Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00050 005205 13081287 na godz. na dobę w sumie
Czarny wygon. Starzyzna - ebook/pdf R
Czarny wygon. Starzyzna - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 274
Wydawca: Videograf Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-7835-026-2 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> kryminał, sensacja, thriller >> thriller, horror
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Druga część powieści o przeklętej wiosce na Roztoczu. Witold Uchmann podejmuje dziennikarską wyprawę do miejsc opisanych w tajemniczym brulionie. By uratować życie kilkuletniej dziewczynki, musi stawić czoła przerażającemu księdzu, który krąży w okolicach Starzyzny. Wielkie niebezpieczeństwo grozi też Adamowi Nawratowi, który postanowił ruszyć na poszukiwanie zaginionego przyjaciela. Czy uda im się sprowadzić do „naszego świata” naznaczonych klątwą mieszkańców Starzyzny?

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Recenzje na blogach:

ksiazkaprzykawie.blogspot.com 334. "Czarny Wygon. Starzyzna" Stefan Darda | Przy kawie z książką

Darmowy fragment publikacji:

V I D E O G R A F Redakcja i korekta Jadwiga Kwiecień Projekt okładki Marek J. Piwko {mjp} Ilustracja na okładce Dariusz Kocurek Redakcja techniczna, skład i łamanie Grzegorz Bociek Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń rzeczywistych jest w tej książce niezamierzone i przypadkowe. Wydanie I w tej edycji, Chorzów 2012 Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA 41 ‑500 Chorzów, Aleja Harcerska 3c tel. 32 ‑348 ‑31 ‑33, 32 ‑348 ‑31 ‑35 fax 32 ‑348 ‑31 ‑25 office@videograf.pl www.videograf.pl Dystrybucja wersji drukowanej: DICTUM Sp. z o.o. 01 ‑942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21 tel. 22 ‑663 ‑98 ‑13, fax 22 ‑663 ‑98 ‑12 dystrybucja@dictum.pl www.dictum.pl © Copyright by Wydawnictwa Videograf SA, Chorzów 2010 © Copyright by Stefan Darda ISBN 978 ‑83 ‑7835 ‑026 ‑2 Tylko trudne chwile powiedzą ci, kim tak naprawdę jesteś. Franciszek Gielmuda Przedmowa Każdy miesiąc przynosi nowe znajomości, jest sprawcą wzajemnego stykania się ludzkich ścieżek. To fantastyczne, że niektóre szlaki w ten właśnie magiczny i niewytłumaczalny sposób łączą się, by potem już nie mieć ochoty na ucieczkę ku własnym celom. Zdarzają się też szczęściarze, mający u swego boku przyjazną duszę już od pierwszego kroku postawionego na własnej drodze. Należę do takich szczęściarzy. Nie ma małych przyjaźni. Każda z nich jest wspaniała, niepo‑ wtarzalna, niedająca się zamienić na cokolwiek innego. Cieszę się jednak, że dane mi było posmakować także przyjaźni zbudowa‑ nej na najbliższych więzach krwi i każdemu życzyłbym, by spo‑ tkało go coś podobnego. Pierwszego spotkania z moją Siostrą, Urszulą, nie mogę pa‑ miętać. Pamiętam za to doskonale całe dziesięciolecia spędzo‑ ne w przeświadczeniu, że jest ktoś, na kogo zawsze można liczyć, ktoś, kto sprawia, że świat wydaje się lepszy, bardziej przyjazny i łatwiejszy. Ktoś mądry, dobry i niezwykle wrażliwy. Pamiętam też i ciągle czuję ból ostatnich lat. W połowie roku dwa tysiące czwartego świat mojej Siostry i jej Synów zachwiał się w posadach. Wszyscy wiemy, że nigdy nie będzie tak, jak przed‑ tem. Ale też nie chcę zapomnieć tego, co było później. Jestem szczę‑ śliwy, że jestem bratem kogoś tak niesłychanie dzielnego, kogoś, 7 kto potrafił stawić czoła okrutnemu losowi i złapać go za gardło, gdy była taka potrzeba. Nie wiem, czy ja dałbym radę. Tym bardziej jestem dumny i szczęśliwy, że mogę być blisko kogoś takiego. Moja droga Ulu! Dedykuję Tobie tę książkę i mam nadzieję, że jej lektura spra‑ wi Ci przynajmniej trochę przyjemności. Dziękuję za to, że jesteś, i dziękuję za to, że zawsze ze mną byłaś. I proszę o jeszcze… Podziękowania Składam gorące podziękowania osobom, które przyczyniły się do powstania tej książki. Zarówno tym, pomagającym mi w jej redak‑ cji, jak również tym, które dobrym słowem motywowały mnie do jej rozpoczęcia i ukończenia. Raz jeszcze dziękuję, Jacku, za wycieczkę do Słonecznej. Tobie i Tobie, Mariuszu, za to, że jesteście ze mną każdego roku w Zwie‑ rzyńcu. Pamiętacie zapewne, że tam właśnie, podczas skąpanej w ulewnym deszczu, gorącej, pachnącej lipami, czerwcowej nocy, zrodził się pomysł na tytuł cyklu? Bez Was by go nie było. Dziękuję też Tobie, Drogi Czytelniku. Skoro trzymasz w dło‑ niach tę książkę, to zapewne sięgnąłeś także wcześniej po „Sło‑ neczną Dolinę”. Być może jesteś jedną z osób, które pytały mnie o datę wydania „Starzyzny”? Oto jest. Oddaję ją pod Twoją oce‑ nę z obawą i nadzieją… Byłbym szczęśliwy, gdyby nie zawiodła Twoich oczekiwań i chociażby na chwilę pozwoliła zapomnieć o tym, czego nie masz ochoty pamiętać. S.D. 9 Mojej Siostrze, Urszuli Prolog Nawrot wyłączył silnik i odetchnął. Przez chwilę nie widział nic poza ciemnością i słyszał tylko dzwonienie w uszach, spowodowane nagłą ciszą w aucie. Zamknął oczy i rozsiadł się wygodnie w fotelu swojego fiata punto. Do północy było jeszcze sporo czasu. Ruszył w drogę bezpośrednio po pracy, by mieć pewność, że zdąży dojechać bez stresującego pośpiechu. Na dodatek krajowa siedemnastka zaraz za rogatkami Warszawy zrobi‑ ła się nadspodziewanie pusta, więc jeszcze przed Zamościem mógł zatrzymać się na dłuższy odpoczynek. Gorąca herbata i marynowane śledzie z razowym chlebem sprawiły, że na‑ brał sił do dalszej jazdy. Zresztą, od tego postoju miał już przecież całkiem niedaleko. Tak jak rok wcześniej przejechał przez Zwierzyniec, nie widząc w miasteczku żywego ducha. Zdawał sobie sprawę, że prawdopodobnie znów przebywa tę drogę na próżno, lecz nie potrafił inaczej. Nie dałby rady siedzieć w Wielki Piątek w swoim warszawskim mieszkaniu. Mijając Obrocz zadał so‑ bie pytanie: „Jak długo jeszcze?” Nie potrafił odpowiedzieć ze stuprocentową pewnością, ale sądził, że jeszcze bardzo, 11 bardzo długo. Może nawet do końca życia będzie przemie‑ rzał tę trasę właśnie w ten wyjątkowy dzień. To wszystko wydawało się kompletnie irracjonalne, lecz czuł coś w ro‑ dzaju obowiązku wobec Witka. Zresztą, i tak nie miał już z kim spędzać Wielkanocy. Dzień, w którym Magda zginęła w płonącym samo‑ chodzie, wydawał się tak odległy, jak gdyby to zdarzenie miało miejsce w innym życiu, w całkowicie odmiennej rzeczywistości. Adam myślał o wypadku wiele razy, nie‑ mal nieustannie, jednak i tak śmierć żony niknęła w mgli‑ stej przeszłości. Wspomnienie tego zdarzenia wróciło na chwilę z całą mocą, gdy dowiedział się, kto był sprawcą tragedii, by później znów ukryć się w zakamarkach nie‑ pamięci. Śmierć matki stała się kolejną traumą, z którą nie potra‑ fił sobie poradzić. Odeszła wieczorem, drugiego kwietnia dwa tysiące pią‑ tego roku, a więc prawie dokładnie w chwili, gdy umarł Jan Paweł II. Nawrot miał nadzieję, że w dalszą drogę ruszyli razem. Właściwie był tego pewien i tylko to stanowiło swe‑ go rodzaju niewielkie pocieszenie. Wyjeżdżając z Krasnobrodu w końcu kwietnia dwa lata wcześniej, był przekonany, że wróci najwyżej za kilka dni, by spotkać się z Gielmudą. Sprawy związane z pogrzebem, a później brak chęci do czegokolwiek sprawiły, że wybrał się na Roztocze dopiero po połowie maja. Pamiętał to dokładnie. Drzwi znów otworzyła mu mat‑ ka Rafała. — Przykro mi — rzekła, gdy o niego zapytał. — Wyjechał z córką i prosił, by nikomu nie przekazywać dokąd… — Do Gorzowa? — zapytał wtedy Nawrot. Doskonale pamiętał zaskoczenie malujące się w oczach kobiety. — Tak, ale nie mogę powiedzieć nic więcej. Do widze‑ nia panu. 12 Zamknęła drzwi, nim zdążył zapytać o cokolwiek wię‑ cej. Stał przez chwilę, zastanawiając się, czy nie zadzwo‑ nić ponownie, lecz ostatecznie dał spokój. W końcu, jakie to mogło mieć wtedy znaczenie? Witek i tak zniknął, a po lekturze tego, co napisał, można było się domyślić, gdzie przebywa. Panującą wokół samochodu ciszę gwałtownie przerwał głośny dźwięk. Coś z hukiem uderzyło o dach auta, a Adam, wyrwany nagle z rozmyślań, drgnął w fotelu i rozejrzał się przestraszony. Nie zwrócił wcześniej uwagi, że za szybami wzmagały się porywy wiatru. Przyzwyczajone już do ciemności oczy zarejestrowały świetliste plamy przesuwające się po leśnej drodze; księżyc tuż po pełni świecił jasno, skrywając się od czasu do czasu za pędzącymi po niebie chmurami, których cienie ślizgały się bezszelestnie po obłym kształcie samo‑ chodu. Wyraźnie widoczne za szybą kontury drzew zdawa‑ ły się ruszać do gwałtownego tańca. „To tylko spadająca gałąź” — pomyślał, uspokajając od‑ dech. Opuścił szybę po stronie pasażera i poczuł na twarzy cie‑ płe, wilgotne uderzenie powietrza. Był szósty kwietnia dwa tysiące siódmego roku. Wiosna zbliżała się wielkimi kroka‑ mi. Podobnie jak wielkopiątkowa północ. Prawie rok wcześniej, czternastego kwietnia, też czekał w tym samym miejscu i wtedy nie wydarzyło się absolutnie nic. Nawrot nie miał zbyt wielkich nadziei, że tym razem będzie inaczej. Znów przymknął powieki. Książka Czarny Wygon została wydrukowana i trafiła do księgarń w czerwcu ubiegłego roku. Adam długo bił się z my‑ ślami, czy w ogóle jest sens, by publikować przekazane mu notatki Witka. Cała sprawa wydawała się dość absurdalna, ale przecież jednak przyjaciel go o to poprosił, w dodatku zostawiając pieniądze na całe przedsięwzięcie. Wreszcie Na‑ wrot stwierdził, że jeśli jego przyjaciel nie wróci w Wielki 13 Piątek dwa tysiące szóstego roku, to książka zostanie wy‑ dana niedługo potem. Nakład nie był imponujący — ledwie półtora tysiąca eg‑ zemplarzy. Sprzedawało się to w miarę przyzwoicie, a co za tym idzie, sporo osób dowiedziało się o Starzyźnie. Inter‑ netowe wpisy na temat publikacji z uznaniem odnosiły się do wybujałej wyobraźni autora. Adam był przekonany, że to nie była fikcja. Tym bardziej gryzł się, że książka za jego przyczyną nie pojawiła się wcze‑ śniej. Zdawał sobie sprawę, że przecież to opóźnienie mogło pogrążyć Witka… Teraz już nic nie mógł na to poradzić. Mógł co najwyżej w każdy kolejny Wielki Piątek czekać na drodze, prowadzą‑ cej z Guciowa do Słonecznej Doliny. Zmęczenie dawało znać o sobie. Cały dzień w pracy i oko‑ ło trzystu kilometrów podróży sprawiły, że Nawrot rozpo‑ czął walkę z sennością. Dobiegający z zewnątrz szum ko‑ łyszących się drzew nie ułatwiał zadania. Do północy była jeszcze prawie godzina, więc wreszcie uległ pokusie i posta‑ nowił chwilę się zdrzemnąć. Pomyślał, że dobrze byłoby na‑ stawić alarm w komórce na dwudziestą trzecią pięćdziesiąt, lecz zanim zdążył to zrobić, zapadł w głęboki sen. Tuż przed pierwszą naprzeciw maski auta stanął lekko przygarbiony mężczyzna. Nawet gdyby Adam w tej chwili się obudził, nie zobaczyłby jego twarzy; tarcza księżyca znaj‑ dowała się dokładnie na wprost przedniej szyby samocho‑ du. Nawrot jednak spał, cicho pochrapując, nie mając poję‑ cia, że ktoś natarczywie mu się przygląda. Wiatr nieco ustał i ciszę mąciły jedynie dobiegające gdzieś z oddali krzyki nocnych ptaków. Mężczyzna ruszył w kierunku samochodu i nachylił się nad szybą, by dokładnie przyjrzeć się śpiącemu, po czym przeszedł na drugą stronę i spod pachy wyjął niewielkie, pła‑ skie zawiniątko. Jeszcze przez jakiś czas stał, jakby się waha‑ 14 jąc, w końcu jednak włożył pakunek do środka przez uchylo‑ ne okno, starając się nie obudzić śpiącego. Położył przedmiot na siedzeniu pasażera i cofnął się o kilka kroków. Zaraz po‑ tem, uważnie stawiając kroki, ruszył w gęstwinę, która przed chwilą znajdowała się za jego plecami. Każdy, kto choć tro‑ chę znał te okolice, wiedziałby, że nocny wędrowiec skiero‑ wał się w kierunku Czarnego Wygonu. Z oddali dobiegło jeszcze stłumione trzaśnięcie nadep‑ niętej gałęzi, lecz dźwięk był zbyt cichy, by przerwać Ada‑ mowi sen. Ocknął się, gdy zaczynało już dnieć. Było mu zimno, więc natychmiast sięgnął do drzwi po przeciwległej stronie samochodu, żeby zamknąć okno. Niedługo potem niecier‑ pliwymi ruchami wydobył płaski przedmiot z osłaniającego go materiału. Oczom Adama ukazał się brulion, dokładnie taki sam, jak ten dostarczony do Warszawy przez Gielmu‑ dę pod koniec marca dwa tysiące piątego roku. Najpierw obejrzał go ze wszystkich stron, jakby obawia‑ jąc się zajrzeć do środka, w końcu jednak przekartkował jego zawartość, a następnie otworzył na pierwszej stronie. Zanim zagłębił się w lekturze, rozejrzał się jeszcze wokół, nie dostrzegając niczego niepokojącego. Pokręcił z niedo‑ wierzaniem głową i włączył silnik, podkręcając maksymal‑ nie ogrzewanie. Zaraz potem cały świat przestał dla niego istnieć. Rozdział pierwszy 1. Spojrzałem na zegarek i okazało się, że Wielki Piątek dwa tysiące piątego roku rozpoczął się prawie półtorej godziny wcześniej. Nie mogłem w to uwierzyć, więc sprawdziłem po‑ nownie. Wskazówki nie pozostawiały wątpliwości — była pierwsza dwadzieścia siedem. Czas pędził na złamanie karku, przybliżając mnie nie‑ uchronnie do poranka i tego, co postanowiłem. Tyle że z każ‑ dą chwilą miałem coraz więcej wątpliwości. „Na szczęście nic mu jeszcze nie powiedziałem i wcale nie muszę tego robić” — przeszło mi przez myśl. Panujące wokół ciemności i absolutna cisza sprawiały, że wyobraźnia mogła pracować na najwyższych obrotach. Jej oczyma zobaczyłem zagubioną pośród czasu i przestrzeni wieś, zamieszkaną przez ludzi od dziesięcioleci oczekują‑ cych z wytęsknieniem tego, aby minuty znów zaczęły bez‑ litośnie przybliżać ich do śmierci. To ponure miejsce, niepa‑ miętające już słonecznego światła, otoczone było bezkresny‑ mi połaciami lasów, w których czaiły się upiorne postacie wisielców, pozostających w zawieszeniu pomiędzy światem żywych i umarłych, czyhających tylko na to, aby kolejnych 16 nieszczęśników nakłonić do powiększenia grona potępio‑ nych na wieki. „Wcale nie muszę” — znów zapewniłem samego siebie. Zamknąłem oczy i zobaczyłem, jak ktoś z trudem wysia‑ da z białego samochodu, stojącego na skraju Słonecznej Do‑ liny. Pomimo nocy widziałem tego człowieka bardzo dokład‑ nie. Lekko przygarbiony, ponad pięćdziesięcioletni mężczy‑ zna, wyraźnie kuśtykając, ruszył w kierunku majaczących w oddali domostw. Nie był sam. Krok w krok towarzyszyła mu zakapturzona postać ubrana w coś, co z oddali wyglą‑ dało na zakonny habit. Drgnąłem i rozejrzałem się wokół. Wizja była tak wyra‑ zista, że zacząłem mieć wątpliwości, czy to nie był sen. Ze‑ garek pokazywał pierwszą trzydzieści, więc nawet jeśli za‑ snąłem, to ledwie na chwilę. Półsenne obrazy przedstawiały scenę, która miała się ziścić nie dalej, jak za niecałą dobę. Nie wiedziałem, czy obok kulejącego mężczyzny rzeczywiście pojawi się postać w kapturze, wiedziałem natomiast jedno: mężczyzna znaj‑ dzie się w Starzyźnie na własne życzenie, próbując ratować małą dziewczynkę — córkę kogoś,