Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00052 006021 14678497 na godz. na dobę w sumie
Czarny Tulipan B.V. - ebook/pdf
Czarny Tulipan B.V. - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 157
Wydawca: Self Publishing Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-272-3912-9 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe >> proza
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Marek, rozgoryczony emigrant w kraju tulipanów próbuje rozwikłać przyczynę tajemniczego zniknięcia swojego współlokatora. Jego mimowolne poszukiwania doprowadzają do odkrycia nieznanych faktów z życia przyjaciela oraz skłaniają do przemyśleń na temat własnej egzystencji.

Książka próbuje przedstawić Holandię widzianą oczami głównego bohatera, która dla wielu miała być kolejną 'ziemią obiecaną'. Kraj, w którym dobrzy i źli Holendrzy spotykają się z dobrymi i złymi Polakami.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

BARTŁOMIEJ WILK CZARNY TULIPAN B.V. Projekt okładki: Marta Kucz Korekta: Marta Kucz ISBN 978-83-272-3912-9 Copyright © by Bartłomiej Wilk, Częstochowa 2013 Wszelkie prawa zastrzeŜone. Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub części niniejszej publikacji jest zabronione bez pi- semnej zgody autora. 2 I Zacząłem nerwowo spoglądać na zegarek, mój transport miał trzy godziny obsuwy. Co prawda dzwonili i uprzedzali przed lek- kim opóźnieniem, ale Ŝeby zaraz tyle? W tym czasie zdąŜyłem wypróŜnić się na zapas, bo z nerwów piję duŜo kawy, a po kawie zawsze ciśnie mnie na sedes. A, Ŝe coraz bardziej się denerwowa- łem to i więcej kawy spoŜywałem. I tak w kółko. Nareszcie odezwała się komórka, a na niej wyświetlony napis: „Busiarz”. Podobno dojeŜdŜa i mam wypatrywać pojazdu w kolo- rze złotym. NajwyŜszy czas – irytowałem się coraz bardziej. Złote- go medalu za punktualność na pewno u mnie nie dostaną. Bo bu- siarze juŜ tak mają i koniec. Prawie nigdy nie przyjeŜdŜają na czas. Jak ci mówią, Ŝe będą na 17 to moŜna być pewnym, Ŝe przed 20 ich nie uświadczysz. Chyba, Ŝe jest się pierwszym adresem na tra- sie, tylko to teŜ marna pociecha, bo musisz wtedy wozić swój zad po resztę podróŜnych, zanim kierowca obierze właściwy kurs. To ja dziękuję bardzo, juŜ wolę spędzić ten czas w domu. Stojąc w rogu okna, jak rasowy podglądacz, przytrzymując jedną ręką zasłonkę, wykukałem w końcu nadjeŜdŜającego vana w złotych barwach, przyprószonego grubą warstwą brudu. Ubra- łem się czym prędzej i zniosłem swój cały majdan przed klatkę. Nie było tego wcale duŜo: jedna torba podróŜna oraz oczywiście bagaŜ podręczny. Z reguły nie biorę alkoholu ze sobą, gdyŜ nawet najmniejsze piwko w drodze i od razu chce mi się sikać jak temu kotu na pustyni. Z napoi to tylko herbata w termosie, gdy jest je- sień – zima lub zwykła woda mineralna w cieplejsze dni. Oczywi- ście Ŝadnych chipsów, chrupek, ciastek czy innym paluszków. Nienawidzę tego słono-tłustego syfu na rękach i wokół ust. Ani się po tym umyć, ani wytrzeć. Chyba, Ŝe w rękaw albo w chusteczkę higieniczną. Przy czym tego pierwszego nie uznaję, a drugie uwa- 3 Ŝam za niewystarczające. Więc jeŜeli cokolwiek juŜ jem, to tylko jakieś kanapki. Jeszcze tylko wysłuchałem usprawiedliwień kierowcy (Panie, jaki to korek był na „jedynce”, rozpędzona renówka zjechała na czołowe z czinkłaczento. ToŜ to z cinkusia nie było co zbierać, aŜ straŜacy musieli przyjechać i wrak rozcinać. No mówię panu, jak Ŝyję takiej masakry nie widziałem.) i juŜ mogłem rozsiąść się na tyle busa. Miejsca na nogi było dosyć, klimatyzacja była – co w ca- le nie jest takie oczywiste, więc moŜna było jechać, podobno juŜ po ostatniego chętnego do NL *** Wprowadzono nas do jasnego pomieszczenia, oświetlonego blaskiem słońca wpadającego przez niezasłonięte Ŝaluzje. Gabinet urządzony skromnie, lecz z naleŜnym szacunkiem wobec piasto- wanego stanowiska. Owa skromność przejawiała się w braku cze- gokolwiek, co byłoby zbędne do rzetelnej i wydajnej pracy. Oprócz jednego duŜego kwiatka w rogu, kanapy dla gości oraz niecieka- wego pejzaŜu wsi na ścianie, gabinet wydawał się pustawy, a przez to duŜo większy niŜ był w rzeczywistości. W głębi na wprost wej- ścia usytuowane było eleganckie, drewniane biurko, na którym znajdował się telefon, zapewne w komplecie z faksem oraz drukar- ką. Siedzący za nim męŜczyzna studiował z zaciekawieniem plik pięciu dokumentów, który swoim ułoŜeniem przypominał pokero- wą ”rękę”. Spostrzegłszy nas uśmiechną się delikatnie, po czym wstał i przemówił: – Stoję przed państwem i muszę podjąć decyzję, która być mo- Ŝe będzie kluczową dla przyszłości naszej firmy. To, Ŝe wasza piątka zdołała pokonać przeszło trzydziestu kandydatów świadczy o państwa wiedzy i determinacji. Na przykład pani Maria Wojcie- 4 chowska. Widać, Ŝe posiada pani niezwykłe doświadczenie w pra- cy na podobnym stanowisku. Bije to wręcz z pani spojrzenia. – Mówiąc to posiłkował się owymi dokumentami, które okazały się być naszymi CV oraz wynikami dopiero co zakończonych testów. Tak, spojrzenia 50 letniej zmęczonej kobiety – pomyślałem z przekąsem o prawdziwych intencjach prezesika. Jako jedyna była po czterdziestce i w moich oczach jednocześnie pierwsza do wyau- towania. Ja z kolei byłem jedynym męŜczyzną w tej grupie, więc naiwnie liczyłem na męską solidarność. Nie dość, Ŝe proces rekru- tacji ciągnął się juŜ kolejną godzinę, to tamten dalej trzymał nas w niepewności. – Czy oglądali państwo ostatnio finał „Mam talent”? Nie? No więc, ja muszę być teraz trzema jurorami naraz i zadecydować o państwa losie. Do prawdy, nie jest to łatwe zadanie. – Ale to i tak widzowie decydują ostatecznie kto ma wygrać – wtrąciłem nieśmiało. – No widzi pan, nie dość, Ŝe muszę być jurorami, to jeszcze za całą widownię robić. Sam pan widzi. Bo chociaŜby pani Katarzyna Małek, dopiero co po studiach, ale widząc ten zapał i entuzjazm jestem spokojny o przyszłość tego narodu. Dobrze – zmienił ton z jowialnego na urzędowy – nie przedłuŜając juŜ ani chwili, chciał- bym nadmienić, iŜ wszyscy państwo mają wymagane kwalifikacje, lecz stanowisko postanowiłem powierzyć pani Marcie Jagiełło. Serdecznie gratuluję, zapraszam za chwilę do działu kadr, gdzie dopełnimy formalności, a reszcie z państwa Ŝyczę szczęścia i wy- trwałości w poszukiwaniu być moŜe lepszej, wymarzonej pracy. Dziękuję i do widzenia. Stało się, balon został napompowany, po czym z hukiem pęk. Jak zazwyczaj ostatnio bywało, okazałem się być zwykłym „dup- kiem Ŝołędnym” pośród samych „dam”, z których jedna z nich zamieniła się w „asa”. Jeszcze tylko zdobyłem się na symboliczne 5 „gratuluję” i juŜ mogłem udać się do wyjścia ze spuszczoną głową. Lecz szczęśliwa zwycięŜczyni, zagadnęła mnie zaraz na korytarzu, bo w końcu znamy się juŜ te 3 godziny. – Nie przejmuj się, na pewno następnym razem ci się uda. A tak w ogóle, to co teraz zamierzasz robić? – Jadę do Holandii – odrzekłem krótko i tyle mnie widzieli. *** Siedząc w busie, przyklejony do szyby, obserwowałem oddala- jące się miejsca, które doskonale były mi znane. Park, szkoła pod- stawowa, stadion – pamiętam jeszcze jak grali w pierwszej lidze. Dziś juŜ niewiele z tego pozostało. Wszystko się sypie, popada w ruinę. Kiedyś krzesełka w sektorach były w róŜnych kolorach. Obecnie, tam gdzie jeszcze ostały się takowe, przybrały kolor brudnej szarości, wpisując się w lokalny krajobraz osiedla robotni- czego. Niby coś tam robią, niby się starają, próbują coś zmienić. Jeden przychodzi drugi odchodzi. Zamieniają się miejscami, ale generalnie wszystko stoi w miejscu. To tak jak ze mną. Drobne korekty, zmiany kosmetyczne nic nie wnoszą. Nie wystarczy juŜ uderzyć pięścią w stół. Tu trzeba kopnąć z buta, najlepiej glana, rozpieprzyć wszystko w drobny mak, by nie było co zbierać, a na czym budować od nowa. Stąd i moja decyzja wyjazdu, którą zre- alizowałem dwa i pół roku temu, aby po latach nie obudzić się w szaroburej rzeczywistości, z takim samym odbiciem w lustrze. A co z ambicjami moŜna by zapytać? Poszły się bujać razem z na- dziejami. Razem z nagrodami za świadectwa z czerwonym pa- skiem, razem z zarwanymi nocami, gdy nie mogłem spać z powodu ambicji swojej czy innych. Teraz jestem jak szczur, który wyrwał się z owego wyścigu, znalazł boczną drogę, która nie jest torem wyścigowym ani bieŜnią lekkoatletyczną. Nikt się nie ściga, czła- 6 pie sobie powoli w bliŜej nieokreślonym kierunku. Nikogo nie gonię, ani teŜ za siebie oglądać się nie muszę. A gdy się nie biegnie to wiadomo, oddycha się nieco lŜej, człowiek jakby ma więcej cza- su, Ŝeby rozejrzeć się dookoła. Wychwycić rzeczy których się wcześniej nie miało okazji dostrzec, bo były tylko migawkami zza okna pędzącego pociągu. I chociaŜ nie było to TGV, a zwykłe PKP Intercity. Emigracja, którą śmiało moŜna nazwać zarobkową. Kiedyś lu- dzie emigrowali, bo czołgi jeździły po ulicach lub kazano im mó- wić w nieswoim języku, a Polski to w ogóle na mapie nie było. Emigracja polityczna, wynikająca z patriotyzmu i sprzeciwu wobec systemu komunistycznego czy teŜ zaborcy. Dzisiaj chyba juŜ rzecz nie moŜliwa do powtórzenia. Wtedy ludzie wyjeŜdŜali, bo chcieli Ŝyć, a teraz wyjeŜdŜają, bo chcą Ŝyć na poziomie. Jedyny plus ma- sowego exodusu mojego pokolenia to spadające bezrobocie w kra- ju. Tylko politycy mogą się cieszyć i udawać jak to dzięki ich rzą- dom coraz mniej osób pozostaje bez pracy. Chełpią się „zieloną wyspą”, gospodarka na plus, PKB na plus. Dookoła morze ujem- nych wskaźników. Cała mapa Europy obryzgana na czerwono, a Polska jak tampon chłonie czerwoną mazie, nie daje się jej zalać. Wmawiają nam, Ŝe jesteśmy „zieloną wyspą”, przylądkiem dobrej nadziei i wyspą skarbów w jednym. Co jeszcze mi powiedzą? OB. i morfologia narodu w normie? Same sukcesy. Taaa… Jasne, baju, baju będziem w raju. Jak moŜna takie kity sprzedawać? Jedyna zielona wyspa jaka jest mi znana to Irlandia. Tam teŜ jest nas duŜo. MoŜe właśnie to mieli na myśli. Mimo wszystko trochę Ŝałuję obranej drogi, gdyŜ świadczy o mojej niemoŜności przystosowania, braku elastyczności, być moŜe własnej inicjatywy. Cholera wie. 7 Od rana na okrągło trąbili w radiu, Ŝe jest jakaś strasznie duŜa kumulacja w DuŜym Lotku – 18 milionów złotych do wygrania. MoŜe by tak spróbować szczęścia na najbliŜszej stacji benzyno- wej? Ile by mi to problemów w Ŝyciu rozwiązało – oklepany slo- gan. Na pewno nie musiałbym się tułać przez pół Europy. Tak teŜ zrobię, jak tylko zjedziemy na postój, pójdę i zaŜyczę sobie do- kładnie jeden rządek liczb na chybił trafił. Facet z kolektury moŜe się ze mnie śmiać, ale jeśli mam być milionerem, to wystarczy mi jeden marny zakład. Niech ten układ liczb wyznacza oś dzielącą moje Ŝycie na to dotychczasowe i te przyszłe. Niech będzie moim horoskopem i ciastkiem z wróŜbą w jednym. Wtuliłem się głęboko w kąt, nałoŜyłem słuchawki od mp3 i zamknąłem oczy, aby maksymalnie odizolować się od jesiennego, deszczowego krajobrazu Polski schyłku pierwszej dekady XXI wieku. Co jakiś czas, dane mi było tylko dosłyszeć mechaniczny głos kobiecego przewodnika: „Za 50 metrów skręć w le- wo…Trzymaj się lewej strony…Zjechałeś z trasy…Przeliczam.” Musiałem dobrą chwilę przysnąć, bo gdy otworzyłem oczy na pokładzie był komplet pasaŜerów. Jak to zwykle bywa, w takich dalekich podróŜach wystarczy, Ŝe spotkają się dwie takie, co to muszą ciągle coś gadać, bo inaczej strasznie czas im się dłuŜy. Potem człowiek, chcąc nie chcąc, staje się odbiorcą ludzkich suk- cesów, poraŜek czy teŜ poglądów politycznych, a i na Ŝycie nie- rzadko gotowych receptur. Dostrzegłem ją juŜ jak wsiadałem, lecz wtedy nie wzbudziła mojej większej uwagi. MoŜe dlatego, Ŝe sie- działa cicho i dopiero wypatrywała do kogo by tu gębę otworzyć. Z wyglądu moŜna powiedzieć, Ŝe nawet ładna, krótko przystrzy- Ŝona szatynka. Tylko solarium i tipsy a’la Jola Rutowicz napawały mnie niepokojem. Po kilku godzinach wiedziałem juŜ dlaczego. 8 – Bo ja to ci mówię kochana, jak ktoś jest zaradny, to sobie wszędzie poradzi. Ja to juŜ wcześniej pracowałam w Niemczech, w Londynie za kelnerkę byłam, ale mi się nie podobało. Poza tym, ze swoim narzeczonym zerwałam i chciałam zapomnieć, zmienić klimat. Wiesz jak to jest. Tak jeszcze ci powiem, Ŝe nie szło mi za dobrze z angielskim, a tam rzecz jasna, to sprawa podstawowa, zwłaszcza w pracy kelnerki. Więc myślę sobie, a co cię tu trzyma dziewczyno? Holandia ma normalnie otwarty rynek pracy dla Po- laków, nie to co szwaby. Ich języki, tzn. szwabski i holenderski, z tego co wiedziałam, są podobne jak nasz z czeskim albo ruskim. Bo słowacki to juŜ całkiem jak polski. Sama wiem bo miałam chłopaka Słowaka. Nie! Nie tego, co zerwałam. O BoŜe…innego. On do mnie po słowacku zaiwaniał, a ja do niego po polsku. I obo- je wiedzieliśmy o co nam chodzi. Normalnie czad. No, ale odbie- głam od tematu. Więc, mi to akurat pasowało, bo trochę liznęłam w technikum niemieckiego i dogadać bym się dogadała. Nie dalej jak rok temu spakowałam walizki, i tak oto wylądowałam w Ho- landii. Bo ty jedziesz pierwszy raz do NL, mam rację? No to cię juŜ od razu uprzedzę, Ŝe ni chuja nie są podobne te ich języki. Mo- Ŝe coś tam gramatycznie, ale gramatyka to nie dla mnie. Ja lubię praktykować, a nie teoretyzować. Ale co gorsza ci powiem, wszy- scy Holendrzy napierdalają po angielsku. No kurwa zmówili się, czy co? No a ty jak z angolem, kminisz coś? No to masz szczęście dziewczyno, bo ja, jak juŜ mówiłam, to średnio. Ale daję sobie radę, a co. Kto ma sobie dawać radę, jak nie ja? Na przykład, jakieś pół roku temu pracowałam przy kwiatach. Nawet spoko robota, tylko strasznie gorąco, bo to szklarnia. No to my wszystkie poroz- bierane, w samych spodeneczkach i koszulkach, Ŝeby jakoś dało się ten skwar przezwycięŜyć. I w tej robocie miałam ci ja tak, Ŝe moŜna było brać nadgodziny. Tylko problem był tego rodzaju, Ŝe nie dla wszystkich starczało tych nadgodzin. Zawsze decydował 9 nasz kierownik, kto ma nadgodziny, a kto nie. To był taki Turkoho- lender jeden. Akurat ja wtedy potrzebowałam dodatkowej kasy jak kania wody. Za nadgodziny to płacili chyba 11 euro za godzinę. No to się zaczęłam kręcić trochę wokół niego. A to mi ramiączko opa- dło odsłaniając kawałek piersi, a to schylałam mu się centralnie jak przechodził. Tylko wiesz, tak Ŝeby kolan nie uginać. I juŜ widzę pod koniec dniówki, Ŝe ten turecki łeb zaczyna strasznie nerwowo się zachowywać. Podejrzewam, Ŝe ich opatulone w chusty baby nie kręcą tak jak nasze słowiańskie dziewczyny. W końcu podchodzi do mnie i pokazuje na migi, Ŝe mam się zjawić u niego na zaple- czu. Skończyłam więc tylko swoją robotę i poszłam jak mi kazał. On juŜ tam na mnie czekał cały rozdygotany. To ja juŜ wiedziałam co w takiej sytuacji robić – najlepiej udawać niewiniątko i zasko- czoną. A przecieŜ cały czas dawałam mu wcześniej znaki. On jed- nak nie wytrzymuje i rzuca się na mnie, całą lepką od potu. Z po- czątku się bronię, lecz później oddaję mu się całkowicie i oboje juŜ leŜymy na podłodze. Od tego czasu zawsze mogłam liczyć na nad- godziny. Nigdy mnie nie pominął. Inne frajerki to nie mogły się nadziwić, co jest grane, Ŝe ja zawsze na tych nadgodzinach. A tu po prostu trzeba dobrze kombinować. Do tego Ŝaden język nie był mi potrzebny, no chyba, Ŝe ten w buzi. –Wybuchła śmiechem szturchając w bok swoją słuchaczkę. – A to nie brzydziłaś się tak z nim pójść? – zapytała w ludzkim odruchu jej rozmówczyni. – No wiesz, bo to nie jest tak, Ŝe on mi się nie podobał. Prze- cieŜ z jakimś oblechem bym nie poszła. No co ty, pogięło cię? A tak, to oboje na tym zyskaliśmy, normalny biznes – skwitowała krótko fanka tipsów Joli Rutowicz. Starałem się robić wszystko by nie dać po sobie poznać, Ŝe przysłuchuję się tym wywodom. Zamykałem oczy i próbowałem zasnąć, by choć na chwilę odłączyć się od tego bełkotu. Lecz ano- 10 nimowość dodawała jej tylko odwagi, nakręcała ją. Młodość musi się wyszumieć, a głupota wygadać. Potok słów, które wydalała z siebie jak ekskrementy zanieczyszczały powietrze naszego mi- kro-świata. Na litość Boską ile więcej złego wyrządza czcza papla- nina, rzucana na podatny grunt podobnych sobie postaci. Głupota jedna po drugiej rozprzestrzenia się z ust do ust i popycha następ- nych do tego samego jak kostki domina, przewracające się pod naporem poprzednika tworząc Ŝywy pomnik ku czci głupoty. Fakt, Ŝe dojedzie na swoje miejsce i juŜ więcej nie spotka nas na swojej drodze, pozwalał jej dać upust swojej ekspresji, tudzieŜ fantazji. Być moŜe czuła się jak gwiazda reality show. JeŜeli nawet tak by- ło, to za chwilę musiała się poczuć jak gwiazda spadająca z piede- stału prosto na cztery litery. Z Joli Rutowicz, w jednym momencie stała się upadłą Frytką. Oprócz mnie, całą rozmowę równieŜ reje- strował, popijający browar od początku drogi, spawacz spod Arn- hem. O ile ja, nie zamierzałem wdawać się w jakiekolwiek polemi- ki, o tyle on wydawał się Ŝywo zainteresowany przebiegiem roz- mowy. Alkohol plus niewyparzona gęba i trafił swój na swego. – Taka jest pani zaradna Ŝyciowo? Jak chcesz, to ja mogę ci załatwić tak, Ŝe tobie będą nadgodziny biły zanim w ogóle doje- dziesz na miejsce. Chcesz? Jak zatrzymamy się na stacji, to pój- dziemy w krzaki, ja ci zapłacę te 11 euro jak za nadgodziny, a ty mi w tym czasie elegancko obciągniesz jak naleŜy. No co? CzyŜ nie jest to uczciwy biznes? Bo sama pomyśl, ile to moŜe potrwać? Kilka minut, a kasy masz jak byś całą godzinę w szklarni zapierda- lała. To ta zaczęła oczywiście beczeć i wyzywać go od chujów, złamasów i innych chamów. – Jak śmiesz tak w ogóle do kobiety? – łkała bezradnie. Szuka- ła oparcia w całym busie. – Ludzie, zróbcie coś, on mnie bezczel- nie obraŜa. Co ty myślisz, Ŝe kto ja jestem, kur..? – nie dokończyła, 11 tylko dalej w ryk i wzrokiem błagała pomocy u świeŜo poznanej koleŜanki. – Wie pan co? By się pan wstydził. Tak traktować kobietę, to jest po prostu poniŜej jakiejkolwiek godności – ujęła się w geście damskiej solidarności siostra miłosierdzia. Zapewne sama poczu- wała się trochę do winy, nakręcając swoją rozmówczynie w kwestii co pikantniejszych szczegółów. Zanim zdąŜyłem się zorientować, juŜ dawno byliśmy na nie- mieckich autobanach sunąc gładko i przyjemnie po asfaltowej na- wierzchni rodem z Trynidadu i Tobago. Niemcy jak juŜ za coś się biorą, to robią to porządnie. W odróŜnieniu od nas nie uznają pół- środków czy teŜ prowizorki. (Was is das „Prowizorka”? Wir haben nicht solche Wort). Pomyśleć tylko, Ŝe tak wygląda kraj, który przegrał dwie wojny światowe. Gdyby nie afera „szklarniana”, moŜna by powiedzieć, Ŝe po- dróŜ minęła całkiem spokojnie. Jedno jest pewne, kierowca miał ubaw po pachy, pizda nauczkę, a ja wreszcie chwilę spokoju. KaŜ- dy strzelił focha i odwrócił łeb udając, Ŝe śpi. Przy czym podpity spawacz naprawdę usnął, bo zaczął chrapać nieświadom do końca, jaką przysługę mi wyświadczył karcąc szczekającą wodzirejkę. Jak juŜ daje dupy, to niech chociaŜ trzyma język za zębami. 12 II Rotterdam przywitał zaskakująco ładną pogodą jak na koń- cówkę września. Bezchmurne niebo napawało optymizmem, po- mimo Ŝe na krótko przed powrotem do Polski rzuciłem pracę. Za- płaciłem kierowcy naleŜne pieniądze, wyładowałem bagaŜ i mo- głem się udać do swojego mieszkania. Nie było ono oczywiście moje, tylko je wynajmowałem, w dodatku nie sam – z Bolkiem. Mieszkanie było puste, co wcale mnie nie zdziwiło zwaŜywszy na godzinę (15: 45 – normalni ludzie o tej porze siedzą w pracy). Jed- nak czuć było dookoła nieprzyjemny zapach, jak gdyby mieszkanie nie było wietrzone od kilku dobrych dni. W dodatku w zlewie za- legały brudne talerze po jakimś posiłku. Ładnie sobie pofolgowałeś Bolku pod moją nieobecność – przemknęło mi przez głowę. Ob- szedłem pokoje szukając jakichś niepokojących objawów. Poza owym zaduchem niczego nie zauwaŜyłem. Otworzyłem okno w pokoju i sam postanowiłem się przewietrzyć po uprzednim roz- pakowaniu bagaŜy. Był wtorek, więc udałem się w kierunku bazaru, który jest czynny we wtorki i w weekendy. Dobrze się składało, gdyŜ potrze- bowałem kupić kilka przyborów gospodarczych. Jakieś gąbki do zmywania naczyń, płyn do kibla, jednorazówki do golenia i moŜe coś jeszcze jeśli się rzuci w oczy. Targ znajdował się w bliskim sąsiedztwie centrum, w pobliŜu „czerwonego mostu”. Idąc ulicami Nordmolemstraat, JonkerFransstraat aŜ do samej Binnenrotte, czu- łem się nareszcie odpręŜony. Zanurzony w mieszance kulturowej jednego z najbardziej zróŜnicowanych etnicznie miast na świecie. Nikt cię tu nie pyta: „Masz jakiś problem, kurwa?” tylko dlatego, Ŝe dla kogoś wyglądasz lub zachowujesz się dziwnie. Tutaj kaŜdy moŜe wyglądać i nosić jak mu się podoba. Nie waŜne czy jesteś z Maroka, Turcji, Polski, Angoli, Wysp Zielonego Przylądka czy 13 innego Surinamu. Przed przyjazdem do Holandii nawet nie wie- działem o istnieniu takiego państwa. ZałoŜę się, Ŝe gdyby zapytać w Polsce gdzie leŜy Surinam, 9 na 10 osób odrzekło by: „Nie je- stem pewien, ale to chyba gdzieś w Afryce”. Widok tych wszyst- kich przybyszy dodawał mi otuchy. Utwierdzałem się w przekona- niu co do słuszności wyjazdu, lub teŜ szukałem pretekstu by go usprawiedliwić. Po prostu cieszyłem, iŜ nie jestem tu sam. To, co mi tak odpowiadało, juŜ nie bardzo musi podobać się Holendrom. Kraj jest zalewny nie tylko przez samo morze, ale i falę imigrantów. Doszło do tego, iŜ burmistrzem Rotterdamu zo- stał muzułmanin, wygrywając wybory zapewne większością gło- sów swoich pobratymców. MoŜe jeszcze nie za 5 lub 10 lat, ale za jakiś czas kraj ten stanie się istną wieŜą Babel, w której zapanuje chaos. Ludzie nie będą potrafili się komunikować, stracą swoją przynaleŜność, jednorodność narodową. Ostatnimi prawdziwymi Holendrami zostaną członkowie rodziny królewskiej. Podobnie jak biblijna wieŜa i ta będzie musiała runąć. Lubiłem od czasu do czasu przechadzać się pomiędzy wąskimi szpalerami kupców zabiegających o moją uwagę. Oprócz typo- wych straganów z elektroniką, ciuchami lub teŜ zwykłymi „spo- Ŝywczakami”, nierzadko moŜna było znaleźć cenne trofeum za prawdziwy bezcen. Kiedyś udało mi się pozyskać zachowaną w nienagannym stanie reprodukcję Pietera Brueghela Starszego zatytułowaną „Niderlandzkie przysłowia”. Ten sam obraz wyko- rzystał zespół Fleet Foxes jako okładkę swojego debiutanckiego albumu. Prawdziwa gratka dla kogoś, kto juŜ dawno wyrósł z wie- szania na ścianach plakatów z Jon Bon Jovi. Swoją drogą jest to jakaś kontynuacja, tylko nieco bardziej wysublimowana. Rzecz jasna, zdarzają się i tacy handlarze, o których niejeden by pomy- ślał, iŜ zwariowali lub teŜ są bankrutami zmuszonymi do wyprze- 14 daŜy swojego dobytku. W rzeczywistości lubią pozbywać się daw- no zapomnianych lub po prostu zepsutych sprzętów. Za 1/5 ceny moŜna dostać to, czego za darmo by się nie wzięło. Począwszy od zgranych winylowych płyt, poprzez stare solniczki i inne przybory kuchenne, a kończąc na wytartych kompletach wypoczynkowych, którymi moŜna sobie wyposaŜyć mieszkanie. Prawdziwy pchli targ. Przechodząc w pobliŜu stoisk, które coraz bardziej kusiły za- pachami orientu, niebo spowiły ciemne chmury, z których zaczął padać rzęsisty deszcz, płosząc mnie oraz innych amatorów zaku- pów pod chmurką. Jednym z uroków tego kraju usianego kanałami niczym nogi cierpiącego na Ŝylaki jest deszcz, który zaczyna pa- dać, a następnie przestaje w najmniej oczekiwanym momencie. W połowie drogi znowu wyszło słońce i mogłem uwolnić głowę od przemoczonego kaptura swojej bluzy. Korzystając z przychylności losu, nadłoŜyłem nieco drogi, by wstąpić do coffeeshop’a. Space- rując przyglądałem się ceglastym fasadom budynków mieszkal- nych, które nie liczyły więcej niŜ cztery piętra. JakŜe odbiegające od bloków z wielkiej płyty, które straszą na polskich osiedlach. Stary Marokan bez zbytniej atencji odmierzył gram haszu Su- per Polm. Dodatkowo wziąłem gotowego skuna i udałem się na pobliski skwerek, by spokojnie wypalić pierwszego jointa od dłu- giego czasu. Niezdarnie jąłem się za oczyszczanie ławki z zalega- jących kropel deszczu, by po chwili zaciągając się nieśpiesznie, obserwować ludzi przeskakujących kałuŜe powstałe po niedaw- nych opadach. Palenie, podobnie jak picie alkoholu w miejscach publicznych jest zabronione, lecz nie miałem z tego powodu wy- rzutów sumienia. Starałem się tylko unikać towarzystwa dzieci. Akurat w tym momencie byłem jedynym, który zdecydował się na taką formę spędzania wolnego czasu. Z kaŜdym machem czułem, Ŝe coraz bardziej odlatuję. Przez chwilę złapałem się na liczeniu 15 rowerzystów przejeŜdŜających w zasięgu mojego wzroku. Otuma- niony bałem się powstać, by nie zostać rozjechanym przez któregoś z jeźdźców pędzących na swych Gazellach i Batavusach. Zawsze imponowało mi podejście Holendrów. Musiałby chyba napieprzać grad, Ŝeby zeszli z rowerów. W przeciwnym razie załoŜy sobie jeden z drugim jakąś kapotę i gitara gra, jedzie dalej. Deszczyk moŜe sobie padać. Za sprawą głodu i wszechogarniającego zmęczenia przełama- łem dręczące paranoje. OcięŜale dźwigając się z ławki, ruszyłem w kierunku ostatniego przystanku na drodze do celu. Do baru z fast foodem. Nie bez trudu zamówiłem kapsalona na wynos i w końcu mogłem udać się do domu. W pobliŜu klatki schodowej, zacząłem przeszukiwać kieszenie, aby wydobyć zeń klucze. Na szczęście nie musiałem tego robić, poniewaŜ podbiegając na tyle ile miałem sił w nogach, zdąŜyłem przytrzymać zamykające się drzwi po wycho- dzącej w pośpiechu dwójce męŜczyzn. Nie miałem okazji się im przyjrzeć, ale raczej nie byli lokatorami naszego domu. Z drugiej strony nie było mnie tu ponad miesiąc i od tego czasu mogło się wiele zmienić. Wspinając się mozolnie po wąskich i stromych schodach doszedłem pod drzwi swojego mieszkania. Przez chwilę serce zaczęło mi bić szybciej, poniewaŜ zauwaŜyłem, iŜ są one otwarte, a właściwie lekko tylko uchylone. Nie byłem juŜ pewien, czy sam ich nie zapomniałem zamknąć, czy moŜe Bolek wrócił i równieŜ obszedł się z nimi niefrasobliwie. Pchnąłem stalową gał- kę do przodu, po czym wszedłem na wąski korytarz. Wydawało mi się, Ŝe w mieszkaniu nie było nikogo, lecz dla pewności zacząłem nawoływać swojego współlokatora. Mój głos rozszedł się głuchym echem bez jakiejkolwiek odpowiedzi. Przechodząc przez przedpo- kój czułem się zdezorientowany, jednak dopiero gdy stanąłem w progu salonu, przeszył mnie prawdziwy dreszcz przeraŜenia. W głowie mi zawirowało (tym razem juŜ nie od jointa). Przed mo- 16 imi oczami ukazał się widok pokoju wyglądającego, jak gdyby przeszedł przez niego huragan Caterina albo co najmniej stado słoni. śaden ze sprzętów nie był tam, gdzie być powinien. Po- przewracane i wybebeszone meble. Rozrzucone rzeczy, które wcześniej spoczywały poukładane na swoim miejscu, wyglądały jak wnętrzności do niedawna Ŝywego stworzenia, a pokój przypo- minał bezkrwawe miejsce kaźni. Praktycznie wszystko co moŜna było unieść, odstawić, wywrócić lub oderwać zmieniło połoŜenie. Dookoła zalegały kawałki gąbki powyrywane z rozciętych sof oraz foteli. Głębokie ślady noŜa oraz szeroko rozerwane płachty mate- riału świadczyły o nieprzypadkowości działań, ale i teŜ o duŜym pośpiechu. KrąŜyłem po salonie rozkopując zalegające na mojej drodze sterty papieru, ciuchów, rozbitego szkła. Nie oszczędzono nawet nielicznych roślin, dogorywających na parapecie z braku wody. Fragmenty roztrzaskanych doniczek odnajdywałem w pro- mieniu kilku metrów. Poszukiwałem czegokolwiek co mógłbym wyłuskać i odstawić na swoje miejsce. Szybko zorientowałem się, iŜ takich rzeczy jest niewiele, a samo sprzątanie zajmie duŜo wię- cej czasu aniŜeli zwyczajowe porządki. Z resztą w tej chwili nie miało to najmniejszego sensu. Zaraz dotarło do mnie, Ŝe są dwa inne pokoje, w których jeszcze nie byłem. Niestety wyglądały bar- dzo podobnie. ŁóŜka powywracanie do góry nogami jak za najlep- szych czasów fali w wojsku. Wszystkie półki w moim pokoju oczyszczone z zalegających ubrań, ksiąŜek, płyt CD i DVD. Co zadziwiające telewizor nietknięty stał na swoim miejscu. śadnej gotówki zaszytej w materacu nie trzymałem, jak i nie posiadałem nic drogocennego, więc straty materialne nie były duŜe. Pokój Bolka nie odbiegał wyglądem od pozostałych, lecz nie mogłem orzec ewentualnych strat. Postanowiłem trochę ochłonąć. Nalałem sobie szklankę zimnej wody z czajnika, po czym wypiłem ją dusz- kiem. Na szczęście kuchnia była dotknięta zniszczeniem w naj- 17 mniejszym stopniu – szukałem cienia pozytywu w tej sytuacji. Gdy na chwilę usiadłem, nagle uświadomiłem sobie, Ŝe całe zdarzenie musiało się rozegrać na przestrzeni ostatnich dwóch godzin. Prze- cieŜ jeszcze niedawno, przed moim wyjściem, wszystko było ok. MoŜe gdybym wrócił wcześniej, nie doszło by do tego. MoŜe bym obezwładnił napastnika lub przynajmniej go wypłoszył, lecz mi zachciało się przechadzek po mieście – wyrzucałem sobie w złości. A co jeŜeli to uratowało mi skórę? Jeśli w chwili włamania byłbym w domu, moŜe przypłaciłbym to zdrowiem lub nawet Ŝyciem? W mojej głowie kłębiły się dziesiątki pytań, przy czym wszystkie były bez odpowiedzi, a najwaŜniejszym z nich było: Czym był lub byli powodowani włamywacze do wtargnięcia w biały dzień do naszego mieszkania? Robiłem się coraz senniejszy. Długa podróŜ oraz nadmiar wra- Ŝeń wymieszanych z oparami THC dały mi się we znaki. Nie mia- łem juŜ siły myśleć, ani tym bardziej sprzątać tego całego bałaga- nu. Zanim się zorientowałem było juŜ po 21. Uprzątnąłem tylko to, co znajdowało się na mojej drodze do łóŜka. Raz jeszcze upewni- łem się, Ŝe zamknąłem drzwi i ścięty z nóg poszedłem spać w na- dziei, Ŝe gdy się obudzę cały ten bajzel zniknie niczym zły sen. Po przebudzeniu koszmar wcale nie zniknął. Spojrzałem na zegarek i uświadomiłem sobie, Ŝe spałem ponad 10 godzin. Była juŜ 8 rano. Bolka nie było w domu, jak równieŜ nie mogło go być podczas mojego snu, gdyŜ z pewnością by mnie obudził zszoko- wany tym, co go zastało. Za kaŜdą próba połączenia się odzywała się automatyczna operatorka oznajmiająca ze stoickim spokojem, iŜ abonent jest poza zasięgiem lub ma wyłączony telefon. Zupełnie nie wiedziałem co mam robić. Zgłaszać całe zdarzenie na policję, czy moŜe potraktować to jako wybryk chuligański? Być moŜe na tle narodowościowym. Zrezygnowałem z pierwszej opcji, gdyŜ 18 kontakt z policją wydawał mi się bezcelowy. ZwaŜywszy na to, Ŝe mieszkanie wynajmujemy na czarno, jeszcze bym sobie tylko Ge- meente na głowę sprowadził. Znałem kiedyś gościa – oczywiście Polaka, któremu w biały dzień na ulicy ukradli portfel z wszystki- mi dokumentami. Biedak za to, Ŝe zgłosił całe zajście na policję, został w nagrodę zamknięty do wyjaśnienia na 24 godziny. Policja nie moŜe mi pomóc. Bo niby jak? Nie mam Ŝadnych świadków, podejrzanych. Nie mam nic co mogło stanowić punkt zaczepienia w tej sprawie. W dodatku nie zamierzam przesiadywać przez kilka jałowych godzin i opowiadać co się wydarzyło. Jeszcze ten Bolek, z którym nie ma Ŝadnego kontaktu. Czas się ogarnąć i wziąć spra- wy w swoje ręce. Niczym detektyw Colombo postanowiłem rozpytać sąsiadów na okoliczność całego zdarzenia. Zapukałem do drzwi naprzeciw- ko. Mieszkała tam rodzina imigrantów z Nigerii. Byli jedynymi lokatorami naszej klatki, z którymi moŜna było porozmawiać w in- nym języku aniŜeli holenderskim lub tureckim. Mieliśmy z nimi zawsze dobre układy, często wyświadczając sobie drobne sąsiedz- kie przysługi. My imigranci musimy się trzymać razem – powta- rzali nieraz. W dodatku głowa rodziny okazała się być duŜym fa- nem i znawcą piłki noŜnej. Dowiedziawszy się, Ŝe jesteśmy Pola- kami, nie omieszkał wspomnieć o Olisadebe i jego zasługach dla polskiego futbolu. Posmutniał dopiero gdy mu powiedziałem, Ŝe nasz czarny orzeł kopie teraz piłkę w lidze chińskiej. Nie dałem mu się jednak tym długo smucić, dorzuciłem szybko, iŜ jest tam gwiazdą pierwszej wielkości. Ot, taka sportowa emerytura. Stałem przed drzwiami ich mieszkania w nadziei, Ŝe uda mi się czegoś dowiedzieć. Otworzyła mi kobieta z małym dzieckiem na ręku. – Dzień dobry – zacząłem nieśmiało – nie chciałbym zakłócać spokoju o tak wczesnej porze, lecz miałbym do pani kilka pytań. 19 – Nic nie szkodzi, juŜ dawno nie spałam. Widzi pan, jak się ma małe dzieci, to nie ma czasu na takie rzeczy jak sen – odrzekła ko- bieta, co jakiś czas poprawiając na rękach swoją najmłodszą lato- rośl. – W takim razie, kiedy ostatni raz widziała pani mojego współ- lokatora? Przyjechałem wczoraj po dłuŜszej nieobecności i nie mogę się od tego czasu z nim skontaktować. – Hmm…wydaje mi się – przeciągała powoli kaŜdą sylabę, jak gdyby w myślach cofała się w czasie. – Mogło to być jakieś dwa tygodnie temu. W czwartek po południu. Tak, jestem tego pewna, poniewaŜ tego dnia mąŜ nie mógł odebrać dzieci ze szkoły i ja mu- siałam zrobić to za niego. Wychodził w towarzystwie dwóch męŜ- czyzn. – Czy nie widziała pani czegoś niepokojącego, zachowywał się normalnie? – drąŜyłem dalej temat. – Wyglądał normalnie, ale tak na oko cięŜko stwierdzić co człowieka trapi, nieprawdaŜ? Pokiwałem głową przyznając jej rację. Podziękowałem uprzejmie za pomoc, obdarowałem jej synka cukierkiem, którego wygrzebałem z kieszeni i udałem się do siebie. Nagle kobieta ode- zwała się raz jeszcze z euforią jakby właśnie trafiła bingo. – Panie Marku, przypomniało mi się coś jeszcze. Wtedy, gdy mijałam ich na schodach pan Michał uśmiechnął się do mnie, po czym powiedział mniej więcej te słowa: „Kiedy przemawia złoto, elokwencja jest bezsilna”. Szybko o tym zapomniałam, w dodatku nie byłam pewna czy mówił to do mnie, czy do swoich znajomych. Nie wiem czy panu to cokolwiek mówi, mi w kaŜdym bądź razie nie. Niestety mi teŜ nic to nie mówiło. – Czy stało się coś złego? – zapytała bardziej z ciekawości aniŜeli z troski. 20 – AleŜ nic z tych rzeczy – skłamałem bez zająknienia – proszę sobie tym nie zaprzątać głowy. Mam jeszcze jedno pytanie. Czy w ciągu ostatniego miesiąca wprowadzili się jacyś nowi lokatorzy? – Nie, nic mi na ten temat nie wiadomo. – Dziękuję jeszcze raz za poświęcony mi czas, bardzo mi pani pomogła. Akurat. 21
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Czarny Tulipan B.V.
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: