią przejęła pakunek i ode- szła, stąpając tak dostojnie, jakby niosła klejnoty koronne. Pół godziny minęło, zanim mogły zostać zupełnie same. Szklarce wydawało się, że służące nigdy nie prze- staną krążyć, wnosząc herbatę, ciasteczka i specjalny dar od kucharki – miniaturowe torciki bezowe z bitą śmietaną i malinami. (Główna kuchmistrzyni Versathis traktowała Chamomillę z szacunkiem i czcią należną co najmniej jakiemuś bóstwu. Zawsze starała się przygoto- wać na jej przyjazd coś wyjątkowego). 14 – No a teraz powiedz, jakie masz kłopoty z Mori – ode- zwała się bez wstępów Chamomilla, kiedy tylko drzwi zostały zamknięte, odgradzając je od reszty domu. – Oczywiście, zanim cokolwiek powiedziałam, ty już wszystko wiesz. – Szklarka pokręciła głową, rozbawio- na i jednocześnie trochę zirytowana. – Inaczej nie nalegałabyś, żebym przyjechała sama. Potrzebujesz mojej niepodzielnej uwagi. A więc słu- cham. – Powiedz mi, co zrobiłam źle? Dlaczego nie rozu- miem własnej córki? Dlaczego nie potrafi ę z nią rozma- wiać? Nie wiem o czym. A ona… jest grzeczna, popraw- na i zarazem taka odległa. – Może za bardzo się starasz? – Chamomilla posłała jej rozbawione spojrzenie. – Ty próbujesz być idealną matką, a ona w odpowiedzi chce być idealną córką. I nie macie szansy się spotkać. Zawsze byłaś ostrożna w oka- zywaniu uczuć, Theo. To spuścizna po instruktorkach. Może jest teraz dobry moment na to, żeby zacząć otwar- cie wyrażać zarówno radość, jak i złość. – Złość? Ale ja nie jestem zła na Mori. Ja tylko się boję... że ją tracę, że nigdy nie będzie wiedziała, jak bar- dzo ją kocham. I jeszcze… – zawahała się – Mori jest inna od twoich dziewczynek. Nigdy nie bawiła się tak jak zwyczajne dzieci. Ciągle nad czymś rozmyśla. Na dodatek wszystko umie... I to mnie przeraża. Nigdy ci o tym nie mówiłam, bo… – zająknęła się – jakoś nie było okazji i… – Co to znaczy: wszystko umie? – przerwała Chamo- milla. – Kiedy próbuję ją uczyć malowania, okazuje się, że każda jej praca wygląda jak dzieło profesjonalnej ar- 15 tystki. Gdy zatrudniliśmy nauczyciela, wystarczyły dwa tygodnie, a wchłonęła wszystkie wiadomości. Okazało się też, że jej wiedza z przedmiotów ścisłych i nauk przy- rodniczych przekracza poziom uniwersytecki. JAK TO JEST MOŻLIWE?!! Chamomilla w milczeniu rozważała słowa Szklarki. Zamyślona sięgnęła po leżące na tacy ciasteczko i wło- żyła je do ust. Zamieszała łyżeczką cukier w herbacie i upiła łyk. – Powiedz mi Theo, ile tygodni po waszym powrocie z wyspy urodziła się Mori? – Dokładnie trzy miesiące. – Czy jest prawdopodobne, że poczęła się na wyspie Nut? Szklarka zaczerwieniła się. – To była t…tylko jedna noc – zająknęła się – ale tak… to jest możliwe. Chamomilla pokiwała głową, jakby ta informacja była potwierdzeniem jej przypuszczeń. – Istnienie twojej Mori zaczęło się więc na terytorium Corredo. To nie mogło pozostać bez wpływu. Pamiętasz niezwykłe umiejętności instruktorek? Myślę, że żadna z nas nie wie, jaką wiedzą dysponowały i do czego były zdolne. W dobrym i złym sensie. – Chyba nie chcesz powiedzieć, że moja córka będzie kimś w rodzaju instruktorki! – obruszyła się Szklarka. – Och, nie! Instruktorki były przecież wyrzutkami. Prawdziwi mieszkańcy Corredo… Przypomnij sobie, co mi opowiadałaś o swoich przeżyciach na wyspie Nut. Przypomnij sobie uczucie szczęścia i zachwytu. Nie było ci tam źle. – To prawda. 16

Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Pobierz darmowy fragment (epub)

Gdzie kupić całą publikację:

Córka Szklarki, t. II /seria Blask Corredo/
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: