Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00255 005476 15385868 na godz. na dobę w sumie
Cud miłości - ebook/pdf
Cud miłości - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 233
Wydawca: Self Publishing Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-272-4032-3 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe >> powieść
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Ludzie wierzą w przeznaczenie. Cudowne jest jak jakaś niewidzialna ręka kierując naszym losem splata go  z najpiękniejszym uczuciem jakie człowiek może dać drugiemu człowiekowi –  z miłością. O takiej cudownej miłości opowiada niniejsza powieść. Dwoje już nie młodych osób po tragicznych przeżyciach w młodości, spotykają się i dają sobie prawdziwe szczęście. Ich życie i miłość jednak nie jest usłane różami. Muszą przezwyciężyć wiele przeszkód, aby być razem. Cud miłości to zwierzenia Adama,  głównego bohatera powieści, który przy łóżku umierającej, najukochańszej żony, opowiada o swoich najcudowniejszych latach życia młodemu literatowi, który w przyszłości ma zostać mężem córki, będącej jednym z ważnych ogniw ich związku od samego początku.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

5 Tadeusz Wojciechowski CUD MIŁOŚCI 6 Tadeusz Wojciechowski Cud miłości © Tadeusz Wojciechowski Wydanie I ISBN 978-83-272-4032-3 7 8 Mojej najukochańszej żonie Wstęp – Dzień dobry kochanie - wstałem na widok wchodzącej do sali córki. Podeszła do mnie i ucałowałem ją w policzek. – Dzień dobry tatusiu – opowiedziała przytulając się do mnie z lekkim uśmiechem na twarzy. Tuż za nią wszedł Bartek, jej narzeczony. Również z uśmiechem na ustach przywitał się ze mną podając rękę. – Jak się dzisiaj czujesz? – spytała córka z troską w głosie. – Fizycznie dobrze, a psychicznie sama wiesz. Jak się można czuć w taki dzień? Elżunia włożyła rękę pod moje ramię i przytuliła się do niego. – Tak wiem, dla mnie to również ciężka chwila. Dobrze, że będziemy tutaj wszyscy ra- zem – mówiła tuląc się jeszcze mocniej. Wiedziałem, że dla niej będzie to szczególnie ciężki dzień. Może jeden z najgorszych w jej młodym życiu. – Helenka z Kubą, o której przyjadą? – Za jakieś dwie godziny – powiedziała patrząc na zegarek. – To mamy dużo czasu – zwróciłem się do Bartka, który stał przy drzwiach, przyglądając się nam w ciszy. – Tak proszę pana – odpowiedział grzecznie, – ale czy ma pan na tyle sił, aby dokończyć waszą historię? – Skończmy to dzisiaj. Nie wiem czy później będę miał wystarczająco dużo siły, aby cokolwiek ci opowiedzieć. Bartek był młodym literatem. Ukończył dziennikarstwo na Uniwersytecie Poznańskim i od trzech lat z moją najstarszą córką tworzą parę. Dwa miesiące temu przyszedł do nas, to znaczy do mnie i do mojej żony prosząc o rękę naszej Elżuni. Poznaliśmy go już wcześniej i darzyliśmy wielką sympatią. Był młodym, bardzo rozsąd- nym i zaradnym młodzieńcem. Już w wieku dwudziestu pięciu lat udało mu się rozpocząć pracę, jako dziennikarz w poznańskiej telewizji oraz dodatkowo, często drukował artykuły w Głosie Poznania – lokalnym dzienniku. Miał z tej działalności dosyć dobre dochody, jak na młodego, rozpoczynającego dopiero karierę dziennikarza. Na jego prośbę o rękę naszej córki wyraziliśmy oczywiście zgodę. Moja żona wzięła, po oświadczynach Bartka, pod rękę swoją najstarszą córeczkę i odeszły w głąb naszego przydo- mowego ogrodu, intensywnie dyskutując. Zawsze się dobrze rozumiały. Potrafiły od dziecka długo ze sobą rozmawiać. Żona dyskutowała z nią praktycznie na wszystkie tematy, tak że jej 9 okres dojrzewania, pierwszych miłości, trudnych decyzji edukacyjnych i innych kobiecych problemów, były nam bardzo dobrze znane, a Elżunia przeżywała te chwile i rozterki, zawsze z naszym wsparciem i pomocą. Ja, nie mając innego wyjścia, zaprosiłem Bartka do stołu na tarasie i rozpocząłem roz- mowę z moim prawdopodobnie przyszłym zięciem. – Co teraz piszesz? – spytałem, aby zagaić jakiś temat. – Piszę o jednej z rodzin mieszkających tutaj w Poznaniu, która ma bardzo dziwną, a za- razem dosyć intrygującą historię życia. Będzie to cykl opowiadań, który ukarze się już nie- długo w Głosie Poznania. – To widzę, że zajmujesz się sprawami przyziemnymi, takimi ludzkimi. – Takie sprawy są najciekawsze, najbardziej bliskie nam wszystkim. Jeżeli je jeszcze ubierze się w odpowiednią sensacyjną oprawę, to są bardzo poczytne. Świadczą o tym liczne listy do redakcji i komentarze na naszej stronie internetowej. – A w telewizji, co robicie? – Teraz jestem w zespole dziennikarzy zajmujących się relacjami z wydarzeń codzienne- go życia w naszym mieście. Słowem szukamy sensacji, niewyjaśnionych zdarzeń, ciekawych wydarzeń, szczególnie biorąc pod lupę VIP-ów. – Czyli zespół lokalnych szperaczy, poszukiwaczy sensacji? – Coś w tym stylu. Przygotowujemy materiał dla programów informacyjnych naszej oraz ogólnopolskiej telewizji. Moje kobiety tymczasem skończyły tajemniczą rozmowę i powoli wracały do nas. – O czym tak dyskutujecie? – spytała Elżunia, trzymając rękę włożona pod pachę mamy. – Twój chłopak opowiadał mi o swojej pracy dziennikarskiej – odpowiedziałem. – A opowiadał ci, jakie ciekawe artykuły przygotowuje do gazety? – Tak coś tam napomknął. – Coś? Czytałam już dwa odcinki i jestem pod wrażeniem. Opisuje w nich … - mogę ko- chanie uchylić trochę rąbka tajemnicy przed publikacją artykułów? – spytała, patrząc na Bart- ka i reflektując się w porę, że zdradza treść jego artykułów. – Oczywiście, mam i tak nadzieję, że państwo kupią naszą gazetę i przeczytają mój arty- kuł w oryginale. – Bartek pisze o rodzinie adwokatów, która adoptowała siódemkę dzieci, tworząc dla nich rodzinę zastępczą. Wiecie taki rodzinny dom dziecka. Okazało się, że popełnione zostały jakieś tam błędy adopcyjne i w tej chwili dwie rodziny biologiczne upomniały się o swoje dzieci. A dokładnie rzecz mówiąc poczuły możliwości zarobienia. Toczą się rozprawy sądo- 10 we, a towarzyszą temu bardzo dziwne zdarzenia. Na przykład jedno z dzieci nagle jest naćpa- ne narkotykami, chociaż nigdy w życiu tego nie robiło. Innym razem ich przybrana córka jest dziwnie odurzona i rozebrana do naga, a następnie porzucona w publicznym miejscu. Na szczęście nie została zgwałcona. A co dziwne, nikt nie widział innych osób w pobliżu tych zdarzeń. Czy to nie jest ciekawe? A to tylko niektóre dziwne sytuacje, które się im zdarzyły – Elżunia przerwała i patrzyła na nas pytająco. – To rzeczywiście ciekawa historia – odpowiedziała moja żona, a ja przytaknąłem głową. – Wiesz tatusiu, opowiedziałam Bartkowi trochę historii naszej rodziny i on bardzo się nią zaciekawił. – No właśnie – przerwał jej Bartek – historia państwa życia jest chyba jeszcze ciekawsza od tej, którą teraz opisuję. Nie wiem czy mogę, ale bardzo bym chciał ją opisać, albo zrobić film dokumentalny – był bardzo podniecony. – Szukasz sensacji? – spytała się zimno moja żona – niestety nie znajdziesz jej w naszym życiu. Jesteśmy normalną, kochającą się rodziną, jakich jest wiele, nawet tutaj w Poznaniu. – Nie taką normalną – ripostował trochę speszony chłodnymi słowami Bartek – Ela opo- wiadała mi jak się państwo poznali i o niektórych okolicznościach towarzyszących temu. To jest bardzo ciekawa historia. – Może do tego tematu wrócimy kiedyś. Ale dzisiaj cieszmy się innymi wydarzeniami. Przecież to są właściwie wasze zaręczyny. Może wrócimy do tego problemu? – przerwałem, gdyż widziałem już w oczach mojej żony łzy. Zawsze jak zaczęliśmy wspominać nasze daw- ne czasy płakała. Nie były to łzy rozpaczy, lecz były to łzy żalu. Żalu, że te czasy tak szybko jej umykają. – No właśnie – poparła mnie żona – jak sobie wyobrażacie te najbliższe dni, tygodnie czy miesiące? Dalej nasze spotkanie potoczyło się przy dyskusji o przyszłości młodych, zakochanych, którzy chcą stać się samodzielną rodziną. Omówiliśmy szczegóły spotkania z rodziną Bartka oraz termin ich ślubu. Jedynie w tej ostatniej kwestii młodzi byli zgodni. Chcieli się pobrać na wiosnę, gdyż wtedy Elżunia będzie już po stażu stomatologicznym. Do rozmowy na temat minionych lat naszej rodziny wróciliśmy po ponad miesiącu, kiedy moja żona była już w krytycznym stanie zdrowia. Nie wiem jak to się stało, ale podczas jed- nych z odwiedzin Eli i Bartka w szpitalu, gdzie leżała Kasia, poruszyliśmy temat naszej mło- dości. I to nie wyszło od nikogo innego, jak tylko od żony. Od osoby, która unikała tego tematu od ponad roku, czyli od momentu, kiedy dowiedziała się, że ma guza na mózgu. 11 – Czy opowiedziałeś już Bartkowi o naszej młodości? – spytała mnie nagle zmieniając całkowicie temat rozmowy. – Nie kochanie, nie rozmawialiśmy na ten temat. Są ważniejsze rzeczy do zrobienia niż opowiadanie historii naszego życia – odpowiedziałem. – Nie Adamie. To jest bardzo ważne. Chciałabym żeby nasz przyszły zięć wiedział, do jakiej rodziny się dostanie. Opowiedz mu jak się poznaliśmy, opowiedz mu o Elżuni i o tych wszystkich dziwnych okolicznościach temu towarzyszących. Była to bardzo dziwna prośba. Do tej pory unikaliśmy takiej rozmowy. Starałem się roz- mawiać z nią o dniu dzisiejszym, o naszych dzieciach, o ich potrzebach. Opowiadałem o mo- jej pracy i planach, jakie przygotowałem dla nas po wyjściu jej ze szpitala. Dlatego tym bardziej dziwna była jej postawa. Ale osobie chorej, stojącej nad grobem, nie odmawia się. Nie mógłbym nawet pomyśleć, że przeciwstawiłbym się w tej chwili jej woli. Ona dobrze o tym wiedziała. Nie wiedziałem, dlaczego chciała, aby nasze losy wyszły na światło dzienne, ale z pokorą w głosie odezwałem się. – Dobrze kochanie. Umówię się z Bartkiem i opowiem mu nasze wspaniale przeżyte chwile. – A nie zapomnij mu opowiedzieć o moim ojcu. – Oczywiście, wszystko opowiem. – A co z tym zrobisz Bartku? – zwróciła się do młodzieńca, który grzecznie stał obok naszej najstarszej córki. – Myślę, że spróbuję zainteresować tym moich czytelników lub widzów. Może powstanie cykl opowiadań, albo nowela, a może coś większego. Jeszcze nie wiem - odpowiedział po- spiesznie wezwany do tablicy chłopak. – Na pewno będziesz bardzo zaskoczony naszym losem, prawda Adamie? – Zobaczymy jak to przyjmie – odpowiedziałem jej nie wierząc, że mogą młodego czło- wieka zainteresować przeżycia moje i mojej żony. Dzisiejsza młodzież żyje w innych cza- sach, czasach konsumpcyjnych, w których prawdziwa, wielka miłość jest mało popularna. Dzisiaj związek dwojga osób jest bardziej tolerancyjny, swobodny, pozbawiony nuty roman- tyzmu, który był atutem w naszych młodych latach życia. Dalsza rozmowa potoczyła się już na płaszczyźnie innych tematów, bardziej bliskich obecnej sytuacji. Żona czuła się z dnia na dzień coraz bardziej słaba. i dlatego nie miałem głowy do opowiadania o naszej przeszłości. Odsuwałem spełnienie obietnicy zwierzenia się młodemu literatowi w najdalszą przyszłość, jak się tylko dało. Myśl o cudownych latach na- szego wspólnego życia stawała się po prostu coraz bardziej bolesna dla mnie. Patrzyłem jak 12 gaśnie życie w osobie, którą kocham nad życie. Robiliśmy wszystko, żeby jej pomóc. Nie potrafiłem się pogodzić z myślą, że mogę po raz drugi stracić najukochańszą kobietę. Co- dziennie chodziłem do różnych lekarzy, szukałem pomocy wśród profesorów, docentów, dok- torów, a nawet bioenergoterapeutów. Zachęcałem żonę do wielu badań, wielu zabiegów. Za każdym razem miałem nadzieję, że nasz los się odmieni i znowu będziemy szczęśliwą parą starszych osób, cieszących się sukcesami naszych dzieci, cieszących się każdym dniem, który razem spędzaliśmy od dwudziestu pięciu lat. Z Kasią było coraz gorzej. Gdy wiedziałem już, że nic więcej nie możemy zrobić, gdy wszyscy lekarze zgodnie stwierdzili, że zostało jej już mało czasu, zacząłem rozmyślać o na- szym minionym życiu. Wtedy przypomniałem sobie o przyrzeczeniu, jakie jej złożyłem, że opowiem Bartkowi o naszych dawnych latach. Poruszyłem z nim ten temat, kiedy ponownie przyszedł do szpitala z Elżunią. Ustaliliśmy szczegóły naszych spotkań. Ja obecnie większość czasu spędzam w szpitalu, a właściwie nie wychodzę stąd, jestem cały czas u boku mojej żo- ny. Dlatego też postanowiliśmy, że to tutaj, przy jej boku, będę mu opowiadał o naszych dziwnych losach. Jednakże już po pierwszych próbach stwierdziliśmy, że potrzebny jest nam osobny pokój, gdyż nie mogłem się w żaden sposób skupić na tym, co mam mówić. Szereg osób, które bądź to przychodziły w odwiedziny, bądź były pracownikami szpitala, przeszka- dzały w opowiadaniu, przerywając moje myśli i wypowiedzi, co chwilę. Znaleźliśmy sobie pokój, który nazywany był świetlicą szpitalną. Był na drugim końcu korytarz, na tym samym piętrze. Tam zamykaliśmy się z Bartkiem na dwie – trzy godziny, prawie codziennie, a w tym czasie Elżunia przesiadywała u mamy. Bartek wszystko nagrywał i robił również jakieś zapiski w notesie. Był dobrym słucha- czem, nie przeszkadzał, nie zadawał dodatkowych pytań, a na każde nasze spotkanie, przy- chodził z punktualnością szwajcarskiego zegarka. Nie zdawałem sobie na początku sprawy, że były to ostatnie dni mojego szczęśliwego życia w małżeństwie. Życia, które w tak dziwnych okolicznościach się rozpoczęło dwadzie- ścia pięć lat temu. Poznanie Było bardzo upalnie. Nawet w samochodzie nie było luksusowo, chociaż działająca kli- matyzacja utrzymywała temperaturę na poziome dwudziestu kilku stopni. To sprawiało słoń- ce, które niemiłosiernie paliło skórę przez szyby. Termometr zewnętrzny samochodu 13 wskazywał trzydzieści sześć stopni Celsjusza i to w czasie ruchu. Pędziłem sto dwadzieścia kilometrów na godzinę, autostradą biegnącą przepięknym wąwozem, wśród pokrytych rzad- kimi drzewami i krzewami, wapiennych zboczy górskich. To był początek moich długo ocze- kiwanych wakacji. Przez większość drogi do Hiszpanii analizowałem wydarzenia z pracy. Jeszcze trzy dni temu ustalałem ostatnie poprawki z wykonawcą remontu sztucznego boiska, opracowałem i wysyłałem sprawozdanie z realizacji zadań projektowych, rejestrowałem półkolonię dla ubogich dzieci, udzielałem urlopów pracownikom, słowem byłem w prawdziwym kieracie codziennych obowiązków. Po drodze za pomocą telefonu, udzielałem ostatnich wskazówek, prowadziłem konieczne ustalenia z wykonawcami lub pracownikami szkoły. Jak czasami zazdroszczę moim koleżankom i kolegom z pracy – nauczycielom. Oni już od miesiąca odpo- czywają, opalają się, leniuchują gdzieś na plażach lub w górach, nie myślą o szkole, nauce i wielu innych obowiązkach edukacyjnych, które musimy wypełniać w trakcie całego roku szkolnego. No cóż, nie mogę narzekać, sam tego chciałem startując na stanowisko dyrektora. Od dziesięciu lat jest tak samo, oni odpoczywają, ja muszę myśleć o naszym wspólnym za- kładzie pracy. Rozglądam się to w prawo, to w lewo. Widoki są przepiękne. Co chwilę mam chęć za- trzymać na poboczu samochód i spędzić kilka godzin na cudownym, katalońskim łonie natu- ry. Ale muszę się śpieszyć. Już rozpoczęła się pierwsza doba moich wczasów w wykupionym ośrodku wypoczynkowym w miejscowości Sitges, niedaleko Barcelony. Według nawigacji samochodowej zostało mi jeszcze około sto pięć kilometrów do celu. Prawie godzinę jazdy. Czuję dość duże zmęczenie. Jestem przecież od ponad dziesięciu godzin w trasie i to więk- szość w nocy. W Weronie, która była moim pierwszym etapem podróży, zameldowałem się późną nocą, dwa dni temu, po szesnastu godzinach jazdy z Poznania. Najgorzej było przejechać polskie drogi. Tam straciłem prawie sześć godzin. Po krótkim, bo kilkugodzinnym odpoczynku w hotelu, wczesnym rankiem następnego dnia, ruszyłem na zwiedzanie miasta. Romeo i Julia, to dwie wiodące postacie w przewodnikach turystycznych o Weronie. Podążałem ich śladami zwiedzając naprawdę piękne, stare miasto. Wstąpiłem do amfiteatru w stylu rzymskim, od- wiedziłem słynny balkon w domu Juli oraz kościół z domniemanym miejscu pochówku boha- terów Szekspira. Ale najbardziej podobały mi się rzeźby współczesnego artysty, którego nazwiska nie pamiętam, przedstawiające ludzi w ruchu. Świetnie komponowały się ze staro- dawną architekturą. Piękne, monumentalne, wykonane z białego kamienia postacie sportow- ców – porozstawiane w różnych miejscach miasta – to kapitalny pomysł miejskiego 14 architekta. Poprzez kontrast starego z nowym wzbogacił wystrój miejski i urozmaicił tury- stom zwiedzanie miasta. Werona nastawiła mnie bardzo romantycznie i z takim nastrojem opuszczałem jedno z ładniejszych miast, jakie oglądałem w swoim życiu. Z Werony wyjechałem po północy. Zaplanowałem na miejsce dojechać w kilkanaście godzin, a przede mną był jeszcze dosyć spory kawałek północnych Włoch, całe południowe wybrzeże francuskie i ponad stu kilometrowy odcinek hiszpański. Mój VW Passat sprawował się bez zarzutów i mimo tego, że jest dość wygodnym samochodem oraz ma wiele nowocze- snych rozwiązań, to i tak one nie zapobiegają fizycznemu zmęczeniu. Trzeba cały czas być w ciągłej koncentracji. To moje pierwsze od dziesięciu lat wakacje. Nie miałem czasu na urlop, a właściwie nie chciałem mieć czasu na urlop. Ba, nie miałem czasu na wiele innych ważnych w życiu każde- go człowieka rzeczy. Moi znajomi nazywają mnie pracoholikiem. A ja po prostu uciekałem w zapomnienie, uciekałem od wspomnień, a nawet uciekałem od towarzystwa innych ludzi. Nienawidzę mieć dużo wolnego czasu. Dlatego praca stała się dla mnie alternatywą dla czasu wolnego. Nienawidzę nic nie robić, aby nie myśleć o moim życiu. Nawet w weekendy prze- siaduję za biurkiem, analizując lub opracowując jakieś dokumenty lub pisząc artykuły do prasy. Niektórzy samotność, smutek, niepowodzenia życiowe utapiają w alkoholu, ja poświę- ciłem się pracy. Już pojawiły się na autostradzie drogowskazy nakazujące zjazd do Barcelony. Moja miej- scowość letniskowa, według nawigacji, mieści się około czterdziestu kilometrów za tym wspaniałym miastem. Krajobraz się zmienia. Góry zamieniają się we wzgórki pokryte niskimi krzewami, łąkami, jednak nadal zachwycają pięknem kształtów i rzeźb podgórskich, skali- stych terenów. Zjeżdżam w końcu z autostrady. Jeszcze pół godziny i powinienem być na miejscu - po- myślałem. W głowie układam sobie plan moich samotnych dwutygodniowych wakacji. Było to bardzo trudne, gdyż już zapomniałem jak się odpoczywa na łonie natury. Postanowiłem więc codziennie gdzieś jechać lub iść, coś zwiedzić, zrobić bogatą dokumentację fotograficz- ną, aby mieć co opowiadać po powrocie mojemu przyjacielowi. Oprócz tego planuję się opa- lić – koniecznie na czekoladkę – tak, aby Witek, mój najlepszy kumpel i przyjaciel, pękł z zazdrości. On w tym roku urlop z rodziną spędza nad polskim morzem, a pogoda tam ma być kiepska, według prognozy, którą razem oglądaliśmy przed jego wyjazdem. Postanowiłem sobie również, że codziennie rano będę ćwiczył. Muszę ponownie zacząć dbać o kondycję fizyczną i wygląd, o których zacząłem myśleć parę lat temu i konsekwentnie, kiedy się tylko 15 dało, realizowałem. Jednak w ostatnim roku trochę pofolgowałem sobie i zaniedbałem swoją kondycję. Nie należę do otyłych mężczyzn, ale gdzieniegdzie widać niewielkie wałeczki tłuszczu. Przynajmniej tak mi się zdaje. Żona Witka – Ania – twierdzi, że mam bardzo dobrą figurę, jak na czterdziestoletniego faceta. Ale ja swoje wiem. Muszę ćwiczyć, żeby utrzymać wygląd oraz sprawność fizyczną, bo pamiętam, jak się skończył okres sprzed kilku laty, kiedy tego nie robiłem. Jest drogowskaz na Sitges. Skręcam w prawo. Droga już nie jest tak szeroka. Staje się co- raz bardziej kręta i opada coraz bardziej. Dowód bliskości morza - pomyślałem. Nawigacja coraz częściej się odzywa instruując gdzie należy skręcić. Po chwili mijam tablicę informa- cyjną miejscowości mojego końca podróży. Jestem prawie u celu. Już po kilkuset metrach, z daleka widzę bardzo duży napis „Camping Sitges”. – No i dojechałem – powiedziałem głośno do siebie. Powoli wjeżdżam w bramę kempin- gu. Zatrzymałem samochód tuż przed zamkniętym szlabanem. Zgasiłem silnik, wziąłem sa- szetkę z dokumentami i wyszedłem z samochodu. Uderzył we mnie niesamowity skwar. Teraz dopiero poczułem różnicę temperatury między klimatyzowanym wnętrzem mojego pojazdu, a panującą na zewnątrz. Nic dziwnego, minęła dopiero godzina trzynasta według mojego zegarka. – Buenos días – usłyszałem tuż za sobą. Podbiegł do mnie ubrany całkowicie na biało młody mężczyzna. Domyśliłem się, że wita się ze mną. – Mówi pan po hiszpańsku, angielsku czy niemiecku? – to było kolejne pytanie uśmie- chającego się młodzieńca, który stał przede mną z rękoma założonymi do tyłu. Poliglota – pomyślałem. – Po angielsku – odpowiedziałem nieśmiało, gdyż moja angielszczyzna, nietrenowana już wiele lat, wydawała mi się jakby bardzo obca. – Czy ma pan rezerwację? Jego angielski również – moim zdaniem – nie był perfekcyjny. Miałem wrażenie, że są to wyuczone zwroty, kierowane do wszystkich turystów przyjeżdżających na kemping. Nadra- biał za to pięknym uśmiechem, nienaganną, wysportowaną sylwetką, a szczególnie, dobrze dopasowanym, białym strojem z logiem firmy na piersi. – Tak posiadam rezerwację – odpowiedziałem grzecznie. – Zapraszam do recepcji – wskazał mi ręką wejście do budynku obok szlabanu, na któ- rym widniał duży napis „Recepción”, a poniżej trochę mniejszy „Reception”. Nie patrząc na mnie odwrócił się na pięcie i ruszył pierwszy w stronę szklanych drzwi. 16 Zachowanie kempingowego chłopca tylko potwierdziło moje przypuszczenia, co do jego umiejętności językowych. Nie chciał wdawać się w żadną dyskusję. Miał grzecznie przywitać się i zaprowadzić gości do recepcji. Ruszyłem za nim, zamykając pilotem w międzyczasie mój samochód. Weszliśmy do niewielkiego, bardzo kolorowego pomieszczenia. Na ścianach widniało wiele plakatów reklamowych, map z tutejszych stron, a pod ścianą stały regały z dużą ilością broszurek, przewodników i reklamówek. Obok nich stały dwa fotele, na których można było usiąść i przeglądać interesujące nas materiały reklamowe. Centralną częścią jednak był duży kontuar, za którym widniała głowa młodej, bardzo ładnej dziewczyny. Recepcjonistka w tej chwili głośno rozmawiała przez telefon. Na nasz widok wstała z telefonem i ujrzałem wtedy jej młodą, bardzo zgrabną figurę. Ubrana również na biało w T-shirt z logiem kempingu, któ- ry był identyczny, jaki widziałem nad bramą wjazdową. Dobrze dopasowana, z niewielkim dekoltem koszulka, uwydatniała jej bardzo kształtne, młode piersi i głęboko wciętą talię. Aż miło było patrzeć na jej ciemną karnację, ładny, delikatny makijaż i ciemne, rozpuszczone włosy, które podtrzymywała opaska na czole. Słowem dobrze dobrana przez właścicieli osoba do obsługi gości kempingowych. Recepcjonistka szybko mówiła po hiszpańsku i po chwili odłożyła słuchawkę. Mój boy kempingowy zaczął jej coś tłumaczyć. Domyśliłem się po jego gestach, że chodzi o mnie. – Witam serdecznie. Claudio powiedział, że mówi pan po angielsku i ma pan rezerwację na naszym kempingu – bardzo płynnie i szybko zaczęła mówić po angielsku. – Na jakie nazwisko jest rezerwacja? – uśmiechnęła się pokazując śliczne, śnieżnobiałe, równe zęby. No to mam problem – pomyślałem. Nie wszystko zrozumiałem. Mój angielski jest na- prawdę przestarzały. Na studiach zdałem egzamin z języka na cztery z plusem i myślałem, że to dużo. Jak się myliłem. Przecież to było kilkanaście lat temu. Muszę poćwiczyć ze słowni- kiem i rozmówkami. Dobrze, że je wziąłem. Domyśliłem się jednak, że chodzi mojej rozmówczyni o moje dane. Tyle zrozumiałem rozszyfrowując niektóre znajome mi zwroty. Z dość niepewną miną odpowiedziałem. – Adam Rawicki, nazywam się Adam Rawicki. – Z Polski? – Tak, z Polski. Chyba brzmienie mojego nazwiska zasugerowało jej skąd przyjechałem. Dziewczyna sięgnęła po grubą księgę. Wertowała w książce i po chwili już dosyć wolno, ale z przypiętym do twarzy uśmiechem, powiedziała. 17 – Mamy potwierdzoną rezerwacje na nazwisko Rawicki. Czy mogę prosić o pana paszport? – Oczywiście – słowo paszport brzmi w każdym języku prawie tak samo. Łatwo to zro- zumiałem. Z saszetki, którą wziąłem wychodząc z samochodu, wyjąłem paszport i podałem dziewczynie. Otworzyła go na moich danych, zaczęła porównywać z wpisami w księdze. Po chwili od- łożyła paszport na bok i ponownie z pięknym uśmiechem, bardzo powoli zaczęła mi tłuma- czyć: – Ma pan potwierdzony dwutygodniowy pobyt w apartamencie, wykupione posiłki All inclusive. Może pan korzystać ze wszystkich atrakcji naszego kempingu, to jest basenu, kortu tenisowego, pola golfowego oraz z barów przy basenie i restauracji od ósmej do dwudziestej drugiej codziennie. Czy wszystko się zgadza? - przerwała, swoją trochę przydługą wypo- wiedź, patrząc pytająco na moja głupią minę. Zrozumiałem Apartment, all inclusive, Tennis, Golf, Restaurant. No to chyba wiem, o co jej chodzi. Potwierdziłem z uśmiechem: – OK. Dziewczyna schyliła się pod blat swojego biurka i zaczęła wyciągać jakieś dokumenty. Dalej sprawa poszła dosyć szybko. Wypełniłem formularz meldunkowy, otrzymałem od dziewczyny na rękę błękitną, gumową opaskę, która uprawniała do korzystania ze wszystkich wygód na kempingu, wręczyła mi naklejkę na samochód, a na koniec zawołała Claudio, któ- remu podała klucze i poinstruowała, co ma ze mną robić. – Jesteśmy do pana dyspozycji przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Wystarczy za- dzwonić, powiadomić kogokolwiek z obsługi lub przyjść na recepcję. Posiłki wydawane są w restauracji, na końcu głównej alei. Claudio wskaże gdzie i zaprowadzi pana do apartamen- tu. Obok domku może pan zaparkować samochód. Czy ma pan jakieś pytania lub życzenia? – odczekała chwilę i nie widząc reakcji z mojej strony dokończyła. – Życzę miłego pobytu. – Dziękuję bardzo – powiedziałem z uśmiechem i lekko się skłoniłem. Claudio już ruszył przodem otwierając mi szklane drzwi. Na dworze znowu uderzył mnie skwar. Chłopak pod- niósł szlaban i czekał z uśmiechem, aż wsiądę do samochodu i wjadę na teren kempingu. Za- mknął szlaban, wsiadł na rower, który stał przy budynku recepcji i machnął mi ręką abym jechał za nim. Do mojego apartamentu nie było daleko. Po kilku minutach Claudio zatrzymał się przed parterowym, ładnie utrzymanym budynkiem i pokazał mi ręką mały parking obok domku. Wjechałem na wskazane miejsce, zgasiłem silnik i wyszedłem do mojego przewodni- ka. Otworzył już drzwi wejściowe do mojego domku. – Czy ma pan bagaż? – spytał bardzo powoli – chyba ten zwrot mu sprawiał trudność. 18 – Tak – wskazałem na bagażnik mojego passata. Apartament był bardzo ładny. Dwa pokoje i mała kuchnia z wejściem do łazienki. Głów- ne pomieszczenie to salon z sofą, dwoma fotelami i stolikiem pośrodku. Na ścianie przy oknie wisiał telewizor, a pod nim na stoliku stał telefon oraz wysoka lampka nocna. Po przeciwnej stronie wisiał duży obraz z widokiem morza podczas sztormu. Z salonu było wyjście na nie- wielki, zakryty daszkiem taras, wyposażony w stolik i cztery metalowe krzesła. Na lewej ścianie było wejście do drugiego pokoju, pełniącego rolę sypialni. Centralne miejsce zajmo- wało tam duże dwuosobowe łóżko z szafkami po obu stronach. Pod oknem było biurko z krzesłem i lustrem, a tuż za drzwiami, na całej dwumetrowej ścianie szafa. Claudio wniósł do salonu moją walizkę, teczkę z laptopem oraz niewielką torbę z drobiazgami. Obok drzwi wejściowych włączył klimatyzator. Pokazał mi palcem zaprogra- mowaną temperaturę na sterowniku. Widniał tam napis 24. Skinąłem głową. Podziękowałem mu, a on skłonił się i wyszedł. Zastanowiłem się, czy powinienem mu dać napiwek. Nie wiem jaka jest tutaj kultura. W filmach coś zawsze dają, ale czy w Hiszpanii też? Muszę się jakoś dowiedzieć, żebym nie wyszedł na Polaka sknerusa. Wniosłem moje bagaże do sypialni i rzuciłem je na duże łóżko. Usiadłem na nie i poskakałem próbując jak się ugina. Było bardzo miękkie i wygodne. Do zwiedzenia została jeszcze kuchnia i łazienka. Szczególnie to drugie pomieszczenie mnie interesowało. Już od dawna marzyłem o ciepłej, długiej kąpieli. Kuchnia była niewielka, ale za to z wyposażeniem, które pozwoliłoby chyba przygotować właściwie każdą potrawę. Przy ścianie stał stół z dwoma krzesłami. Jego wielkość pozwoli dwóm osobom na swobodne zjedzenie nawet wielopotrawowego posiłku. Łazienka natomiast była, wbrew moim przypuszczeniom, nad- spodziewanie duża. Prysznic, umywalka, bidet, ubikacja oraz automat do prania, swobodnie były porozstawiane wokół pomieszczenia, a było jeszcze dużo miejsca, dla co najmniej czte- rech osób. Tu mi się podobało. Spróbowałem czy woda jest ciepła. Była. Spojrzałem na zegarek. Jest dopiero godzina czternasta trzydzieści. Postanowiłem, zanim się rozpakuję, wskoczyć pod prysznic i zmyć pot po wielogodzinnej podróży. Wróciłem do salonu. Przez okno zamknąłem samochód, w sypiali wziąłem z walizki szlafrok oraz kosme- tyki i poszedłem z powrotem do łazienki. Przez pół godziny, z wielką rozkoszą, lałem na sie- bie strumienie ciepłej wody. Umyty, tylko w szlafroku, poszedłem do sypialni żeby sprawdzić wygodę tego wielkiego łoża. Było naprawdę wygodne. Już zapomniałem jak się śpi w takim łóżku. W domu miałem jednoosobowy tapczan i choć nigdy nie narzekałem na jego komfort, to daleko mu było do materaca, na którym leżałem teraz. 19 Czułem się wspaniale. Myślami sięgałem dnia wczorajszego, myślałem o podróży, o ro- mantycznym mieście Weronie i o tym, jaką właściwie decyzję podjąłem przyjeżdżając tutaj. Czy była słuszna? Czy uda mi się tak naprawdę odpocząć, dojść do równowagi psychicznej? Dopiero teraz zacząłem odczuwać trudy podróży. Myśli mi się kłębiły w głowie i czułem, jak coraz bardziej staję się senny. Postanowiłem się, chociaż krótko zdrzemnąć. W żołądku czu- łem głód i powinienem najpierw coś zjeść, nie miałem jednak siły wstać. ______________________________ Zerwałem się. Za oknem już szarzało. Usiadłem na łóżku, rozejrzałem się dookoła. Aha jestem na wczasach – uświadomiłem sobie po chwili. Gdzie jest mój zegarek? Porozglądałem się po pokoju. Na łóżku nadal leżała otwarta walizka, porozwalane ubrania, a na biurku torba z laptopem. Nigdzie nie mogłem dostrzec mojego zegarka. – Która godzina? – szepnąłem sam do siebie, rozglądając się rozpaczliwie w poszukiwaniu zegarka. Wstałem z łóżka i wyszedłem z sypialni. Gdzie jest mój zegarek? – szeptałem. Już wiem. Ostatnią czynnością była kąpiel, idę do łazienki. Jest, odetchnąłem z ulgą. – O cholera, już w pół do dziesiątej. Przespałem całe popołudnie – krzyknąłem sam do siebie. Żołądek, aż bolał mnie z głodu. Przecież nie jadłem całą noc i cały dzień – Zaraz, do której jest czynna restauracja? Ta ładna dziewczyna z recepcji mówiła, że chyba do dziesiątej. Powinienem jeszcze zdążyć – szepcząc pod nosem pobiegłem do sypialni, wskoczyłem w slipki, spodnie dresowe, koszulkę – trochę pomiętą, bo wyciągniętą prosto z walizki, w łazience odświeżyłem się dezodorantem i wybiegłem z kempingu. Na głównym deptaku rozglądnąłem się. Po prawej wjazd, to znaczy, że do restauracji w lewo. Udałem się w tamtą stronę. Rzeczywiście, już po kilku minutach dotarłem do dużego parterowego budynku z napisem restauracja. W środku panował duży ruch. Mimo późnej godziny i tego, że sala była dosyć duża, bo mogła pomieścić z pewnością około sto pięćdzie- siąt osób, to musiałem dosyć długo rozglądać się w poszukiwaniu wolnego stolika. Zauważy- łem jeden wolny w przeciwległym rogu. Ruszyłem szybkim krokiem w jego kierunku. Czekając na kelnera, rozglądałem się z ciekawością i nasłuchiwałem rozmów prowadzonych wokoło. Stwierdziłem, że na kempingu są Włosi, Niemcy, Hiszpanie, Francuzi, również czar- noskóra rodzina, która mówiła w nieznanym mi języku. Do mojego stolika podeszła młoda, 20 dosyć ładna kelnerka. Uśmiechając się położyła na stole menu i szybko odeszła. A więc jesz- cze coś zjem – pomyślałem. Rozmowa z kelnerką nie sprawiała mi kłopotu, nie musiałem wiele mówić, wystarczyło pokazać pozycje z menu. Zamówiłem skromną kolację, składającą się z typowo swojskich, znanych mi potraw, gdyż bałem się eksperymentów. Kilka plasterków wędliny, zestaw wa- rzyw, kawa i pieczywo. Po około pół godziny wychodziłem na zewnątrz z pełnym brzuchem. Było już ciemno. Latarnie oświetlały cały teren. Pomimo późnej godziny temperatura była wysoka. Lekki wiaterek powiewał poruszając leniwie listki na drzewach posadzonych wzdłuż głównej alei kempingu. Będąc tylko w krótkiej koszulce, było mi całkiem przyjemnie. Powoli wracałem w stronę mojego domku, najedzony, wyspany, gotowy na podbój Sitges. Wezmę jakiś sweter na późniejszą porę i ruszam na nocne zwiedzanie okolicy – pomyślałem. Po dziesięciu minutach wychodziłem z terenu kempingu. Zatrzymałem się przed bramą wjazdową i rozglądnąłem się. W prawo nie było żadnych świateł. Ten kierunek odpada. w lewo, w oddali świeciło kilka lamp ulicznych. Za daleko te światła, jak tam się udam wrócę późno – powiedziałem sam do siebie. Kierunek na wprost, gdzie widziałem najwięcej wyraź- nych świateł, wydał mi się najbardziej odpowiedni. Mijałem piękne obsadzone kwiatami skwery, alejki oświetlone stylowymi lampami. W miarę, jak zbliżałem się do tej dużej ilości świateł, widzianych z kempingu, utwierdzałem się w przekonaniu, że mam chyba przed sobą dworzec kolejowy. Rzeczywiście, po pół godziny doszedłem do stacji kolejowej. W takim razie gdzie jest centrum miasta? – zastanawiałem się. Idąc wolnym krokiem nie spotykałem na ulicach właściwie nikogo. Podczas całej drogi na dworzec kolejowy minąłem tylko jedną parę młodych osób przytulonych do siebie i spacerujących oświetlonymi alejkami. Muszę rozpocząć zwiedzanie jednak jak będzie jasno – tak szepnąłem do siebie będąc pod budyn- kiem dworca. Zwiedziłem całą stację kolejową. Spojrzałem przy okazji na rozkład jazdy pociągów. Bardzo ich dużo było w kierunku Barcelony, średnio chyba odjeżdżały, co piętnaście do dwu- dziestu minut. To dobrze, może oszczędzę na paliwie – pomyślałem. Sam budynek dworca, miałem wrażenie, sięgał lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia. Nie należał raczej do atrak- cji turystycznych tego miasta. Wymagał gruntownego remontu. Spojrzałem na zegarek – prawie jedenasta w nocy. Mimo tego, że nie czuję się zmęczony, postanowiłem wrócić do swojego apartamentu, nie miałem, co robić, a właściwie nie wiedzia- łem gdzie iść dalej. Wychodząc ze stacji, z piskiem opon minął mnie czerwony samochód osobowy. 21 – Jakbym był u siebie. Tutaj też są tacy wariaci? – głośno wyraziłem swoją uwagę. Nikt nie odpowiedział. Rozejrzałem się, ulica była pusta. Znaną mi już alejką ruszyłem w powrotną drogę. W oddali słyszałem ponownie pisk opon samochodowych. Zastanawiałem się ile lat ma kierowca. Co na to jego ojciec, którego z pewnością jest samochód. Młodzież na całym świecie jest chyba taka sama. W Polsce mieszkam w Poznaniu, na dosyć dużym osie- dlu, na północy miasta. Co wieczór słyszę podobne odgłosy. Jestem na nie bardzo wrażliwy. Przecież one są bezpośrednio związane z moją największą tragedią życiową. Po dziesięciu minutach usłyszałem ponownie odgłos warczącego głośno samochodu. Zbliżał się w moim kierunku. Z daleka widziałem już dwa światła jego reflektorów. Miałem przejść na drugą stronę ulicy, ale postanowiłem zwolnić i poczekać, aż wariaci w pędzącym samochodzie mnie miną. Stanąłem na chodniku nieopodal przejścia przez ulicę. Za mną roz- błysły światła drugiego samochodu zbliżającego się z niewielką prędkością na wprost tego pędzącego z piskiem opon. Oho, może być niewesoło – taka myśl mi szybko przemknęła przez głowę. Dwa samochody zbliżały się do siebie szybko. Stałem obserwując ulicę nie wie- dząc, co robić. Nie zauważyłem, kiedy minęła mnie jakaś osoba, która szła prosto w kierunku przejścia dla pieszych. Nagle pędzący samochód – to była czerwona toyota – teraz poznałem markę – raptownie skręcił w lewo w niewielką boczną uliczkę, tuż przed nadjeżdżającym z przeciwka drugim pojazdem. Usłyszałem ostry pisk zablokowanych hamulcem kół ślizgają- cych się po asfalcie, a kierowca tego samochodu raptownie skręcił w lewo, żeby uniknąć ko- lizji z toyotą. Ostre światła skierowały się prosto na jakąś postać kilka kroków przede mną. Skąd ona się tam wzięła? – krzyknąłem sam do siebie. Była prawie na ulicy, na wprost hamu- jącego z piskiem samochodu. Nie wiem, dlaczego, ale odruchowo rzuciłem się do przodu i łapiąc postać za bluzę, którą miała na sobie, silnie pociągnąłem na siebie. Karoseria samo- chodu, minęła nas o centymetry. Czułem jej mocny powiew na twarzy, a upadając na chodnik razem z ratowaną osobą, w nozdrzach poczułem smród z rury wydechowej i palonej gumy z opon. Tuż, właściwie kilka centymetrów od głowy mojej i tej drugiej osoby, przetoczyły się tylne koła. Samochód z piskiem opon zatrzymał się kilkanaście metrów dalej. Ciężko dysza- łem. Byłem prawie sparaliżowany ze strachu. Obok mnie podnosił się z chodnika ten szczę- ściarz, który mógł zginąć przed chwilą. Była to kobieta. Teraz dopiero zauważyłem długie jasne włosy opadające na jej ramiona. Nic się nie odzywała, stęknęła lekko podczas prosto- wania się. Nie widziałem jej twarzy. Stała do mnie tyłem, a mnie oślepiała latarnia uliczna. Gdy też się podniosłem usłyszałem krzyczącego po hiszpańsku mężczyznę, który wyskoczył szybko z samochodu i kierował się w naszą stronę. Za nim pojawiła się kobieta o dosyć du- żych rozmiarach. Oboje szybko mówili po hiszpańsku przekrzykując się nawzajem. Pierwszy 22 dotarł mężczyzna, chwycił mnie za rękę ciągle coś mówiąc. Domyślałem się, że chodzi mu o mój stan zdrowia. – OK, OK – mówiłem głośno, starając się uspokoić mężczyznę w wieku już chyba eme- rytalnym. – It is well – zapewniałem go starając się mówić uspakajająco. Duża kobieta, z pewnością żona gadającego wciąż kierowcy, zbliżyła się do uratowanej przeze mnie kobie- ty. Coś do niej mówiła. Niestety zagłuszał jej słowa wciąż lamentujący i gestykulujący mąż. Chciał mi wytłumaczyć, że to nie jego wina. Pokazywał jak jechał, jak zauważył skręcający samochód, jak musiał raptownie hamować i uciekać w bok. Gestami pokazywałem, że wszystko w porządku. Tymczasem odwróciły się i zrobiły krok w naszą stronę obie kobiety. Tam również ciągle mówiła ta większa. Stałem przodem do latarni, tak że jej światło padało prosto w moje oczy. Kobiety stanęły bokiem do oświetlenia latarni. Kiedy odwróciłem głowę od wciąż gadającego Hiszpana, to zamarłem w bezruchu. Jezus, Maria. O mój Boże – mówiłem cicho do siebie. – To niemożliwe, to niemożliwe – szeptałem. Stałem jak wryty. Przede mną stała kobieta, która do złudzenia przypominała moją żonę. Ta- kie same, blond włosy, lekko kręcone na końcówkach, takie same piękne, czerwone usta, które zawsze zachęcały mnie do ich całowania, taki sam podbródek z leciutkim rowkiem na środku, który dodawał uroku jej lekko pociągłej twarzy. Wreszcie taki sam malutki, bardzo zgrabny nosek, jakże pasujący do jej drobnej figury. Nawet wzrost odpowiadał wzrostowi mojej Eli. – Thank you, Thank you very much – usłyszałem jej cichy głos i poczułem lekkie do- tknięcie jej dłoni na moim przedramieniu. Stałem jak wryty w ziemię. Nie mogłem wydobyć z gardła ani słowa. Przez chwilę nasze oczy się spotkały. To moja Ela, moja najukochańsza żona, to moje szczęście. Nie mogłem oderwać od niej wzroku. Patrzyłem, jak powoli się odwraca i niepewnym krokiem odchodzi w stronę ulicy, jeszcze raz się na krótko zatrzymała i spojrzała na mnie, jakby coś chciała powiedzieć. Ale ja nic nie słyszałem. Stałem jak otumaniony. Jak to możliwe? Skąd się wzię- ła tutaj moja żona? Przecież trzymałem ją za rękę w ostatnich jej chwilach na tym świecie. Jak to możliwe? Tyle czasu już minęło, tyle cierpienia, tyle łez, tyle mrocznych dni. Przecież już się rany zabliźniły, przecież żyję innym życiem. Przez długie lata nie mogłem dojść do siebie. Walczyłem ze wspomnieniami, walczyłem ze smutkiem, walczyłem z samotnością. Przecież mi się udało. Wróciłem do pracy, wróciłem do obowiązków. Witek mówił, że ona już nie wróci. Nic nie wróci. A ona jest, była przed chwilą obok mnie. On kłamał! Bezczelnie kłamał! A przecież jest moim najlepszym przyjacielem. 23 Pisk hamującego za mną pociągu otrzeźwił mnie. Rozejrzałem się dookoła. Nie było żadnego samochodu, żadnego starszego małżeństwa. Nie było nikogo. Zaraz, czy to był tylko sen? Czy widziałem zjawę? Popatrzyłem na światła dworca kolejowego. Pociąg powoli ruszył i zbliżał się w moim kierunku. Patrzyłem na oświetlonych kilka wagonów przejeżdżających ode mnie jakieś sto metrów. Nastała znowu cisza. Zakłócały ją odgłosy nocy. Gdzieś cykały świerszcze, piszczał nietoperz, szczeknął pies. Wiaterek lekko owiewał moją twarz. Spojrzałem na zegarek – dochodziło w pół do dwunastej. Jak długo tu stałem? Nie wiem. Ruszyłem w powrotną drogę na kemping. W głowie mi szumiało, myśli plątały się. Wracały wspomnienia sprzed prawie dziesięciu lat. Wszystko to o czym chciałem zapomnieć z powrotem wracało. Ból, potworny ból mojej duszy. Szedłem jak w amoku. Nie wiem, jak długo wracałem do mojego apartamentu. Nie pa- miętam co mówił do mnie strażnik przy wejściu. Wiem tylko, że skłoniłem mu się i oświetloną główną aleją udałem się prosto do siebie. Wspomnienia Leżałem na sofie w salonie i nie mogłem zasnąć. Odżyło to co się działo dawno temu. Mieszkamy z moją żoną w Poznaniu na nowym osiedlu Jana III Sobieskiego, w trzypokojowym mieszkaniu na ósmym piętrze. Jesteśmy już trzyletnim, szczęśliwym mał- żeństwem. Ja dobrze zapowiadający się nauczyciel – młody dyrektor gimnazjum, a moja Ela lekarz – stomatolog rozpoczynająca swoją karierę zawodową w Centrum Stomatologicznym, spółce założonej wraz z koleżanką i kolegą ze studiów. To były najpiękniejsze dni mojego życia, nie licząc tych, trochę zwariowanych, w trakcie studiów, kiedy się poznaliśmy. Wszystko powoli zaczęło się nam układać według naszych planów. A więc kupno miesz- kania, umeblowanie go według wcześniej zaplanowanych szczegółów, stabilizacja zawodowa moja i Eli, a następnie powiększenie rodziny. Uśmiechnąłem się do siebie na wspomnienie tego, jaką wspaniałą drogę pokonaliśmy, aby to wszystko osiągnąć. Te epizody naszego małżeństwa na zawsze utkwiły w mojej pa- mięci. Na przykład szukanie tego co chcieliśmy postawić w naszym gniazdku przeistoczyło się wręcz w ceremonię. Sprawiało to nam wiele radości. Uśmiecham się na wspomnienie zakupu łóżka do sypialni, a właściwie materaca na łóżko. Próbowaliśmy w sklepach wszystkie mate- race, kładąc się na każdy i próbując różnych pozycji, aż jeden ze sprzedawców zwrócił nam 24 uwagę, że zachowujemy się niestosownie. Ze śmiechem, ale zgodnie wskazaliśmy mu ten materac, który nam najbardziej odpowiadał. Potem mieliśmy kłopot z transportem. Kto wy- myślił tak duży materac w jednym kawałku. Jak go włożyć do samochodu, a mieliśmy wtedy małego, starego Opla Corsę. Weekendy staraliśmy się spędzać poza domem. Często wyjeżdżaliśmy w okolice Piły, do rodziców Eli. Mieszkali nad pięknym Jeziorem Rudnickim, na skraju rezerwatu przyrody położonego na północ od miasta, w dzielnicy Koszyce. Lubiłem tam spędzać czas. Były to chwile wytchnienia od gwaru szkolnego korytarza, od ciągłego psychicznego obciążenia, jaki niesie zawód nauczyciela szkoły gimnazjalnej, do tego matematyka. Dużo spacerowaliśmy po pobliskich lasach wokół jeziora, zbieraliśmy ukradkiem dary natury, gdyż był to rezerwat, a Ela wieczorami z tych liści, gałązek, szyszek i innych, dla mnie bezużytecznych darów lasu, robiła wspaniałe bukiety, ikebany, stroiki na stół. Miała w tym względzie istny dar. Zawsze mówiłem, że powinna studiować oprócz stomatologii, sztuki plastyczne. Rodzice Eli byli bardzo życzliwi dla mnie. Nie odczuwałem z ich strony żadnej niechęci. Pamiętam jak pierwszy raz miałem przyjechać do nich w odwiedziny. Było to na piątym roku moich studiów. Z Elą znaliśmy się już dwa lata. Wybrałem się w drogę moim ponad dwudzie- stoletnim fiacikiem kupionym za ciężko zarobione pieniądze w trakcie ostatnich wakacji. Jak dojeżdżałem do ich posesji serce o mało nie wyskoczyło mi z piersi. Gdzie ja, jakiś tam stu- dencina matematyki na Uniwersytecie w Poznaniu, mam się równać z elitą medycyny po- znańskiej i pilskiej. W tych czasach ojciec Eli był znanym powszechnie kardiochirurgiem na Akademii Medycznej w Poznaniu, a jego żona powszechnie szanowanym pediatrą - ordynato- rem oddziału dziecięcego w szpitalu w Pile. Ela była na piątym roku studiów stomatologicz- nych Akademii Medycznej w Poznaniu mimo tego, że była rok młodsza ode mnie. Wjechałem na podjazd prowadzący do ich posesji. Kiedy wysiadłem z mojego „malu- cha”, pierwszą osobą, która mnie przywitała był gospodarz. – Z pewnością pan Adam – spytał patrząc mi prosto w oczy stojąc przed wejściem do ich domu. W gardle miałem sucho, udało mi się skinąć potakująco głową i coś wybąkałem, co nie przypominało żadnego znanego mi słowa, a miało brzmieć „dzień dobry”. Nie należałem wtedy do młodzieńców otwartych i bezpośrednich w kontaktach międzyludzkich. Ela zawsze mi mówiła, że najbardziej podoba się jej we mnie moja skromność, nieśmiałość i spokój, któ- rym podobno zarażałem moich znajomych. – Wjedź z łaski swojej dalej swoim pojazdem, zagradzasz cały podjazd, a spodziewamy się jeszcze co najmniej jednego samochodu – powiedział sucho pan doktor i patrzył na moją 25 reakcję. Oho, podpadłem, falstart, już po mnie, Ela mi nie wybaczy. Miałem ze strachu szum w głowie. Tak bardzo chciałem się przypodobać rodzicom mojej ukochanej dziewczyny, a tu takie suche, stanowcze przywitanie ze strony jej ojca. Bez słowa wskoczyłem z powrotem do „mojego pojazdu” jak go nazwał pan Michał – tak miał na imię ojciec Eli – i stało się coś strasznego. Pojazd, pomimo moich usilnych starań nie chciał odpalić. Warczał i warczał, pod- skakiwał na rozruszniku, ale silnik nie chciał zaskoczyć. Teraz to już na pewno po mnie. Nie wiedziałem co robić. Spojrzałem na postać stojącą nieopodal. Pan Michał ze skrzyżowanymi na piersi rękoma przyglądał się moim wyczynom. Na jego twarzy nie zauważyłem żadnych emocji. Stał i patrzył. CO ROBIĆ!? – krzyczałem w duchu. Z domu wybiegła Ela. Minęła ojca i z wielką radością biegła w moim kierunku. Moje wybawienie. – Znowu nie chce zapalić? – krzyknęła na powitanie, a następnie przez otwarte okno, po- całowała mnie czule w usta. Jezus Maria! Jeszcze to. Nie całuj mnie przy rodzicu! Myśli kłębiły się w głowie, a prze- rażenie rosło na mojej twarzy. A ona jakby nic, otworzyła drzwi samochodu i czekała aż wy- siądę. – Tatusiu pomożesz nam przepchać ten złom dalej? – spojrzała w stronę swojego ojca. Boże co ona robi? Ale wstyd. Ale jakież było moje zdziwienie, gdy pan Michał bez słowa ruszył w naszą stronę, z coraz bardziej rozbawioną miną. – Oczywiście córeczko, przetoczmy ten krążownik, aby mama mogła wjechać – i bez słowa oparł się o tył pojazdu czekając na wspólny wysiłek. Bez problemu udało się nam go przestawić. Gdy się wyprostowałem zauważyłem jego rozbawioną minę. – Dokładnie jakbym był znowu studentem. Witam cię Adamie – podał mi przyjaźnie rę- kę. – Ja w czasach studenckich miałem trabanta, nie wiem czy wiesz jak wyglądał, ale pozwa- lał mi jeździć wtedy do mojej dziewczyny, a teraz żony. I wyobraź sobie, jak pierwszy raz jechałem do Konina, do jej rodziców, to też mi się popsuł i nie mogłem nim wrócić do Pozna- nia. To co się stało z twoim samochodzikiem, to dobry znak – szepnął nachylając się do mnie. Od tamtej pory lody między nami skruszały. Michał okazał się wspaniałym ojcem. Po- dobnie jego żona Marta, matka Eli. Już po kilku godzinach czułem się bardzo swobodnie. Przyjęli mnie bardzo życzliwie. Dlatego bardzo lubiłem spędzać z nimi czas podczas naszych weekendowych wypadów w okresie początkowych lat naszego małżeństwa, jak również póź- niej, kiedy musiałem dojść do równowagi psychicznej. Do moich rodziców nie musieliśmy jeździć tak daleko, gdyż mieszkali na drugim końcu Poznania na Fabianowie. Odwiedzaliśmy ich kiedy tylko mieliśmy trochę czasu wolnego. Mieszkali razem z moją młodszą siostrą, wtedy jeszcze uczennicą liceum. Ela bardzo im 26
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Cud miłości
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: