Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00477 008385 10459934 na godz. na dobę w sumie
Czarny wygon. Starzyzna - ebook/pdf
Czarny wygon. Starzyzna - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 274
Wydawca: Videograf Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-7835-026-2 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> kryminał, sensacja, thriller >> thriller, horror
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Druga część powieści o przeklętej wiosce na Roztoczu. Witold Uchmann podejmuje dziennikarską wyprawę do miejsc opisanych w tajemniczym brulionie. By uratować życie kilkuletniej dziewczynki, musi stawić czoła przerażającemu księdzu, który krąży w okolicach Starzyzny. Wielkie niebezpieczeństwo grozi też Adamowi Nawratowi, który postanowił ruszyć na poszukiwanie zaginionego przyjaciela. Czy uda im się sprowadzić do „naszego świata” naznaczonych klątwą mieszkańców Starzyzny?

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

V I D E O G R A F Redakcja i korekta Jadwiga Kwiecień Projekt okładki Marek J. Piwko {mjp} Ilustracja na okładce Dariusz Kocurek Redakcja techniczna, skład i łamanie Grzegorz Bociek Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń rzeczywistych jest w tej książce niezamierzone i przypadkowe. Wydanie I w tej edycji, Chorzów 2012 Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA 41 ‑500 Chorzów, Aleja Harcerska 3c tel. 32 ‑348 ‑31 ‑33, 32 ‑348 ‑31 ‑35 fax 32 ‑348 ‑31 ‑25 office@videograf.pl www.videograf.pl Dystrybucja wersji drukowanej: DICTUM Sp. z o.o. 01 ‑942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21 tel. 22 ‑663 ‑98 ‑13, fax 22 ‑663 ‑98 ‑12 dystrybucja@dictum.pl www.dictum.pl © Copyright by Wydawnictwa Videograf SA, Chorzów 2010 © Copyright by Stefan Darda ISBN 978 ‑83 ‑7835 ‑026 ‑2 Tylko trudne chwile powiedzą ci, kim tak naprawdę jesteś. Franciszek Gielmuda Przedmowa Każdy miesiąc przynosi nowe znajomości, jest sprawcą wzajemnego stykania się ludzkich ścieżek. To fantastyczne, że niektóre szlaki w ten właśnie magiczny i niewytłumaczalny sposób łączą się, by potem już nie mieć ochoty na ucieczkę ku własnym celom. Zdarzają się też szczęściarze, mający u swego boku przyjazną duszę już od pierwszego kroku postawionego na własnej drodze. Należę do takich szczęściarzy. Nie ma małych przyjaźni. Każda z nich jest wspaniała, niepo‑ wtarzalna, niedająca się zamienić na cokolwiek innego. Cieszę się jednak, że dane mi było posmakować także przyjaźni zbudowa‑ nej na najbliższych więzach krwi i każdemu życzyłbym, by spo‑ tkało go coś podobnego. Pierwszego spotkania z moją Siostrą, Urszulą, nie mogę pa‑ miętać. Pamiętam za to doskonale całe dziesięciolecia spędzo‑ ne w przeświadczeniu, że jest ktoś, na kogo zawsze można liczyć, ktoś, kto sprawia, że świat wydaje się lepszy, bardziej przyjazny i łatwiejszy. Ktoś mądry, dobry i niezwykle wrażliwy. Pamiętam też i ciągle czuję ból ostatnich lat. W połowie roku dwa tysiące czwartego świat mojej Siostry i jej Synów zachwiał się w posadach. Wszyscy wiemy, że nigdy nie będzie tak, jak przed‑ tem. Ale też nie chcę zapomnieć tego, co było później. Jestem szczę‑ śliwy, że jestem bratem kogoś tak niesłychanie dzielnego, kogoś, 7 kto potrafił stawić czoła okrutnemu losowi i złapać go za gardło, gdy była taka potrzeba. Nie wiem, czy ja dałbym radę. Tym bardziej jestem dumny i szczęśliwy, że mogę być blisko kogoś takiego. Moja droga Ulu! Dedykuję Tobie tę książkę i mam nadzieję, że jej lektura spra‑ wi Ci przynajmniej trochę przyjemności. Dziękuję za to, że jesteś, i dziękuję za to, że zawsze ze mną byłaś. I proszę o jeszcze… Podziękowania Składam gorące podziękowania osobom, które przyczyniły się do powstania tej książki. Zarówno tym, pomagającym mi w jej redak‑ cji, jak również tym, które dobrym słowem motywowały mnie do jej rozpoczęcia i ukończenia. Raz jeszcze dziękuję, Jacku, za wycieczkę do Słonecznej. Tobie i Tobie, Mariuszu, za to, że jesteście ze mną każdego roku w Zwie‑ rzyńcu. Pamiętacie zapewne, że tam właśnie, podczas skąpanej w ulewnym deszczu, gorącej, pachnącej lipami, czerwcowej nocy, zrodził się pomysł na tytuł cyklu? Bez Was by go nie było. Dziękuję też Tobie, Drogi Czytelniku. Skoro trzymasz w dło‑ niach tę książkę, to zapewne sięgnąłeś także wcześniej po „Sło‑ neczną Dolinę”. Być może jesteś jedną z osób, które pytały mnie o datę wydania „Starzyzny”? Oto jest. Oddaję ją pod Twoją oce‑ nę z obawą i nadzieją… Byłbym szczęśliwy, gdyby nie zawiodła Twoich oczekiwań i chociażby na chwilę pozwoliła zapomnieć o tym, czego nie masz ochoty pamiętać. S.D. 9 Mojej Siostrze, Urszuli Prolog Nawrot wyłączył silnik i odetchnął. Przez chwilę nie widział nic poza ciemnością i słyszał tylko dzwonienie w uszach, spowodowane nagłą ciszą w aucie. Zamknął oczy i rozsiadł się wygodnie w fotelu swojego fiata punto. Do północy było jeszcze sporo czasu. Ruszył w drogę bezpośrednio po pracy, by mieć pewność, że zdąży dojechać bez stresującego pośpiechu. Na dodatek krajowa siedemnastka zaraz za rogatkami Warszawy zrobi‑ ła się nadspodziewanie pusta, więc jeszcze przed Zamościem mógł zatrzymać się na dłuższy odpoczynek. Gorąca herbata i marynowane śledzie z razowym chlebem sprawiły, że na‑ brał sił do dalszej jazdy. Zresztą, od tego postoju miał już przecież całkiem niedaleko. Tak jak rok wcześniej przejechał przez Zwierzyniec, nie widząc w miasteczku żywego ducha. Zdawał sobie sprawę, że prawdopodobnie znów przebywa tę drogę na próżno, lecz nie potrafił inaczej. Nie dałby rady siedzieć w Wielki Piątek w swoim warszawskim mieszkaniu. Mijając Obrocz zadał so‑ bie pytanie: „Jak długo jeszcze?” Nie potrafił odpowiedzieć ze stuprocentową pewnością, ale sądził, że jeszcze bardzo, 11 bardzo długo. Może nawet do końca życia będzie przemie‑ rzał tę trasę właśnie w ten wyjątkowy dzień. To wszystko wydawało się kompletnie irracjonalne, lecz czuł coś w ro‑ dzaju obowiązku wobec Witka. Zresztą, i tak nie miał już z kim spędzać Wielkanocy. Dzień, w którym Magda zginęła w płonącym samo‑ chodzie, wydawał się tak odległy, jak gdyby to zdarzenie miało miejsce w innym życiu, w całkowicie odmiennej rzeczywistości. Adam myślał o wypadku wiele razy, nie‑ mal nieustannie, jednak i tak śmierć żony niknęła w mgli‑ stej przeszłości. Wspomnienie tego zdarzenia wróciło na chwilę z całą mocą, gdy dowiedział się, kto był sprawcą tragedii, by później znów ukryć się w zakamarkach nie‑ pamięci. Śmierć matki stała się kolejną traumą, z którą nie potra‑ fił sobie poradzić. Odeszła wieczorem, drugiego kwietnia dwa tysiące pią‑ tego roku, a więc prawie dokładnie w chwili, gdy umarł Jan Paweł II. Nawrot miał nadzieję, że w dalszą drogę ruszyli razem. Właściwie był tego pewien i tylko to stanowiło swe‑ go rodzaju niewielkie pocieszenie. Wyjeżdżając z Krasnobrodu w końcu kwietnia dwa lata wcześniej, był przekonany, że wróci najwyżej za kilka dni, by spotkać się z Gielmudą. Sprawy związane z pogrzebem, a później brak chęci do czegokolwiek sprawiły, że wybrał się na Roztocze dopiero po połowie maja. Pamiętał to dokładnie. Drzwi znów otworzyła mu mat‑ ka Rafała. — Przykro mi — rzekła, gdy o niego zapytał. — Wyjechał z córką i prosił, by nikomu nie przekazywać dokąd… — Do Gorzowa? — zapytał wtedy Nawrot. Doskonale pamiętał zaskoczenie malujące się w oczach kobiety. — Tak, ale nie mogę powiedzieć nic więcej. Do widze‑ nia panu. 12 Zamknęła drzwi, nim zdążył zapytać o cokolwiek wię‑ cej. Stał przez chwilę, zastanawiając się, czy nie zadzwo‑ nić ponownie, lecz ostatecznie dał spokój. W końcu, jakie to mogło mieć wtedy znaczenie? Witek i tak zniknął, a po lekturze tego, co napisał, można było się domyślić, gdzie przebywa. Panującą wokół samochodu ciszę gwałtownie przerwał głośny dźwięk. Coś z hukiem uderzyło o dach auta, a Adam, wyrwany nagle z rozmyślań, drgnął w fotelu i rozejrzał się przestraszony. Nie zwrócił wcześniej uwagi, że za szybami wzmagały się porywy wiatru. Przyzwyczajone już do ciemności oczy zarejestrowały świetliste plamy przesuwające się po leśnej drodze; księżyc tuż po pełni świecił jasno, skrywając się od czasu do czasu za pędzącymi po niebie chmurami, których cienie ślizgały się bezszelestnie po obłym kształcie samo‑ chodu. Wyraźnie widoczne za szybą kontury drzew zdawa‑ ły się ruszać do gwałtownego tańca. „To tylko spadająca gałąź” — pomyślał, uspokajając od‑ dech. Opuścił szybę po stronie pasażera i poczuł na twarzy cie‑ płe, wilgotne uderzenie powietrza. Był szósty kwietnia dwa tysiące siódmego roku. Wiosna zbliżała się wielkimi kroka‑ mi. Podobnie jak wielkopiątkowa północ. Prawie rok wcześniej, czternastego kwietnia, też czekał w tym samym miejscu i wtedy nie wydarzyło się absolutnie nic. Nawrot nie miał zbyt wielkich nadziei, że tym razem będzie inaczej. Znów przymknął powieki. Książka Czarny Wygon została wydrukowana i trafiła do księgarń w czerwcu ubiegłego roku. Adam długo bił się z my‑ ślami, czy w ogóle jest sens, by publikować przekazane mu notatki Witka. Cała sprawa wydawała się dość absurdalna, ale przecież jednak przyjaciel go o to poprosił, w dodatku zostawiając pieniądze na całe przedsięwzięcie. Wreszcie Na‑ wrot stwierdził, że jeśli jego przyjaciel nie wróci w Wielki 13 Piątek dwa tysiące szóstego roku, to książka zostanie wy‑ dana niedługo potem. Nakład nie był imponujący — ledwie półtora tysiąca eg‑ zemplarzy. Sprzedawało się to w miarę przyzwoicie, a co za tym idzie, sporo osób dowiedziało się o Starzyźnie. Inter‑ netowe wpisy na temat publikacji z uznaniem odnosiły się do wybujałej wyobraźni autora. Adam był przekonany, że to nie była fikcja. Tym bardziej gryzł się, że książka za jego przyczyną nie pojawiła się wcze‑ śniej. Zdawał sobie sprawę, że przecież to opóźnienie mogło pogrążyć Witka… Teraz już nic nie mógł na to poradzić. Mógł co najwyżej w każdy kolejny Wielki Piątek czekać na drodze, prowadzą‑ cej z Guciowa do Słonecznej Doliny. Zmęczenie dawało znać o sobie. Cały dzień w pracy i oko‑ ło trzystu kilometrów podróży sprawiły, że Nawrot rozpo‑ czął walkę z sennością. Dobiegający z zewnątrz szum ko‑ łyszących się drzew nie ułatwiał zadania. Do północy była jeszcze prawie godzina, więc wreszcie uległ pokusie i posta‑ nowił chwilę się zdrzemnąć. Pomyślał, że dobrze byłoby na‑ stawić alarm w komórce na dwudziestą trzecią pięćdziesiąt, lecz zanim zdążył to zrobić, zapadł w głęboki sen. Tuż przed pierwszą naprzeciw maski auta stanął lekko przygarbiony mężczyzna. Nawet gdyby Adam w tej chwili się obudził, nie zobaczyłby jego twarzy; tarcza księżyca znaj‑ dowała się dokładnie na wprost przedniej szyby samocho‑ du. Nawrot jednak spał, cicho pochrapując, nie mając poję‑ cia, że ktoś natarczywie mu się przygląda. Wiatr nieco ustał i ciszę mąciły jedynie dobiegające gdzieś z oddali krzyki nocnych ptaków. Mężczyzna ruszył w kierunku samochodu i nachylił się nad szybą, by dokładnie przyjrzeć się śpiącemu, po czym przeszedł na drugą stronę i spod pachy wyjął niewielkie, pła‑ skie zawiniątko. Jeszcze przez jakiś czas stał, jakby się waha‑ 14 jąc, w końcu jednak włożył pakunek do środka przez uchylo‑ ne okno, starając się nie obudzić śpiącego. Położył przedmiot na siedzeniu pasażera i cofnął się o kilka kroków. Zaraz po‑ tem, uważnie stawiając kroki, ruszył w gęstwinę, która przed chwilą znajdowała się za jego plecami. Każdy, kto choć tro‑ chę znał te okolice, wiedziałby, że nocny wędrowiec skiero‑ wał się w kierunku Czarnego Wygonu. Z oddali dobiegło jeszcze stłumione trzaśnięcie nadep‑ niętej gałęzi, lecz dźwięk był zbyt cichy, by przerwać Ada‑ mowi sen. Ocknął się, gdy zaczynało już dnieć. Było mu zimno, więc natychmiast sięgnął do drzwi po przeciwległej stronie samochodu, żeby zamknąć okno. Niedługo potem niecier‑ pliwymi ruchami wydobył płaski przedmiot z osłaniającego go materiału. Oczom Adama ukazał się brulion, dokładnie taki sam, jak ten dostarczony do Warszawy przez Gielmu‑ dę pod koniec marca dwa tysiące piątego roku. Najpierw obejrzał go ze wszystkich stron, jakby obawia‑ jąc się zajrzeć do środka, w końcu jednak przekartkował jego zawartość, a następnie otworzył na pierwszej stronie. Zanim zagłębił się w lekturze, rozejrzał się jeszcze wokół, nie dostrzegając niczego niepokojącego. Pokręcił z niedo‑ wierzaniem głową i włączył silnik, podkręcając maksymal‑ nie ogrzewanie. Zaraz potem cały świat przestał dla niego istnieć. Rozdział pierwszy 1. Spojrzałem na zegarek i okazało się, że Wielki Piątek dwa tysiące piątego roku rozpoczął się prawie półtorej godziny wcześniej. Nie mogłem w to uwierzyć, więc sprawdziłem po‑ nownie. Wskazówki nie pozostawiały wątpliwości — była pierwsza dwadzieścia siedem. Czas pędził na złamanie karku, przybliżając mnie nie‑ uchronnie do poranka i tego, co postanowiłem. Tyle że z każ‑ dą chwilą miałem coraz więcej wątpliwości. „Na szczęście nic mu jeszcze nie powiedziałem i wcale nie muszę tego robić” — przeszło mi przez myśl. Panujące wokół ciemności i absolutna cisza sprawiały, że wyobraźnia mogła pracować na najwyższych obrotach. Jej oczyma zobaczyłem zagubioną pośród czasu i przestrzeni wieś, zamieszkaną przez ludzi od dziesięcioleci oczekują‑ cych z wytęsknieniem tego, aby minuty znów zaczęły bez‑ litośnie przybliżać ich do śmierci. To ponure miejsce, niepa‑ miętające już słonecznego światła, otoczone było bezkresny‑ mi połaciami lasów, w których czaiły się upiorne postacie wisielców, pozostających w zawieszeniu pomiędzy światem żywych i umarłych, czyhających tylko na to, aby kolejnych 16 nieszczęśników nakłonić do powiększenia grona potępio‑ nych na wieki. „Wcale nie muszę” — znów zapewniłem samego siebie. Zamknąłem oczy i zobaczyłem, jak ktoś z trudem wysia‑ da z białego samochodu, stojącego na skraju Słonecznej Do‑ liny. Pomimo nocy widziałem tego człowieka bardzo dokład‑ nie. Lekko przygarbiony, ponad pięćdziesięcioletni mężczy‑ zna, wyraźnie kuśtykając, ruszył w kierunku majaczących w oddali domostw. Nie był sam. Krok w krok towarzyszyła mu zakapturzona postać ubrana w coś, co z oddali wyglą‑ dało na zakonny habit. Drgnąłem i rozejrzałem się wokół. Wizja była tak wyra‑ zista, że zacząłem mieć wątpliwości, czy to nie był sen. Ze‑ garek pokazywał pierwszą trzydzieści, więc nawet jeśli za‑ snąłem, to ledwie na chwilę. Półsenne obrazy przedstawiały scenę, która miała się ziścić nie dalej, jak za niecałą dobę. Nie wiedziałem, czy obok kulejącego mężczyzny rzeczywiście pojawi się postać w kapturze, wiedziałem natomiast jedno: mężczyzna znaj‑ dzie się w Starzyźnie na własne życzenie, próbując ratować małą dziewczynkę — córkę kogoś, kogo jeszcze kilka tygo‑ dni wcześniej nawet nie znał. Miał ryzykować życiem i tym, że nigdy już nie wróci do świata, w którym się wychował i w którym zamierzał dopełnić swoich dni. Nazywał się Wi‑ told Uchmann. Tak samo jak ja. Byłem żałosnym tchórzem i doskonale zdawałem sobie z tego sprawę. Tyle że zupełnie nie było mi wstyd. W pewien sposób otuchy w tej sytuacji dodawała mi świa‑ domość, że niewielu ludzi, będąc na moim miejscu, czułoby coś innego. Co więcej, jakkolwiek absurdalnie jawiło się to w myślach, miałem wrażenie, że i tak zrobiłem wiele. Zdecy‑ dowałem o próbie pomocy i przedsięwziąłem pierwsze kro‑ ki, zmierzające do realizacji zamierzonego czynu. Zważyw‑ szy na okoliczności, to przecież było nie byle co. 17 Oparłem głowę na lewym nadgarstku, przez co słyszałem cichutkie tykanie sekundnika w moim staromodnym „Time‑ xie”. Od momentu położenia się do łóżka, wciąż byłem prze‑ świadczony o tym, że to zrobię, że wkrótce rzucę na szalę wszystko, co mam, by pomóc Rafałowi, jednak wystarczyła mroczna wizja i kilka godzin spędzonych w ciemnościach, bym całkowicie zmienił swoją decyzję. To było ponad moje siły. Egoista, w ostatnich dniach drzemiący pod grubą war‑ stwą wspaniałomyślności, wziął górę i przepędził precz za‑ cnego i wielkodusznego Witolda Uchmanna. — I bardzo dobrze, że to zrobił — szepnąłem. — Mało brakowało, a nie byłoby już odwrotu… Spłynęło na mnie poczucie ogromnej ulgi. Zdecydowa‑ nie łatwiej było być przestraszonym, dbającym tylko o wła‑ sną skórę redaktorem średnio poczytnego czasopisma, któ‑ ry najlepiej się czuł, gdy opisywał historie stukniętych sta‑ ruszek, słyszących „jakieś dziwne szuranie”. Zacząłem wreszcie zasypiać. Pełni spokoju sumienia do‑ pełnił fakt, że podczas nieobecności Rafała (czyli być może do końca życia) będę się opiekował jego małą córeczką, opła‑ cę jakąś dobrą szkołę. Mogę też pomóc w inny sposób… Nie bardzo wiedziałem, w jaki, jednak rozważanie tego proble‑ mu przerwał mi… Czułem się dziwnie, siedząc na kolanach tego człowieka, on jednak lewą ręką przytrzymywał mnie dość mocno na wysoko- ści klatki piersiowej, więc nie miałem wyboru. Od czasu do czasu miarowo poruszał nogą, sprawiając, że delikatnie podskakiwa- łem. Czułem na twarzy jego ciepły oddech, pachnący dymem pa- pierosowym, jednak — o dziwo — nie odczuwałem dyskomfortu. Powiedziałbym nawet, że było przyjemnie i bezpiecznie. Spojrzałem w dół. Na nogach miałem krótkie spodenki, a moje małe stopy obute były w staromodne, dziecięce sandałki. Gdy wyciągną- łem przed siebie ramiona, zobaczyłem pulchne rączki i piąstki, 18 które chwilę potem zostały przykryte sękatą, pokrytą wątro- bowymi plamami dłonią. Widziałem już gdzieś podobną scenę, miałem ochotę odwró- cić się i sprawdzić, kto jest tajemniczym starcem, lecz siedziałem cicho. Bałem się, że cała ta magia może nagle prysnąć. — Mówiłem ci już, Wituś, że czas to wariat? — Tak, dziadku — odrzekłem piskliwym głosikiem i w tej sa- mej chwili zorientowałem się, na czyich kolanach siedzę. — Mó- wiłeś, że stary i zwariowany — dodałem. — Racja, smyku — pradziadek Gielmudy poruszył się lekko. — Dobrze, że mnie słuchasz. I powiem ci jeszcze jedno… — Tak, dziadku…? — zawiesiłem głos, stawiając na końcu znak zapytania. — To wcale nie jest takie złe. Po chwili milczenia dodał: — Różne mnie losy w życiu spotkały, ale śmierć wcale nie była najgorszą z nich… Poczułem, jak skóra cierpnie mi na karku, a dziecięce mięśnie prężą się, jakbym szykował się do ucieczki. Doskonale to wyczuł, bo w tej samej sekundzie przycisnął mnie mocniej do siebie. — Nie bój się — powiedział cicho. — Dlaczego się boisz? — Nie wiem, dziadku… — Widzisz, Wituś, nie powinieneś się bać zmarłych. Oni już wszyscy są tam, skąd dzisiaj do ciebie przyszedłem, i wiesz co? Wcale nie mają ochoty tutaj wracać. — Jesteś duchem? Zastanowił się i odparł: — Sam nie wiem. Pewnie tak. — Ale ja się boję duchów, dziadku. — W tej chwili nie miałem już ochoty się obejrzeć. Oczyma wyobraźni widziałem potwor- ną, zdeformowaną twarz zmarłego przed laty starca. — Niepotrzebnie, zupełnie niepotrzebnie… — powiedział ci- cho. — Gorsi są inni… Ci, którzy nie całkiem jeszcze umarli. — Tacy, jak ci, co się powiesili w Starzyźnie? — Sam się zdzi- wiłem, że zadałem to pytanie. 19 — Tak, smyku. Oni są bardzo źli i niebezpieczni. Ale wiesz kogo powinieneś się jeszcze bać przynajmniej tak samo, jak ich? Nie znałem odpowiedzi, więc nie odezwałem się ani słów- kiem. — Tylko trudne chwile powiedzą ci, kim tak naprawdę je- steś. Powinieneś się więc bać samego siebie… Rozumiesz, co mam na myśli? — Tak, dziadku — przytaknąłem skwapliwie, tak naprawdę nie mając zielonego pojęcia, o co mu chodzi. — To dobrze — rzekł. — Teraz wyjdę na zewnątrz, żeby sobie zapalić. Teraz już mogę palić bez obaw, że przez to zachoruję. Roześmiał się cicho, łagodnie zdjął mnie z kolan i posadził na swoim miejscu. W jego twarzy nie było nic strasznego. Spojrzał mi w oczy pogodnym, ciepłym wzrokiem, zmierzwił mi włosy i zostawił samego przy piecu. Miałem nadzieję, że wróci, ale się tego nie doczekałem. … głęboki sen. Głęboki i bardzo dziwny. Jeśli miałbym go w jakiś sposób określić, użyłbym przymiotnika „lepki”. Słodkawy, pachną‑ cy dymem i — co najważniejsze — wciągający i dobry jak… Trudno powiedzieć. Może miód? W każdym razie z kolan pradziadka Gielmudy wraca‑ łem jak z bardzo dalekiej podróży. Zawieszenie pomiędzy przywidzeniem a pełną świadomością trwało nieznośnie długo. Dziesiątki minut, a może nawet kilka godzin. Wie‑ działem już, że znów jestem w domu Rafała, że leżę na łóż‑ ku, czując potworne zawroty głowy, i… nie potrafiłem się poruszyć. „Czy to tak wygląda wylew?” — zapytałem w myślach. Wpadłem w panikę. Ręce, nogi, nawet powieki… nie pod‑ dawały się mojej woli. Myśli galopowały jak oszalałe, a ja nie mogłem nawet pociągnąć nosem. Chciałem krzyknąć, lecz to też mi się nie udało. 20 Przez zamknięte oczy wpadało coraz więcej światła; wie‑ działem, że dnieje. Pozostało mi tylko czekać na to, aż obu‑ dzi się Rafał i znajdzie mnie w tym stanie. Nagle ktoś się nade mną pochylił. Byłem tego pewien; wy‑ raźnie poczułem w powietrzu znajomy zapach tytoniu. — Pomyśl o tym. To było wszystko, co szepnął mi do ucha. Znów zosta‑ łem sam. Z braku lepszego zajęcia po wielekroć przypominałem so‑ bie cały sen, każdy gest i każde usłyszane słowo. Wreszcie chyba zrozumiałem i ktoś wyłączył zawroty głowy. Chcia‑ łem otworzyć oczy, lecz była to kolejna nieudana próba. Czu‑ łem wielką senność. — Mówiłem ci już, że czas to wariat? Znów był obok. — Tak, dziadku, ale teraz bardzo chce mi się spać — szepnąłem. — To śpij, Witek, śpij. I pomyśl o mnie rano. Usłyszałem oddalające się kroki, lecz po chwili wrócił raz jeszcze. — O jednym zapomniałem. Pamiętaj, nigdy ci nie dam spokoju, jeśli tego nie zrobisz… A wiesz chyba, co dla mnie oznacza słowo „nigdy”…? * Wstałem z łóżka, gdy dzień był już w pełni. Nic nie wskazywało na to, że nocne zdarzenia mogły być przynajmniej w części rzeczywistością. Byłem rześki i wy‑ poczęty. Koszmary z wolna zaczęły się chować w dolnych szufladach wspomnień. Usłyszałem, że Rafał krząta się w kuchni, więc ubrałem się i wyszedłem z pokoju. Zastałem go akurat w momencie, kiedy siadał za stołem z kubkiem kawy zaparzonej po tu‑ recku. Wyglądał, jakby w ogóle nie spał. — Chcesz kawy? — zapytał. 21 — Nie, dzięki. Nie mam ochoty. Chyba wolę herbatę. Chciał wstać, lecz stwierdziłem, że sam sobie poradzę. Niedługo potem opierałem się o kuchenną szafkę z herbatą w ręce i obserwowałem jego profil. Od poprzedniego wieczo‑ ru rysy Rafała wyraźnie się wyostrzyły. Policzki miał zapad‑ nięte, co sprawiało, że jego nerwowy tik był wyraźniejszy niż zwykle. Siedział przed stygnącą kawą, krzyżując przed nią przedramiona. Przygarbiona sylwetka sprawiała wraże‑ nie, że dźwiga na plecach wszystkie troski tego świata. Po‑ myślałem, że chyba nie tylko tego… Nagle jego usta wykrzywił grymas, który pierwotnie miał być prawdopodobnie uśmiechem. — Pamiętasz, jak w pamiętniku pisałem o moim pra‑ dziadku? — Spojrzał w moim kierunku. Jego oczy lśni‑ ły jak w gorączce, lecz z ulgą dostrzegłem w nich pogod‑ ne rozbłyski. — Tak. — Śnił mi się dzisiaj. Poczułem, że nogi lekko się pode mną uginają, więc na wszelki wypadek usiadłem naprzeciw Gielmudy. — Wiesz, to dziwne… — ciągnął. — Dałbym sobie gło‑ wę uciąć, że nie zmrużyłem w nocy oczu. Wydaje mi się, że pamiętam każdą minutę, ale chyba jednak musiałem na chwilę zasnąć. Nie wytrzymałem jego spojrzenia i uciekłem wzrokiem w kierunku okna. Tak naprawdę nie chciałem, żeby Rafał opowiadał mi swój sen i miałem nadzieję, że moje zacho‑ wanie potraktuje jako brak zainteresowania. On jednak mó‑ wił dalej: — To było cholernie… — szukał przez chwilę słowa — cholernie rzeczywiste. Wszystko działo się w moim pokoju, on wszedł cicho i usiadł obok mnie. Była noc. Siedział kil‑ ka minut bez słowa, a potem mi powiedział, żebym się nie bał i że wszystko będzie dobrze. Sięgnął po kubek i upił kilka łyków. 22 — I już? To wszystko? — zapytałem, patrząc znów w jego stronę. — Właściwie tak… — Tym razem to on odwrócił głowę. — Wstał i wyszedł. Rafał siedział, wciąż lekko się uśmiechając, a ja czu‑ łem ulgę, że jego sen tak właśnie wyglądał. Bałem się cze‑ goś o wiele gorszego, właściwie nawet nie potrafiłem okre‑ ślić, co to mogło być. — Tylko… — odezwał się znów. — Tylko przed wyjściem powiedział coś jeszcze… — Co takiego? — Poczułem rosnący w gardle strach. — A, nie… to nieważne — odrzekł i spojrzał na zegarek. — Czas na mnie. Został mi już przecież tylko jeden dzień. Odsunął krzesło i wziął kubek do ręki, którą przytrzy‑ małem gwałtownym ruchem. — Czy powiedział coś o mnie? — Mój głos zabrzmiał chyba zbyt natarczywie. — Witek, to tylko sen… Daj spokój… — Powiedział, prawda? Rafał przyglądał mi się uważnie. Byłem pewien, że wal‑ czy z myślami, czy odpowiedzieć. — Najpierw mnie zrugał, że nie jestem ze swoją córką, bo tam jest moje miejsce, a nie w domu, zwłaszcza gdy jest chora… — A potem? — lekko poluzowałem uchwyt, zdając sobie sprawę, że ściskam przedramię Rafała zbyt mocno. Pokręcił głową i machnął lekceważąco wolną ręką. — Potem powiedział, że to nic nie szkodzi, bo i tak nie będę się z nią musiał rozstać w najbliższym czasie. Wstał i zaniósł kubek do zlewu. Znów poczułem ulgę. Usłyszałem, jak wychodzi z kuchni, lecz nagle przysta‑ nął. — Wiem, że to idiotyczne — usłyszałem zza pleców — ale wiesz, co powiedział? Milczałem. 23 — Faktycznie, powiedział coś o tobie. Tuż przed wyj‑ ściem zapewnił mnie, że to ty zamiast mnie pojawisz się w Starzyźnie… 2. Wcale nie zamierzałem się tam pojawiać. Owszem, nocne wydarzenia wciąż wydawały mi się nad‑ zwyczaj realistyczne, a wspomnienie starca tak wyraźne, jak pozostały pod powiekami wizerunek mojego gospoda‑ rza w chwilę po tym, gdy wyszedł z domu, aby jeszcze tro‑ chę pobyć z córką. Nie czułem się z tym wszystkim kom‑ fortowo, niemniej jednak miałem też swój rozum, którego posłuchałem, podejmując ostateczną decyzję o rezygnacji z zastąpienia Rafała w jego misji. Stałem w oknie i gapiłem się na przejeżdżające ulicą sa‑ mochody i na przechodniów, zmierzających do centrum mia‑ steczka, by przed świętami zrobić ostatnie zakupy, a może w ostatniej chwili pojednać się z Bogiem. Stary mężczyzna nie dawał mi jednak spokoju. Mimo woli zastanawiałem się, czy to możliwe, że któraś z osób spotkanych podczas pra‑ cy w dziale opisującym nadnaturalne zjawiska mogła choć w minimalnej części mieć rację. Ileż to razy spotykałem się z relacjami o powracających zmarłych, którzy nie mogą pożegnać się z tym światem. „Mają tu widocznie jeszcze coś do załatwienia” — przeko‑ nywali mnie specjaliści od dusz błądzących gdzieś pomię‑ dzy różnymi wymiarami. „Ale przecież pradziadek Rafała powiedział mi zupełnie coś innego” — pomyślałem. Nie mogłem sobie przypomnieć, co dokładnie, lecz na pewno coś innego niż to, że nie odszedł do świata zmar‑ łych. 24 — Oni wszyscy już są tam, skąd dzisiaj do ciebie przy‑ szedłem — wypowiedziałem te słowa na głos, starając się upewnić, czy tak właśnie brzmiały. — I wcale nie mają ocho‑ ty tutaj wracać… Tak, dokładnie taki był sens tego, co usłyszałem w nocy. — Po co więc wróciłeś? — zapytałem szeptem. Na zewnątrz błysnęło słońce i pastelowym blaskiem pod‑ kreśliło irracjonalność lekkiego dreszczu, który wyraźnie czułem na plecach. Odetchnąłem głębiej i postanowiłem skupić uwagę na ludziach mijających dom. Bez żenady oddałem się tej czynności, ponieważ nie mo‑ gli mnie widzieć, ukrytego za drobnymi oczkami śnieżnobia‑ łej firanki. Tuż za ogrodzeniem przedefilowała młoda matka z wózkiem, zaraz za nią, trzymając się za ręce, przeszła para starszych ludzi. Prawie zniknęli mi z pola widzenia, gdy mi‑ nęli zmierzającego w przeciwnym kierunku starszego czło‑ wieka. Był spory kawałek od mojego okna, a mimo to od‑ niosłem wrażenie, że się uporczywie w nie wpatruje. Choć przygarbiony, zbliżał się dość żwawym krokiem i wciąż nie odrywał wzroku od… nie, on nie patrzył w okno. Patrzył mi prosto w oczy. Poznałem go, zanim dotarł do furtki. Zatrzymał się przy niej, uśmiechnął i podniósł rękę w przyjaznym geście. Nie miałem wątpliwości. Wspomnienia minionej nocy były jesz‑ cze zbyt żywe. Franciszek Gielmuda postał chwilę, jakby oczekując, że odwzajemnię gest; gdy się tak jednak nie stało, pchnął furtkę i ruszył w kierunku domu. Usłyszałem skrzypnięcie zawia‑ sów i szczęk metalowych drzwiczek. Stałem jak zahipnotyzo‑ wany. Gdy wreszcie zniknął mi z pola widzenia, zacząłem się gorączkowo zastanawiać, czy drzwi wejściowe są zamknięte. „Duchy nie mają problemów z zamkami” — przeszło mi przez myśl, jednak mimo to z ulgą przypomniałem sobie, że Rafał wychodząc przekręcił klucz od zewnątrz. Odwróciłem się plecami do okna i czekałem. 25 Zza pleców dobiegł warkot silnika przejeżdżającego sa‑ mochodu. Potem drugiego, natomiast w najbliższym otocze‑ niu domu panowała cisza. Był jasny, słoneczny dzień, a ja stałem trzęsąc się jak w fe‑ brze. Ciekawe, co bym zrobił, gdyby teraz ktoś znienacka za‑ pukał w szybę, która znajdowała się tuż za mną? Uznałem, że choć z moim sercem nie jest najgorzej, mogłoby tego nie wytrzymać. Cholernie się bałem, lecz i tak zdecydowałem się popatrzeć za siebie. To, co zobaczyłem, sprawiło, że znów zacząłem oddy‑ chać głębiej. Ani za oknem, ani na chodniku nie było niko‑ go. Przejeżdżający ulicą chłopak spojrzał w moim kierunku obojętnie, po czym przyśpieszył stając na pedałach. Byłem spokojniejszy, to prawda, ale do całkowitej równowagi bra‑ kowało mi jeszcze bardzo wiele. Usiadłem przy stole i zacząłem zbierać myśli. Starszy czło‑ wiek nie był przywidzeniem — to pewne. Nagle uświadomi‑ łem sobie, że przecież nie mam bladego pojęcia, jak wyglą‑ dał pradziadek Gielmudy. Znałem go tylko z dość pobież‑ nego opisu w Rafałowym brulionie… Pokręciłem głową i zacząłem się zastanawiać, kim mógł być ten starszy jegomość, tak podobny do starca z nocnego koszmaru. Był prosty sposób na poznanie tej zagadki. Wy‑ starczyło wyjść na zewnątrz i spytać, po co przyszedł. Na‑ wet potem nie próbował zapukać. Opuściłem kuchnię i stanąłem w przedpokoju. Drzwi do wiatrołapu były otwarte na oścież, zupełnie nie tak, jak zo‑ stawiłem je po wyjściu Rafała. Cały korytarz zalewało sło‑ neczne światło, a drzwi zewnętrzne delikatnie poruszały się pod wpływem słabych podmuchów wiatru. * Trudno powiedzieć, jak długo wpatrywałem się w pro‑ wadzący na podwórze jasny prostokąt. Bałem się nawet do niego podejść. 26
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Czarny wygon. Starzyzna
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: