Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00468 008386 10459935 na godz. na dobę w sumie
Czarny wygon. Słoneczna dolina - ebook/pdf
Czarny wygon. Słoneczna dolina - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 274
Wydawca: Videograf Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-7835-027-9 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> kryminał, sensacja, thriller >> thriller, horror
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Pierwszy tom dwuczęściowej powieści Stefana Dardy, nawiązującej klimatem do dzieł Stephena Kinga. Bohaterem książki jest pewien dziennikarz, który postanawia rozwikłać tajemnicę przeklętej wioski na Roztoczu. W tej sielskiej okolicy pojawiają dziwne postacie i mają miejsce przerażające incydenty, które coraz bardziej osaczają Uchmanna.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

V I D E O G R A F Redakcja Jadwiga Kwiecień Projekt okładki Marek J. Piwko {mjp} Ilustracja na okładce Dariusz Kocurek Redakcja techniczna, skład i łamanie Grzegorz Bociek Korekta Urszula Bańcerek Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń rzeczywistych jest w tej książce niezamierzone i przypadkowe. Wydanie I w tej edycji, Chorzów 2012 Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA 41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3c tel. 32-348-31-33, 32-348-31-35 fax 32-348-31-25 office@videograf.pl www.videograf.pl Dystrybucja wersji drukowanej: DICTUM Sp. z o.o. 01 -942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21 tel. 22-663 -98 -13, fax 22-663 -98 -12 dystrybucja@dictum.pl www.dictum.pl © Copyright by Wydawnictwa Videograf SA, Chorzów 2010 © Copyright by Stefan Darda ISBN 978 ‑83 ‑7835 ‑027 ‑9 Nie narzekaj, że wszystko przemija, bo gdyby czas się zatrzymał, to wtedy dopiero miałbyś prawdziwy problem. Rafał Gielmuda Przedmowa Mam wrażenie, że każdy człowiek, którego spotykam podczas rejsu przez bardziej lub mniej wzburzone wody losu, odciska na mnie jakieś piętno. Czasem pozostaje jedynie przelotna refleksja, trudne do zde- finiowania wrażenie, zadziwienie lub uśmiech. Czasem czyjś wi- zerunek pozostaje na dłużej w pamięci, nie pozwala mijającym dniom zbyt łatwo zatrzeć obrazu i odczuć, które pozostały gdzieś głębiej. Są też osoby, których nigdy nie zapomnę i które na zawsze przewartościowały moje życie. Chciałbym, żeby ta książka była hołdem dla jednego z takich ludzi. Z pewnością wiele bym stracił i byłbym kimś zupełnie innym, gdybym wiele lat temu nie spo- tkał Staszka — męża mojej kochanej Siostry, Urszuli, który po- trafił prosto, bezinteresownie i z ogromną lekkością pokazać mi świat taki, jaki — w co głęboko wierzę — naprawdę jest. To świat pełen wyzwań, piękna i wzruszeń. Tak się składa (a przynajmniej ja to tak pamiętam), że wszyst- ko zaczęło się w okolicach Guciowa. Ta była pierwsza taka na- sza wyprawa. Byłem wtedy kilkunastoletnim chłopakiem, który przymierzał się do kończenia podstawówki i, chyba jak wielu mo- ich rówieśników, niezwykle potrzebował wskazania drogi, którą mógłby kiedyś podążyć. 7 Miałem cholerne szczęście. Potem były nasze wspólne wyprawy w Tatry, Gorce, Beski- dy, w okolice Krakowa i do podlubyckich bunkrów. Chyba wła- śnie wtedy tak naprawdę przejrzałem na oczy. Później już jeździ- łem sam lub z przyjaciółmi, zawsze jednak pamiętając, kto tę dro- gę przede mną otworzył. W czasie studiów grałem w „Orkiestrze Świętego Mikołaja” i jednym z najfantastyczniejszych dla mnie koncertów był ten w krakowskiej Rotundzie, na którym pojawili się Ula, Staszek i ich dwaj Synowie. A potem? Minęło mało czasu, zdecydowanie zbyt mało, kiedy w piątkę, w Wielki Piątek dwa tysiące czwartego roku, pojechali- śmy na wycieczkę po Roztoczu. Odwiedziliśmy Krasnobród, Gu- ciów, Zwierzyniec… I to była moja ostatnia wyprawa ze Staszkiem. Drogi Przyjacielu! Gdziekolwiek jesteś, wiem, że czekasz tam na mnie. Mam na- dzieję, że przeczytasz książkę, którą dedykuję Twojej Pamięci. Nie pamiętam, czy wtedy, pierwszym razem, szliśmy przez Sło- neczną Dolinę… Ale wyobrażam sobie, że tak właśnie było. Podziękowania Serdecznie dziękuję wszystkim tym, którzy pomogli mi przy redak- cji tej książki. Dziękuję za czas, cierpliwość, wiarę i zaufanie. Dziękuję też Tobie, Jacku, za to, że całkiem niedawno, być może po raz drugi, odkryłeś przede mną uroki Słonecznej Doliny. (Jeśli chodzi o czereśnię, to — obiecuję — więcej o niej będzie w drugiej części.) Dziękuję Panu Stanisławowi Jachymkowi za opowieści i mapę, a także za zsiadłe mleko, które po wizycie w Słonecznej było pysz- niejsze nawet od piwa. I Tobie, Drogi Czytelniku, składam ogromne podziękowania. Nie wiem, czy byłeś już ze mną w Wyrębach, czy też może bę- dzie to nasza pierwsza wspólna podróż, ale jestem Ci wdzięczny za to, że zdecydowałeś się wybrać ze mną na bardziej lub mniej znane Ci Roztocze. Jeśli już byłeś w okolicach Zwierzyńca, to z pewnością nie muszę Cię zachęcać do ponownej wizyty. A jeśli nie? Pora pako- wać walizy. Być może kiedyś się tam spotkamy… S.D. 9 Staszkowi Prolog Gdyby tylko mógł cofnąć czas, Adam zrobiłby to bez naj- mniejszego wahania. Z każdym dniem rosło w nim prze- świadczenie, że to, co się stało, jest w dużej mierze jego winą. Nie okazał się wystarczająco stanowczy i nie roz- mawiał wtedy z Witkiem tak, jak należy. A przecież nigdy wcześniej nie miał tak wyrazistego przeczucia. Po raz pierw- szy dotknęło go po przebudzeniu ze snu, w którym głów- ną rolę odegrała Magda. Później, zaraz po wyjeździe Witol- da Uchmanna, niepokój przerodził się w strach, na który nie było lekarstwa, w paniczną wręcz obawę, drążącą Ada- ma od środka jak złośliwa choroba, niepozwalająca myśleć o czymkolwiek innym. Z nadzieją i niecierpliwością oczekiwał na najmniejszą choćby wiadomość od przyjaciela, lecz na próżno; dokład- nie od trzech tygodni — od wtorku, ósmego marca — Wi- tek nie odezwał się ani razu. A przecież miał pojechać tam tylko najwyżej na cztery dni. Ostatnia nadzieja związana była ze Świętami Wielka- nocnymi, które skończyły się wczoraj. Do tej pory Nawrot łudził się jeszcze. Teraz, we wtorek, dwudziestego dziewią- 11 tego marca, siedział samotnie w biurze redakcji, wpatrując się w puste miejsce naprzeciw swojego biurka. Nie tylko z powodu Uchmanna była to dla niego smutna Wielkanoc. Wiele godzin spędził w szpitalu, czuwając przy łóżku matki, która nagle poczuła się bardzo źle. Lekarze nie zdążyli postawić jeszcze diagnozy, ale sugestie były dość jed- noznaczne — podejrzewano nowotwór w zaawansowanym stadium. Do tego doszło nagłe pogorszenie zdrowia papie- ża, co dla Adama, jako człowieka bardzo mocno wierzące- go, było wydarzeniem nie bez znaczenia. Wspólnie z mat- ką oglądali na sali szpitalnej przejmujące błogosławieństwo urbi et orbi — błogosławieństwo, podczas którego Jan Pa- weł II, pomimo starań, nie był w stanie wypowiedzieć nawet jednego słowa. Oddychał tylko z trudem, po czym bezsilnie uderzył w poręcz fotela, a potem jedynie błogosławił w ciszy wiernym zgromadzonym na Placu świętego Piotra. W Poniedziałek Wielkanocny, kiedy Adam wracał od matki, wstąpił jeszcze na cmentarz, aby pomodlić się przy grobie Magdy. Nie przyniosło mu to ukojenia, ale pozwoli- ło podejść do tych trudnych wydarzeń z większym dystan- sem. Mimo wszystko jej śmierć była o wiele cięższym do- świadczeniem. Z rozmyślań wyrwały go podniesione głosy dobiegające z korytarza. Jeden z nich należał do Kamila, drugiego zaś nie potrafił rozpoznać. — Nie może pan wejść dalej — tłumaczył Sadoń. — To jest zamknięta część redakcji. Proszę dać, co ma pan do przekazania… — Mogę to oddać tylko do rąk własnych pana Nawro- ta! Nie ruszę się stąd, dopóki tego nie zrobię. Będę czekał, aż… Adam wyszedł z pokoju. — O co chodzi? — zapytał. — To jest pan Adam Nawrot — mruknął do nieznajome- go Kamil. — Proszę zostawić przesyłkę. 12 Mniej więcej czterdziestoletni, szczupły, lekko szpako- waty mężczyzna patrzył podejrzliwie. — Na pewno? Pan Adam? — zapytał. — Mogę zoba- czyć dowód? — Panie, do cholery! — Sadoniowi puściły nerwy. — Czyś pan oszalał? Zaraz wzywam policję… — Spokojnie, Kamil. Zaraz pokażę panu dowód, tylko można wiedzieć o co chodzi? — Mam dla pana przesyłkę. Oczywiście, jeśli nazywa się pan Nawrot. To jest bardzo ważna sprawa i nie dam pacz- ki nikomu innemu. — Proszę zaczekać sekundę. Po chwili Adam wrócił z dowodem. Mężczyzna wziął go do ręki i uważnie przyglądał się to redaktorowi, to twarzy na zdjęciu. Wreszcie, oddając dokument, rzekł: — W porządku. Proszę, to dla pana. Na pewno będzie pan wiedział, co z tym zrobić. Tylko błagam, niech się pan pośpieszy… — Kim pan jest? Od kogo jest ta przesyłka? — Nieważne, kim jestem. A co do paczki, to dowie się pan wszystkiego po jej otwarciu. Mężczyzna odwrócił się i już miał wyjść, gdy nagle sta- nął w drzwiach. Popatrzył na Nawrota. — Panie Adamie… — powiedział cicho. — Z całego ser- ca pana przepraszam… Jak mi Bóg miły, nie chciałem tego i mam nadzieję, że kiedyś będzie pan w stanie mi wyba- czyć. Zniknął równie nagle, jak się pojawił. Stali z Kamilem jeszcze chwilę w korytarzu, Adam wzruszył tylko ramiona- mi i odszedł w kierunku swojego pokoju z przesyłką pod pachą. Sadoń podążył za nim, lecz Nawrot zatrzymał się w progu, mówiąc: — To do mnie paczka, szefie. Najpierw sam ją obejrzę, a jak będzie trzeba, to dam znać, co w niej było — powie- dział i zatrzasnął drzwi przed nosem kierownikowi. 13 Niecierpliwym ruchem rozerwał szary papier i wydobył starannie zbindowany plik zapisanych obustronnie kartek formatu A -4. Nie były ponumerowane, ale wprawne dzien- nikarskie oczy Adama oszacowały, że jest ich około dwu- stu. Nie miał wątpliwości, że autorem zapisków jest Witold Uchmann. Pod przeźroczystą folią spoczywała niewielka karteczka, również zapisana ręką Witka. Cześć, Adam, mam nadzieję, że wybaczysz mi moje milczenie, ale z pewnych wzglę- dów nie mogłem się do Ciebie odezwać. Oddaję w Twoje ręce moje zapiski z Guciowa i Krasnobrodu. Być może na początku będziesz zdziwiony ich formą, jednak z czasem do- wiesz się, dlaczego tak wyglądają. Część z nich jest mojego autorstwa, a część przepisałem z powierzonego mi brulionu. Nie wiem, czy to możliwe, ale chciałbym, żeby trafiły one do szerszego grona odbiorców. Postaraj się o to, proszę. Być może od tego zależy los wielu ludzi. Wiem, że pod koniec poprzedniego tygodnia wypytywała o mnie w okolicy policja (dały mi o tym znać zaprzyjaźnione osoby). Pew- nie to właśnie Ty poinformowałeś, że zaginąłem. Przepraszam, ale nie mogłem się ujawnić. Dziś jest Wielki Piątek, 25 marca, i jestem teraz w Krasnobro- dzie. Wybieram się w miejsce, z którego być może nie będę mógł wró- cić, ale — kto wie? — może wszystko się uda i za jakiś czas znów się spotkamy (mam wielką nadzieję, że tak właśnie się stanie). Jeśli przyjdę do pracy we wtorek po Wielkanocy, ta przesyłka ni- gdy do Ciebie nie dotrze. Zakładam jednak, że czytasz te słowa, a wydarzenia potoczyły się tak, jak planowałem. Tymczasem jestem zmuszony się z Tobą pożegnać. Do zobaczenia, Przyjacielu. Witek 14 Rzeczywiście, Adam poinformował policję o zaginięciu Uchmanna. Wiedział, dokąd się wybiera i zapewne tam wła- śnie go szukano. Nawrot nie miał pojęcia, dlaczego Witek nie chciał dać się odnaleźć, jednak miał pewność, że wszystko wyjaśni się, gdy przeczyta dostarczone przez tajemniczego mężczy- znę zapiski. Nie mógł czekać. Zwolnił się tego dnia z pracy, ponieważ chciał się zapoznać z materiałem jak najszybciej, w ciszy własnego mieszkania. Kiedy przebijał się przez śródmiejskie korki, nie mógł się doczekać chwili, gdy w spokoju zacznie czytać notat- ki. Niemniej jednak najważniejsze było to, że jego przyja- cielowi — przynajmniej do ostatniego piątku — nie stało się nic złego. Po raz pierwszy tej wiosny miał nadzieję, że może nie wszystko będzie tak źle, jak mogło się wydawać. Ciepłe, już prawie kwietniowe słońce rozgrzewało wnętrze auta, z gło- śników płynęła kojąca muzyka Dire Straits. „Wszystko będzie dobrze” — powtarzał w myślach. — „Na pewno wszystko będzie dobrze…”. Wszedł do domu, zdjął kurtkę i natychmiast zasiadł przy stole, na którym wcześniej położył dostarczone mu zapiski. Rozdział pierwszy 1. Kilka gęsto zadrukowanych kartek formatu A -4 z głośnym plaśnięciem spadło na moje biurko. Dwie z nich ześlizgnęły się po gładkim blacie i sfrunęły na podłogę. Pochyliłem się i powolnym ruchem wziąłem najpierw jedną, a potem kolej- ną, której róg opierał się na wypucowanym czarnym lakier- ku. Sadoń nawet nie cofnął nogi. — Wiesz, Witold, ile to jest warte? — zapytał, gdy już się wyprostowałem i spojrzałem mu w oczy. — Siedziałeś nad tym artykułem przez trzy dni i co? Przecież to się nie nadaje nawet do… — Zawahał się. — To się do niczego nie nadaje, psiamać! Patrzyłem na tego szczyla, starając się zachować stoicki spokój. Czułem, jak krew szumi w uszach i w jednej chwili rozbolała mnie głowa. Miałem ochotę złapać za tę jego cie- niutką szyjkę i wyprowadzić z pokoju. A później zasadzić mu jeszcze sążnistego kopa. Jedną nogę miałem przecież jesz- cze całkiem sprawną. Był jednak moim szefem. Zacząłem z pedantyczną do- kładnością składać kartki. Prawie udało mi się opanować drżenie rąk. 16 — Halo, jestem tutaj! I co ty na to? — Na to, że tu jesteś? — zapytałem. — Nie rżnij głupa. Chodzi mi o artykuł. Co teraz? Nie mamy nic na to miejsce. Znów na niego spojrzałem i to nie był najlepszy pomysł, bo zrobiło mi się niedobrze. Przypatrywał mi się z przekrzy- wioną głową, nerwowo mrugając świńskimi oczkami. Rzadki kosmyk blond włosów komicznie opadł mu na czoło. Chcia- łem, żeby już sobie poszedł. — Poprawię — rzekłem z udawanym spokojem. — Tyl- ko powiedz, Kamil, co ci się nie podoba. Chyba nie tego się spodziewał. — Przeczytaj to jeszcze raz — zaczął niepewnie — a sam zobaczysz, co jest nie tak. Sporo różnych błędów, literów- ki, styl… — Nie ma sprawy. To wszystko? — Zapewniam cię, że musisz ostro wziąć się do roboty. I zrób to dzisiaj, bo kończymy składać numer. Obiecałem, że się wyrobię i chwilę potem już go nie było. Spojrzałem w kierunku przeciwległego biurka. W czasie całej tej krótkiej awantury Adam udawał, że ma coś ogrom- nie pilnego do zrobienia i klepał w klawisze jak opętany. Te- raz, gdy poczuł na sobie mój wzrok, przestał i siedział nie- ruchomo. Po kilku sekundach podniósł oczy. — Ten gnój mógłby być twoim synem — odezwał się. — Może powinieneś… Przerwał, gdy usłyszał odgłos rozdzieranego papieru. Sta- rałem się przedrzeć trzymane w rękach kartki dokładnie przez środek. Całkiem nieźle mi to wyszło. — …może powinieneś pogadać z prezesem? — skończył. — Wiesz przecież, że to nic nie da — powiedziałem, wsta- jąc. — Oni grają w jednej drużynie, mają mnie za esbeka i najchętniej by mnie stąd wywalili — ciągnąłem, kuśtykając w kierunku kosza na śmieci. — Nie dam im tej satysfakcji. 17 Przedarty plik kartek spoczął na dnie prawie pustego pojemnika. — Co zamierzasz? — Adam nie spuszczał mnie z oczu, gdy wracałem na swoje miejsce. — Spieprzam stąd, stary. To już nie na moje nerwy. Tak naprawdę Adam Nawrot był jedynym człowiekiem w redakcji, z którym się dogadywałem. Właściwie, to można nawet powiedzieć, że był prawie moim przyjacielem. Spoty- kaliśmy się co kilka dni wieczorem przy piwie i najczęściej gadaliśmy do późna w nocy. Ja — zdeklarowany stary ka- waler zaraz po pięćdziesiątce i on — czterdziestokilkulet- ni, bezdzietny wdowiec. Pracowaliśmy ze sobą od paruna- stu lat, ale dopiero niedawno, po tym, gdy wczesną wiosną dwa tysiące pierwszego roku, czyli niemal dokładnie przed czterema laty, jego żona zginęła w wypadku samochodo- wym, bardziej się do siebie zbliżyliśmy. Potrzebował kogoś do wspólnego spędzania wieczorów, żeby do końca nie zwa- riować, a i mnie przyjemnie było zobaczyć się z kimś od cza- su do czasu, chociaż na początku nie były to łatwe spotka- nia. Bardzo ją kochał. Znał wiele moich tajemnic, ale były rzeczy, o których mu nie powiedziałem. Na przykład o tym, że na początku lat dziewięćdziesiątych, trochę przez przypadek, kupiłem pod Warszawą dwa hektary pola. Nigdy nie miałem smykałki do interesów, ale akurat wtedy znajomy rolnik potrzebował pilnie gotówki, więc postanowiłem zaryzykować i ulokować trochę grosza w ziemi. Od tamtego czasu miasto sukcesyw- nie powiększało swoje terytorium, aż wreszcie dotarło nie- mal do moich gruntów. Efekt przypadkowej lokaty przerósł moje najśmielsze oczekiwania, kiedy jakiś czas temu jedna z zachodnich firm postanowiła między innymi na moim polu wybudować olbrzymi kompleks handlowy. Nawrot patrzył na mnie wyczekująco, gdy sięgałem do szuflady, w której od kilku miesięcy tkwił jeden tylko do- kument. Teraz miarka się przebrała i stwierdziłem, że to jest 18 właśnie ta chwila, w której wniosek o rozwiązanie stosunku pracy powinien znaleźć się na biurku prezesa. — Wypisuję się z tego interesu — powiedziałem i poda- łem Adamowi papier. — Wystarczy tylko wpisać dzisiejszą datę i gotowe. — To już przesądzone? — spytał, gdy przeczytał nagłó- wek. — Myślisz, że nie będziesz miał problemów ze znale- zieniem nowej roboty? Wiesz, w twoim wieku… — Dziękuję ci bardzo — uśmiechnąłem się. — Tak na- prawdę, to nie wiem, czy jeszcze będę czegoś szukał. Mam trochę oszczędności, może uda mi się na nich dojechać do przystani zbudowanej z czterech desek. — Z sześciu — poprawił mnie odruchowo, zajęty czyta- niem pisma. — Wiesz, to może jeszcze trochę potrwać… — te- raz on się uśmiechnął. — Tylko mnie nie łap za słowa. Oddając mi papier, powiedział: — Sugerowałbym, żebyś to jeszcze przemyślał. Pamiętasz, jak mi mówiłeś, że ta robota trzyma cię w pionie… Wiedziałem, co ma na myśli. Oprócz Adama nikt w pra- cy nie wiedział o moich problemach z alkoholem, które naj- pierw sprawiły, że straciłem prawo jazdy, a potem, gdy zato- czyłem się pod nadjeżdżający samochód, doprowadziły do tego, że stałem się kuśtykającym kaleką. Przez chwilę zasta- nawiałem się, czy przypadkiem nie ma racji. Wreszcie scho- wałem wniosek do szuflady i powiedziałem: — W porządku. Prześpię się z tym jeszcze i jutro podej- mę decyzję. Wyskoczymy dziś wieczorem na piwo? — Jasne. O dwudziestej, tam, gdzie zawsze. Może być? Kiwnąłem głową. — Teraz muszę się zbierać, bo mam sprawę na mieście — mówił dalej. — Ale ty lepiej popraw ten artykuł. Tak na wszelki wypadek. — Pomyślę. Naprawdę to nie miałem takiego zamiaru. Planowałem zostać nieco dłużej w pracy, żeby popakować swoje szpar- 19 gały i przekopiować co ważniejsze dokumenty z firmowe- go komputera. Po wyjściu Adama zabrałem się do roboty. Godzinę póź- niej byłem przygotowany do wyprowadzki. Właśnie miałem zamiar wyłączyć komputer, gdy na firmowej skrzynce mai- lowej pojawiła się nowa wiadomość. Przeczytałem ją kilkakrotnie, zaplotłem dłonie za głową i wygodnie rozparłem się w fotelu. Siedziałem tak dłuższą chwilę, po czym wstałem i poczłapałem do kubła na śmie- ci. Właśnie wyjmowałem z niego wrzucony tam uprzed- nio artykuł, gdy drzwi do pokoju się uchyliły i zobaczyłem w nich głowę Sadonia. — A to ci dopiero — roześmiał się. — Jak już skończysz szukać skarbów, to podrzuć mi ten materiał. Tracę powo- li cierpliwość. Naniesienie kosmetycznych poprawek zajęło mi nie więcej niż pół godziny. Artykuł był prawie niezmieniony, ale tym razem mój szef wyglądał na zadowolonego. Pewnie wcześniej nawet nie czytał tekstu. Od opublikowania listy Wildsteina zdążyłem się już przyzwyczaić i w ogóle mnie to nie obchodzi- ło. Tym bardziej że miałem na głowie ważniejszą sprawę. Raz jeszcze przeczytałem otrzymany mail, po czym wy- drukowałem jego treść, schowałem kartkę do teczki i wyłą- czyłem komputer. 2. Osiedlowy bar „Przystań” był od dawna miejscem moich spo- tkań z Adamem. Znaleźliśmy go przypadkiem, kiedy pew- nego razu knajpę, w której siedzieliśmy, już mieli zamykać, a my nie chcieliśmy jeszcze zbierać się do domów. Miejsce polecił nam taksówkarz czekający na postoju i od tej pory zawsze właśnie w tym lokalu się umawialiśmy. 20 Z pewnością knajpki nie można było nazwać wykwint- ną. Przeważnie było w niej aż czarno od papierosowego dymu i zapachu smażonych frytek. W tle zwykle słychać było marną muzykę i gwar rozentuzjazmowanych stałych bywalców, jednak po kilku wizytach czuliśmy się tu jak u siebie. Mieliśmy wielu nowych znajomych, którzy — po- dobnie jak my — często zawijali do „Przystani”. Ten kli- mat odpowiadał nam jednak zdecydowanie bardziej niż nadęta atmosfera restauracji położonych w centrum War- szawy. Po jakimś czasie właścicielka, pani Basia, sprezen- towała nam nawet specjalne kufle, w których od tej pory piliśmy tylko my. Od wtedy nawet nie pomyśleliśmy, żeby szukać innego miejsca. Było już dobrze po dwudziestej drugiej. Dotąd nasze rozmowy krążyły wokół dość neutralnych tematów, jednak wreszcie Adam najwyraźniej zebrał się w sobie i zapytał: — No i co postanowiłeś? Ciągle zamierzasz zrezygno- wać? Nie odpowiedziałem od razu. Zamiast tego sięgnąłem do kieszeni kurtki, do której wcześniej włożyłem kartkę z wy- drukowaną wiadomością. — Tak naprawdę, to byłem już zdecydowany na sto pro- cent, jednak dziś dostałem pewien mail. Chyba mam ocho- tę tam pojechać i trochę się rozejrzeć. Adam przebiegł wzrokiem tekst. — No tak, to zdecydowanie twoja działka — powie- dział. — Pewnie jak zwykle to jakieś bzdury, ale kilka dni z dala od Sadonia dobrze mi zrobi. A poza tym, wiesz, że redak- cja chętnie umieszcza takie historie, więc nie powinno być większych problemów z uzyskaniem zgody na wyjazd. Tym bardziej że nigdy nie byłem w tych okolicach. No i będę miał trochę czasu na zastanowienie, co dalej z moją pracą. Aktualnie byłem specjalistą naszego tygodnika od zda- rzeń paranormalnych. Gdy tylko pojawiał się jakiś temat 21 związany z nawiedzonymi domami, zjawiskami „nie z tej ziemi” czy ludźmi opętanymi rzekomo przez diabła, za- wsze przydzielano go właśnie mnie. Miałem smykałkę do opisywania tego typu rzeczy, a w dodatku — co okazywa- ło się ważne dla szefostwa — były to sprawy bardzo dale- kie od polityki. — To dobrze — odezwał się Adam. — Mam nadzieję, że zmienisz zdanie i jeszcze trochę popracujemy razem. Aż się boję, kogo mogliby ze mną posadzić w pokoju. A ten mail wygląda całkiem ciekawie. Na pewno zrobisz z tego świetny materiał. Facet, który widział coś, czego nie zobaczył nikt poza nim… No, no… Sprzedaż na pewno od razu nam sko- czy. — Mrugnął do mnie okiem i trącił swoim kuflem o mój, stojący na stoliku, po czym upił kilka solidnych łyków. Naj- wyraźniej trochę mu ulżyło. — A wiesz w ogóle, gdzie to jest? — zapytał po chwili. — Tak. Na Roztoczu, niedaleko Zwierzyńca. — Dawne Zamojskie? — Zgadza się. Byłeś tam? — Nie, ale o Zwierzyńcu słyszałem. Zdaje się, że robią tam niezłe piwo. — Ty to tylko o jednym — powiedziałem i podniosłem kufel do ust. Tego wieczora nie rozmawialiśmy o moim wyjeździe. Nie- spodziewanie wrócił jednak temat Magdy; Adam znów za- czął ją wspominać. Ostatnio zdarzało się to bardzo rzadko, jednak tym razem wspomnienia wyraźnie dały znać o so- bie. W pewnym momencie Nawrot miał nawet łzy w oczach. I wtedy właśnie, zupełnie niespodziewanie, chyba głównie po to, żeby zmienić temat, spytał: — Witek, nigdy o tym nie gadaliśmy, a trochę mnie to dręczy. Jak to było z tą twoją współpracą ze Służbą Bezpie- czeństwa? Na początku naszych spotkań byłem pewien, że będzie chciał znać prawdę. Kiedy jednak minęło trochę czasu, uzna- 22 łem, że nie jest to dla niego ważne. Tym bardziej byłem za- skoczony, że zapytał. Gdy przez dłuższą chwilę nie odpo- wiadałem, powiedział: — Nie ma sprawy. Jak nie chcesz, to nie mów. Wycofuję pytanie i przepraszam. Nie powinienem… — Daj spokój — przerwałem. — Wezmę tylko dla nas jeszcze po jednym. W czasie, gdy pani Basia napełniała kufle, miałem chwi- lę na zastanowienie. Tak naprawdę cieszyłem się, że rozpo- czął rozmowę na ten temat. W redakcji traktowany byłem jak najgorsza kanalia, odwrócili się ode mnie nawet ludzie, których do momentu publikacji listy miałem za przyjaciół. Stałem się trędowaty. Jeśli komuś miałem powiedzieć, jak było, to tylko Adamowi, który jako jedyny nie odsunął się wtedy ode mnie. Gdy podszedłem do stolika i postawiłem na nim peł- ne kufle, widziałem, że mój towarzysz kręci się niespokoj- nie. — Wiesz, chyba niepotrzebnie cię o to zapytałem. Może czasem lepiej nie wiedzieć… — To było gdzieś w połowie lat siedemdziesiątych — za- cząłem, ignorując to, co powiedział. — Byłem wtedy na stu- diach. Moi rodzice przyjaźnili się z pewnym lekarzem. Bar- dzo nam pomagał, głównie dzięki niemu moja matka wyszła z raka, chociaż niewielu dawało jej szansę. Pewnego dnia, gdy ojciec był w pracy, a matka w sanatorium, przyszedł do naszego mieszkania. Powiedział, że chce rozmawiać właśnie ze mną. Zdziwiłem się, bo do tamtego dnia zamieniliśmy ze sobą może kilka zdań, nie licząc sytuacji, gdy byłem chory i przychodził do mnie z wizytą domową. Adam nie patrzył na mnie. Wpatrywał się w przeciwle- głą ścianę. — Powiedział, że ma do mnie wielką prośbę — ciągną- łem. — Wyznał, że jakiś czas temu wplątał się w jakieś ukła- dy ze Służbą Bezpieczeństwa. Wyjął z teczki gotową dekla- 23 rację współpracy i poprosił o jej podpisanie. Ponoć miał taki obowiązek, żeby kogoś zwerbować. Zapewnił jednocześnie, że to tylko jeden podpis i na tym cała sprawa się skończy. Podpisałem bez wahania — po prostu nie mogłem postąpić inaczej. Zbyt wiele mu zawdzięczaliśmy. Przerwałem, by się napić. — I co? Pewnie na tym się nie skończyło? — zapytał Adam, wciąż wpatrując się w ścianę. — Tak. Za jakiś czas pojawił się znów z prośbą o infor- macje na temat moich kolegów z uczelni. Byłem wściekły i prawie wyrzuciłem go z domu. Od tamtej pory go nie wi- działem. — I tyle? — Kiedy dowiedziałem się o liście opublikowanej przez Wildsteina, nawet się ucieszyłem. Niewielu wie, że działa- łem w opozycji. Pisałem pod pseudonimem do pism opozy- cyjnych, roznosiłem ulotki, rozwieszałem plakaty, nawet ma- załem po murach. Dwa razy mnie zamknęli, raz porządnie pobili. Lista wydawała mi się początkowo wyrazem sprawie- dliwości dziejowej. Do czasu… — Do czasu, gdy znalazłeś na niej nazwisko „Witold Uchmann”? Nie musiałem odpowiadać. Obaj wiedzieliśmy, co było da- lej. W redakcji zaczęli nazywać mnie „ucholem”. W rezulta- cie wylądowałem w dziale brukowych newsów. — Dlaczego nie próbowałeś tego wyjaśnić? — odezwał się znów Adam. — A znasz kogoś, kto by mi uwierzył, gdybym udowad- niał, że nie jestem wielbłądem? Pytanie pozostało bez odpowiedzi. Rozmowa przestała się kleić i niedługo potem wyszliśmy z „Przystani”. Adam pojechał taksówką, ja zaś postanowiłem zrobić sobie dłuż- szy spacer. Kuśtykałem wśród niemal wiosennej, marcowej nocy i jednego byłem pewien: ta rozmowa była mi bardzo potrzebna. 24 3. Kiedy następnego dnia pojawiłem się w biurze, nastrój lek- kości poprzedniego wieczoru prysł jak bańka mydlana. Zaraz po wejściu do pokoju spostrzegłem, że coś jest nie tak. Adam ledwie odpowiedział na moje „cześć” i bez sło- wa wrócił do pracy przy komputerze. Początkowo zrzuciłem to na karb dręczącego go kaca, ale gdy około dziesiątej nic się nie zmieniło, zacząłem żałować, że opowiedziałem mu o epizodzie sprzed lat. Nic już nie mogłem poradzić. Mia- łem jedynie nadzieję, że gdy wrócę z Roztocza, sytuacja się poprawi i znów będzie tak, jak dawniej. Przekonanie szefa do mojej wyprawy na południowo- -wschodnie krańce Polski nie było tak łatwe, jak przewidy- wałem. Początkowo w ogóle nie chciał słyszeć o wyjeździe, jednak po jakimś czasie moja perswazja dotarła do jego za- kutego łba i zaczął się wahać. Wtedy wyjąłem z rękawa asa — otrzymany dzień wcześniej mail, który dość mocno podrasowałem, żeby sprawa rysowała się bardziej tajemni- czo. W rybich oczach Sadonia, chyba po raz pierwszy w ży- ciu, dojrzałem iskierkę zainteresowania. — Dobrze, Uchmann — powiedział po kilkudziesię- ciu sekundach teatralnego milczenia. — Masz na przy- gotowanie tego materiału trzy dni. Spotkaj się z facetem, powypytuj w okolicy… Zresztą, chyba nie muszę cię in- struować? „Nie daj Boże” — pomyślałem. — Musisz tylko wiedzieć jedno — ciągnął — jak sprawa okaże się niewypałem, to koszty potrącę ci z premii. — Dobra, szefie, ryzyko biorę na siebie. Mogę jechać już jutro? Nie brałem pod uwagę, że z materiału może nic nie wyjść. Facet od maila wyglądał na nieźle nawiedzonego, a ja już dobrze wiedziałem, jak rozmawiać z takimi typkami. Nie- mniej jednak, nawet gdyby z tego wszystkiego wyszła total- 25 na klapa, to byłem pewien, że parę dni poza Warszawą do- brze mi zrobi. Nawet za cenę paruset złotych. Wróciłem do pokoju i powiedziałem: — No, stary, Sadoń kupił temat i wyjeżdżam już jutro. Mój entuzjazm nie zrobił na Adamie specjalnego wrażenia. — Musimy pogadać zaraz po robocie — powiedział bez cienia uśmiechu i wyszedł z pokoju. Aż do końca pracy nie zamieniliśmy ze sobą nawet jed- nego słowa. Po naszym popołudniowym spotkaniu nie spo- dziewałem się więc niczego miłego. * Było po siedemnastej, gdy zasiedliśmy w pobliskim bistro. Zanim zamówiliśmy cokolwiek, powiedziałem: — Nie sądziłem, że nasza rozmowa zrobi na tobie aż ta- kie wrażenie. — Zawsze uważałem, że jesteś w porządku — odparł Adam. — A dziś jestem już tego pewien. Tym bardziej mu- sisz posłuchać, co mam do powiedzenia. — Słucham więc. — Najpierw zamówmy coś do picia. Po chwili, gdy przede mną stała szklanka soku pomarań- czowego, a przed Adamem filiżanka kawy, usłyszałem coś, co wprawiło mnie w osłupienie. — Nie powinieneś tam jechać. Na początku nie wiedziałem, o co chodzi, chwilę potem miałem wrażenie, że się przesłyszałem. Gdy Adam powtó- rzył to raz jeszcze, popatrzyłem na niego uważnie. — Możesz mi wytłumaczyć, dlaczego? — To nie jest takie proste. Daj mi jeszcze chwilę… Od rana zastanawiam się, jak ci to powiedzieć, żebyś nie wziął mnie za kretyna. Siedziałem więc w milczeniu, ciesząc się, że moje domy- sły co do przyczyn dziwnego zachowania Nawrota okazały się kompletnie nietrafione. 26
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Czarny wygon. Słoneczna dolina
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: