Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00284 006780 14673686 na godz. na dobę w sumie
Czarodziejka - ebook/pdf
Czarodziejka - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 211
Wydawca: Self Publishing Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-272-3969-3 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> kryminał, sensacja, thriller >> thriller, horror
Porównaj ceny (książka, ebook (-9%), audiobook).

Deb pochodzi gdzieś ze wschodu Europy, skąd uciekła jako nastolatka z domu wypełnionego przemocą i nienawiścią. Przypadkowo trafia na człowieka, który przekazuje jej wiedzę i umiejętności manipulowania i wpływania na innych. Odtąd Deb wypełniona żądzą zemsty, kierowana przez wewnętrznego demona, podróżuje samotnie w poszukiwaniu winnych zbrodni seksualnych, siejąc zamęt, zniszczenie i śmierć.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Czarodziejka 2 Krzysztof Galos Czarodziejka darmowy fragment 2013 Projekt okładki Karolina Jałocha Korekta Justyna Pawlik Copyright © by Krzysztof Galos, 2013 Pewne prawa zastrzeżone. Wolno kopiować, rozpowszechniać, odtwarzać i wykonywać utwór oraz tworzyć utwory zależne na następujących warunkach: należy umieścić wyraźny odnośnik do strony internetowej autora, nie wolno używać tego utworu do celów komercyjnych. Jeśli zmienia się lub przekształca niniejszy utwór, lub tworzy inny na jego podstawie, można rozpowszechniać powstały w ten sposób nowy utwór tylko na podstawie takiej samej licencji CC BY-NC-SA. ISBN 978-83-272-3969-3 ku śmierci gniew eksplozja Dziewczyna Mieścina W drodze W matni Zwierzęcy Śmiertelna spokoju Oaza Dochodzenie Na szczycie Dochodzenie stolicy Ku Gdy emocje Oaza w toku już opadną Dziewczyna Zimowy wiatr głaskał nagie korony pobliskich brzóz i samotnych włoskich orzechów, jakie bardzo dobrze radziły sobie w tym przejściowym klimacie, trochę kontynentalnym, trochę morskim, ale z całą pewnością umiarkowanym. Przynajmniej z nazwy umiarkowanym, bo chyląca się ku końcowi zima smagała mrozem, a gdzieniegdzie także śniegiem plądrując łąki i pozbawiając życia co wrażliwsze rośliny, nieokryte śnieżnym puchem. Słońce ukryte za grubą zasłoną szarawych chmur zbliżało się do horyzontu, gdzie lada moment miało zniknąć na najbliższe kilkanaście godzin, a mrok miał zapanować w tej części planety. Póki co jednak rozproszone światło dawało wciąż jako taki wizualny komfort. Na łąkach, które mijali spacerując blisko siebie zalegały małe wysepki zmrożonego śniegu. Deb w milczeniu wpatrywała się w zgniłą zieleń pozimowych łąk i ścianę nagich drzew widocznego w oddali brzozowego boru. Czuła się bardzo dobrze, w pełni zadowolona i na swój sposób szczęśliwa, raczej nie przez niezbyt wdzięczny widok szarawego lasu i brunatnej, spłaszczonej śniegiem i zimą łąki, lecz raczej dzięki towarzystwu młodego mężczyzny w jej wieku, który w podobnym milczeniu szedł tuż obok powolnym krokiem. Nie znała go zbyt dobrze. Niewiele o sobie mówił, więcej słuchał jej słów i wysłuchiwał jej problemów, z pewnością więc to ona stanowiła dla niego mniejszą tajemnicę, niż on dla niej. Dwa lub trzy razy w roku odwiedzała go w jego rodzinnej miejscowości w tym niewielkim państwie leżącym w samym centrum Europy i zostawała z nim przez kilka dni korzystając z jego uprzejmości i gościnności. Opuszczała to miejsce i człowieka z wielkim trudem i smutkiem pragnąc zostać z nim jak najdłużej. Pocieszała się jedynie myślą, że w ciągu paru miesięcy wróci ponownie, a może nawet wcześniej, gdy tylko zakończy misję, jakiej się podjęła. Łudziła się jednak sądząc, że będzie mieć ciągle tyle szczęścia, aby wykonując tak niebezpieczne zadania, jakie zdarzało jej się 6 wykonywać, za każdym razem wróci żywa i cała. Wiedziała, że kiedyś skończy się dobra passa i zginie niechybnie z ręki jakiegoś zboczeńca lub mizogina. A nienawidziła większości ludzi, szczególnie mężczyźni, przepełnieni uczuciem wyższości swojej płci wzbudzali w niej głębokie, negatywne uczucia. Właściwie chyba tylko ten jeden szczupły mężczyzna, który teraz spoglądał w prawo na rozwleczoną i brzydką pozostałość po zeszłorocznej łące, nie sprawiał, że pałała nienawiścią do tej rasy. Wzdrygnęła się z zimna, gdy lodowaty, zimowy wiatr otoczył jej nagą głowę, chronioną jedynie długimi, gęstymi włosami w kolorze rdzy i przysunęła się do niego bliżej pozwalając, aby na chwilę się zatrzymali i aby jego ręce ją objęły. Był nieco wyższy od niej, przysunął swoją brodę do jej głowy i wyszeptał cicho spoglądając w nieokreśloną dal: - Już dobrze. Już dobrze Deb. - Po czym objął ją jeszcze szczelniej i mocniej, sprawiając jej tym wielką przyjemność. Czuła bijące od jego szczupłego ciała ciepło. - Chodźmy już, bo mi zimno. - Powiedziała typowym dla siebie, rozkazującym tonem i szybkim krokiem pomaszerowali w kierunku jego domu. * * * Domek był niski, ceglane, starodawne ściany już się kruszyły, zwłaszcza na jego rogach. Pokryty brunatną, czerwonawą dachówką dach sprawiał wrażenie masywnego i ciężkiego. Dom stał w pewnym oddaleniu od wioski, jednej z wielu maleńkich miejscowości, jakimi upstrzony był ten kraj. Żaden kabel nie świadczył o tym, że dochodzi tutaj jakieś napięcie elektryczne i rzeczywiście mężczyzna nie korzystał z tego dobrodziejstwa, a może przekleństwa rozwiniętej cywilizacji. W ogóle jej to nie przeszkadzało, wręcz przeciwnie, mogła tutaj odpocząć jak nigdzie indziej, oddając się rzadkim rozmowom i skupiając na otaczającej to miejsce dzikiej przyrodzie. 7 Przez te kilka dni, jakie zwykle przebywała w tym miejscu, zyskiwała tyle energii, że przez resztę roku mogła zajmować się tym, czym zajmować się zdecydowała, a nie były to codzienne sprawy. Teraz wchodziła do ciepłego, przytulnego domu pełnego drewnianych mebli i sprzętów wykonanych własnoręcznie przez gospodarza. Miał do tego smykałkę. Zdecydował się wieść życie pustelnika, nie pracował w konwencjonalny sposób, jedynie czasem sprzedał jakieś drobiazgi, które wykonał, a za zyskane w ten sposób niewielkie pieniądze kupował niezbędne rzeczy, reszty pozbywał się oddając innym, bardziej wg niego potrzebującym, jakich pełno było w tym państwie lub w miejscowej parafii bo jak wierzył, tamtejszy proboszcz przeznaczał je na cele charytatywne. Mimo to nie był wierzący, Deb zresztą też zwątpiła w Boga już lata temu. Dodatkowo spotkanie człowieka, którego nazywała we wspomnieniach Mistrzem, tylko utwierdziło ją w przekonaniu, że Bóg jest niczym więcej jak wyobrażeniem przerażonego możliwością śmierci i niebytu umysłu. Usiadła wygodnie na drewnianym stołko-fotelu z wysokimi podłokietnikami, wyłożonym miękkimi, wygodnymi, ciemnozielonymi kawałkami jakiegoś materiału zrobionego z miejscowych roślin. - Przytulisz się? - Zapytała kokieteryjnie swojego przyjaciela, gdy ten wszedł do niskiego, niewielkiego pokoju pozbawionego zbędnych mebli niosąc dwie filiżanki dymiącego się od gorąca płynu i stawiając je na drewnianym, nieregularnym stoliku. Bez słowa podszedł do niej, pozwolił jej wstać i wziął ją na kolana obejmując szczelnie rękami. Nawet nie miał tutaj bieżącej wody, żył zupełnie jak pustelnik, mimo to jego ubranie, jedno z niewielu, jakie posiadał, było czyste i zadbane, prał je regularnie w odległej o kilkaset metrów leśnej, krystalicznie czystej rzeczce. Tam też się kąpał każdego dnia, hartując ciało obmywane w lodowatym strumieniu. Pachniało od niego ziołami, które wykorzystywał w kuchni i które znał doskonale, Deb uwielbiała ten upajający zapach. Wtuliła się w niego szczelnie jak tylko potrafiła i dłonią błądziła po ciemnym swetrze otulającym jego chudą pierś. Było jej bardzo dobrze i chciała tak pozostać dłużej. 8 Pozwalała jeszcze przez jakiś czas, aby odczuwane w niej napięcie narastało wraz z dotykiem, jakim darzyła mężczyznę. Ogarniało ją coraz większe ciepłe podniecenie, jej policzki zarumieniły się, a jedna z dłoni zbłądziła w dół, prosto do przyrodzenia mężczyzny. - Chciałabym się z tobą kochać. - Powiedziała cicho, swym władczym tonem, nie przerywając pieszczoty, sprawiającej mężczyźnie nieskrywaną przyjemność. Także jego dłonie zaczęły błądzić po co wrażliwszych częściach jej ciała, masując pośladki i skórę pleców pod ciepłym, wełnianym swetrem, jaki miała na sobie. Pocałowała go delikatnie, nie przeszkadzała jej jego broda i długi zarost, ale nie lubiła tego rodzaju pieszczot. Wstała i sprawnym ruchem pozbyła się górnej części garderoby łącznie z bielizną, pozwalając mu napawać się przez jakiś czas widokiem jej smukłego ciała i niewielkich, ale kształtnych piersi. Uśmiechnęła się przelotnie udając nieśmiałość. Potrafiła markować emocje i odczytywać je doskonale, było to niezmiernie przydatne w jej pracy. Po chwili wzięła mężczyznę za rękę, zaprowadziła do stojącego w tym samym pomieszczeniu pod nisko usytuowanym oknem łóżka, przykrytego wzorzystym, zmechaconym kocem. Żartobliwie popchnęła go tak, aby na nie upadł i zabrała się za zdejmowanie jego spodni, seksownie przygryzając przy tym dolną wargę i ukradkiem zerkając na reakcję mężczyzny. Nie była to dla niego nowość. Kochali się namiętnie wielokrotnie za każdym razem, gdy przyjeżdżała. Pierwszą rzeczą, o jakiej przypominała sobie wybierając się do niego to to, aby zabrać ze sobą odpowiednią ilość prezerwatyw. Teraz wsuwała jedną na jego sterczącego penisa, bardzo delikatnie, wcześniej dokładnie zwilżając go własną śliną. Zwinnie pozbyła się spodni wyjmując z nich swoje smukłe, gładkie i blade nogi. Poświęcała wiele godzin na trening, głównie biegając, co było wyraźnie widać po wyrzeźbionych mięśniach jej ud i łydek. Szybko zdjęła też dolną część białej bielizny odwracając się do mężczyzny w taki sposób, żeby mógł podziwiać jej szczupłe, okrągłe i jędrne pośladki. 9 Weszła na niego okrakiem i tylko chwilę pieściła jeszcze dłonią swoją łechtaczkę by mieć pewność, że będzie wystarczająco wilgotna. Był w pozycji półsiedzącej, opierając się z tyłu rękami. Potem sprawnym ruchem włożyła w siebie jego penisa i zaczęła poruszać się tylko początkowo wolno, potem coraz szybciej i intensywniej, czasem ocierając się łechtaczką o jego podbrzusze, czasem wykonując szybkie kółeczka biodrami. Jej głowa wyginała się to do tyłu, to do przodu otulając go długimi, czerwonawymi włosami lub omiatając nimi powietrze. Wydawała urywane jęki, pozwalając sobie na pełną ekspresję emocji, poruszała się jeszcze szybciej aż wreszcie ciałem jej wstrząsnął ekstatyczny spazm i przyjemne ciepło wypełniło ją od środka, począwszy od miejsca między nogami. Jeszcze przez chwilę poruszała się powoli, potem przylgnęła do mężczyzny sapiąc ze zmęczenia i mocno się do niego przytuliła. Objął rękami jej nagie ciało tak dokładnie, jak tylko był w stanie. Po chwili wstała, zeszła z niego i nie zdejmując prezerwatywy swoją dłonią, bardzo szybkimi i wibrującymi ruchami w zaledwie kilka minut doprowadziła do szczytu także jego. Wyszedł na chwilę do pomieszczenia, które pełniło funkcje łazienki, a kiedy wrócił, okrył ich kocem po czym oboje zasnęli w objęciach. * * * - Odprowadzisz mnie na pociąg? Wyjeżdżam po południu. - Deb zapytała leżącego obok mężczyznę widząc, że już nie śpi. Usiadła na skraju niskiego łóżka i szukała poniewierającej się gdzieś po podłodze bielizny, oznaki wczorajszego miłosnego uniesienia. - Oczywiście. - Odpowiadając dotknął jej nagich pleców. Wpatrywał się za okno, gdzie mleczne chmury odbijały światło kryjącego się za nimi Słońca. Deb wstała bezszelestnie niczym duch, ubrała się powoli i usiadła w stojącym obok, ręcznie wykonanym fotelu, krzyżując na piersiach ręce. Załkała cicho, łza spłynęła po jej policzku i wydała 10 krótki, urywany dźwięk podobny do jęknięcia, co leżący mężczyzna usłyszał i natychmiast zareagował szybko do niej podchodząc i klękając u jej stóp. Delikatnie położył swoje dłonie na jej dłoniach pochylając się nieco w jej kierunku. Spoglądał tylko w jej oczy, jego twarz przepełniona była troską, a prawie nagie ciało zadrżało delikatnie z chłodu, wyrwane spod ciepłego koca. Deb zachichotała przez łzy, ocierając lewą dłonią zwilżony płaczem policzek: - Głuptasie, zimno ci. - Powiedziała. Była szczęśliwa, mając go przy sobie, mając go u swoich stóp. Rozumiał bez słów prawie każdą jej myśl, prawie każdą emocję. Gdy mówiła, po prostu słuchał, nie oceniając jej i nie atakując. Gdy łkała czasem wzruszona lub poruszona wspomnieniami, jakich musiała doświadczyć, tylko był obok i służył jej podając chusteczkę lub po prostu ofiarowując swoją cichą obecność. - Nie chcę stąd jechać. - Powiedziała cicho, trochę nieśmiało zaraz po tym, jak uspokoiła nieco ogarniającą ją falę smutku i wzruszenia. - Ludzie są okrutni, tamten świat... - zawahała się nie mogąc znaleźć dobrego słowa - on... - Jest wypełniony tymi ludźmi, oni go tworzą, oni go budują. - Mężczyzna nie spuszczając wzroku pomógł jej dokończyć zdanie, którego przez wyraźnie narastającą w niej złość nie mogła rozwinąć. - Wolałabyś tu zostać i po prostu cieszyć się przyrodą i prostym życiem... - kiwnęła szybko kilkukrotnie głową zgadzając się z jego słowami - ...zamiast na każdym kroku przekonywać się, że ludzie to tylko banda chciwych, samolubnych egoistów, którzy nie cofną się przed niczym, byle tylko zaspokoić swoje chore ambicje i potrzeby, nawet jeśli mieliby krzywdzić przy tym innych. - Co jakiś czas przytakiwała mu skłaniając lekko głowę. Dłonią czule pogłaskała jego ramię dochodząc do szyi, zdecydowanym ruchem przyciągnęła go jeszcze bardziej do siebie, na co zareagował pozytywnie poddając się tej pieszczocie. - Tak. - Wyszeptała. 11 Tylko w tym odludnym miejscu, z dala od niebezpieczeństw i drapieżności współczesnej cywilizacji pozwalała sobie na taką ekspresję swojej tęsknoty. Gdy wyjedzie, będzie znów w pełni kontrolować swoje emocje i wpływać na emocje innych. Tylko tutaj i tylko w towarzystwie tego szczupłego mężczyzny o ciemnej, niedbale zapuszczonej brodzie, która postarzała go o dobre kilkanaście lat, mogła w pełni odrzucić większość mechanizmów obronnych i oddać się jego objęciom, gdy niósł ją nie bez wysiłku do wciąż jeszcze ciepłego od ich ciał łóżka, w którym spędzili razem minioną noc. Tutaj mogła pozwolić sobie przyjąć jego pocałunek, który złożył jak cenny dar na jej ciemno - rdzawych włosach. Tylko jemu ufała, tylko jego nie nienawidziła ze wszystkich ludzi, bo tylko on, nie licząc człowieka, którego nazywała Mistrzem, a którego spotkała przed paru laty i czasem wydawało jej się, że był on jedynie urojeniem jej umysłu, rozumiał ją w pełni i akceptował wszystko. - Byłam w kilkunastu komisariatach w tym kraju. - Mówiła do niego po angielsku. Mogła sobie na to pozwolić w jego towarzystwie, gdyż biegle władał tym językiem, a dla niej wysiłkiem było korzystanie z trudnego, słowiańskiego języka polskiego. - Przewertowałam setki stron raportów. - Dalej nawiązywała do tego, czym się zajmowała. Był jedyną osobą, której o tym opowiadała, właściwie był praktycznie jedyną osobą, z którą w ogóle rozmawiała. - To żołędzie? - Zapytała zaintrygowana sięgając do miseczki, w jakiej przyniósł jej śniadanie. Nie czekając na odpowiedź wzięła jednego do ust. Był gorzkawy, ale miękki i ogólnie smaczny. - Tak skarbie. - Jego lakoniczne odpowiedzi, do których już przywykła i które jej odpowiadały, były szczególnie miłe dla jej ucha, gdy uzupełniał je o podobające się jej epitety i określał ją skarbem lub podobnie. Sięgnęła po kolejny, ciemnobrązowy, niewielki orzeszek i spróbowała napawając się jego oleistą konsystencją i orzechowym smakiem. - Ten jest dobry! - Krzyknęła nie kryjąc podniecenia. - Co to? 12 - To bukiew, orzeszki buka. W pobliskich buczynach jest ich pełno. - Uśmiechnął się ukazując szereg bielutkich zębów. Widocznie orzechowa dieta im służyła. - W różnych miejscach tego kraju znikają dzieci, głównie dziewczynki. Zwykle nie posiadają rodziny lub pochodzą z jakiś biednych domów. - Wróciła do tematu jednocześnie podgryzając kolejne żołędzie i orzeszki buka oraz kilka innych rodzajów orzechów, które specjalnie dla niej jej kochanek pozbawił ich twardych, niejadalnych części, w tym leszczynę i orzechy włoskie. - Zauważyłem, że tam, gdzie znikały dzieci, pojawiały się jakieś mini firmy, które właściwie nigdzie nie były zarejestrowane na dłużej. - Dochodząc do momentu opisu potencjalnych sprawców jej twarz przeszył na mgnienie oka grymas pogardy. Trwało to tylko ułamek sekundy i nikt bez wcześniejszego przygotowania i treningu nie dostrzegłby tej mikroekspresji. - Sprawcy ukrywali się pod przykrywką firm remontowych? - Włączył się w rozmowę jej przyjaciel. Robił to tak rzadko, że Deb ożywiła się. Zwykle tylko słuchał dokładnie, co ona miała do powiedzenia. - Tak! Remontowych, budowlanych i różnych innych. Zawsze były to małe, kilkuosobowe firmy, które przewijały się gdzieś na trzecim planie większości raportów, jakie przejrzałam. - Wzięła oddech i głębszy łyk ciepłego płynu o przyjemnym, słodkawym zapachu, który mężczyzna przyniósł wraz ze śniadaniem. Rzeczywiście miał też słodkawy smak, był trochę gęstawy i wyraźnie czuć w nim było owocową nutkę. Znowu przerwała wywód i nie kryjąc pozytywnej reakcji zapytała: - Hmmm, mniam! Pyszne, co to? - To syrop z owoców dzikiej róży, rosną obok, zostało trochę w zapasie, czekały na specjalną okazję. - Uśmiechnął się przy tym szczerze. - Piłaś też wczoraj. - Dodał. Zdziwiła się nieco. Wzięła jeszcze kilka drobnych łyków uważając, by się nie poparzyć. Obły kubek był przyjemnie ciepły w dotyku. - Rozumiesz, oni podjeżdżają zawsze jakimś wanem lub tego typu samochodem. Jest ich dwóch, najwyżej trzech. Udają, że coś 13 remontują lub sprzątają, cokolwiek. - Wzięła jeszcze kilka łyków, płyn szczególnie jej smakował. - Rozpoznają teren. Po kilku dniach wybierają ofiarę, najwyżej dwie, zwykle najładniejszą dziewczynkę np. w szkole, w której pracują, częściej w sierocińcu. - Opróżniła kubek i z rozczarowaniem spojrzała na swojego przyjaciela. Bez słowa zrozumiał, co miała na myśli, wziął od niej naczynie i już po chwili wrócił z pełnym. Wymienili uśmiechy. - Porywają dziecko wywożąc je tym wanem! - Tutaj Deb ożywiła się rekonstruując schemat, w jaki działali. - Czasami, dla zmyłki pracują jeszcze dzień lub dwa. Potem firma znika i ginie po niej wszelki ślad, prócz zeznań kogoś, kto pamiętał ten samochód. Nikt, na żadnym komisariacie nie połączył faktu pojawienia się tych ludzi i znikania dzieci. Nikt, rozumiesz? - Skinął twierdząco głową, widząc jej przejęcie. - Dorwę drani. - Choć zdanie było twierdzące, oczy Deb zaświeciły się, źrenice rozszerzyły i odbił się w nich wyraz determinacji i chęci zemsty, zupełnie, jakby traciła nad sobą kontrolę i jej działania chciał przejąć ktoś wewnątrz niej, jakaś ciemna strona jej natury. Chudy mężczyzna usiadł teraz blisko niej, nie bacząc na szaleństwo, które zabłysnęło w jej źrenicach. Ich uda stykały się, spojrzenia krzyżowały. Wyjął z leżącej obok miseczki garść orzechów i uraczył się nimi. Deb zrobiła to samo. Mężczyzna żywił się właściwie tylko tym, co znalazł w lesie i wyhodował na małym poletku obok domu, gdzie mieszkał. Nie jadł mięsa, uważał to za barbarzyństwo i niesłuszne wywyższanie się nad innymi istotami. Deb podzielała jego opinię. - Przed południem powinnam być na stacji w Trzebini. - Odbiegła od tematu. Na jej twarzy znów zagościł smutek. - Kiedy znowu mnie odwiedzisz skarbie? - Zapytał tak czule, jak tylko potrafił. - Nie wiem, muszę się uporać... - Przerwała tym razem jednak powstrzymując łzy wzruszenia i smutku. - Wrócę do ciebie najszybciej, jak tylko będę mogła. - Dodała. 14 - Deb, mścisz się za to, co cię spotkało w dzieciństwie. Nie musisz tego robić. Ale jeśli decydujesz się to robić to wiedz, że właśnie to jest właściwie dla ciebie. - Brzmiało to jak słowa Mistrza i zastanawiała się, czy to Krystian je wypowiedział, czy tylko jej wyobraźnia podsuwała jej wspomnienia. Przytuliła się do niego. Wkrótce odprowadził ją do odległego o może dwa kilometry dworca autobusowego, pożegnali się ciepłym pocałunkiem, stamtąd pojechała już samotnie do pobliskiego miasta, na stację kolejową. Czekała długo na pociąg, a gdy się zjawił ruszyła w drogę znikając gdzieś w bezimiennym tłumie ludzi. Mieścina Deb stanęła na szczycie płaskiego wzniesienia, skąd rozciągał się widok na całą okolicę. Oparła ściśnięte pięści o biodra i wypięła pierś wypełniając płuca pachnącym od pobliskich sosen powietrzem, nieco wilgotnym od porannej rosy. Słońce, które znajdowało się teraz na wysokości równej szerokości pięciu palców, gdy wyciągnie się przed siebie dłoń, oświetlało z boku jej smukłą postać, ogrzewając nieśmiało i tak już nagrzane od porannego sprintu ciało i mięśnie. Jeszcze tylko kilka głębokich, kojących oddechów, kilka myśli, które przemykają przez głowę prawie niepostrzeżenie, delikatny, krótki uśmiech, skierowany gdzieś ku widniejącemu w oddali krajobrazowi miasteczka i już Deb jest gotowa do dalszego biegu. A biegła niczym łania, oddając się w ten sposób porannym ćwiczeniom i dbając, by wyrzeźbiona godzinami wypełnionymi potem i wysiłkiem sylwetka, pozbawiona większych, okrągłych oznak kobiecości i kobiecych kształtów, prawie jak ciało bogini mądrości nie uległa zniekształceniu przez przekształcone w tkankę tłuszczową lenistwo. Biegła całe życie, od wielu lat, czy to w przenośni, czy rzeczywiście oddając się intensywnym ćwiczeniom. Uciekała czasem niczym łowna zwierzyna, lecz częściej chyba to ona w roli predatora podążała delikatnym, złudnym śladem swoich przyszłych ofiar. Tylko zewnętrznie Deb wyglądała jak bogini mądrości, w jej 15 sercu tkwił raczej anioł śmierci, będący źródłem motywacji do tego, czym się zajmowała. Gdy przed laty spotkała tego tajemniczego mężczyznę nie mogła przypuszczać, że całe jej życie potoczy się w takim kierunku. Mężczyzna w już zaawansowanym wieku spotykał się z nią każdego dnia i wiele godzin, przez kilka tygodni nauczał ją, jak być kimś, kogo ignoranci i osoby wierzące w bajki pewnie nazwaliby wiedźmą. Potem zniknął tak samo szybko i bezszelestnie jak się pojawił, aby na stałe zająć już miejsce w jej wspomnieniach, niczym jej sumienie czy duchowy przewodnik, mozolnie utkany z jej myśli, wyobrażeń i tęsknoty, tęsknoty do zemsty. Właściwie to nie była wiedźmą, choć umiejętność wpływania na ludzi i sterowania ich wolą, zwłaszcza jeśli mieli tego pecha być płci męskiej i posiadać wątpliwe w stosunku do kobiet poglądy, plasowały ją gdzieś między wiedźmą i czarownicą. W swej niepośledniej urodzie, tak wyraźnie zaznaczonej w spływających na ramiona włosach mieniących się kasztanowo, w kwadratowych kościach policzkowych, wąskich ustach i lśniących oczach była prawdziwą czarodziejką. Nie bała się. O nie. To, co robiła przez ostatnie lata mogło stanowić źródło inspiracji dla wielu horrorów, erotyków i powieści, ale ona już dawno wypleniła strach ze swojego umysłu, poinstruowana szczegółowo przez Mistrza, bo tak nazywała wspomnienie swojego nauczyciela sprzed lat, jak pozbyć się negatywnych emocji. Uwielbiała, gdy wielkie ciśnienie krwi wypełniało jej ciało, dzięki adrenalinie i wzmożonemu oddechowi. Dlatego biegała każdego ranka, nim zrobiła cokolwiek innego. Pozwalała, by wraz z potem i łzami wypłynęły z niej wszelkie brudy i skutki negatywnych działań, które przyklejały się do jej psychiki. Nie bała się przypadkowo spotkanych mężczyzn w tej odludnej i leśnej okolicy, nawet dzikie zwierzęta nie napawały jej najmniejszym lękiem, lisy czmychały przed nią w popłochu, podobnie jelenie i więksi roślinożercy. Wilki, które czasem błądziły w tych okolicach zwabione tropami zajęcy tylko spoglądały z oddali, jak smukła sylwetka przyodziana w 16 szarawe, płowe odcienie przemyka nadzwyczaj szybko i zwinnie wśród drzew. Dzisiejszego, chłodnego poranka, który był już coraz jaśniejszy wraz ze wspinającym się na szczyt nieba Słońcem, forsowała się do granic wytrzymałości biegnąc nadzwyczaj szybko już od bez mała godziny. Zbliżała się do miasteczka, gdzie mieszkała już drugi tydzień, do swojego tymczasowego domu. Marzyła o prysznicu i zmyciu z siebie brudu i potu, gdy tylko zobaczyła wyłaniające się zza zasłony drzew pierwsze, niewielkie domki, matowe, niskie, oddychające dymem wypuszczanym z kominów. Fantazjowała, jak dotyka się w strumieniach ciepłej wody otulającej jej smukłe ciało i sprawia sobie wiele przyjemności, której pragnęła po długim okresie abstynencji. Ale myślała też o zadaniu, które ją tutaj sprowadziło i był to właściwie najważniejszy cel i przewodnia myśl. „Na pewno się tutaj zjawią” myślała, gdy jej stopy poczuły twardą powierzchnię asfaltowej drogi. Między domkami, którymi miasteczko było z rzadsza upstrzone, panował niezwykły spokój, jak każdego ranka, gdy oddawała się forsownym biegom. Większość zwierząt spała, gdzieniegdzie tylko jakiś pies spoglądał z oddali na przemykającą sylwetkę jej ciała, nie ośmielając się wydać z siebie najmniejszego dźwięku, zwierzęta już z kilkudziesięciu metrów wyczuwały emanującą od Deb siłę i odczuwały wielki respekt, jak członkowie stada przed osobnikiem alfa. Wracając zatrzymała się w niskim domku około sześćdziesięcioletniej kobiety, Marii, od niedawna mieszkającej samotnie, gdyż rok wcześniej pochowała matkę staruszkę, a w kilka miesięcy później odszedł z tego świata jeden z jej dwóch synów, który wciąż z nią mieszkał i który zniszczył sobie wątrobę, a w efekcie całe życie nadmiernymi dawkami alkoholu. Puste rozmowy z Deb sprawiały kobiecie nieskrywaną radość i zawsze uśmiechała się serdecznie już tylko na jej widok. Deb kilkukrotnie sprzątnęła jej nieco zapuszczone po synu mieszkanie, w zamian za co otrzymała trochę świeżego mleka i własnoręcznie ubitego przez Marię masła, świeżej żywności którą wyprodukowała jedyna krowa, największy skarb, jaki Maria posiadała. 17 Przez kilka lat Maria wychowywała też kilkuletnią córkę swojego drugiego syna, który w chwili, gdy zdecydował wyjechać się na wyspy brytyjskie, postanowił jednocześnie zostawić ją w opiece babci. Przed dwu laty syn wrócił niespodziewanie i zabrał zaskoczoną wnuczkę, zapominając nawet słowem podziękować. Deb wypiła świeżo zaparzoną herbatę czy też inne zioła, z których Maria robiła pobudzający wywar o specyficznym smaku. Podziękowała za kawałek świeżego masła i trzymając zawiniątko w dłoni pobiegła czym prędzej ku mieszkaniu, gdzie od prawie dwóch tygodni wiodła spokojny, monotonny żywot, dopasowując się do trybu miasteczka. Zwolniła nieco zbliżając się do kolejnego malutkiego domku, gdzie staruszek wydawał się czekać już na nią witając ją uśmiechem, który chyba był przyklejony do jego twarzy na stałe. Zgarbiony opierał się na gładkiej, wystruganej niechlujnie dekady temu gałęzi dębu, która była mu laską i najlepszym przyjacielem. Mieszkał samotnie w kilkupokojowym domu i zgodził się wynająć Deb największe z pomieszczeń, w zamian tylko za pomoc przy niewielkim sadzie, który stanowił cały jego świat i majątek. Minęła dziadka pospiesznie kierując się do swojego przytulnego pokoju, gdzie tylko najważniejsze meble stanowiły wystrój - nieco ascetyczne, wąskie łóżko, szafka i fotel, na który rzuciła niedbale zdjętą sprawnie, mokrą od rosy i potu bluzkę, idealnie opinającą jej ciało i utrzymującą niewielkie piersi w ryzach podczas intensywnych biegów. W rogu stał mały piecyk, dziś nierozgrzany. Wielkie okno wpuszczało wystarczającą ilość światła od Słońca, które wystawało już sponad widniejących zza szyby kilkumetrowych jabłonek, grusz, wiśni i czereśni. Rozebrała się do naga i czując chłód poranka oraz wilgoć niewielkiego domku o wapiennych ścianach skierowała się do łazienki, gdzie jeszcze tydzień wcześniej zamówiona przez nią ekipa montażystów postarała się o to, aby mogła dziś skorzystać z dobrodziejstw cywilizacji i delektować się prysznicem. Woda zmywała z niej prócz fizycznego brudu także myśli i negatywne emocje, tak często i tak intensywnie przez nią doświadczane. Choć ulga była tylko tymczasowa, korzystała z niej 18 chętnie. Pozwalała też sobie dotykać się czule i onanizować się wbrew zakazom i społecznym normom, bez odczuwania poczucia winy z tego powodu. Lecz nawet oddając się rozkoszy, nawet pozwalając sobie na ciche jęki, których starszy, przygłuchy dziadek o wydłużonych przez czas i grawitację uszach, niczym posągi z Wyspy Wielkanocnej, nie miałby szansy usłyszeć, wciąż jednym uchem, wciąż częścią świadomości nasłuchiwała czujnie, czy najdrobniejszy podejrzany dźwięk nie zakłóca spokoju i ciszy dnia. Jedynie w trakcie tych kilkunastu sekund, gdy fala orgazmu wypełniała jej wysportowane ciało, gdy prawie przewróciła się tracąc kontrolę nad mięśniami, całkowicie oddalała się od rzeczywistości, od brudów codzienności i w oderwaniu od misji, którą zechciała wypełniać, prowadzona wyobrażeniem Mistrza i zakorzenioną gdzieś w dzieciństwie motywacją, pozwalała sobie na stuprocentowy, mentalny odpoczynek i ulgę. Dlatego tak bardzo lubiła tę krótką chwilę. Po wszystkim płukała się lodowatą wodą, aby jeszcze bardziej pobudzić ciało do produkcji hormonów, wycierała się szorstkim ręcznikiem i ubierała w taki sposób, aby zachowując styl, który możliwie niewiele odbiega od obowiązujących w miasteczku zwyczajów, jednocześnie był możliwie pociągający i jak najsilniej prowokujący. To była część jej misternie utkanego i wciąż poprawianego planu, część misji, jaką zdecydowała się bez wahania wypełnić przyjeżdżając tutaj. Wiedziała tylko, że mieli się tu zjawić, gdyż zawsze wracali na to odludzie, gdzie w oderwaniu od globalizacji grupka złożona z kilkuset w większości staruszek i staruszków żyła sobie czekając niespiesznie końca swych dni. Czasem wracali jako mini ekipa remontowa, m.in. dlatego też tydzień wcześniej szukała takowej, aby sprawić staruszkowi prezent, z którego pewnie nigdy nie skorzysta. Liczyła, że jakimś cudem będą to oni, ale nie miała tyle szczęścia. Czasem wracali jako grupka ogrodników, sportowców, turystów, zawsze w przebraniu, zawsze na to samo odludzie, gdzie czuli się bezpieczni i bezkarni, bo w całym miasteczku chyba tylko jeden sprawny telefon stanowił połączenie ze światem. 19 To miejsce było jak indiańska wioska w amazońskiej dżungli, nieuwzględnione na większości map, ledwie widziane z lotu ptaka, bo szarobure dachy domów zlewały się z ciemnozieloną, zmarszczoną powierzchnią sosnowych borów, topiąc się w nich i znikając. Tylko jedna droga przecinała miasteczko, którego nazwy już nawet mało kto pamiętał i większość mieszkańców określała swój dom jako po prostu miejsce w lesie . Cienka żyła asfaltowej drogi ciągnęła się przez bezmiar puszczy, a gdzieniegdzie nawet znikała pod naporem roślinności, drzew, błota lub leśnej ściółki. Miała prawdziwe szczęście, że znalazła to miejsce, gdzie grupka rosłych mężczyzn zbierała się w nieregularnych odstępach czasu, aby podzielić się łupami i zaplanować dalsze działania. A łupy to były nie byle jakie, bo mężczyźni ci specjalizowali się w porywaniu dzieci, głównie nieletnich dziewczynek i handlem żywym towarem, wywożonym za granice tego niewielkiego i mało znaczącego europejskiego państwa, które mentalnie jedną nogą wciąż tkwiło w średniowieczu. Obserwowała od miesięcy i zbierała wszelkie informacje, najdrobniejsze tylko przesłanki i przekazy, gdy gdzieś zginęło w niewyjaśnionych okolicznościach jakieś dziecko lub nastolatka. Nie było to łatwe zadanie, bo mroczny gang był bardzo ostrożny w swoich działaniach, członkowie wybierali tylko dzieci samotne, zapomniane, pozbawione rodziny, o których nikt się już nie martwił. Policja przyjmowała do wiadomości takie przypadki, protokołowała i wrzucała dziesiątki stron zapisanych dziwacznym, policyjnym językiem raportów do najgłębszych szuflad - to było całe jej działanie. Deb kilkukrotnie włamała się do paru komisariatów i przejrzała wszystkie takie papiery. Potrafiła wpływać na ludzi, a już szczególnie na mężczyzn, którzy pod naporem jej uroku osobistego i hipnotycznych umiejętności ulegali jej jak syrenie. Dlatego włamania te polegały głównie na mentalnym zniewoleniu siedzących na nocnej służbie w komisariatach policjantów i zmanipulowaniu ich uwagi, a potem skopiowaniu informacji, których potrzebowała. Deb uznała, że za wieloma, jeśli nie za większością przypadków tajemniczych zniknięć dzieci i nieletnich kryły się osoby lub małe 20 grupki mężczyzn, prawdopodobnie jedna i ta sama szajka. Np. tydzień przed porwaniem dwóch nastoletnich dziewczynek, sióstr niepośledniej urody, których matka zginęła w wypadku samochodowym, gdy ojciec nietrzeźwy wiózł ją do swoich teściów, w domu dziecka pojawiała się dwuosobowa firma malarska, przyjeżdżająca wanem na zagranicznych tablicach rejestracyjnych. Tyle zawierały protokoły policyjne. Deb wydedukowała, że to oni kryli się za tym porwaniem, nikt wcześniej nie słyszał o tej firmie, pojawiła się znikąd jak duch i donikąd odeszła. Niestety w tym samym kierunku odeszły prawdopodobnie też dwie siostry, których ojciec zapił się na śmierć wkrótce po tym, jak zabił swoją żonę a ich matkę. Policja nie skojarzyła ze sobą kilkudziesięciu podobnych przypadków, no cóż, pewnie oddanych sprawie, nieugiętych policjantów o inteligencji Holmesa spotkać można tylko w serialach telewizyjnych. Deb jednak przejrzała wszystkie, przeanalizowała korzystając z oprogramowania komputerowego dostępnego w sieci, naszkicowała mapę porwań zależną od czasu i po kilkudziesięciu godzinach intensywnych rozmyślań, wspomaganych litrami mocnej herbaty i kawy, wyznaczyła kilka możliwych miejsc, gdzie mogliby się ukrywać sprawcy. Odwiedziła wszystkie w ostatnich miesiącach, ale nie znalazła w żadnym z nich nic szczególnego, co miałoby świadczyć o obecności podejrzanych typów. Wtedy, gdy już traciła nadzieję, przeanalizowała jeszcze raz swoją mapę i odkryła na dostępnych w sieci zdjęciach lotniczych i satelitarnych ukrytą głęboko w sosnowym borze niewielką mieścinę, ledwie, nieśmiało wyglądającą zza zasłony lasu, w której kilkuset ludzi wiodło żywot tak spokojny i tak oderwany od otaczającej ich rzeczywistości, że wydawać by się mogło, że panują tam wciąż lata sprzed ery industrialnej. Wymarzone miejsce dla handlarzy żywym towarem? Gdy Deb zjawiła się w tej mieścinie, starannie zacierając za sobą wszelkie ślady wcześniejszej działalności, niszcząc sprzęt elektroniczny, którego używała, pozbywając się laptopa celowo zaśmieconego gigabajtami pornografii w jakimś przydrożnym 21 lombardzie, zrywając znajomości i skrupulatnie paląc wszelkie mosty, liczyła jednocześnie na odpoczynek i chwilę wytchnienia od napiętego życia, jakie wiodła od kilku lat, prawie od momentu, gdy spotkała Mistrza. Mistrz był niezwykłym człowiekiem, prawie nic o nim nie wiedziała i czasem nawet zastanawiała się, czy nie był tylko jej wyobrażeniem, które stworzyła sobie aby wyprzeć z pamięci wydarzenia z dzieciństwa. Wszelkie pytania o jego życie, jakie kierowała do niego w ciągu tych kilku tygodni, gdy przekazywał jej swą wiedzę, Mistrz sprytnie przekierowywał zmieniając temat tak przebiegle, że nawet tego nie zauważała. Oratorstwo miał opanowane do perfekcji, podobnie metodykę nauczania tego, co jej przekazał. Nawet dziś, po tylu latach w jej umyśle pojawiały się żywe wspomnienia chwil, gdy Mistrz demonstrował jej metody, jakie może wykorzystywać, aby bezwiednie wpływać na wolę innych. Mistrz wciąż pozostawał w jej umyśle, jego starannie ogolona głowa ciągle lśniła w jej wyobraźni. Spokojny, powolny, hipnotyczny głos wypełniał jej umysł tym usilniej, im bardziej stresującą sytuację przeżywała. Mistrz sprawnie zainstalował swój obraz w jej umyśle, na co sama mu pozwoliła i teraz stanowił dla niej źródło ukojenia, inspiracji i odwagi. Ubrała się starannie i schludnie, w niezbyt jaskrawe ciuchy, trochę nazbyt krótkie jak na tę porę roku szorty i ciepłą, wełnianą bluzkę, która dobrze przylegała do ciała i zapewniała odpowiednią wymianę powietrza. Jej długie, gładko ogolone nogi były wciąż blade, co jak sądziła zmieni się szybko, gdy choćby dziś wystawi je na promienie nisko zawieszonego nad leśnym horyzontem Słońca. Rozglądnęła się za czymś do jedzenia, wciąż dziwiła się, że w tak cofniętej w czasie wiosce staruszek ma w domu lodówkę, która w dodatku jest sprawna, o czym przypominała często wydając głośny, miarowy i niski dźwięk. W małej lodówce ostało się tylko kilka jajek, zebranych jeszcze wczoraj z drobnego, przydomowego kurnika, gdzie urzędowało stadko niosek. Staruszek w krótkich chwilach, gdy odczuwał nieco większy przypływ energii zajmował się ptakami, ale zazwyczaj pasły się swobodnie gdzieś między 22 drzewami sadu, czasem zapuszczając się nieco głębiej w las. Chyba tylko starania burka sprawiły, że żadna z kur do tej pory nie zginęła w paszczy jakiegoś leśnego drapieżnika. Zapach smażonych na świeżo ubitym przez sąsiadów maśle jaj, zmieszany z wonią lekko zarumienionej, zeszłorocznej cebulki wypełnił kuchenkę i zwabił staruszka, który najwyraźniej był głody. O ile w ogóle był głody, Deb zastanawiała się czasem, czy on w ogóle jada, ale nie miała śmiałości pytać. Właściwie nie przepadała za ludźmi, a już szczególnie za mężczyznami. Echo złych doświadczeń z brzydszą płcią, jakie miała nieprzyjemność przeżyć w dzieciństwie, ciągnęło się za nią i towarzyszyło jej na każdym kroku. W odpowiednich chwilach było jej też źródłem inspiracji i motywacji do czynów, których wielu by się powstydziło... Staruszek uśmiechał się szeroko nawet pałaszując żółciutką prawie jak Słońce, jeszcze gorącą jajecznicę. Prawie się nie odzywał, co kilka kęsów tylko rzucił jakąś pochwałę, którą Deb i tak puszczała mimo uszu, jej głowę zaprzątały myśli, snuła plany. Nawet nie czuła miękkiej i soczystej jajecznicy, tylko przełykała kolejne kęsy topiąc je gdzieś w czeluściach żołądka. Po śniadaniu przycinając powoli gałęzie jabłonek przeglądała swój pałac pamięci, który Mistrz pomógł jej zbudować i w którym umieściła najważniejsze informacje, gdzie bezpiecznie składowane, bez ryzyka, że się ulotnią, czekały na moment, gdy będą potrzebne. Praca w ogródku staruszka była prawdziwym odpoczynkiem. Prawie zapomniała, po co tutaj przyjechała. Wierny kompan i towarzysz samotnika, szarobury kundel wielkości średniego wieprzka biegał radośnie wokół niej czując w kościach energię wiosennego powietrza, przekazywaną mu przez promienie Słońca, już ze sporej wysokości rozświetlające sad. Jej umysł na wpół świadomie rozważał kombinacje nadciągających wydarzeń, skupiając się bardziej na tych szczególnie niebezpiecznych. Była gotowa na konfrontację, czuła energię, którą dziś szczególnie podsyciła wpierw intensywnym biegiem, potem odrobiną przyjemności i lodowatym prysznicem, teraz promieniami Słońca, które wyzwalały w jej ciele wielkie ilości wszelkie możliwości i 23 witaminy D. Gdyby którykolwiek z mężczyzn jakich szukała znalazł się tutaj w tej chwili, zginąłby niechybnie. Jednak jej misja była o niebo ambitniejsza, bo jakąż sztuką jest znalezienie płotek, które na zlecenie prawdziwych rekinów wykonują tylko brudną robotę? Sztuką jest złowić rekina. Aspirowała do tego celu i w tym kierunku dążyła. Tak oto na rozmyślaniu przeplecionym zabawą z kundlem, którego imienia staruszek nie pamiętał oraz syceniu się wiosennymi promieniami Słońca minął jej dzisiejszy dzień. Najbliższa gwiazda chyliła się ku zachodowi i lada moment miała zniknąć za horyzontem drzew, które w tym miejscu ciągnęły się w nieskończoność w dowolnym kierunku, w którym się spojrzało. Nie miała już nic więcej do roboty dzisiejszego dnia, chciała jeszcze tylko przeczytać książkę, którą pożyczyła od życzliwej sąsiadki, mieszkającej kilka domów dalej, w wieku chyba zbliżonym do staruszka, u którego mieszkała. Nie sposób zaprzeczyć, że w miejscowości tak małej jak tak, każdy jest sobie sąsiadem. Lekka lektura pozwoliłaby się jej jeszcze bardziej zrelaksować przed snem, a umysł zajęty niewielkim wysiłkiem miałby sporo zasobów, aby na poważnie, jeszcze raz, szczegółowo przeanalizować sytuację. Zdjęła rękawiczki i uklęknęła przed siedzącym tuż u jej stóp kundlu, który najwyraźniej zmęczony po całym dniu harców między wciąż nagimi drzewkami owocowymi szukał ukojenia i odpoczynku w pieszczocie ludzkich rąk, jej rąk. - Dobry pies. - Powiedziała swoim miękkim, wysokim głosem, głaszcząc czule dłonią głowę bardzo zadowolonego zwierzęcia, które z przymkniętymi oczyma i wysuniętym jęzorem sygnalizowało swoją postawą oddanie i służalczość. Trwało to może kilka minut, gdy zwierzak wyraźnie zaintrygowany skierował głowę w taki sposób, aby lepiej słyszeć dźwięki, jakie mogły dobiegać od strony drogi. Zaszczekał wpierw nieśmiało, potem znowu. Wreszcie zerwał się na nogi, przebiegł kilka metrów, zatrzymał się i porozumiewawczo spojrzał na Deb, ni to pytając ją, ni to prosząc i po kilku sekundach pobiegł w stronę 24 jedynej w miasteczku drogi, która przecinała je w pewnej odległości od nieogrodzonego domku, gdzie Deb tymczasowo zamieszkiwała. To nie może być przypadek, że wymęczony pies wskrzesza w sobie tyle sił, dźwięk, który usłyszał, a który wciąż nie docierał do jej uszu z racji jej słabszego słuchu, musiał być znaczący. Pobiegła więc za burkiem i już wkrótce doszedł ją warkot, zakłócający spokój tego miejsca i w ogóle nie pasujący do tutejszej ciszy, gdzie tylko niezrozumiana dla ludzi mowa jakiegoś zwierzęcia domowego była oznaką życia. Od drogi dzieliła ją już tylko kilkudziesięciometrowa polana, prawie płaska po zimie, gdyż śnieg bardzo dokładnie sprasował zeszłoroczne trawy. Tak jak przypuszczała, to osobowy samochód, jakich nie ma w takiej wsi, zbliżał się z szybkością, która dla spowolnionego świata miasteczka wydawała się bliska prędkości światła. Wydawał przy tym charakterystyczny dla napędzanych ropą silników, niski, dudniący dźwięk. Zaczęło się - pomyślała Deb i za zasłoną drzew, osłonięta też coraz głębszym mrokiem wieczoru, popędziła co sił aby odkryć miejsce, gdzie samochód się zatrzyma. * * * Miasteczko było niewielkie. W sumie kilkuset mieszkańców żyło sobie spokojnie, piramida wiekowa tutejszej populacji była odwrócona do góry nogami i co rusz przechadzała się jakaś babcia lub dziadek, pamiętający pewnie mroczne czasy światowych wojen, jakie w przeszłości targały te tereny swoją brutalnością. Młodzież już dawno opuściła tutejsze domy, rodziców, dziadków i pradziadków, migrując w poszukiwaniu lepszego życia do większych miast i odległych miejscowości. Nawet piękna, smukła Deb, o ciele i umyśle bogini mądrości, a sercu anioła śmierci, nie wzbudzała tutaj większej sensacji niż narodzenie cielaka lub coroczne zawody w rzucie broną na odległość. Staruszek, u którego mieszkała, pan Stanisław cieszył się niezmiernie, że ktoś wreszcie zajął się jego kurami i niemłodą już kozą, z której właściwie nie było większego pożytku jak trochę 25 radości, gdy złośliwie podskubywała ogon szaroburego kundla lub zaglądała do kieszeni spodni Stanisława. Ten świat był tak oderwany od rzeczywistości, którą Deb znała ze swojej przeszłości, że wciąż nachodziło ją wrażenie jakby śniła lub jakby to wszystko było tylko urojonym wymysłem jakiegoś boga, lub jakby czas w ogóle nie istniał, tylko przestrzeń regularnie zmieniała swój kształt. Każdego ranka tamtego słonecznego przedwiośnia Deb wstawała o świcie i medytowała długo w pozycji lotosu, czego Mistrz nauczył ją jako jedną z pierwszych rzeczy. Siedziała na jakiejś starej poduszce, którą pożyczyła od jednej z młodszych sąsiadek i wpatrywała się w krajobraz, który rozciągał się za nisko sytuowanym oknem jej pokoiku. Pozwalała wtedy, aby myśli swobodnie płynęły przez jej głowę i przyglądała się im z zainteresowaniem. Zwykle gdy zbliżało się coś ważnego, jakieś zadanie, myśli były intensywniejsze, bardziej złożone, śmigały goniąc jedna drugą, wypełniały jej umysł. Powracały uporczywie we śnie w postaci koszmarów przeszłości mieszając się z przyszłymi celami i założeniami jej misji. Po medytacji biegała prawie jak szalona po okolicznych lasach i wykonywała tam masę innych ćwiczeń i pompek, napawając się zjonizowanym powietrzem sosnowego boru. Gdy wracała, starszy Stanisław już krzątał się gdzieś po nieogrodzonym sadzie, czasem, gdy miał gorsze dni, siedział skulony na drewnianej, wąskiej ławeczce tuż obok wejścia do domu, opierając złożone dłonie na swojej gałęzi lasce, z którą nie rozstawał się od lat. Kolejne tygodnie wyznaczał w mieścinie sygnał dzwonu, a raczej dzwonka pobliskiej kaplicy, do której regularnie o godzinie trzynastej każdej niedzieli przyjeżdżał katolicki ksiądz, aby odprawić rytuał mszy świętej dla kilku staruszek. Średnio co drugi dzień, zwykle o podobnej, przedpołudniowej porze samochód listonosza przejeżdżał przez wieś, zakłócając ciszę i wyprowadzając burka z równowagi. Także Deb zrywała się w tych chwilach, zwykle wkrótce po burku, który obdarzony lepszym od niej słuchem nieco wcześniej rejestrował nadjeżdżający pojazd. 26 Podobnie było tamtej niedzieli, gdy w kilka godzin po nabożeństwie burek zerwał się na nogi i mimo zmęczenia całodniową gonitwą widzialnych i niewidzialnych bytów kryjących się między niskimi drzewami małego sadu, pognał ku miejscu, skąd warczał dieslowski silnik osobowego wana. Deb wahała się, czy nie zdradzi jej, gdy zacznie warczeć lub szczekać, co miał w zwyczaju, ale dziwnym trafem był spokojny i trzymał się bardzo blisko niej, niczym podwładny osobnik w stadzie. Biegła szybko jak łania, nieco z tyłu i nieco w oddali, aby uniemożliwić zlokalizowanie swojej osoby. Miasteczko było niewielkie, właściwie tylko kilkaset domów było zamieszkanych, wiele stało pustych i popadało w ruinę. Prawie żadna z posesji nie była ogrodzona, więc z łatwością można się było dostać do każdego miejsca. Deb biegła więc co sił, bardzo skupiona i podniecona zarazem. Może burek wyczuł tę jej przemianę i zareagował spokojem i poddaństwem. Prawie potknęła się o świeże ścierwo sarny, której żywot musiał zakończyć się zaledwie kilka dni temu i wciąż miejscowe wilki nie zajęły się jej mięsem, pies nawet nie zwolnił, żeby w nim powęszyć. Wkrótce ciemny wan zwolnił i zajechał pod nieco uszczknięty zębem czasu domek, skryty między zapuszczonymi jabłonkami. Także Deb zwolniła, przykucnęła za pniem jednej z młodych sosen. Czuła w nozdrzach zapach jej żywicy, a w nagie kolana wbijały jej się twarde szyszki i igły z kwaśnej ściółki. Burek także przykucnął. Od wana dzieliła ich odległość może kilkudziesięciu metrów, Słońce skryło się za horyzontem drzew i coraz szybciej się ściemniało, ale Deb wciąż widziała wyraźnie samochód i całą sytuację. Gdzieś z pobliża dochodziło groźne ujadanie dużego psa, z domku wyszedł młody, dobrze zbudowany mężczyzna, ubrany w czarne, dopasowane spodnie i gruby sweter, był krótko obcięty, jego dłoń zdobił srebrny zegarek, który wysunął się spod rękawa, gdy ten wyciągnął dłoń do wysiadającego z samochodu człowieka i uśmiechnął się do niego trochę głupawo. Na jego widok złowrogie ujadanie ucichło niespodziewanie. 27 Deb zdziwiła się, bo nie widziała tego mężczyzny wcześniej w mieścinie, musiał skrywać się w domku i nie wychylać. Zastanawiała się też, dlaczego nie było widać dymu z komina, widziała ten budynek wcześniej już kilka razy. Widocznie ogrzewali butlą gazową lub w inny sposób. Może on był tu cały czas, może przyjechał nocą. Mężczyźni po krótkiej wymianie zdań i sugerującym ostrożność omieceniu wzrokiem okolicy podeszli do tylnych drzwi wana. Deb wiedziała już bardzo wiele o nich na podstawie samej mowy ciała, ubioru, sposobu poruszania się. Mistrz nauczył ją wielu przydatnych rzeczy, obserwacji, wyciągania wniosków. Większy z mężczyzn, kierowca, był podrzędnym w stosunku do tego drugiego, o czym świadczyła jego gestykulacja i postawa. Jego niedbały, szarawy strój, szerokie ramiona i ogolona głowa oraz ciemne, wąskie okulary przeciwsłoneczne nadawały mu wygląd stereotypowego dresiarza. Otworzył tylne drzwi wana, akurat od strony, którą Deb obserwowała i zachęcającym gestem dłoni pozwolił drugiemu zajrzeć do środka. Spełniły się najgorsze obawy i przypuszczenia. Wewnątrz siedziała skrępowana chyba tylko strachem, może dziesięcioletnia dziewczynka, jednak przy tak słabym świetle Deb nie mogła tego dokładnie ocenić, jej sokoli wzrok pozwolił za to dostrzec grymas zadowolenia na twarzy mniejszego z mężczyzn, który pochwalnie spojrzał na drugiego, poklepał po ramieniu i skinął na dziewczynkę, żeby wysiadała, zapewne też zwracając się do niej, może po imieniu. Była ubrana w grubą, czerwoną kurtkę oraz spódniczkę i białe rajstopy, musiało jej być zimno jak pomyślała Deb, sama też odczuwała coraz większy chłód na co w ogóle nie zwracała uwagi, skupiona na obserwowaniu sytuacji. Mężczyzna położył dłoń na policzku dziewczynki i mówił coś do niej, lecz z tak dużej odległości nawet burek ze swoim super słuchem nie miał większych szans, żeby coś usłyszeć. Wkrótce razem z dzieckiem weszli do środka, natomiast kierowca wana, wyjmując jeszcze jakąś wielką torbę z bagażnika zatrzasnął go głośno i w pośpiechu odjechał w tym samym kierunku, z którego przybył. 28 Już półmrok ogarnął okolicę, gdy umysł Deb zaczął pracować z niezwykłą szybkością i precyzją. Wiedziała, że nie powinna działać od razu, ryzykowała wiele, nie było to optymalne z rozważanych przez nią rozwiązań. Ale obawiała się najgorszego, że mężczyzna może skrzywdzić to dziecko jeszcze tej nocy tak, jak kiedyś skrzywdzono starszą siostrę Deb, na co ona musiała patrzeć bezsilnie, cicho łkając i topiąc się w przerażaniu. To wspomnienie odżyło w tamtej wieczornej chwili, stanowiło pożywkę dla bytu, który tkwił głęboko uśpiony w sercu Deb i uruchamiał się w takich chwilach niczym anioł śmierci. Deb już wtedy przestawała się kontrolować, zdawała się na łaskę swojej mrocznej strony, starała się jedynie możliwie silnie z nią współpracować, nadmiernie emocjonalnego podejścia. Pomagała jej w tym postać Mistrza, tkwiąca gdzieś w tle jej umysłu, nadzorująca jej posunięcia i dbająca o każdy szczegół misji, których się podejmowała. aby zminimalizować skutki Nie inaczej było tym razem, gdy Deb przeszywającym wzrokiem spojrzała na burka i gestem dłoni pełnym władzy nakazała mu zostać tam, gdzie leżał przyczajony. Nawet nie drgnął przepełniony respektem. Deb wstała i starannie strzepnęła z kolan resztki leśnej ściółki, po czym pewnym siebie, szybkim krokiem skierowała się w stronę domku, jednocześnie poprawiając każdy szczegół swojej garderoby, czyli krótkich szortów, uwydatniających jej szczupłe, okrągłe pośladki i dobrze dopasowanego, wełnianego swetra o kolorze wieczornej łuny. Działała prawie automatycznie w takich przypadkach. Nie zdradzając najmniejszych oznak zaniepokojenia zbliżyła się do drzwi domku i głośno kopnęła kilkukrotnie w drzwi. Przypuszczała, że mężczyzna przetrzymuje dziewczynkę w piwnicy, dom był tak zbudowany, że było to możliwe, zapukała więc najgłośniej jak uważała za słuszne. W kojcu obok wielki, smukły, czarny doberman stał czujnie i sztywno wpatrując się w jej stronę. Widziała go tylko kątem oka, nie szczekał w ogóle prawdopodobnie wyczuwając w postawie Deb władczość, stał tylko w skupieniu i wpatrywał się na nią swoimi psimi, brązowymi oczami. 29 Oczekując odsunęła się nieco od drzwi przewidując, że mężczyzna zdziwiony będzie chciał najpierw przez okno obejrzeć, co się dzieje i dyskretnie rozejrzała się po otoczeniu. Prawie z każdej strony domek otoczony był sosnowym borem z rzadkim podszytem, nieco z tyłu znajdowała się komórka niewiadomego przeznaczenia, może ubikacja, a z lewej strony przyczepiony na grubym łańcuchu do ciasnej budy sztywno nasłuchiwał pies wielkości małego konia. Nie mogła popełnić najmniejszego błędu. Rozluźniła nieco swoją postawę ciała, zgięła się na nogach i swobodnie, trochę kokieteryjnie oparła ramiona o biodra, topiąc je w fałdach grubego, wełnianego swetra. Tak jak przypuszczała, wkrótce zasłonka na oknie ruszyła się nieznacznie, ale wyraźnie i szybko, zanotowała to tylko kątem oka, aby nie dać po sobie znać, że to zauważyła. Może z dziesięć sekund później drzwi uchylił niski, ale krępy mężczyzna, z króciutko przystrzyżoną głową. Miał eleganckie buty ze skóry, a na jego twarzy zmarszczone brwi malowały zdziwienie. - Cześć! - Deb wykrzyknęła radośnie swoim wysokim głosem, jednocześnie unosząc dłoń i przechylając się nieco w bok. Grała jak tylko potrafiła niezdarną, zagubioną duszyczkę, która aż prosiła się o zaopiekowanie. Wykonała rękami gest świadczący o tym, że jej zimno i jednocześnie powiedziała kierując głowę nieco do tyłu, wskazując miejsce nieistniejącego pojazdu: - Przepraszam, potrzebuję pomocy, samochód mi się zepsuł. - Mężczyzna nie wyglądał na usatysfakcjonowanego tą prośbą. Deb widziała to wyraźnie, obserwowała każdy znaczący szczegół jego mowy ciała, każdy gest, każdy ruch dłonią czy stopą, a szczególnie każdy grymas mięśni twarzy. Prowadziła z nim też pozawerbalną rozmowę, której on nie był świadomy. Sugestywnie uniosła palec odciągając nieco swoją dolną wargę, aby zauważyć, że mężczyzna zareagował pozytywnie na ten subtelny, erotyczny gest. Coraz śmielej wychylał się spoza drzwi, prawdopodobnie trzymał tam schowany pistolet lub jakąś broń palną. Gdy z podejrzeniem spojrzał na swojego psa strażnika zastanawiając się, czemu ten nie ujada, Deb sprytnie odciągnęła 30 jego myśli wskazując subtelnym gestem w drugą stronę i wspominając coś nieznaczącego o chłodnym, pustym lesie. Mistrz uczył ją tych czarów przez bite kilka tygodni, gdy wysłuchiwała jego hipnotycznego głosu. Wiedziała dokładnie, jak stopniowo rozbudzić w mężczyznach pożądanie, jak nimi sterować. Teraz po raz kolejny wykorzystywała tę wiedzę w praktyce i igrała z najwyraźniej jakimś wysoko postawionym członkiem zorganizowanej grupy przestępczej. Wyuczone gesty, tylko odrobinę subtelniejsze od gestów doświadczonej prostytutki zachęcającej potencjalnych klientów, miały być wabikiem, podłożem pod misternie uknuty plan owinięcia sobie tego wielkiego mężczyzny wokół palca, z którym nie miałaby najmniejszych szans w bezpośrednim starciu. Wykorzystywała więc aktorskie umiejętności i wiedzę. Zbliżała się coraz bardziej do mężczyzny, widząc jego zainteresowanie. Reagowała na jego gesty, coraz śmielej wychylał się zza drzwi widocznie już nieco podniecony, opuszczał nieświadomie psychologiczną gardę. Wreszcie słysząc jej słowa, wypowiedziane starannie nieco obniżonym głosem: - Potrafię się odwdzięczyć... - zareagował pospiesznym gestem świadczącym o tym, że chowa broń gdzieś za tylną część spodni. Sprawiła, że czuł się pewnie i władczo i podsycała to jego złudzenie przy każdej możliwej okazji. Jednocześnie potwierdziły się jej przypuszczenia, że dziewczynka musi być przetrzymywana najpewniej w piwnicy, która dodatkowo została wygłuszona dla pewności, że nikt nie usłyszy wołania o pomoc. - Tak silny mężczyzna, pewnie liczy na zaliczkę. - Właściwie był już usidlony, choć nie zdawał sobie z tego sprawy. Czuł jedynie jak jej dłonie, niby niechcący ocierają się o jego spięte ciało, o napięte ramię gdy powoli niczym nimfa przemykała koło niego wchodząc do domku. Jeszcze bardziej się nakręcał widząc, jak pewnie czuje się ona w tym miejscu, jak rozgaszcza się siadając wygodnie i zapraszająco w fotelu owitym miękkim, ciemnobrązowym materiałem. Spoglądała na niego raz zapraszająco, a gdy podchodził pewniej nieco chłodniej omiatała go wzrokiem dając do zrozumienia, żeby nie był zbyt szybki. 31 Działało. Działało dziesiątki razy wcześniej, tak jak mówił Mistrz, działało i teraz. Działało zarówno na mężczyzn jak i na kobiety. Wystarczyło delikatnie podsycać napięcie erotyczne, dawać subtelne oznaki zachęty, po czym odbierać je i odwracać sytuację. Mężczyzna robił się nieco sfrustrowany, próbował coś mówić, spoglądając na siedzącą w fotelu kobietę, która jak gdyby nigdy nic poczęstowała się papierosem leżącym na niskim stoliku obok. Normalnie nie paliła, nie rozumiała w ogóle, jak można być tak głupim, aby palić jakieś suszone zielska, lecz umiała udawać, że pali, kreując się na kobietę o nieco męskich cechach. Pamiętała, co Mistrz mówił jej o paleniu... Mężczyzna wiercił się nerwowo siedząc na kanapie obok i nie potrafił oderwać od niej wzroku. Ona niewzruszenie udawała, że zaciąga się papierosem, jednocześnie spoglądała gdzieś w ciemną otchłań za oknem lub pusty obraz przenośnego telewizora, najwyraźniej zasilanego z jakiegoś agregatu, być może także stanowiącego źródło ogrzewania dla domku. Agregat musiał być zamknięty gdzieś w wygłuszonej piwnicy, dlatego nie było słychać, jak pracuje. W pokoiku panował kameralny nastrój, który nieład na niskim stoliku nieco psuł, z kolei przytłumione, ciemnożółte światło nagiej żarówki wolframowej, wiszącej u sufitu, znacznie wzmacniało. Smród wilgotnych ścian nasączonych dodatkowo dymem papierosowym, który chyba zapobiegał masowemu wystąpieniu na ścianach pleśni, wypełniał nozdrza i skutecznie zniechęcał Deb do brania głębszych oddechów. Nie zwracała jednak uwagi na szczegóły zapraszająco rozłożyła powoli nogi, co dla mężczyzny były erotycznym gestem zachęty. Hamował się przy niej, dając się wodzić za nos i sterować jak samochodzik zabawka. Deb wykonała kolejny krok gdy tylko ten wyjął z paczki papierosa i chciał zapalić. Wstała i zmysłowo zdjęła sweter w taki sposób, aby mężczyzna mógł jeszcze bardziej nakręcić się na widok jej smukłego ciała, odzianego jedynie w obcisłą koszulkę. Podniecił się rzeczywiście, upuścił papieros, też 32 wstał i pozwolił sobie podejść do niej i objąć rękami. Nie napotkał oporu. - Lubisz to robić ostro? - zapytała zmysłowo patrząc mężczyźnie w oczy i nie spuszczając wzroku, dopóki ten nie zrobił tego pierwszy. Budowała psychiczną przewagę nad nim. - Gdzie masz jakieś wygodne łóżko twardzielu, zaraz wypłacę
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Czarodziejka
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: