Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00389 006224 13847873 na godz. na dobę w sumie
Cudotwórca - ebook/pdf
Cudotwórca - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 160
Wydawca: Harlequin Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-238-8127-8 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> romans
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Libby Tate jest skromną pielęgniarką. Współpracuje z doktorem Andrew Langham-Jonesem, którego otwarcie podziwia, a w głębi ducha wielbi. Jest przekonana, że ten wspaniały chirurg, dziedzic pałacu Ashenden, nigdy się nią bliżej nie zainteresuje. Toteż gdy niespodziewanie Andrew zaprasza ją na bal do pałacu, Libby czuje się tak, jakby wygrała los na loterii. Pożycza od przyjaciółki suknię i spędza wieczór w ramionach Andrew, wirując z nim na parkiecie. Tymczasem to nie koniec niespodzianek...

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Caroline Anderson Cudotwórca Tłumaczyła Maria Świderska Droga Czytelniczko! Oto nasze kwietniowe propozycje: Doskonała pielęgniarka (Medical Duo) – Alice zakochała się w Andrew od pierwszego dnia znajomości, on jednak wtedy zlekcewaz˙ył jej uczucie... Spotkanie na plaz˙y (Medical Duo) – Małz˙eństwa Allie i Luke’a nie skończyły się szczęśliwie, ale zdołali znaleźć dla siebie drugą szansę... Cudotwórca (Medical) – Andrew i Libby mieli ich zdaniem powaz˙ne powody, by nie zakładać stałego związku... Zapraszam do lektury, Harlequin. Kaz˙da chwila moz˙e być niezwykła. Czekamy na listy! Nasz adres: Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises Sp. z o.o. 00-975 Warszawa 12, skrytka pocztowa 21 Caroline Anderson Cudotwórca Toronto · Nowy Jork · Londyn Amsterdam · Ateny · Budapeszt · Hamburg Madryt · Mediolan · Paryż Sydney · Sztokholm · Tokio · Warszawa Rio de Janeiro · Mumbaj Tytuł oryginału: The Surgeon’s Miracle Pierwsze wydanie: Harlequin Mills Boon Limited, 2010 Redaktor serii: Ewa Godycka Opracowanie redakcyjne: Ewa Godycka Korekta: Urszula Gołębiewska ã 2010 by Caroline Anderson ã for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 2011 Wszystkie prawa zastrzez˙one, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie. Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V. Wszystkie postacie w tej ksiąz˙ce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – z˙ywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe. Znak firmowy Wydawnictwa Harlequin i znak serii Harlequin Medical są zastrzez˙one. Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa, ul. Starościńska 1B lokal 24-25 Skład i łamanie: COMPTEXTÒ, Warszawa ISBN 978-83-238-8127-8 MEDICAL – 484 ROZDZIAŁ PIERWSZY – Libby, masz chwilę? – Oczywiście. – Podniosła wzrok i posłała mu zmę- czony uśmiech. – Hm, nie wyglądasz dobrze. Mruknął coś pod nosem. Czuł się fatalnie, a jeśli je- go twarz to odzwierciedla, to istotnie stanowi ponury widok. – To była cięz˙ka noc. Jeden lekarz usuwał skrzep z mózgu, ja w tym czasie unieruchamiałem złamania, a ktoś inny zajął się śledzioną. Z˙ycie tego dzieciaka wi- siało na włosku. Operacja trwała kilka godzin. Ten chło- pak ma zaledwie siedem lat. Sprawca wypadku zbiegł. Twarz Libby przybrała wyraz współczucia. – Jak moz˙na zrobić coś takiego? – Nie pytaj. Nie mam pojęcia. – W jakim jest stanie? – Stabilnym. Skinęła głową i zagryzła wargi. – Zaczekasz chwilę? Muszę coś dokończyć. – W porządku. Nic pilnego – mruknął. Nie spieszył się. Poświęcił Jacobowi całą swą ener- gię, a teraz nadszedł czas, by zebrać myśli. Neurolog usunął skrzep, chirurg załatał wątrobę, usunął śledzionę i przywrócił krąz˙enie w stopach po uprzednim unie- ruchomieniu nóg i miednicy przy pomocy zewnętrz- nych stabilizatorów. Jacob wyszedł na prostą. Lez˙ał 6 CAROLINE ANDERSON teraz na oddziale intensywnej terapii pediatrycznej, był pod działaniem silnych środków uspokajających i nale- z˙ało z˙ywić nadzieję, z˙e jest na dobrej drodze do wyzdro- wienia. Przed chwilą znów zajrzał do chłopca. Jego stan nieznacznie się poprawił, totez˙ przynajmniej na razie Andrew mógł się uspokoić. Był skrajnie wyczerpany i potrzebował odpoczynku. Stał teraz oparty o futrynę i obserwował młodą ładną pielęgniarkę oddziałową. Gdyby świat był idealny, po takim dyz˙urze spałby właśnie w swoim łóz˙ku, ale świat idealny nie jest. Cho- ciaz˙ była dopiero siódma trzydzieści rano, zdąz˙ył juz˙ poświęcić pół godziny rodzicom Jacoba i wyjaśnić im swój udział w ratowaniu z˙ycia chłopca. Za trzydzieści sześć godzin, po kolejnym dniu pracy, wróci do do- mu, by zmierzyć się z koszmarnym weekendem. Matka znów znajdzie pretekst, by zaprezentować mu cały ko- rowód dziewczyn w nadziei, z˙e syn którąś poślubi i za- pewni ciągłość rodu. To, z˙e z˙ona jego brata spodziewa się dziecka, nie ostudziło zapędów matki. Nawet pogarszało sprawę, bo podkreślało tylko fakt, z˙e jest singlem. Matka pragnęła dla niego takiego szczęścia, jakim cieszył się Will. Przez dom przewinie się mnóstwo dziewczyn, a on będzie musiał poświęcić czas kaz˙dej z nich, począwszy od zadurzonej w nim beznadziejnie kuzynki Charlotte az˙ do panienek szukających bogatego męz˙a, poprzez tabuny całkiem miłych młodych kobiet, które wcale go nie interesowały. I to wszystko pod czujnym wzrokiem jego ukochanej matki. Nie miał na to siły, robiło mu się słabo na myśl o zniechęcaniu kandydatek na z˙onę i znajdowaniu wy- CUDOTWÓRCA 7 mówek, które zadowoliłyby matkę. A juz˙ najmniej po- trzebne mu było to przyjęcie. A właściwie dwa przyję- cia. Tłumiąc westchnienie, zmienił pozycję i nadal przy- glądał się Libby wpisującej dane do komputera. Fajna dziewczyna, przemknęło mu przez myśl. Bardzo fajna. Gdyby sprawy wyglądały inaczej, moz˙e by się nią zain- teresował. Szkoda, bo coraz bardziej mu się podobała. Przygryzała teraz wargę białymi jak perełki ząbkami, jej długie rzęsy rzucały cień na kontrastującą z nimi alabastrową skórę. Bezwiednie załoz˙yła za ucho ciem- nobrązowe pasmo, które wysunęło się z włosów ściąg- niętych w ogonek. Były miękkie i błyszczące, jak gdyby tego ranka je umyła. Pachniały jabłkami... Skąd to wie? Jakoś mu się tak zakodowało. Bez u- działu świadomości, tak jak bez jej udziału zarejestro- wał piegi, którymi obsypany był jej nosek, czy kształtną figurę, bo nawet nieforemny fartuch nie mógł ukryć jej ponętnego biustu. Zastanawiał się, jak Libby spędzi weekend. Pewnie zajmie ją coś bardzo prozaicznego. Pranie, a moz˙e wy- pad do kina z przyjaciółmi. Zwinie się na kanapie, obok swojego chłopaka, z dobrą ksiąz˙ką. Zachmurzył się i usunął ten obraz z wyobraźni. Ni- gdy nie wspominała o z˙adnym męz˙czyźnie. Moz˙e po prostu zostanie w domu... – Co robisz w weekend? – usłyszał własny głos, a po- tem wstrzymał oddech, czekając na odpowiedź. Libby oderwała wzrok od klawiatury i pozwoliła so- bie na tę drobną przyjemność, jaką stanowiło dla niej przyglądanie się Andrew. Widać było, z˙e jest wyczerpa- ny, ale wyglądał dość seksownie mimo włosów w nieła- dzie i pomiętego uniformu. 8 CAROLINE ANDERSON – Niech pomyślę – odparła, uśmiechając się przy tym kpiąco. – Lecę do Paryz˙a, kolacja w eleganckiej restauracji, potem popatrzę ze szczytu wiez˙y Eiffla na światła wielkiego miasta, no i w końcu spacer nad Sekwaną w blasku księz˙yca. A moz˙e zostanę w domu, zajmę się praniem, zanim kosz na brudy pęknie z przeła- dowania, i wyrwę wreszcie ścierkę do podłogi z zimo- wego snu. Ze śmiechem, który zawsze sprawiał, z˙e serce biło jej z˙ywiej, podszedł do biurka. Oparł się o krawędź, skrzy- z˙ował ramiona i utkwił w niej wzrok. Wyglądał wprost fantastycznie. Miał jeszcze na sobie bezkształtny strój z sali operacyjnej, w którym mu było świetnie. Stał tak blisko, z˙e czuła bijące od niego ciepło i delikatny zapach skóry. Gdyby tylko wyciągnęła rękę... – Zajmiesz się swoim praniem? – Na razie nie przyjmuję rzeczy do prania, z˙eby dorobić, jeśli to masz na myśli! – zaz˙artowała, przeko- nana, z˙e Andrew nie bawi się w tani podryw. To nie w jego stylu. Na jego twarzy pojawił się zmęczony uśmiech. – Boz˙e broń! Chciałem tylko na swój niezręczny sposób wybadać, czy mieszkasz sama. No nie, a jednak to podrywacz! Niemoz˙liwe. Poczuła suchość w ustach. – Nie. – Zamilkła na chwilę. – Ale kotka nie produ- kuje duz˙o prania. Tylko nic nie mów! – dodała, bo się śmiał. – Sama wiem, z˙e jestem ponurą starą panną, ale kocham ją, bo dotrzymuje mi towarzystwa, nawet jez˙eli oznacza to sierść na ciuchach i wstawanie w nocy, z˙eby ją nakarmić. I nie ma nikogo innego ani w domu, ani poza domem. CUDOTWÓRCA 9 Kąciki warg Andrew uniosły się lekko w górę. – Jez˙eli kotka ci pozwoli, to moz˙e pojechałabyś ze mną na wycieczkę na wieś? Nie obiecuję wiez˙y Eiffla, tylko spacer nad rzeką i dobre jedzenie. Serce w niej zamarło. Wciągnęła głęboko powietrze i zapisała plik w komputerze, a potem obróciła się z fotelem i spojrzała na niego z zaciekawieniem. – Powtórz, proszę. Czy mi się wydawało, czy to było zaproszenie na upojny weekend? Stłumił śmiech i potarł dłonią policzek. Bóg wie, kiedy się ostatnio golił. Z pewnością nie dziś, bo Libby usłyszała podniecający szelest palców o szorstki zarost. – Kusząca myśl – odparł – ale nie o to mi chodziło... – Urwał i zaniósł się serdecznym śmiechem, który prze- szedł w głębokie westchnienie. – Moja mama obchodzi sześćdziesiąte urodziny. Wydaje przyjęcie, a po nim bal. Juz˙ widzę, jak ściąga do nas wszystkie kobiety stanu wolnego, z najdalszymi kuzynkami włącznie. Ni- czego im nie brakuje, gdybym jednak z którąś z nich chciał mieć romans, juz˙ dawno bym do tego doprowa- dził. Ale jestem zbyt zmęczony. – Ponownie westchnął i połoz˙ył dłoń na karku. – Znów zaczną się te korowody. Wcale mi się nie chce prowadzić błahych pogawędek i nie mam juz˙ ochoty na szukanie wymówek, z˙eby nie spotykać się na kawie, wychodzić na kolacje i jeździć na wyścigi. – I postanowiłeś – powiedziała, zastanawiając się, czy przypadkiem nie jest zbyt zarozumiały – uz˙yć mojej osoby jako tarczy chroniącej przed hordą rozszalałych kobiet, dla których większość męz˙czyzn dałaby sobie uciąć rękę? Z trudem stłumił śmiech. 10 CAROLINE ANDERSON – Moz˙e to nie będzie rozszalała horda, ale potrzebu- ję kogoś, kto odwróci uwagę mojej matki od tego, z˙e jestem kawalerem. Nie mam zamiaru tego zmieniać, ku jej wielkiemu z˙alowi. On jest singlem? Zdumiewające. Jak to się stało? A co ciekawsze, dlaczego? Co za strata dla płci pięknej! – Zgadzasz się? – Czy się zgadzam? – Poczuła mrowienie w opusz- kach palców i z trudem powstrzymała się, by ich doty- kiem nie złagodzić napięcia czającego się w jego mięś- niach. – Stać się moją tarczą. Zapomnij o praniu i ma- chaniu ścierką, i pojedź ze mną na wieś. Bez z˙adnych zobowiązań! Na samą tę myśl serce Libby zabiło szybciej. Wy- prostowała się i spojrzała mu prosto w oczy. Przenikliwe, jasnoniebieskie, z granatową obwódką źrenic i ujmują- cymi drobnymi zmarszczkami w zewnętrznych ką- cikach. Teraz były przekrwione z niewyspania, ale i tak jej się podobały. – A co ja będę z tego miała? – zapytała obcesowo, wiedząc z góry, jaka będzie jej odpowiedź, bo nie po- trafiłaby się oprzeć propozycji najprzystojniejszego fa- ceta, jakiego znała. Pamiętała jednak, z˙e bliskie sto- sunki z kolegą z pracy stanowią dla niej zakazany owoc. Nagle Andrew zaczęło bardzo zalez˙eć na jej zgodzie. – Wspaniałą kolację, leniwy weekend w malowni- czym hrabstwie Suffolk, spacery z psami nad rzeką, wytworny bal w sobotę. – Dobre jedzenie, powiadasz? Andrew uśmiechnął się i odetchnął z ulgą. – Dobre jedzenie, dobre wino, dobre towarzystwo... CUDOTWÓRCA 11 – Masz na myśli siebie, choć, oczywiście, nie jes- teś zarozumiały – zakpiła, a on roześmiał się z roz- bawieniem. Droczyła się z nim, ale jej bezpośredniość i poczucie humoru fascynowały go tak jak złote iskierki pojawia- jące się w jej oczach o niezwykłej barwie morskiej zieleni. – Ale skąd! Wszyscy twierdzą, z˙e jestem świetnym kompanem, tańczę bez deptania partnerce po palcach i w przeciwieństwie do twojego kota nie zostawiam sierści na ubraniu ani nie z˙ądam pełnej miski w środku nocy. I przestrzegam porządku. Uśmiechnęła się pytająco. – Bez zobowiązań? Poczuł się odrobinę zawiedziony, ale szybko się o- trząsnął. – W obecności całej śmietanki towarzyskiej hrabst- wa Suffolk? Nie miałbym szans. Tylko ty i ja, oraz wszystkie niezamęz˙ne kobiety w promieniu stu kilo- metrów. – I dobre jedzenie. – Doskonałe. Mama wynajmuje na takie okazje świetną firmę cateringową. – Jak mam się ubrać? – spytała po namyśle. Zawahał się. Panie włoz˙ą suknie od najlepszych pro- jektantów. Libby na pewno nie mogłaby sobie pozwolić na takie kreacje, nie z pensji pielęgniarki. – Wizytowo. Suknia wieczorowa na jutrzejszą kola- cję, balowa na sobotę. Libby wytrzeszczyła oczy. – To strasznie oficjalnie. Fraki i długie suknie? Kiwnął głową, przyglądając się jej uwaz˙nie i licząc 12 CAROLINE ANDERSON na to, z˙e Libby nie odmówi mu z powodu braku stroju. Nie chciałby, z˙eby czuła się skrępowana wyglądem in- nych kobiet. – Dobrze – odrzekła po krótkim namyśle. Godzi się pojechać z nim na weekend czy twierdzi, z˙e to koszmar i za nic nie pokazałaby się na takiej uroczystości? – Jest jakiś problem? Masz odpowiednią sukienkę? – Chyba znajdę jakiś ciuch – odparła sucho. – Gdzie się zatrzymamy? – dodała ku jego uldze. – W domu – odparł bez wahania. – Uprzedzę mamę, z˙e cię przywiozę. Będzie jej bardzo miło. – Czy ona wie, kim jestem? – Nie. Nigdy jej o tobie nie wspominałem. Ani o z˙ad- nej innej dziewczynie, więc jesteś zupełnie bezpieczna. Libby westchnęła i przewróciła oczami. – Jez˙eli masz zamiar ją oszukiwać, to nie jadę. Pra- cujemy razem, zaprosiłeś mnie na weekend. Nie zamie- rzam spędzić całego weekendu na udawaniu, z˙e jestem w tobie zakochana jak jakaś nastolatka. Juz˙ miał zapytać, czy to byłoby takie trudne, ale w ostatniej chwili się powstrzymał. – Wcale cię o to nie proszę. – Uśmiechnął się, by podtrzymać ją na duchu. – Zawiadomię ją, z˙e przyjadę z osobą towarzyszącą. Sama będzie mogła wyciągnąć wnioski. Nie martw się, nie będziesz musiała sztucznie się uśmiechać, jak będę cię obcałowywać. Szkoda, pomyślała, ale zdołała utrzymać powagę. – O której zaczyna się ta wspaniała uroczystość? – Między siódmą a siódmą trzydzieści. Odpowiada ci? – Super – odparła, nie wiedząc jeszcze, czy całkiem zwariowała, czy wygrała milion na loterii. CUDOTWÓRCA 13 – Świetnie. No to do zobaczenia. Loteria, zdecydowała, patrząc, jak Andrew odcho- dzi. Dobre jedzenie, dobre wino i z pewnością dobre towarzystwo. I moz˙e uzyska kilka odpowiedzi na py- tania dotyczące najbardziej zagadkowego męz˙czyzny, jakiego spotkała w swoim dwudziestosiedmioletnim z˙yciu... – Zaprosił cię do domu?! – Tak, jadę z nim na weekend. Jego matka obchodzi sześćdziesiąte urodziny i wydaje przyjęcie oraz bal. – Dobry Boz˙e! – jęknęła Amy, wpatrując się w nią z otwartymi ustami. – Co mówisz? – Zastrzeliłaś mnie. Kaz˙da singielka w całym Suf- folk dałaby sobie uciąć lewą rękę za takie zaproszenie. Libby pokręciła głową, nie ulegając pokusie poinfor- mowania współlokatorki o tym, z˙e wszystkie zostały zaproszone. – Nie jest tak, jak myślisz. To weekend bez zo- bowiązań. Amy śmiała się do łez. – Tak, tak! Oboje jesteście z kamienia, prawda? A co włoz˙ysz? Libby ogarnął lekki niepokój. – Nie mam pojęcia. Masz jakiś pomysł? – Zdajesz sobie sprawę, kto tam będzie? To nie jest zwykłe przyjęcie urodzinowe dla miłej starszej pani. – Ona ma tylko sześćdziesiąt lat! – I to tylko lady Ashenden! – przedrzeźniała ją Amy. Libby otworzyła usta. Opanowała się jednak i spró- bowała złapać oddech. 14 CAROLINE ANDERSON – Ta lady Ashenden? Z Ashenden Place? Pałacu o- twartego dla zwiedzających? Nie, to niemoz˙liwe! Prze- ciez˙ on nie nazywa się Ashenden, nie bądź głupia! – Jasne, z˙e nie. On nosi tytuł szlachecki. Nazywa się Andrew Langham-Jones i jest najstarszym synem lorda i lady Ashenden, dziedzicem Ashenden. Posiadłość jest dostępna dla publiczności, to jeden z najpiękniejszych dworów w Suffolk. Masa forsy i tytuł lorda, który odzie- dziczy! To jeden z najatrakcyjniejszych kawalerów do wzięcia. Nie wierzę, z˙e o tym nie wiedziałaś! – Nie interesują mnie plotki – broniła się Libby słabo. A moz˙e powinny ją interesować, jez˙eli ma zamiar przyjmować zaproszenia od takich facetów. Nic dziwnego, z˙e wszystkie matki wysyłają córki do pałacu na spotkanie z przyszłym lordem Ashenden! A on wcale nie jest ani próz˙ny, ani egocentryczny – jest tylko realistą. Nie mogła uwierzyć, z˙e się tak skom- promitowała. Dopiero Amy jej to uświadomiła. I to dość dosadnie. – Z˙yjesz w kokonie, zupełnie oderwana od świata. Wracasz wieczorem do domu i kota, zwijasz się w kłę- bek przed telewizorem i nie masz pojęcia o tym, co się dzieje tuz˙ przed twoim nosem. Nic dziwnego, z˙e nikogo nie masz! – I jestem bardzo szczęśliwa – skłamała Libby, sta- rając się nie myśleć o samotnych nocach, długich week- endach i z˙ałosnych randkach w ciemno. – Bzdura – stwierdziła krótko Amy i zlustrowała ją wzrokiem. – A więc co włoz˙ysz na tę okazję? – Dwie okazje – poprawiła Libby kolez˙ankę, marsz- cząc czoło. Lady Ashenden? Szlag by trafił. – Suknia wieczorowa na jutro i balowa na pojutrze.
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Cudotwórca
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: