Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00811 027433 16219892 na godz. na dobę w sumie
Córka Wokulskiego - ebook/pdf R
Córka Wokulskiego - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 401
Wydawca: E-bookowo Język publikacji: polski
ISBN: 978-8-3940-6590-4 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe >> nowele
Porównaj ceny (książka, ebook (-15%), audiobook).

Dalszy ciąg Lalki Bolesława Prusa. Warszawa 1884 rok. Młoda Żydówka chce zabić cara. Ale pragnie miłości. Wybierze rewolucję czy szczęście? Powieść sensacyjna z mocnymi scenami seksu. Kontrowersyjna, pełna humoru. Znakomite dialogi, żywe, pełne emocji postacie. Czy tym razem Stach Wokulski uratuje świat? A przynajmniej siebie?...

 

'Brawurowa i zabawna powieść zachwyca czytelników i wprawia w konfuzję poważnych badaczy literatury' - Leszek Bugajski, Newsweek.

Roman Praszyński
Najprawdopodobniej najlepszy śpiewający autor. I najlepiej piszący piosenkarz!

Debiutował powieścią Na klęczkach wydaną pod pseudonimem Red Vonnegut – nieślubny syn sławnego ojca! W książce Miasto sennych kobiet spreparował zamach na czarnoskórego papieża we Wrocławiu. W Jajojadzie za to uśmiercił Hitlera w 1932 roku w Breslau. Córki Lota to jego wersja Biblii. A najnowsza literacka prowokacja - Córka Woulskiego - to brawurowa kontynuacja Lalki Bolesława Prusa.

Prowadzi blog: www.romanpraszynski.blogspot.com

Jest liderem zespołu R.P.A.: www.zespolrpa.pl
Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Recenzje na blogach:

korcimnieczytanie.blogspot.com Korci mnie czytanie...: Roman Praszyński "Córka Wokulskiego"

Darmowy fragment publikacji:

© Roman Praszyński Projekt okładki Piotr Krzewski ISBN 978-83-940659-0-4 Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub części publikacji zabronione bez pisemnej zgody autora. Wydano nakładem autora www.romanpraszynski.blogspot.com Roman Praszyński Córka Wokulskiego Czasami zdaje mi się, że coś zrobię dla świata… Stanisław Wokulski CZĘŚĆ PIERWSZA I Anioły istnieją. Natalia Pol przekonała się o tym w petersburskim cyrku wiosną 1884 roku. Tego wieczora widownia przy placu Admiralicji była pełna. Na drewnianych ławkach wierciły się piersiaste panny służące, pohukiwali brodaci rzemieślnicy, dostojne matrony karciły dzieci. Ojcowie rodzin w wytartych surdutach pogryzali gorące kiełbaski roznoszone przez dziewczyny z grubymi warkoczami. Ale gdy Natalia zaczęła swój popisowy numer, hałas ustał, widzowie wokół areny wstrzymali oddech. Wspięła się szybko po maszcie podtrzymującym dach i postawiła stopę na rozciągniętej między słupami linie. Bez zabezpieczeń, wysoko nad ziemią była tylko ona. Wysoka, szczupła dziewczyna o twarzy Marii Magdaleny. Zwiewna, jak tiul, mocna, jak tygrysi pazur. Wolna jak oddech myszołowa. Spojrzała w dół. Głowa przy głowie, jak ziarna słonecznika. Oczy wpatrzone z chciwą uwagą. Zasłonięte dłońmi kobiece usta. Łuk napiętej ciszy. W dusznym powietrzu czuła ciężką woń gazowych lamp, zapach tanich perfum, fetor zwierzęcej szczyny. – Archaniele Michale – poruszyła wargami. – Daj mi miłość głęboką, jak ta przepaść… Werbel strzelił niepokojącym crescendo. Acetylenowy reflektor opatrzony wielką soczewką wykroił z mroku jej białą, bufiastą sukienkę i odsłonięte, nagie ramiona. Podświetlone włosy nabrały odcienia burgunda. Rozłożyła ręce, jak czarnoksiężnik Chrystus. Bosą stopą wyczuła chropowatą rzeźbę sznura. Miłośnie przylgnęła do niego podeszwą. Powoli przeniosła tam ciężar ciała. Dołączyła drugą nogę i zawisła nad plackiem areny. Dziewięcioletni Pietrek, którego matka zabrała do cyrku z okazji urodzin, wyciągnął rękę w marynarskim ubraniu i rozdarł się na całą widownię: – Mama patrzy! Ona lata!... Krótki śmiech skwitował jego zachwyty. Natalia nie patrzyła już w dół. Skupiła się na linie. Pod nią nie było żadnych zabezpieczeń. Właśnie za to płacili widzowie. Do każdego biletu dołączony był niewidzialny aneks – szansa na widok jej krwawej śmierci. Ciała roztrzaskanego na trocinach. Ale szła równo, krok za krokiem. Zdobywała kolejne metry i serce publiki. Werbel szalał. Ludzie też. Klaskali, śmiali się, wstawali z miejsc. – Ciszej, riebiata!... – co strachliwsi uspokajali sąsiadów. – Jeszcze zleci, dajcie spokój… Czuła radość w piersiach, uśmiech rozświetlał jej twarz. Była spokojna i pewna swego. Jakby nigdy nie była pomiotem ras, pół Żydówką, pół Polką wychowana na Rosjankę; jakby obca jej były codzienna, sąsiedzka pogarda, plemienna wrogość; jakby po łące sunęła, na spotkanie z ukochanym, a nie po krawędzi brzytwy. Widownia czuła jej oddanie i tym dzielniej biła w prawice. – Krasota!... – na trybunach rodzili się jednonocni wielbiciele. Pozwoliła sobie na szybkie spojrzenie spod powiek. Może dojrzy tego jedynego, który całe życie szedł w jej stronę? Ich oczy spotkają się – i nic nigdy już nie będzie takie samo?... Próżny trud. Masa pod stopami zlewała się w jedną plamę. Nie dojrzysz tam absztyfikanta, o nie. Nawet gdyby patrzyła uważnie, nawet, gdyby patrzyła sto lat, nie dostrzegłaby wiotkiej dłoni anioła, która chwyciła dziewięcioletniego Pietrka za kołnierz i korzystając z nieuwagi zaaferowanej matki, pociągnęła w kulisy. Nudy z tym łażeniem po linie – myślał chłopiec przemykając wąskim korytarzem. – Lepiej poszukam lwa w klatce. Natalia szła jak w transie. Stawiała stopy pewnie, jak na spacerze do Ermitrażu. W tym stanie ducha dotarła na środek przepaści. Wokół niej wielkie nic. Gorejąca pustka. Jeżeli anioły istnieją, mieszkają tu właśnie. Do werbla dołączył klarnet. I skrzypki. Z gąszczu nut wyłonił się sypki, jak piasek Lot trzmiela Nikołaja Rimskiego–Korsakowa. Powietrze było gęste od napięcia. Skoczyła salto. Jej ciało mignęło w powietrzu, jak pstrąg w górskim potoku. Przez arenę przeszedł jęk. Z gardeł ludzi wyduszony strach. I wtedy… – zawsze jest jakieś wtedy, które prowokuje anioły – pomyślała o matce. O liście, który dostała rano. Była dzieckiem, gdy jej matka umarła. Wychowała ją babcia. A teraz – dwadzieścia lat później – kobieta, która wydała ją na świat, ożyła. I wzywa do Warszawy. W sercu Natalii gniew miesza się z tęsknotą. Doświadcza uczuć, o które siebie nie podejrzewała. szansę. – Chryste! – woła przestraszony głos z dołu. To matka Pietrka, który posądził Natalię o umiejętność latania. Kobieta boi się o cyrkówkę. Lecz omiata też wzrokiem sąsiednie rzędy. Szuka syna. Gdzie ten czort polazł? Zawsze z nim kłopoty! A biała, podniebna baletnica walczy z siłą ciążenia. Ugina nogę, która jeszcze czepia się sznura i wyciągając drugą, próbuje odzyskać równowagę. Przez chwilę jej się to udaje i z piersi tłumu na dole wyrywa się jedno westchnienie ulgi. Ale wygięcie ciała jest za mocne, powoli przenosi ją poza punkt, zza którego już nie ma powrotu. Widownia zrywa się z miejsc. Ludzie wołają, machają ramionami, płaczą. Są przerażeni. Są szczęśliwi. Nareszcie czują, że żyją. Natalia nie poddaję się, odrzuca korpus w przeciwną stronę, próbuje pozostać na linie, ramiona wygięte w tył, jak u pływaka. Walczy o równowagę. Teraz to jedyny plan jej istnienia. Jedyny cel. Jasny jak gwiazda zaranna. – Gospadi pomiłuj!... – pod dach cyrku uderza modlitewny skowyt. Jednak wymach był za mocny. Dziewczyna na sznurze wpada w rosnącą huśtawkę. Lina pod jej nogami skacze na boki, jak żywa. A ona daremnie próbuje pozostać w równowadze. Na szczęście anioły czuwają. Więc, gdy jej noga leci z liny, wciąż ma Natalia odrywa się od białej kreski rozpiętej pod powałą i powoli, jak to zdarza się w snach, nierealnie pomału leci w bok, machając wszystkimi kończynami. A nogi ma piękne, długie, ramiona toczone, jak z alabastru, łuk szyi perłowy; a wszystko nagie, odsłonięte ku zachwytowi i zgrozie plebsu. Jeszcze przez chwilę ludziom na dole żołądki skaczą do gardła, bo zdaje im się, że dziewczyna zdoła schwytać się dłońmi liny. Ocaleje. Lecz nie. Siła upadku jest za duża. Natalia mija życionośny sznur o włos. Z otwartymi ustami, z których przenikliwym krzykiem wydostaje się cała rozpacz jej samotnego życia, opada w dół. Później świadkowi tragedii daliby sobie ręce uciąć, że ta chwila trwała wieczność. Wieczność to dobry czas dla aniołów. One swój plan miały przygotowany od dawna. Być może od chwili, kiedy Duch unoszący się nad wodami powiedział: Jestem… Wiec zanim jeszcze Natalia postawiła stopę na linie, clown Albert, który pełnił w petersburskim cyrku również rolę ciecia, zapomniał zamknąć klatkę z niedźwiedziem. Stary Misza, brunatny misiek z oberwanym uchem, który tego wieczora swoje już odegrał, spał zwinięty w rogu, obok miski z wodą. Dziewięcioletni Pietrek, podprowadzony tam delikatnie przez wiotką dłoń, aż podskoczył z radości. Wyjął kapiszon, co go miał schowany w kieszeni marynarskiego ubranka i odpalił nad uchem miśka. Obudzony wystrzałem zwierz wyprysnął z klatki z siłą pocisku. Przerażony Pietrek posikał się w nowe spodnie, ale niedźwiedź ani myślał wyżywać się na gówniarzu. Rycząc pognał przed siebie. A kierunek wypadł mu akurat na arenę. Więc gdy Natalia opadała w krzyku, na dywanie z trocin pojawił się pędzący niedźwiedź. I te dwa ruchome pociski sunąc prostopadle, spotkały się w jednym punkcie. A były nim plecy miśka. Natalia walnęła w żywy bufor i zastygła nieruchoma. Zwisała z włochatego grzbietu, jak szmaciana lalka. Wyszła z ciała. Czasami jej się to zdarzało. Widziała samą siebie z góry. Zobaczyła stamtąd upadek i miękkie lądowanie. Dostrzegła, że ogłuszony zwierz rozpłaszczył się na arenie. Że spomiędzy starych zębów wypełzł język. I kropla posoki. Ludzie na widowni zastygli. A potem wybuchli. – Żyje? – wołali z nadzieją. – Doktora sprowadzić, doktora!... – Raczej popa … Matki zasłaniały oczy swoim pociechom. Panienka o włosach upiętych w kok zemdlała. Gruby urzędnik wznosił modły. Żandarm szlochał. Kilkoro najodważniejszych widzów przesadziło barierę i podbiegło do dwójki nieprzytomnych. Ktoś pochylił się nad ustami kobiety, słuchając oddechu. Ktoś szarpał miśka za kudły. Ktoś wołał wniebogłosy. Lecz już od kulis biegł Rublow. Dyrektor w fioletowym fraku i zielonej kamizelce. Cygaro w zębach. – Wracać, kochani, wracać – wypychał widzów. I sam z pomocą clowna Alberta, który porzucił picie piwa na zapleczu, dźwignął nieprzytomną dziewczynę. Zanieśli ją do wozu Rublowa. Leciała przez ręce. A na arenę wpadli żonglerzy i tancerki. Orkiestra zagrała skoczne walczyki. Widowisko musi się toczyć. Dyrektor nie miał pojęcia o ratowaniu ludzi, więc wlał w usta Natalii, co miał pod ręką. A była to Stolicznaja. Dziewczyna zakrztusiła się i otwarła oczy. – Bogu dzięki… – westchnął dyrektor cyrku i przeżegnał się. Clown tylko splunął pod nogi. Inaczej nie umiał okazywać uczuć. – Co się stało? – jęknęła Natalia. – Dziecko... – dyrektor powstrzymywał łzy. – Żyjesz... Natalia patrzyła niewidzącym wzrokiem. Spróbowała się podnieść, ale ból szyi powalił ją na leżankę. Obróciła się tylko na bok i zwymiotowała na dywan mieszaniną krwi i żółci. – Do szpitala… – mruknął clown. Dziewczyna przestraszyła się. – Nie! Nienawidziła konowałów. Bała się strzykawek i skalpeli. Do mdłości doprowadzał ją zapach lizolu. które zostawiał w lupanarach. kocem. Dyrektor nie nalegał. Stary kutwa liczył każdy grosz. Oprócz tych, Poprawił tylko dziewczynie poduszkę pod głową i przykrył ją – Jak się czujesz? Natalia kiwnęła słabo głową. – Dobrze… chyba… Jeszcze wciąż była tam, na linie, pod powała cyrku. W świetle reflektora szła równo jak po szosie. Jej życie zastygło w tym momencie. Czy kiedykolwiek zejdzie na ziemię? Zaraz wpadł do budy dyrektora Sasza, siłacz rwący łańcuchy. Potężny grubas w koszulce w czarno–białe pasy. Liznął kiedyś weterynarii, więc w trupie Rublowa pełnił rolę lekarza. – Byłaś wspaniała, diewuszka!... – zagadywał Natalię, obmacując ją po całym ciele. I choć kilka razy krzyknęła, oględziny wypadły pomyślnie. – Kości całe – krzyknął radośnie. – Jeżeli wewnętrzne organy nieuszkodzone, niebawem będziesz skakać po linie, jak małpa. Natalia uśmiechnęła się z wdzięcznością. Za to Rublow spojrzał bykiem. Przegonił całą trupę, która zebrała się pod drzwiami, pełna troski o dziewczynę. – Jutro – wołał. – Jutro ją zobaczycie. Teraz dajcie pokój! – Śpij dobrze, Natalia – krzyknęły tancerki. – To był cud. Bóg cię kocha! – dorzucił połykacz ognia. Clown Albert gęsto pluł pod nogi. Anioły zadowolone z roboty, wzięły sobie wolne. Dlatego następnego dnia rano dyrektor ją zaskoczył. Natalia przespała noc na jego leżance, wiercąc się i gorączkując. A gdy obolała wstała rano, żeby wysikać się do wiadra, wpadł do przyczepy. Przekimał noc w wozie akrobaty. Teraz zarzucił na ramiona Natalii płaszcz i wcisnął jej do ręki dziesięć rubli. Cyrkówka zdziwiła się. – Za co? dobrze. – Popatrz – pokazał jej swą lewą dłoń. Nie musiał tego robić. Wszyscy w cyrku wiedzieli, że ma protezę. Prawdziwą rękę odgryzł mu nubijski lew. – Kiedyś byłem świetnym treserem dzikich zwierząt… – zaczął. – Ulubieńcem dam. Te bogatsze rzucały na arenę swoje pierścienie i kolczyki. Te zgrabniejsze czekały na mnie w swoich karetach. Chciały, żebym tresował je w ich alkowach… Ale gdy lew odgryzł mi dłoń, wszystko się skończyło. Już nigdy nie miałem odwagi stanąć oko w oko ze śmiercią. Uciekłem z areny. Ty, dziewczyno, też jesteś skończona. Już zawsze na linie będziesz myślała tylko o jednym. Kiedy spadnę? Kiedy roztrzaskam swoje młode ciało o ziemię posypaną trocinami? I roztrzaskasz, bez wątpienia! Natalia wciąż była zaspana. – Panie Rublow, brednie. – Nic nie mów! Wypchnął ją z wozu. Poprowadził przez błotnisty plac. Nie miała siły stawiać oporu. Konie stały przy pustych żłobach. Egzotyczne zwierzęta w klatkach patrzyły smutno. Okna w kolorowych wozach były pozasłaniane. Cyrkowa brać odsypiała nocne szaleństwa. Natalię bolało całe ciało. A w jej sercu budził się żal przeczuwanego nieszczęścia. Czekała na nią dorożka. Rublow wepchnął do niej Natalię – szybko, Rublow przełknął ślinę. Nie było mu łatwo. Ale wiedział, że robi szybko, żeby nikt nie zobaczył, nie zatrzymał. I wyrzucił z siebie: – Zwalniam cię. Natalia spojrzała na niego z rozpaczą. Jak pies wykopany za drzwi. – Dyrektorze… to moje życie… Rublow odwrócił twarz. Czuł, że jest świnią. Wiedział, że inaczej nie może. To dla jej dobra. Natalia miała w Petersburgu kuzyna. Nie znajdzie się na bruku. – Nie wracaj tu nigdy… Oszołomiona, obolała, ze łzami w oczach skuliła się na ławce dorożki. Dorożkarz zaciął konie. II Nad Warszawą pękło niebo. Szpony pioruna jak łapa czarta z hukiem rozorały nocny firmament. W sinym świetle błyskawicy wynurzyło się z ciemności ponure cielsko Cytadeli Aleksandrowskiej. Wysiedlono tysiące ludzi, aby wnieść tę monstrualną tiurmę. Budowana przez trzydzieści lat, powstała dzięki niewolniczej pracy chłopów, warta była górę złota. Górowała nad miastem niczym pajęczyca nad bezbronną muchą. Śledziła każdy ruch setkami armatnich oczu wycelowanych w Starówkę. Ceglane flanki, za którymi stacjonowały tysiące żołnierzy rosyjskiego zaborcy na moment mignęły w czarnej toni Wisły. Zaraz potem chlusnął deszcz. Burza zalała świat jak Ruscy Polskę. Kolejny błysk piorunu oświetlił bramę warowni, przez którą wyszła dziwna procesja. Dwóch więźniów ze skutymi stopami biegło truchtem, dźwigając nieforemny pakunek. Worek, do którego upchnięto zwłoki skazańca. Mini kondukt pogrzebowy strzegło dwóch wartowników. Na plecach karabiny, w rękach łopaty. – Kogo chowamy? – zapytał młodszy z więźniów, chorowity robotnik aresztowany podczas zamieszek u L.M. Lilpopa. Była Więźniowie walczyli rozpaczliwie z lepką ziemią, co nie było łatwe ze skutymi kajdanami stopami. Umęczeni pracą nie zwrócili uwagi na powóz, który wspinał się pod górę do wschodniej bramy. Obite żelazem koła turkotały na mokrych kamieniach. prelotka Włassowskiego, to złowieszcza zastępcy oberpolicmajstra Warszawy. Gdybyśmy włożyli głowę do jej obitego czarną skóra wnętrza, zobaczylibyśmy postawnego mężczyznę o brwiach gęstych, jak syberyjska tundra i mocnej szczęce. Przez policzek biegła mu czerwona szrama. Blizna po ofensywie na Adrianopol. Za pasem munduru opinającego szeroką klatkę piersiową tkwił kindżał, noszony wzorem krwiożerczych Czerkiesów. Żaden ze strażników nie raczył odpowiedzieć. Nieszczęśnika takiego jak my – pomyślał gorzko drugi więzień, były sędzia cywilny, urzędujący przy Miodowej, osadzony za konszachty z Narodnoj Wolej. – Niech śmierć pochłonie moich braci Rosjan, sługusów tyrana… Zatrzymali się na stoku upstrzonym kępami wyschłej trawy. W pobliżu krzyża, gdzie przed laty rozstrzelano Traugutta. Skazańcy położyli worek na ziemi i zabrali się do kopania. Strażnicy o przekrwionych oczach stanęli o dwa kroki od nich i wsparli się na karabinach. Deszcz lał. Były sędzia odłożył łopatę i otarł twarz. Spadająca z nieba woda oślepiała. Strażnikowi nie spodobała się samowolna przerwa w pracy. Szturchnął więźnia kolbą karabinu. Uderzony upadł w mokrą glinę. – Szybciej, psy – warknął oprawca w języku Puszkina. – Nie jesteśmy na balu. mężczyzny z monoklem w oku. kołnierzykiem koszuli. – Nie mogę się doczekać – odparł tamten, poprawiając muchę pod – Zaraz będziemy, profesorze – zwrócił się do siedzącego obok Konstantin Ciołkowski. Profesor Instytutu Technologicznego w Petersburgu, znawca materiałów wybuchowych, entuzjasta maszyn latających. Przybył tu na wezwanie oberpolicmajstra Warszawy. – Wasz przełożony ściągnął mnie obietnicą tak cudowną jak chodzenie po wodzie zbawcy naszego, Jezusa Chrystusa – uśmiechnął się petersburski uczony. – Jeżeli wszystko to okaże się prawdą… – zawiesił głos. – Świat nigdy już nie będzie taki sam… Włassowski kiwnął głową. – Kibalczycz mówi to samo. Przywołał nazwisko Władimira Kibalczycza, więźnia X Pawilonu, oskarżonego o spisek na życie Jego Wysokości cara Wszechrosji Aleksandra III. I skazanego na śmierć. Jednak terrorysta zamiast dyndać na szubienicy, pracował w wilgotnej celi nad tajemniczym wynalazkiem. „Darujcie mi chociaż kilka miesięcy życia – błagał sąd wojskowy ten oszalały od nihilizmu syn żydowskiego handlarza wódką. – Niech dokończę swój pomysł. Wcześniej nie miałem na to czasu, musiałem konstruować bomby dla moich towarzyszy zamachowców”. Sędziowie posłali go wszystkich diabłów. Ale Buturlin wybronił przed katem. O, Buturlin to szczwany lis. Widzi dalej niż te zakute łby z wojskowego sądu. Prelotka zatrzymała się u bram cytadeli. Żandarm wychylił w noc swą wilczą gębę i wrzasnął na strażnika: – Wpuszczaj, łachudro. Naczelnik czeka. Żołnierz zasalutował i gorliwie zastukał w odrzwia. Wielkie, wzmocnione żelaznymi sztabami wrota uchyliły się powoli, ukazując czarny wlot tunelu. W migotliwym świetle kołyszącej się na wietrze lampy naftowej powóz wjechał na wewnętrzny dziedziniec X Pawilonu. Profesor Ciołkowski wzdrygnął się mimowolnie. Przypadek decyduje, kto z nas opuści te mury – pomyślał strachliwie. Jak każdy poddany Jego Cesarsko-Królewskiej Wysokości Aleksandra Aleksandrowicza, pana Wszechrosji nie był pewien dnia, ani godziny. Osłaniani przez woźnicę dużym parasolem przedarli się przez błotnisty plac i schronili w biurze naczelnika więzienia. Stary Rosjanin, weteran, który walczył pod Sewastopolem, przyjął ich zgięty wpół. – Witam, witam – wykrzywiał twarz w grymasie, który brał za uśmiech. Felczer wziąłby to za ból zębów. – Każę zaraz rozpalić samowar. I szerokim ruchem ręki zachęcał gości, aby spoczęli na kanapie. Mebel pamiętający założyciela fortecy, Mikołaja I, świecił wytartym suknem. – Nie czas na pogawędki – zgasił go Włassowski. – Prowadźcie do więźnia. resztkach włosów. Naczelnik zdjął czapkę z czerwonym otokiem i podrapał się po – A którego z tych łachudrów Wasza Miłość ma na myśli? Włassowski sarknął w myślach: Durak… Dlaczego zawsze zatrudniają największych idiotów? musi się z nim rozmówić… – Kibalczycza – warknął. – Potrzebny nam Żyd wynalazca. Profesor Naczelnik rozłożył ręce gestem kata odmawiającego skazańcowi kubka wody. skazywał na chłostę. – To niemożliwe… Włassowski odruchowo złapał za kindżał. Za mniejszą bezczelność – Czy dobrze usłyszałem? Odmawiacie wykonania rozkazu oberpolicmajstra Nikołaja Buturlina? Brata naszego miłościwie panującego cara Aleksandra Aleksandrowicza? Naczelnik zbladł. Gdyby mógł, rozpłaszczyłby się na podłodze jak jego stary, wydeptany dywan. – Gdzieżbym śmiał… – zaśmiał się nerwowo. – Niestety, nawet nasz miłościwie panujący carsko-królewski władca imperium musi się ugiąć przed wyrokami opatrzności… Kibalczycz wymknął się… Włassowski spurpurowiał. Wyszarpnął kindżał i rycząc, podskoczył do naczelnika. – Daliście mu zwiać?! Twarz starca przypominała pysk kopniętego psa. – A gdzieżby. Umarł. Włassowski zamarł. Schował broń i odstąpił dwa kroki. – Nie żyje? Nie mógł tego zrozumieć. – Zamęczyliście go? – zapytał groźnie. – Przecież rozkazy były wyraźne. To więzień o wyjątkowym statusie. Nietykalny… Naczelnik oblał się potem. Poluźnił ciasny kołnierz. – Kiedy on sam… na suchoty… dziś rano… Właśnie go zakopują pod murami… Włassowski zbladł. Ręka znów powędrowała do ostrza. – Był chory? Dlaczego nie meldowaliście? – Nie było rozkazu. Włassowski zamarł. „Nie było rozkazu”, święte słowa. Absolutna ochrona. Wszak samodzielność w państwie cara była grzechem. – Pan wybaczy, profesorze… Zastępca oberpolicmajstra podszedł do okna. Odsłonił grubą kotarę. O szybę monotonnie walił deszcz. Włassowski myślał intensywnie. Po minucie odwrócił się od okna. Uspokojony. – No dobrze – wycedził. – Jednego pejsatego mniej. Prowadźcie do jego celi. Naczelnik wypuścił powietrze ze świstem. Uratowany. Ochoczo podskoczył do drzwi, aby wskazać gościom drogę. Oczy mu się śmiały. Miał ochotę śpiewać. Humor nie opuszczał go aż do drewnianych drzwi, za którymi więziono zmarłego geniusza. Skinął na wartownika, by ten przekręcił klucz w zamku. – Nic nie ruszaliśmy – pokazał na pryczę i stół. Na drewnianym gołym blacie leżały papiery. Pod zakratowanym oknem na półce stało kilka książek. Włassowski skoczył do przodu. Zatrzymał się przy stole zbitym z nieheblowanych desek i zaczął grzebać wśród zapisków. Z okrzykiem triumfu wyciągnął zielony zeszyt. Pomachał nim do profesora. – Przez ostatnie miesiące Kibalczycz tutaj zapisywał swoje obliczenia. Jesteśmy uratowani! Wręczył uczonemu z Petersburga niepozorny notatnik. Ten wziął go z mieszaniną ekscytacji i niedowierzania. – Światła – zagrzmiał Włassowski. – Więcej światła! Strażnik przyniósł dodatkową lampę i postawił na stole. Ciołkowski podwinął poły fraka i usiadł na prostym taborecie. Zajrzał do tajemniczego zeszytu. W miarę jak przeglądał obliczenia, zgłębiał matematyczne wzory, analizował zapiski kreślone drżącą dłonią chorego człowieka, jego twarz wydłużała się, a oczy powiększały. Włassowski obserwował go z niepokojem. Cały plan jego szefa Nikołaja Buturlina, cała ich przyszłość zależały tego człowieka. Od jego oceny. Czy mają w rękach skarb, czy bezwartościowe zapiski szaleńca? Gdy Ciołkowski skończył i odłożył zeszyt, w celi słychać było tylko chrobot korników w stołowej nodze. Włassowski podniósł pytająco brwi. Petersburska sława naukowego świata klepnęła dłonią w deski stołu. Uderzenie zabrzmiało jak wystrzał. – Geniusz! – profesor z Petersburga zaśmiał się wysokim głosem. Podziw mieszał się z zazdrością. Zachciało mu się płakać. Wzruszenia wytrącały go z równowagi. Szybko zapanował nad wybuchem emocji. Poprawił muszkę. Uśmiechnął się. – To oczywiście zbrodniarz. Zamachowiec… Ale jaki umysł. Szkoda, że nie mogę z nim porozmawiać. Jak uczony z uczonym… Włassowski zbliżył się do Ciołkowskiego. – Zatem to wszystko prawda, co mówił? Mamy nową, straszną broń? Profesor poskubał się po swojej angielskiej bródce. W Petersburgu takie były modne w pewnych kręgach. Na jego wargach wciąż igrał szelmowski uśmiech. – Myślę, że o wiele, wiele więcej… III Dorożka jechała Newskim Prospektem. Natalia patrzyła na Petersburg, jakby wylądowała na obcej planecie. Gdzie ja jestem? – Myślała obolała. – Kto wzniósł to chore, przerażające miasto? Domy wielkie jak kościoły szatana. Marmurowe zamki bogaczy, którzy zbili fortuny na rządowych zamówieniach. Niekończące się ulice, pod którymi skryto cmentarze. Chodniki zapchane mundurowymi. Wojsko, żandarmeria, studenci, urzędnicy. Najmarniejszy kancelaryjny gryzipiórek obowiązkowo w wojskowym uniformie. Skoszarowane społeczeństwo. Armia poddanych cara. Wszyscy zamknięci w więzieniu wielkim jak kraj – myślała. Dusiła się. Chciała płakać. Załkała nawet. Ale sucho. Bez łez. Czuła, że płacz rodzi się piersiach, podchodzi do gardła, wspina się wyżej i utyka gdzieś między nosem a oczami. Nie potrafiła się rozpłakać. Pragnęła, marzyła, żeby się rozbeczeć, rozmazać, zasmarkać. Rozpłynąć w słonej powodzi. Ale nic z tego. Nie umiała. Od śmierci babci łzy zamieniły się w kamienie. Zaklęła więc mocno. Po dorożkarsku. To przyniosło ulgę. Woźnica odwrócił się przez ramię. – To dokąd jedziemy? – zapytał, wymijając piwowara, który wtoczył na jezdnię beczkę z piwem – Dokąd?.. – Szczęki miała zaciśnięte, jakby gryzła żelazo. – Do domu. przejdę po linie? Niczego gorszego nie potrafiła sobie wyobrazić. Cyrk to było całe jej życie. Matki nie znała. Babcia Teodozja zginęła w pogromie, gdy Natalia miała trzynaście lat. Późniejszy czas spędzony w Petersburskim Instytucie dla Dziewic był koszmarem. I dopiero trupa Rublowa stał się jej rodziną. Prawdziwym domem. To nie była strata pracy. Pieniądze można zarobić wszędzie. To była zdrada. Cios w serce… Jak żyć? – myślała. – Jakie mam prawo żyć? Czy świat choć przez sekundę zainteresuje się losem takiej jak ja sieroty? Wyrzutka, kundla, mieszańca? Próbowała się modlić, lecz na próżno. Zmieniała słowa modlitwy, zmieniała bogów, do których wznosiła modły. Czy ma błagać Jahwe, czy jego chrześcijańskiego brata bliźniaka? A może płakać przed obrazem Najświętszej Panienki, bo jakie to niebo bez kobiety? Jaki to wszechświat, w którym brakuje Stworzycielki? Więc modliła się Ojcze Nasz i Matko Nasza… – i już sama nie wiedziała, kim jest. Czy ma prawo kogokolwiek prosić o pomoc, skoro nie należy do żadnego plemienia? – Dwadzieścia kopiejek – z ponurych rozmyślań wyrwał ją – A gdzie szanowna panienka raczy mieszkać? – Róg Jamskiej i zaułka Kuzniecznego. Furman cmoknął i popędził konie. A jeżeli on ma rację? – pomyślała o Rublowie. – I nigdy już nie dorożkarz. Weszła po ciemnych, brudnych, cuchnących moczem schodach. Trzymała się ściany z odpadającą farbą. Niepewna, obolała od upadku. W ustach gorycz żółci. Zadzwoniła, dzwonek brzęczał głucho, jakby był z żeliwa, nie z miedzi. Drzwi otworzył Andriej. Wysoki, siwy, w aksamitnym szlafroku. Bystre, lecz podpuchnięte z niedospania oczy. Uśmiechnął się serdecznie. – Siostrzyczko. Skąd ty tu? Poczuła ciepło w sercu. Wilgoć pod powiekami. Oto jedyny człowiek, dla którego coś znaczy. Bliski jak rodzony brat. Wszak wychowali się razem. Objęła go z czułością. Oddał uścisk. Ach, jak dobrze poczuć pewne męskie ramiona. Zapach cygar. Nagłą falą wrócił smutek. – Och, Andriej, co za nieszczęście! Spojrzał uważnie. Poczuła, jakby zajrzał na dno jej duszy. Nie powiedział nic, wciągnął do mieszkania. Zamknął drzwi i poprowadził do pokoju, gdzie stała kanapa z wysokim drewnianym oparciem. Posadził, przyniósł szklankę herbaty. Siadł obok, otoczył ramieniem. – Mów… Opowiedziała mu ostatnie wydarzenia. Oczy miała suche. Ale serce skowyczało żałością. Andriej wysłuchał uważnie. Potem złapał delikatnie za ramiona. – Jesteś cała? Pokiwała głową, że tak. Jest cała. Zdrowa. Choć poraniona na duszy. Andriej uśmiechnął się znów. Uśmiech miał anielski. – Wszystko będzie dobrze – pocieszył. – Dobrze, że żyjesz. Dobrze, że ten dusigrosz Rublow cię wyrzucił. Będziesz mi teraz bardzo potrzebna. IV Włassowski odwiózł Ciołkowskiego do Hotelu Europejskiego. Zostawił w pokoju 212 i zaraz skoczył prelotką na plac Teatralny pod ratuszem. Gdy uchylał drzwi do gabinetu swojego szefa, oberpolicmajstra Nikołaja Aleksandrowicza Buturlina, ten posuwał gryzetkę. Stał przy biurku z opuszczonymi spodniami. Przed nim, z szeroko rozłożonymi nogami, falowała piersiasta czarnulka, popiskując omdlewająco. Wielki nagi zad oberpolicmajstra napierał z rozkoszą, mięśnie pośladków kurczyły się rytmicznie, plecy wygiął niczym marcujący kot. Włassowski stał w progu i chłonął ten widok. Nad głową Buturlina, na beżowej ścianie gabinetu wisiał portret Jego Wysokości Imperatora Aleksandra III, cara Wszechrosji. Podmalowany na olejno łysiejący wąsacz wytrzeszczał gały. Wygląda, jakby Buturlin dymał cara – pomyślał zastępca, stary lubieżnik. Chrząknął, aby zwrócić uwagę szefa. Oberpolicmajster obejrzał się i zobaczywszy przy drzwiach Włassowskiego, mrugnął rozradowany. – Ma… macie? Zapytany tylko trzasnął obcasami i skinął energicznie głową. Z dumą wyciągnął przed siebie skórzaną teczkę. Minę miał rozradowaną. – Po… po… poczekajcie… – usłyszał. I przez parę chwil podziwiał, jak jego przełożony, strażnik i kat Warszawy, szczytuje we włochatych odmętach kokoty. Buturlin zaskowyczał, zatrząsł się i opadł na jasny brzuch płatnej kochanki. Już po chwili poderwał się, skoczył do okna, wytarł kuśkę w – Chcecie? – pokazał na nagą kobietę. – Inez jest słodka. Włassowski nie omieszkał skorzystać. Obrócił kobietę na brzuch i szybko wsunął swojego kozackiego zaganiacza w jej rozklepaną dziuplę. Jęknęła. Ruski dyszał, gniotąc jej ramiona w potężnych łapskach. Na łopatkach miała wydziergane dwa pierzaste skrzydła. Kiwały się w rytm uderzeń jego bioder. Zasapany po miłosnych ćwiczenia oberpolicmajster wyjął z czarnej skórzanej teczki z miedzianymi okuciami zielony zeszyt. Przerzucał chciwie jego strony, wpatrując się z rozkoszą w niezrozumiałe wzory matematyczne, wykresy i techniczne rysunki kreślone nieporadną kreską. Skarb, prawdziwy skarb – cieszył się w myślach bez zacinania. Słysząc, że podwładny dochodzi, zadzwonił na służbę. Wszedł Wania ubrany w kozackie pantalony i lnianą koszulę ze stójką. Włosy miał gęste jak snopek słomy. Udał, że nie widzi nagiego zadu Kozaka. – Koniak – rozkazał Buturlin. – Najlepszy. Służący przyniósł gruzińską brandy za czterdzieści pięć rubli butelka. ciężką zasłonę i wciągnął spodnie. Nalał od serca do dwóch grubo rżniętych kielichów. Włassowski skończył, skowycząc. – Zapłaćcie i wy… wyrzućcie ją – rozkazał oberpolicmajster, a sam rozwalił się na kanapie obok kaloryfera. Ratusz, podobnie jak pobliski Teatr Wielki od niedawna cieszył się tym zachodnim wynalazkiem Włassowski bez słowa wyjął pięć rubli. Złapał cichodajkę za kręcone włosy i wcisnął jej papier między nogi. Kobieta próbowała protestować, ale ból przywołał ją do porządku. – Sucz…– warknął żandarm. Wypchnął prostytutkę za drzwi, a za nią rzucił ciuchy. Chwycił butelkę gruzińskiej brandy, swój kielich i dołączył do szefa. Przypili. – Za cara! – rzekł Włassowski. – Oby żył wie… wiecznie! – mrugnął Buturlin. W jego ustach toast nabierał dwuznaczności. Był przyrodnim bratem władcy Rosji. Carskim bękartem. Brat nie był mu życzliwy. Szczerze mówiąc, kariera oberpolicmajstra wisiała na włosku. Odkąd od bomby polskiego terrorysty zginął ojciec obydwu, Aleksander II, Buturlin drżał o stołek. Teraz przygładził bokobrody zmierzwione w miłosnym szale i położył na kolanach czarną teczkę z zielonym zeszytem. Dotknął ją delikatniej niż piersi kochanki. Kobiety zwykle miętosił. – Potrzebuję zło… zło… złotego strzału – odezwał się do Włassowskiego, przed którym nie miał tajemnic. Jechali wszak na tym samym wózku. Zastępca nalał powtórnie bursztynowego gruzina. – Kubalczycz to genialny wynalazca – zapewnił. – Ciołkowski nie ma wątpliwości… re… rewolucjonistą. Buturlin łyknął brandy. – Kubalczycz jest łajdakiem i psem – sapnął. – Popieprzonym re… Włassowski rozlał ponownie. – Był… Buturlin spojrzał pytająco. – Gruźlica. Dziś go zakopali. Oberpolicmajster zerwał się na równe nogi. – U… u… umarł? Zdechł? W jego głosie dźwięczała histeria. Stanął przed zastępcą. Wziął się Wielki. pod boki. – Chcecie powiedzieć, że nie pojedzie ze mną do Mi… Mi… Ministerstwa Wojny?! – zapiał z wściekłością. – Że nie pokażę im naszej cudownej kury znoszącej złote jajka?! Przecież to… ka… ka… ka… Próbował wypluć słowo. Nie dał rady – Katastrofa? – podrzucił Włassowski. Buturlin padł obok niego na sofę. – Pies to jebał! – wykrztusił bezbłędnie. Włassowski odczekał chwilę. Buturlin temperament miał jak tuszę. – Szefie… – zaczął łagodnie, jak do dziecka. – Mamy zeszyt i Ciołkowskiego. Nic więcej nam nie trzeba. Buturlin chwilę przeżuwał jego słowa. Włassowski kontynuował: – Ciołkowski skonstruuje według planów Kubalczycza rakietę. Damy carowi do ręki broń, jakiej nie miał jeszcze żaden władca. Gdy zechce, zmiecie z powierzchni ziemi całe miasta. Całe narody. Kto mu się oprze? Buturlin kiwał głową w rytm słów swojego zastępcy. Jego tłuste oblicze zdawało się mówić: Tak. Właśnie tak. Tak, nie inaczej… Z radością klepnął się po grubych udach. Zarechotał. Znów był sobą. Birbantem, utracjuszem, pijanicą. Panem stolicy Priwislienia. – Ża… żadna Turcja, Austria czy Japonia nie podskoczą teraz naszemu ukochanemu Oswobodzicielowi – śmiał się. – A kto mu wręczy ognisty miecz? Kto na tacy przyniesie mu władanie nad świa… świa… światem? Włassowski wyciągnął długie nogi, jedną rękę położył na oparciu kanapy. Drugą uniósł butelkę jak puchar zwycięstwa. – Jego wspaniały brat… Wasza Ekscelencja Nikołaj Aleksandrowicz Buturlin!… Oberpolicmajster beknął z wyczuciem dramatyzmu. – Otóż to. I nasze kło… kłopoty wreszcie się skończą. Znów przypili. Przez chwilę panowała błoga cisza. Obaj roztrząsali cudowne korzyści, które spłyną na nich wraz z łaską cara. Wreszcie Buturlin się otrząsnął, wsadził koszulę do spodni, przeczesał dłonią siwiejące włosy. Podniósł czarną teczkę i klepnął w nią. – Najważniejsze, że mamy plany – stęknął. – Sam Kubalczycz potrzebny nam… jak chu… chujowi cycki! Włassowski przyklasnął. – Ten zeszyt jest wart więcej niż Alaska, którą wasz świętej pamięci ojciec sprzedał Amerykańcom – zapewnił żarliwie. – A Kubalczycz niech gryzie ziemię pod Cytadelą! Wybuchnęli śmiechem. Dobry żart lepszy niż gorzałka. Buturlin wyciągnął z biurka dwudziestoletnią J B, whisky, którą pijała nawet królowa Wiktoria. Jak każdy alkoholik wiedział, że po tym nie trzaska łeb. Nalał do kielichów po brandy. Wypili i zgodnie roztrzaskali szkło o ziemię. – Pi… pi… pijanym szczęście sprzy… sprzyja! – zawołał Buturlin. Zadzwonił dzwonkiem stojącym na komodzie. – Każ zaprzęgać, Wa… Wanieczka – miękko rozkazał oberpolicmajster. – Czas mi do Petersburga ruszyć. Spotkanie ma… mam z carem umówione. Gdy wsiadał do stojącej pod ratuszem bryczki, aby udać się na dworzec kolei Warszawsko-Petersburskiej, ledwo trzymał się na nogach. Gdyby wiedział, co anioły szykują mu w podróży, wytrzeźwiałby w sekundę. V – Nie patrz! Natalia rzuciła w Andrieja ściągniętym białym strojem cyrkówki. Mężczyzna siedział na łóżku. Złapał spódniczkę i odwrócił się do dziewczyny plecami. Siwe włosy opadły mu na kołnierz marynarki. Miał niecałe trzydzieści lat i białą głowę. Kruczoczarne włosy wyblakły jednego dnia. Przed plutonem egzekucyjnym. Natalia stanęła przed lustrem naga. Spojrzała na swoje śniade ciało z czułością handlarza niewolników. Długie nogi, tarcza brzucha w obramowaniu wąskich bioder, piersi, które mieściły się w miseczkach dłoni. Czarne kręcone włosy. Jerozolimskie oczy. Spojrzenia mężczyzn goniły ją na ulicach. Wołały o pożądaniu i tęsknocie. Ale ona w lustrze widziała pokrakę. Za chudą, za wysoką. I ten nos… Na całej tafli lustra rozpychał się wielki jak synagoga nochal. Nienawidziła go. Andriej zaklaskał. Patrzył na Natalię zachwyconym wzrokiem. Znał jej ciało, bo nieraz kąpali się nago w rzece w majątku babki Teodozji. Ale wtedy byli dziećmi. Dziś miał przed sobą kobietę. Dziewczynę smukłą jak świerk na piaskach. – Piękna. Podszedł bliżej. Natalia, jak kobiety na obrazach starych mistrzów, zasłoniła skromnie łono i piersi. – Jestem okropna… nie znasz się… Wiedziała, że wolał chłopców. Andriej pokręcił głową. – Buturlin będzie zaszczycony, że okradnie go tak wspaniała kobieta… Dotknął jej biodra. Lekko przeciągnął palcem po aksamitnej skórze. Natalia poczuła miłe mrowienie rozlewające się po całym ciele. Przytulił ją. Zakręciło się jej w głowie. Pocałuj mnie, bracie – prosiła w duchu. Nadaremno. Andrieja podniecała tylko jedna kochanka. Rewolucja. – Włóż – podał jej swoją koszulę. Natalia przebrała się za mężczyznę. Widziała w lustrze, jak jej kształty giną w luźnych czarnych spodniach i marynarce. Jak z niezgrabnej dziewczyny zamienia się w młodego mężczyznę, robotnika, proletariusza. Jakie to proste – myślała. – Ukryć się przed losem. Jako nie kobieta nie musiała zamartwiać się swoim bólem. Teraz w pokoju było dwóch młodych mężczyzn. Chłopaków, którzy chcieli zmienić świat. Andriej machnął telegramem. Cioteczka kupiła sofę. Wraca do domu we wtorek – przeczytał. – Nasz człowiek w Warszawie przesyła wiadomość – uśmiechnął się z triumfem. – Buturlin jedzie do Petersburga. Wszystko toczy się według planu. Młokos o imieniu Natalia uśmiechnął się do swojego oblicza w lustrze. Śmiało, z męską fantazją, objął stojącego obok siwowłosego młodziana i roześmiał się szczęśliwy. – Kocham cię…– powiedział po prostu. I pocałował Andrieja w usta. Mężczyznom wolno więcej – śmiał się w duchu. Andriej się zmieszał. Wielki anarchista, a czerwieni się jak sztubak. Sięgnął do kieszeni i wyjął sztuczne wąsy. Przykleił „towarzyszowi” nad wargą i docisnął kciukiem. – Bracie – powiedział. Głos miał gęsty jak pop przed ikonostasem. – Teraz wszystko zależy od ciebie. Natalia również spoważniała. Tyle przegadanych nocy, marzeń i planów – pomyślała. – A teraz nadchodzi ta jedna chwila, chwila prawdy. Ile jestem warta? Przytuliła Andrieja mocno. Po bratersku. Wyszli na miasto. Stróż zamiatał podwórko. Natalia przeszła obok niego jak po rozżarzonych węglach. A jak pozna? – myślała ze strachem. Ale dozorca podniósł głowę i omiótł ją niewidzącym spojrzeniem. Ot, dwóch mężczyzn. Częsty widok w jego kamienicy, gdzie młode praczki przyciągają stada samców. Na ulicy Andriej uśmiechnął się z triumfem. – Jesteś niewidzialna! Przeszli kilka ulic. Ta dzielnica Petersburga były zamieszkana przez rzemieślników i robotników. Biednych, spracowanych ludzi. Po drewnianym bruku turkotały żelazne koła wozów. Chodnikami obok śmierdzących rynsztoków przemykali czynownicy powyżej dziesiątej klasy, chłopi w zniszczonych kożuchach i brodaci popi. Andriej stanął przed drzwiami szynku. Od schodów prowadzących w dół zionęło gorzałką, gotowaną kapustą i niemytymi ludzkimi ciałami. – To tutaj? – Natalia nie była zachwycona. Zeszli do piwnicy. Dziewczyna powoli, niepewnie. Jak oni mogą chodzić, gdy mają tyle materiału w kroku? – pomyślała ze współczuciem. Siedli przy stole, na którym kopcił oliwny kaganek. Obok na kontuarze leżały pokrojone ogórki i głowy ryby. Śmierdziały, aż skręcało kiszki. U właściciela suchego jak skórka chleba rzucona za piec zamówili talerz blinów ze śmietaną. Siedli nad nimi i popijając wódkę z odkorkowanej butelki czekali wieczoru. Natalia paliła papierosy i mimo zaduchu była szczęśliwa. Czuła, że może przenosić góry. – Teraz, gdy jesteś mężczyzną, musisz zachowywać się inaczej – Andriej upił łyk gorącej herbaty ze szklanki. – Musisz być bezwzględna. Natalia stężała. Czy potrafię? Nie była pewna. – Najważniejszy jest zeszyt Kibalczycza – mówił siwowłosy anarchista. – Musisz być gotowa zabić dla niego… Natalia kiwnęła niepewnie głową. Popatrzyła na grubasa pod ścianą, który odłożył kapelusz na stół i łyżką młócił kaszę gryczaną z gara. Oczy łzawiły mu z wysiłku. – Mówiłeś, że nie będziemy zabijali bez potrzeby – zaprotestowała. – Mówiłem… – Andriej uśmiechnął się anielsko. – I powtarzam. Ale gdyby Buturlin próbował ci przeszkodzić… masz to. Podał jej pod stołem nóż. Natalia poczuła w dłoni zimną stal. Obłą rękojeść sprężynowca. Ukryła go w rękawie i przeniosła do kieszeni spodni. Ciążył jej, jakby ważył siedem pudów. Przypomniała sobie słomianą kukłę, którą uderzała miesiącami pod okiem Andrieja, ćwicząc śmiertelne ciosy. Znała położenie tętnic w ciele. Wiedziała, pod które żebro uderzyć, żeby przebić serce. Może to wszystko tylko mi się śni? – pomyślała z nadzieją. Lecz nie. Wiedziała, że koszmar jest jawą. Jej życiem. Życiem przerażonego narodu wybranego jęczącego pod knutem tyrana. – Zrobię to – szepnęła. W gardle jej zaschło. Zamoczyła usta w wódce. Rozkasłała się. Andriej walnął ją w plecy. Po bratersku. Roześmiał się. Takim go zapamiętała. Twarz rozjaśniona wewnętrznym światłem. Kurze łapki wokół oczu. Wyszczerzone, żółknące zęby. Jej przyszywany brat. Platoniczny kochanek. Człowiek, który nadał kształt jej dziewczyńskim snom. Gdy noc objęła mocno śpiący Petersburg, dorożką pod szynk zajechał Jurij Godlieb. Trzeci z wtajemniczonych w plan napadu na pociąg. Zażywny grubasek w przyciasnej marynarce. Z kołnierzem przysypanym łupieżem. Syn popa. Andriej objął go mocno na powitanie. Szybko, przelotnie pocałował w usta. Panowie się zaczerwienili. Męska miłość gorsza niż grzech – pomyślała Natalia. – To też musimy zmienić. Jurij był kochankiem Andrieja. W gorące, namiętne noce śnili o nowym, lepszym świecie. Tryskając nasieniem marzyli, że użyźniają glebę, na której wyrośnie. Pojechali turkocącym wozem na przedmieścia. Natalia trzymała na kolanach worek z ekwipażem. – Na krucyfiks – wołał Jurij – Noc piękna, aż strach! I pogwizdywał religijne melodie. Napięcie eksplodowało w nim nerwową wesołością. A co, jeżeli mój niedawny upadek był ostrzeżeniem? – pomyślała dziewczyna. – Może trzeba się wycofać? Ale wiedziała, że zaszła za daleko. Nie może zawieść Andrieja. Nie zwykła zdradzać ludzi, którzy okazali jej serce. Siwowłosy prowodyr wyczuł tę niepewność. I uścisnął mocno jej dłoń. Wóz jechał wolno, bo całkowite ciemności rozświetlała tylko naftowa lampa kiwająca się na dyszlu. Wokół nich ciągnęły się płoty, niskie drewniane baraki, bieda i ohyda upadłego miasta. Wielki Sankt Petersburg, serce imperium, zamieniał się w cuchnąca gnojówką wieś. Dalej były już tylko pola. Nieskończona przestrzeń zasłonięta nocą. Po dłuższej podróży przejechali z turkotem tory kolejowe. Tu Jurij zatrzymał powóz. Natalia zeskoczyła na ziemię. Nadal czuła uścisk w żołądku. Obok niej stanął Andriej. – Gotowa? – raczej usłyszała, niż dostrzegła anielski uśmiech towarzysza. Księżyc zniknął za chmurami. Wokół mrok jak w duszy cara. Jurij, kląc na konie, zawrócił z trudem na wąskiej drodze. – Na krucyfiks! – zawołał. – Do szybkiego zobaczenia. Zaśmiał się, gwizdnął, zaciął dwójkę koni i zniknął w ciemnościach. Tylko lampa migotała jak zabłąkany świetlik. Zarzuciła worek na plecy, wcisnęła kaszkiet. Andriej był obok. Uścisnął ją czule. Jak kochanek. słowa. – Jesteś najlepsza. – Tylko tobie mogłem zaufać – popłynęły z ciemności miłe jej sercu Wszelkie wątpliwości zniknęły. Czuła to, co zawsze przed wejściem na linę. Największe skupienie. Absolutną pewność. Najlepsza! – zaśmiała się w duchu. Naprawdę w to wierzyła. Ruszyła torami w kierunku Polski. Niedaleko była rzeka, nad którą zbudowano most. Wspięła się na przęsło i zastygła przytulona do metalu. Czekała. Andriej został przy drodze. Wdrapał się na słup semafora i kawałkiem tektury zasłonił zieloną lampę. Potem zdemontował osłonę czerwonej. Jeszcze przywiązał kilka sznurków i był gotów. Nocny pociąg z Warszawy musi się tu zatrzymać. Siedząca na moście Natalia zobaczyła, że semafor zaczerwienił się znakiem „stop”. Od rzeki ciągnęła wilgoć. Słyszała chlupotanie w szuwarach. Drżała z zimna i przejęcia. Do tej pory rewolucja była okrągłymi zdaniami. Entuzjastycznymi dyskusjami w ciepłych pokojach. Teraz stała się zimnym, nitowanym przęsłem rozpiętym w ciemnościach. A to zupełnie co innego. Ale zanim strach zamienił ją w słup soli, zaczęło się. Wielka lokomotywa buchająca parą zwolniła przed rzeką. Pociąg wtaczał się na most w zgrzycie hamulców. Ciotka wraca we wtorek – powtórzyła sobie słowa telegramu. Wtorek według żydowskiego kalendarza to trzeci dzień tygodnia. Zatem Buturlin jedzie w trzecim wagonie, licząc od lokomotywy. Gdy dach salonki błysnął w dole – akurat zza chmury wyjrzał księżyc – skoczyła. Opadła miękko na nogi, podpierając się dłońmi. Położyła się na brzuchu, rozkładając szeroko ręce. Na razie była bezpieczna. Pociąg nie stał długo. Gdy Andriej zobaczył, że skład minął most, pociągnął za sznurki i semafor znów rozbłysnął zielenią. Siedział w rowie, gdy ekspres do Petersburga pognał w kierunku miasta. – Niech twój anioł niesie cię na skrzydłach… – życzył dziewczynie z całego swojego anarchistycznego serca. Potem wspiął się na semafor i odciął sznurki. Pierwsza zasada konspiracji. Jak najmniej śladów dla ochrany. Gdy Natalia podnosiła się na kolana, on biegł już w kierunku Petersburga. Śladem dorożki Jurija. Ekspres pędził, znacząc szlak snopami iskier. I kłębami białego dymu rozpływającego się w zimnym księżycowym świetle. Wiózł zmęczonych, chrapiących, niczego nieświadomych pasażerów. Można by ich sprzedawać na targu jak barany. Natalia powoli zbliżyła się do wywietrznika na środku dachu. Mroźny pęd powietrza przenikał do szpiku kości. Sięgnęła do przewieszonego przez plecy worka i wyjęła linkę. Przywiązała do metalowego komina luftu i tak zabezpieczona ruszyła w stronę krawędzi dachu. Powoli, a wszystko będzie dobrze. Wiatr targał jej ubranie i związane włosy. Kaszkiet zapobiegliwie schowała do worka. Tutaj nie musiała nikogo udawać. Męski strój był jej potrzebny tylko dla wygody. Włamywacze nie pracują w gorsetach i halkach. Niech Buturlin kocha świeże powietrze – modliła się do Archanioła. Niestety. Okna salonki były zamknięte. Z duszą na ramieniu, trzymając się linki, zawisła głową w dół. Włosy uwolnione od rzemyka powiewały jak flaga. Szarpane pędem powietrza falowały wokół głowy. Pośliniła gumową przyssawkę i uderzyła w szybę. Wyjętym z worka szklarskim diamentem zakreśliła wokół niej koło. Z całej siły pociągnęła za rączkę. Szkło puściło. Aż krzyknęła z wrażenia. Na szczęście w turkocie kół jej okrzyk zniknął jak kamień rzucony w wodę. Włożyła rękę w wykrojony otwór. Udało jej się otworzyć okno od środka. Wciągnęła się na dach i teraz opuściła w dół nogi. Smagnęły ją po tyłku witki rosnących przy torach krzaków. W odruchu paniki zacisnęła kurczowo palce na krawędzi dachu. – Spokojnie – szepnęła. – Po prostu wejdź tam. Szybko wsunęła stopy w szparę i naciskając ciężarem ciała na okno, opuściła je. Trzymając się linki, wsunęła się do wnętrza salonki. Zawadziła o stolik i opadła na dywan. Hałas, który spowodowała, wydał jej się wielki jak zderzenie parowozów. Ale nic się nie stało. Nikt nie zaczął krzyczeć, nikt nie wezwał strażników. Sięgnęła do worka i wyjęła małą karbidówkę. W jej nikłym świetle rozejrzała się po salonce. Pokryte boazerią ściany przyozdobione były gobelinami wyszytymi w rustykalne sceny. Drzewa, pastuszkowie, nimfy. Na środku stał stół, a na nim opróżniona butelka whisky. Pod ścianą kozetka. Podeszła wolno. Buturlin w rozpiętym mundurze chrapał pod wełnianym kocem. Otwarte usta w nalanej twarzy wyglądały jak dół kloaczny. Czuła kwaśną woń przetrawionego alkoholu. Tak wygląda władca Warszawy – pomyślała z pogardą. – Śmierdzący pijus. Mogę go załatwić jednym ciosem. Sięgnęła do worka. Poczuła zimną rękojeść noża. Zastygła. Wiedziała, że tego nie zrobi. Mordowanie śpiących ludzi to za dużo nawet dla absolwentki Petersburskiego Instytutu dla Dziewic. Wyjęła buteleczkę z eterem i chustkę. Wsadziła do kieszeni. Zajrzała pod sofę, na półkę z bagażem. Uchyliła stojący w kącie kufer. Wyrzuciła z niego ubrania. Obejrzała wszystkie kąty. Szukała coraz bardziej nerwowo. Gdzie on to schował? – myślała ze strachem. Zeszyt Kibalczycza zniknął. Spocona usiadła na taborecie. Archaniele, dlaczego nic mi się nie udaje? – Chciało jej się płakać. Misterny plan opracowywany miesiącami brał w łeb przez jej gapiostwo. Zaraz, zaraz – próbowała się uspokoić. – Natalio, dziewczyno kochana, gdzie byś schowała zeszyt tak ważny jak cesarstwo? Patrzyła na chrapiącego Buturlina. Na jego cielsko potworne, jakby ktoś wepchnął krowę pod koc. Głowa leżała na wyszywanej złotą nitką poduszce. A spod poduszki coś… Ależ tak! Tam coś jest! Zerwała się z taboretu i podsunęła latarenkę. Spod poduszki wystawała czarna skórzana teczka. Serce jej zabiło. W ustach zaschło. Archaniele – błagała. – Już Ty wiesz, czego potrzebuję. Odstawiła światło i ostrożnie chwyciła krawędź teczki. Pociągnęła. Nic. Teczka ani drgnęła. Wielki łeb oberpolicmajstra przycisnął ją jak kowadło. Pociągnęła znów. Teczka wysunęła się odrobinę. W serce Natalii wstąpiła nadzieja. Szarpnęła mocniej. Już miała teczkę, już była bliska zwycięstwa, gdy śpiący coś wymamrotał. Odskoczyła o krok. Patrzyła przerażona, jak Buturlin obraca się na bok, jego wielkie ramię obejmuje poduszkę. Skórzana teczka znika pod wielkim cielskiem. Cholera – warknęła w myślach. – Może powinnam zaszlachtować oberpolicmajstra jak prosiaka? Przez chwilę nie wiedziała, co robić. Bała się użyć eteru. Nie wierzyła w jego skuteczność. Wyjrzała przez okno. W oddali widać było światła. Pociąg zbliżał się do miasta. Jej czas się kończył. W poczuciu ostateczności oparła dłonie na ramieniu Buturlina. Spróbowała przetoczyć go na plecy. Oberpolicmajster zaświstał, zamruczał i zmienił pozycję. Rożek teczki znów się pokazał. Gdy po niego sięgała, zobaczyła, że Buturlin się budzi. To koniec – zawyła w duszy z rozpaczy. – Już po mnie! Oberpolicmajster otwierał zaropiałe oczy. Tarł twarz grubym łapskiem. Wracał do życia. Natalia w panice wyciągnęła buteleczkę z eterem. Wylała jej zawartość na chustkę i skoczyła na grubasa. Przetoczyła się po nim i błyskawicznie chwyciła go za szyję. Obejmując za kark, zatkała mu usta i nos chustką. Oberpolicmajster zachłysnął się parującym eterem. Wciągnął go kilka razy, zanim zaczął walczyć. Nie wiedział, co się dzieje, ale czuł czyjeś ciało na sobie i chciał je zrzucić. Miotał się, wymachując na oślep ramionami. Wyglądało to, jakby potężny byk chciał zrzucić z siebie chudego jak patyk toreadora. Zwierz wierzgał, a biedny poskramiacz byków z całych sił próbował utrzymać się na jego grzbiecie. Pchła na słoniu. W końcu Buturlin osłabł. Z westchnieniem znieruchomiał. – Skurczybyku – stęknęła Natalia. – Prawie mnie zmiażdżyłeś. Wydostała się spod nieruchomego cielska i skoczyła do lampy. Zakręciła płomień. Wiedziała, że opary eteru tworzą z powietrzem mieszankę wybuchową. Nauczyła się tego na wykładach Ciołkowskiego. Poza tym bała się, że do salonki wpadną żandarmi trzymający straż w korytarzu. Ale nic się nie wydarzyło. Widać wojacy się pospali. Po omacku podeszła do leżanki i sięgnęła po teczkę. Otworzyła ją. Serce jej załomotało. Zeszyt był tam. – Dzięki, Archaniele – westchnęła. Poklepała nieruchome ciało oberpolicmajstra. – Żegnaj, marionetko… – szepnęła i podeszła do okna. Czas był najwyższy. Pociąg właśnie zwalniał na przedmieściach. Tym razem o czerwone światło semafora zadbał Jurij. Natalia wyśliznęła się przez otwarte okno, jak żmija. Na chwilę zawisła nad ciemnością. Skoczyła. Opadła na stok i potoczyła się po suchej, zeszłorocznej trawie. Przywarła do ziemi. Marzyła, żeby zostać tak na zawsze. Serce biło jej jak oszalały ptak skrzydłami o pręty klatki. W oddali niknął głos odjeżdżającego pociągu. Na torach usłyszała kroki. To Jurij jej szukał. – Na krucyfiks, dziewczyno – krzyknął na jej widok. – Anioły naprawdę cię kochają! VI Gabinet cara był wielki jak wnętrze cerkwi. Świece w wieloramiennych lichtarzach pod ścianami się paliły, mimo że dzień był jasny. Buturlin, w galowym mundurze, brzękając medalami, szedł po czerwonym dywanie ponury jak moskiewska zaraza. Z obrazów spoglądały na niego surowe twarze Romanowów. Oberpolicmajster był pewien, że słyszy głosy oburzonych przodków: Nędzniku! – wołała Katarzyna I wyprostowana na koniu. – Jak śmiesz tu przychodzić po tym, co się stało? Bękarcie, wyskrobku! Mikołaj I łypał zły jak stado os: Cóż eś uczynił, łachudro! Miałeś w ręce broń straszną jak grzmot, miecz ognisty na pohańbienie wrogów cesarstwa, czyli świata całego! I dałeś sobie wyjąć z ręki jak dziecko zabawkę. Wstyd, sromota. Naprawdę, dawno się tak nie wkurzyłem. Może gdy ci durni Polaczkowie w 1831 zrzucili mnie z królewskiego tronu! Nawet ojciec, Aleksander II, którego portret wisiał na samym końcu gabinetu, nad biurkiem, przy którym urzędował obecny car, patrzył ze smutkiem. Synku… – szeptał – zawiodłem się na tobie… do pasania świń się weź, nie do polityki. Buturlin czuł się pognębiony. Bez zeszytu Kibalczycza był nikim. Zerem. Katorżnikiem, syberyjskim chłopem. Powoli zbliżał się do wielkiego biurka, za którym jak Bóg Wszechmogący rozsiadł się car. Szedł jak na ścięcie. Że też mnie dobudzono – myślał z żalem. Gdy rano wymiotował na podłogę wagonu ekspresu Warszawa – Petersburg, przez chwilę miał nadzieję, że to skutek przepicia. Ale szybko przypomniał sobie nocną walkę. Zrozumiał, że go uśpiono. Zawył z wściekłości. Dziura wycięta w oknie i brak czarnej teczki dopełniły furii. Miał ochotę mordować. Ale teraz wolałby uciec, zaszyć się gdzieś u ujścia Newy, zaginąć na moczarach, niż przyznać się przed swoim prześwietnym bratem, władcą Imperium Rosyjskiego, do porażki. Psiakrew – dusza wyła w nim ze zgrozy. – Już po mnie! Aleksander III, potężny mężczyzna, który dla krotochwili swoich dzieci łamał w dłoniach podkowy, podniósł się na widok wchodzącego. Rozłożył ramiona. Twarz miał opuchłą od złego jedzenia, ale usta rozciągnął w przyjacielskim uśmiechu. – Bracie… – powiedział ciepło, jakby chciał go przytulić do piersi. Buturlina zmroziło. Udusić chce, swołocz… Dla pewności stanął za biurkiem i złożył głęboki ukłon. – Wa… Wasze Winicziestwo… zaszczyt to dla mnie ogromny… W oczach władcy dostrzegł figliki. Cieszy się, że mnie upokorzy – zaperzył się oberpolicmajster. – Niki…– twarz cara była jak słońce w lipcu. – Witaj w domu… Podszedł i ucałował brata w policzki. Na ramionach włodarza Warszawy włosy stanęły dęba. wbije mi nóż w plecy. Musi być ze mną rzeczywiści źle… – myślał strachliwie. – Zaraz Aleksander III zdawał się nie dostrzegać jego zmieszania. – Twój widok cieszy nasze oczy… – rzekł. Buturlin zadrżał jak osika. Usiedli przy stole pod oknem w fotelach wywiezionych z Luwru w czasie królobójstwa we Francji. Car uśmiechnął się po raz kolejny. – Z czym przybywasz? Gdyby oberpolicmajster miał pistolet, strzeliłby sobie w skroń. – Wiozłem Wa… Wam władzę nad światem… – wydukał. – Ale… napadnięto mnie… O… ooo… obrabowano… Chciało mu się płakać. Wiedział, że jest skończony. A car po prostu upił łyk kawy o barwie gruzińskiej ziemi, zagryzł piernikiem i spojrzał na brata z czułością. Patrzy na mnie z czułością – myślał oberpolicmajster. Który z nas zwariował? Łyknął koniaku. Car pokiwał głową. – Rozumiem twoją zgryzotę, bracie, ale nie smuć się niepotrzebnie. Odzyskamy notatki Kibalczycza. Oberpolicmajstrowi oczy wyszły na wierzch. Czy słuch go myli? A może śni? Jego wielka tajemnica, sekret, który pieścił w duszy jak małż perłę, jawny niczym plotka na targu? – Ale skąd Wa… Wasza Miłość wie? Aleksander III uśmiechnął się zadowolony, jakby spłatał niezłego figla. Przez chwilę bawił się filiżanką z miśnieńskiej porcelany. W jego potężnej łapie wydawała się delikatna jak skrzydła motyla. W końcu zlitował się, odstawił ją na stół i rzekł: nocy członkowi – Hrabia Tołstoj, którego uczyniłem ministrem spraw wewnętrznych, zobowiązany jest informować mnie o wszelkich zagrożeniach. A dzisiejszej rodziny groziło wielkie niebezpieczeństwo. Nic dziwnego, że hrabia osobiście dopilnował śledztwa. Zanim dotarłeś do pałacu, jego ludzie wzięli na spytki Ciołkowskiego. Wiem wszystko o twoich planach. I pochwalam. Dobro cesarstwa leży ci na sercu. Brawo! mojej Buturlin poczuł, że jego piersi ogrzewa nurt ciepłej krwi. I nie koniak był tego przyczyną. Brat docenił go. Okrutny, nieczuły braciszek, zimny jak wody Komyły. Nareszcie! Pierwsze dobre słowa, które od niego usłyszał. Pod powiekami szczypały łzy. – Chcia… chciałem dobrze… Ale ktoś zdradził – jęknął. Car podsunął bratu filiżankę kawy. – Znajdziemy go… – uśmiechnął się. – Tym się nie kłopocz… hrabia Tołstoj wyłapie wszystkich nihilistów. Buturlin się rozluźnił. Czegoś takiego się nie spodziewał. Aleksander III żywi ludzkie uczucia. Prędzej uwierzyłby w białe niedźwiedzie na ulicach Warszawy. Widać, cuda się zdarzają. I dla niego – odrzutka, bękarta, wyskrobka – nadeszła sprawiedliwość. – Wa… Wasze Winicziestwo… – pozwolił sobie na śmiałość. – Zaraz po powrocie do Priwislienia rozpocznę własne śledztwo. Dopełnię wszelkich starań, aby sprawa Kibalczycza została dokładnie wyjaśniona, a wszyscy wi… winni ponieśli karę. Ta straszna broń… tylko car Wszechrosji może mieć takie diabelstwo. Tylko prawdziwemu władcy należy się kolec skorpiona. Aleksander III uśmiechnął się pobłażliwie. Właściwie lubił przesadę. – Kochany – wziął go za ramię – ty się teraz tym nie kłopocz. Inne mam dla ciebie zadanie. Delikatnie zmusił go do wstania i pociągnął za sobą. Ruszyli na spacer po pałacu. Mijali rzeźby z alabastru, obrazy w złotych ramach, żyrandole migoczące łzami kryształów. Otwierały się przed nimi kolejne drzwi z nieskończonego szeregu barwnych pokoi. Strażnicy salutowali, odźwierni we francuskiej liberii zamykali za nimi skrzydła amfilady. Cud… – myślał Buturlin odurzony koniakiem na pusty żołądek. – Odkąd ojciec umarł, będzie już ze trzy lata, nie miałem tu wstępu. A teraz sam car jak pokojowiec ciągnie mnie po swoich intymnych zakamarkach… ”. Był zachwycony. Czuł, że jego pech się skończył. Cesarz nareszcie przejrzał na oczy. I dojrzał w nim sprzymierzeńca. Najwierniejszego z wiernych. Zatrzymali się w komnacie ozdobionej złotem i bursztynem. Słońce wpadało przez otwarte okno i więzło w wyjątkowej piękności fryzach. Buturlin patrzył z zazdrością. – Bracie, widzę, że jesteś czuły na piękno… – odezwał się car. Oberpolicmajster żachnął się, zawstydzony, przyłapany na pożądaniu. – Tru… trudno oderwać od tego oczy. Wskazał na smukłe ciało wyrzeźbionej w bursztynie syreny. Jej kobiece wdzięki migały bez osłony w słonecznych blaskach. Car się roześmiał. Klepnął z rozmachem brata po plecach. – W Petersburgu też słyszeliśmy to i owo… Nie przepuścisz żadnej polskiej nimfie. Brawo, braciszku! Buturlin roześmiał się niepewnie. Wiedział, że car nie pochwala cudzołóstwa. W Chrystusie i rodzinie widział zbawienie dla Rosji. I mimo nieograniczonych pokus, na jakie narażała go wyznaczona przez opatrzność rola, pozostaje wierny
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Córka Wokulskiego
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: