Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
02217 045556 15675455 na godz. na dobę w sumie
Czarownica - ebook/pdf
Czarownica - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 186
Wydawca: Self Publishing Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-272-3883-2 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> romans
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Czy możesz sobie wyobrazić, Drogi Czytelniku, taką sytuację, kiedy dorosły, bardzo dorosły mężczyzna, napisał książkę i nie potrafi jej przeczytać. Nie potrafi jej przeczytać jednym cięgiem. Nie ma tyle siły żeby przejść przez tekst jeszcze raz. Jeszcze nigdy nie czułem tak wielkiej potrzeby napisania tekstu i jeszcze nigdy nie kosztowało mnie to aż tyle wysiłku. Ciążył mi ten tekst jak kamień. Bałem się zacząć, choć wiedziałem że jeżeli tego nie napiszę oszaleję. Nie ważne czy ktokolwiek przeczyta, ważne że ja o tym już opowiedziałem. Im bardziej zbliżałem się do końca pisania, tym mocniej ściskało mnie w dołku. Już nigdy nie napiszę niczego co będzie dotyczyło prawdziwych ludzi. Nie ważne że żyli dawno temu. Ważne że poczułem jak kochali i jak cierpieli. Tak jakby stali obok mnie. Jakbym znał ich od dziecka. Zamieniłem się w kronikarza. Mogłem zrobić z ich życiem co tyko chciałem. To ja naciskałem przyciski klawiatury. Ale jednocześnie nie mogłem, bo historia musiała być prawdziwa. I kończyć się tak jak skończyła się naprawdę. Napisałem romans, choć tego nie chciałem. Napisałem śliczną książkę. Tego chciałem. Nie chciałem cierpieć. Cierpiałem.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

1 2 © Copyright by Antoni Kocela Projekt okładki Antoni Kocela ISBN 978-83-272-3883-2 Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub części publikacji zabronione bez pisemnej zgody autora. 3 CZAROWICA Trzymał ją silnie pod rękę. Widziała, kątem oka, że stara się robić wszystko, by się nie potknęła. Spoglądała czasami w bok i natrafiała na jego zachmurzoną twarz. Był bardo podobny do ojca. Nie był jego kopią, gdyż oczy miał jej, ale kształt twarzy, usta i nos miał po Stachu. Sąsiadki często patrząc na Wojtka podkreślały, że jest do ojca podobny wyjątkowo. Wojtek przyjmował te sugestie z dużym dystansem, bo nie bardzo postrzegał ojca jako przystojnego faceta. Raczej spracowanego, zmęczonego i trochę zbyt cichego człowieka. Być może właśnie cechy charakteru, którymi możnaby opowiedzieć ojca sprawiły, że jego obraz, wyryty w pamięci syna był właśnie taki. Dochodzili do domu i chciała się uwolnić z uścisku dłoni syna. - Mamo – powiedział z niepokojem. - Wszystko dobrze. Nie będę rozpaczać i rzucać się na ziemię i krzyczeć. Tak widocznie musiało być. Tak będzie mi łatwiej iść. Trójka jej dzieci spojrzała na siebie niepewnie. Zwolnili kroku, ale Jadwiga szła szybko. Nie zwracała uwagi na to, że znaleźli się z tyłu. Szła energicznie do domu, jakby bała się, że nie zdąży przygotować posiłku dla ojca. Nie zatrzymała się jednak, jak to miała w zwyczaju w kuchni, lecz weszła do pokoju z dużym okrągłym , wykonanym przez ojca, stołem, gdzie w niedzielę jadali obiad. Usiadła i patrzyła w okno. Bała się, bardzo się bała tego, że teraz zostanie sama. Nie tego że będzie w dużym domu jedynym jego mieszkańcem, lecz tego że będzie musiała poradzić sobie z mijającym czasem w pojedynkę. Dzieci co prawda nie mieszkają zbyt daleko, ale na tyle, żeby bywać w domu w gościach. To wielka różnica. Było jej smutno, że Stachu odszedł trochę zbyt wcześnie. Zawsze jest zbyt wcześnie, ale z jej punktu widzenia moment pożegnania wygląda zupełnie inaczej. Już nie jest tak, że czegoś szkoda. Że czego żal. Przychodzi ten czas i trzeba spokojnie i z godnością odejść. Ale jeszcze nie czuli się na tyle starzy, by uznać, że pora odpocząć. To straszne! Czemu akurat musisz odchodzić z godnością. Bała się czytać, lub słuchać, że ten a ten nie podał się i walczył z chorobą do końca. I co? I już go nie ma. Czy gdyby nie walczył to... Też by go nie było, ale nie męczyłby się zbędną nadzieją, że jest szansa. Szansa jest tylko wtedy gdy jest. Jeżeli jej nie ma, to żadna walka w niczym nie pomoże. Wmawianie sobie, że to psychika pozwala człowiekowi pokonać największe przeszkody, tych wypadkach, gdy jeszcze jest szansa. Gdy jej nie ma, walka staje się jedynie durnym przedstawieniem, w którym marnujesz i tak ostatnie siły, na pokazywanie światu, że podejmujesz próby. A dla najbliższych pozostawia żal, że tak bardzo chciałeś żyć, ale ci się nie udało. Wtedy jest im jeszcze smutniej. Jest im jeszcze trudniej i jeszcze bardziej odczuwają twój brak. A może trzeba walczyć. Jeżeli będziesz walczyć, będziesz żyć jeszcze z pięć lat. Pięć lat. Po co żyć pięć lat. Że niby warto. Nie warto, jeżeli pięć lat przeżywa tylko trzy procent. Walcz więc. Będziesz w tej grupie i będziesz znów się bał i umierał po raz drugi, tak samo przerażony i smutny. Nieprawda. Człowiek powinien walczyć! – jest prawdziwa tylko w 4 (Nie wierzę w to co napisałem. Autocenzura nakazuje mi napisać to bezsensowne zdanie, gdyż tak powinno się pisać. Więc napisałem.) - Babciu. Babciu – wpadł do pokoju wnuk. Miał blond włosy i śliczne jasne oczy. Kiedy był mały lubił patrzeć w lustro i powtarzać, że ma takie oczy jak babcia. - Masz najpiękniejsze oczy. – mówiła mu wtedy z uśmiechem. – Ładniejsze niż babcia. Wykłócał się, że ma takie same. Nie ładniejsze. Teraz wbiegł i przywarł polikiem do jej uda. Gładziła jego jasną czuprynę. Po chwili podniósł głowę i spojrzał w jej oczy. Był śliczny. - Babciu, ale powiedz. Jak byłaś młoda to byłaś czarownicą ? – zapytał z autentycznym zainteresowaniem. - Marek, proszę natychmiast do mnie. – usłyszała zdecydowany głos córki wchodzącej w drzwi pokoju. – Co ty za bzdury opowiadasz. Ja tylko... – próbował malec. - - Nie ma „tylko”, przeproś i zmykaj. - Popatrz na mnie – powiedziała do wnuka. – Wyglądam jak czarownica? – kończyła pytanie już z autentycznym uśmiechem. Mały patrzył uważnie w jej oczy. Ona zaś zdecydowanym gestem wstrzymała córkę, by nie przeszkadzała. Trwała chwila ciszy, bo starała się nie śmiać, widząc jego zapatrzoną twarz. - Nie. Wyglądasz jak wróżka – powiedział i pocałował ją w zniszczoną rękę. Łzy pojawiły się w jej oczach. Córka chwyciła synka za rękę i odeszli. Dziewczyna jeszcze w drzwiach przyłożyła do oczu wyszarpniętą z kieszeni chusteczkę. Nie chciała żeby mama widziała że płacze. Jadwiga słyszała jeszcze jak w kuchni przygotowując jedzenie, Ela wyciera łzy, które niespodziewanie napłynęły jej do oczu. Podniosła się powoli i podeszła do kredensu, który już tyle lat im służy, a z którego Stachu był dumny wyjątkowo, bo wykonał go z najlepszego drewna i najstaranniej jak potrafił. Otworzyła dolne drzwiczki i sięgnęła po wyprasowany obrus. Nie będą jedli na starym obrusie. Już jest po wszystkim. Już jest nowe. Nie ważne czy dobre, ważne że nowe. Kucnęła i zobaczyła to o czym zapomniała. Stała cichutko w kącie, lekko osłonięta serwetami. Nie dawała żadnych znaków. Nie starała się o sobie przypominać. Była. Czekała na ten czas, kiedy znów będzie potrzebna. Jadwiga sięgnęła po małą skrzynkę. Wróciła do stołu. Otworzyła wieczko. Koperty leżały dokładnie tak, jak je kiedyś zostawia. Pachniały drewnem i starością. Zdziwiła się, że pamięta w jakiej kolejności je układała. Pamiętała jak wyglądają. Nie pamiętała tylko jakie słowa w nich się kryją. Jaką mają treść, wiedziała. Nie pamiętała jednak słów, które tę treść przekazywały. Czuła się bardzo dziwnie. Tak jakby wszystko co się zdarzyło, ten cały czas, był przeżyty bez potrzeby. Wszystko co minęło, już było. Nie ważne czy było piękne, czy straszne. Już dziś nie potrafi się cieszyć tym, co było radosne, ani bać tego, co było straszne. Przestraszyła się trochę takich myśli, bo przecież są dzieci, a dla nich warto było. Ale świadomość tego trwała w niej gdzieś głęboko. Zbyt głęboko żeby o tym nie wiedzieć. Zapragnęła , bardzo chciała, iść teraz znów na grób męża i przed nim się z tych myśli wyspowiadać i iść na jego grób. Ale jego grób... gdyby chociaż wiedziała gdzie. Nawet w tylko w przybliżeniu. Choćby z małą dokładnością. W jakiej części tego 5 wielkiego państwa. Chociaż koło jakiego miasta. To wiedziała, ale wcale nie była pewna, czy to miejsce jeszcze istnieje. *** Bóg, kiedy wybierał rzeźbiarza, by stworzył jej twarz, spojrzał na maleńkie dziecko leżące w beciku, na niewysokiej górce, ukrytej za wzniesieniami osady i wskazał na artystę, stojącego w drugim szeregu. - Czemu ja? -zapytał artysta.- On – wskazał na stojącego obok artystę – rzeźbi najpiękniejsze twarze świata. Bóg uśmiechnął się lekko i spojrzał spod gęstych brwi. - On rzeźbi najpiękniejsze, ale ty najszlachetniejsze. Jego twarze są piękne dla samego piękną. Twoje są piękne i mądre. To coś zupełnie innego. Niech będzie piękna, ale piękna szlachetnie. Chcę, by jej twarz była właśnie taka. Nich jej oczy będą niczym promyk zorzy wyłaniający się z mgieł porannych. Tak żeby każdy, kto na nią spojrzy, miał wrażenie, że patrzy na niego spod powiek. Że nie patrzy wprost, lecz jak gdyby z lekkim skrępowaniem, ale by widać było w nich mądrość i rozwagę. By był w tych oczach błękit nieba i blask rosy i promyk światła kiedy zachodzące słońce, końcowym tchnieniem wysyła ostatni powiew ciepła, żeby zniknąć na długą noc za wzniesieniem, by były piękne i delikatne. - Nie wiem czy potrafię? - Potrafisz, bo ja już dałem jej duszę, stokroć piękniejszą niż wszystkie dzieła mistrza od pięknych twarzy. To ciekawe, ale Bóg w zasadzie się nie myli. Kiedy rzeźbiarz zajęty był tworzeniem szlachetności jej twarzy , dusza powoli sadowiła się w swym nowym mieszkaniu. Rzeźbiarza czasami to denerwowało, bo przeszkadzało mu w pracy. Pewnego dnia nie wytrzymał i spojrzał na duszę, która do tej pory go nie interesowała. Patrzył zafascynowany, bo choć spotkał wiele dusz, tak pięknej jeszcze nie widział. I posmutniał. Wrócił do swego zajęcia, lecz do końca dnia ani raz się nie uśmiechnął. Kiedy stwórca wpadł na chwilę, by zobaczyć jak idą prace, artysta nie wytrzymał. - Ona jest tak delikatna, tak szczera i tak piękna, że może być tylko - nieszczęśliwa. Ona jest tak delikatna, tak szczera i tak piękna, że wiecznie może być młoda. A to dar największy. - Ale... Bóg przyłożył palce do ust, dając artyście znak, by nic nie mówił. - Ja to już przerabiałem. Przynajmniej raz. – powiedział Stwórca. – Tak będzie lepiej. - Ale... - Czy myślisz że mógłbym zrobić coś nieodpowiedniego? - Wiem że nie. Ale jeżeli stworzę jej taką twarz jakiej dla niej pragniesz, a jej dusza będzie taka jaką jej podarowałeś, może być bardzo nieszczęśliwa. Nie chcę, by moje dzieło stało się nieszczęściem dla tak pięknej duszy. 6 - To ja ją stworzyłem. Ty jedynie jesteś narzędziem. Wyjątkowym, ale jednak tylko narzędziem. Wierz mi mimo wieku wiem co robię. *** Wszyscy domownicy co chwila spoglądali w okno. Było już dobrze po południu i ojciec powinien już wracać. Jeżeli wszystko poszło dobrze, ojciec będzie zadowolony i wtedy w domu będzie świętowanie. Ojciec nie był despotyczny. W zasadzie nigdy nie krzyczał. Nie podnosił głosu w domu. We młynie zdarzało mu się czasami ostro zakląć i popędzić nieudolnych pomocników. Czasami okrzyczał chłopa, który przywiózł lekko zatęchnięte zboże i oczekiwał od ojca białej pachnącej mąki. Ojciec był świetnym fachowcem i nie sposób było go oszukać. Co jakiś czas zdarzało się jednak, że ktoś zdesperowany, lub przyparty głodem do muru, przyjeżdżał ze zbożem które nie nadawało się nawet na paszę. Wtedy po długich rozmowach kończyło się na drobnej pożyczce pewnej ilości mąki, by rodzina mogła doczekać do wiosny. Ojciec gdy wracał, a coś nie poszło po jego myśli, był smutny. Nie robił awantur i nie wyżywał się na domownikach. Lecz smutek jaki go ogarniał był przygnębiający dla wszystkich. Niby wszystko było dobrze. Niby wszystko było normalnie, ale w jego oczach , w barwie głosu, kiedy się odzywał, dało się wyczuć że coś jest nie tak. Wtedy cała atmosfera w domu przygasała. Nawet dzieciaki małe czuły, że nie pora na szaleństwa. Ojcu zwykle przechodziło następnego dnia i znów żartował i znów wracało to wszystko co do domu wnosił. Spokój i uśmiech. Było szaro kiedy usłyszeli jak na podwórko wjeżdża wóz ciągnięty przez dwa konie. Ojciec widząc wpatrzone w niego oczy domowników, ukrytych za kusymi firankami, uśmiechnął się i pomachał ręką. Zdejmował z wozu tobołki, a zatrudniony we młynie parobek, po chwili doprowadził konie do stajni. Mama wyszła mu na powitanie. Rozmawiali głośno i wesoło. Ojciec wydawał się tak wysoki z miejsca gdzie znajdował się Tadeusz, że aż momentami w malcu budził lęk. Uwielbiał jednak ten moment kiedy ojciec dostrzegał go ukrytego gdzieś za krzesłem, albo taboretem. Podchodził do niego, pochylał się i maluch czuł jak silne dłonie ojca sprawiają, że nagle staje się wyższy od swego rodzica. Staje się wyższy od wszystkich domowników, a drewniany, belkowany sufit jest tuż nad głową. Tadzio śmiał się wtedy głośno i serdecznie . Ojciec przyciskał jego gładkie policzki do szorstkiego zarostu, czym łaskotał go, sprawiając że śmiech był już nie do opanowania. Wszyscy się uśmiechali, a starszy brat patrzył na to z pewną zazdrością. Najstarsza z rodzeństwa Małgosia była jego piastunką i opiekunką. To była jej rola, z której wywiązywała się solidnie. Była starsza tylko o pięć lat, ale to wystarczało, żeby miała swoje obowiązki. Teraz kiedy skończyła osiem, praktycznie mogłaby już zastępować dorosłą mamkę. Ojciec siedział i jadł posiłek. Mama usiadła po drugiej stronie stołu i rozmawiała z nim o czymś. Tadeusz nie wiedział o czym rozmawiają. Stał trzymając się kurczowo spodni ojca, czekając na najważniejszą część powrotu ojca. W końcu posilony rodzic wstał i zaczął rozpakowywać jeden z tobołków. Tadek był tuż przy nim. jednak - Czego – zapytał ojciec uśmiechając się do malca. Dziecko nie spuszczało oczu z jego rąk. W końcu uśmiech pojawił się na ustach małego człowieczka. Ojciec pamiętał. Jak zwykle z tak dalekiej podróży miał dla niego prezent. Lizak. Najprawdziwszy lizak. Wystarczyło jeszcze pocałować ojca i 7 twarda słodycz długiego, kolorowego cukierka rozpływała się w ustach. Jeszcze siostra i starszy brat otrzymali prezenty i ojciec poszedł doglądnąć młyna. Dzieci zajęte zlizywaniem słodyczy uspokoiły się i siedziały na łóżku spoglądając na siebie uważnie. Każdy liczył, że jego lizak będzie największy i najdłuższy i że będzie go lizał długo i długo, prawie bez końca. Drzwi kuchni otworzyły się energicznie. - O Janina. – powiedziała mama - Co tam. - Nie nic. Inom przyszła żeby powiedzieć twojemu, że rano przyjedzie sołtys z jakimś drugim z miasteczka. Chcą żeby zrobił im ospy. - A to kto ważny. - Nie wiem. Może jaki Żyd. - Jakby Żyd... to może jakieś większe zamówienie. To dobrze, bo pieniądze są potrzebne. Trochę żeśmy się wykosztowali. - Nie wiem. Nie powiedział, ale mówił że z miasteczka, to ktoby inny. Jakby trzeba było zboża, to my jeszcze mamy. Po dobrej cenie mój pewnie by puścił. Ja to bym wolała żebyś ty mu powiedziała. - No to gadaj z Michałem. - - Mogę mu powiedzieć. - U Grudniów urodziła się dziewczyna. - Tak? Już? – zdziwiła się mama – Nie widziałam Grudniowej już dawno. Kto odbierał? - Ano Gajdowa. Kto by inny. A urodziła się z dziesięć dni temu. - Która to z kolei. - Ano siódma. - Same dziewczyny – zamyśliła się mama Ciąża na wsi była czymś tak częstym i naturalnym, że trudno było znaleźć obejście bez kobiety z brzuchem. Kobiety były zwykle albo tuż po połogu, albo tuż przed poczęciem. Chłopy, czyli mężczyźni, małżonkowie nabierali wielkiej ochoty do spełniania swym małżeńskich powinności, szczególnie wtedy gdy odrobina alkoholu, choć nie zawsze odrobina, rozgrzewała ich organizmy. Wtedy niespiesznie, ale z ochotą wracali do domów. Często zapominali nawet, że dzieciaki na sąsiednim łóżku nie wszystkie jeszcze śpią i dopadali swojej małżonki. Zwykle było to działanie krótkie tak bardzo, że kobiety nie zdążały zapamiętać tego co się wydarzyło. Ich mężczyźni zasypiali bowiem po tym natychmiast, chrapiąc głośno. One zaś powoli uspokajamy oddech. Niewiele z nich miało odwagę dotknąć się tam. Nie wiedziały czy to nie jest przypadkiem grzeszne. A grzechu bały się najbardziej. Nie dotykały się, choć ręka sama szukała tego miejsca. Zatrzymywała się jednak w pół drogi. Sen przychodził zwykle późno. - No. Same. Będzie we wsi źle. Będzie trwoga. – powiedziała po chwili ciotka Janina, z wyraźnym niepokojem w głosie. - A czemu? - Siódma... znaczy czarownica. - A cóż ty gadasz. - Mówią, że jak się siódma dziewczyna urodzi, to musi czarownica. Mleko krowom odbierze, nieurodzaj wielki sprawi i chłopów na pokuszenie będzie wodzić. – szeptała głośno ciotka 8 - Co ty za głupoty gadasz. Toż ino tak gadają. A słyszałaś żeby gdzieś tak się działo? Do izby wszedł ojciec. - Co? – zapytał. - U Grudniów urodziła się czarownica. – powiedziała z wielkim przekonaniem Janina. Jaka czarownica ? – zapytał zaskoczony ojciec. Jak jaka? Siódma dziewczyna z kolei. Czyli musi być czarownica. - - - Co ty Janina pleciesz. – rzekł uśmiechając się ojciec. – Zabobony jakieś. Siódma to siódma. A jakby dziesiąta to co sam diabeł, albo królowa. - Oj nie gadaj ty, nie gadaj. Ludzie wiedzą co mówią. Siódma. *** To dziwne, ale w głowie człowieka zostają wspomnienia nawet z tak wczesnego dzieciństwa. Jeżeli są odpowiednio ważne i dotyczą spraw podstawowych nawet dwulatek pamięta rzeczy, których pamiętać nie powinien. Tadek leżał obok brata i siostry na szerokim łóżku i słuchał rozmowy rodzeństwa o przyjściu na świat czarownicy. Bał się, bo oni też się bali. Nie wiedział dokładnie co to jest czarownica, ale czuł że to coś niedobrego. Brat zastanawiał się co będzie, jeżeli ona przyjdzie do nich. Jeżeli zabierze ich krowom mleko. Usnął przerażony. Śniło mu się coś niedobrego, bo krzyczał w nocy i rzucał się , budząc rodzeństwo. Mama musiała w końcu wziąć go do ich łoża i ukryć między rodzicami. Rankiem kiedy otworzył oczy i zobaczył, że jak zwykle jest sam w dużym pokoju, wstał nie pamiętając zupełnie wieczora. Jadł to co mu mama przygotowała. Mleko grzało się od dłuższego czasu na kuchni, w której od piątej paliły się małe gałązki przywiezione przez parobka z lasu. Było przyjemnie. Słońce stało już wysoko na niebie. Mama gładziła go po czarnych kędziorach. Nie przepadał za tym, ale pozwalał mamie na wszystko bez protestu. Wyszedł na podwórko przywitać się z psami. Lubił kiedy dwa najmniejsze przychodziły leniwie do niego i lizały jego rączki. To łaskotało przyjemnie i ciepło. Czasami obejmował któregoś za szyję. Pies był przyjemnie ciepły. Czuł jak oddycha, jak sapie, jak poruszają mu się mięśnie, jak odpycha pyskiem jego ręce, kiedy chwytał zbyt mocno za sierść. Wszystko kończyło się zwykle tak samo. Tracił równowagę i siadał, a psy brały nad nim górę i lizały go po głowie. Opędzał się wtedy, podnosił i uciekał do domu. Tak było i tym razem. Wbiegł do kuchni. Psy nie miały odwagi wejść. Gospodarz na to nie pozwalał. Czekały więc chwilę przed wejściem do domu. Po chwili zajęły się czymś innym i pognały gdzieś za stodołę. Malec też po chwili zapomniał o swoich przyjaciołach i wrócił na podwórko. Szedł trochę bez celu w stronę furtki, za którą znajdowała się droga, schnąca powoli po przedwczorajszym deszczu. Nigdy nie udało mu się samodzielnie pokonać furtki, gdyż zawsze broniła mu przejścia siostra. Tak było i tym razem. Zjawiła się nie wiedzieć skąd i już trzymała go za rękę. Prowadziła go za stodołę, na łąkę. Było ciepło i kilkoro dzieciaków bawiło się patykami. Wszystkie starsze dzieci przypadły do niego i przez chwilę wykazywały wielkie zainteresowanie jego osobą. Trwało to jednak krótko i już po chwili zostawiono go, by sam wyszukał zajęcia odpowiedniego dla siebie. Usiadł na małym klocku i spojrzał w bok. Na sąsiedniej łące ciotka Janina przepalowywała krowę. Kiedy ją zobaczył wróciło wspomnienie wczorajszego wieczoru. Bał się. Bardzo się 9 bał. Nie miał odwagi płakać głośno, ale łzy popłynęły mu z oczu. Skulił się i czekał żeby ciotka odeszła. - Co ci? – zapytała siostra kucając przed nim i całując go w policzki. – No co ci? Tadeusz łkał, a klatka piersiowa wykonywała gwałtowne drgnięcia. Siostra przytuliła go, a potem ruszyła na spacer w dół łąki, co lubił szczególnie. Już po chwili śmiał się radośnie. Po godzinie wrócili. Całe towarzystwo siedziało w cieniu i jadło skradzione z sadu jabłka. Trochę kwaśne, bo pora roku jeszcze zbyt wczesna, ale za darmo więc smakowały wyjątkowo. - No. I ciotka mówiła że to czarownica? – zapytał najstarszy z siedzących. - Tak mówią, że jak siódma to czarownica. Mnie babka też mówiła. Ale babka nie żyje. - Ciekawe jak wygląda? Tadeusz siedział cichutko i w miarę rozwijania się rozmowy usta zamieniały się w podkówkę. W końcu rozpłakał się głośno i prawie szlochał. Siostra przytuliła go mocno. Dopytywała co się stało. Ale już się domyślała. Mały bał się czarownicy. Zakazała zebranym mówić przy małym o takich głupotach i powędrowali razem do domu. Po drodze też odczuwała dziwny niepokój związany z narodzeniem się czarownicy. W końcu nie w każdej wsi rodzi się ktoś taki. - Co się stało ? Upadł? – pytała mama, mieszając strawę dla pracowników młyna. - Nie. On się boi czarownicy. - To po co go straszycie. Jest najmniejszy. - Ale on się boi tej czarownicy od Grudniów. Mama wzięła go na ręce. Otarła łzy. - Nie ma żadnej czarownicy. Ciotka tylko tak mówiła. Urodziła się śliczna mała dziewczynka. Jak będą ją chrzcić, to zobaczysz jaka jest ładna. Nie ma żadnych czarownic. Ciotka tylko tak mówiła. Tato wczoraj powiedział, że nie ma. Mały wtulił się w nią mocno, rękami objął szyję i łkał nadal. - Głupia. Co za głupoty opowiada przy dzieciach. Teraz będą bały się wyjść wieczorem z domu. – pomyślała nie bez nerwów. - Mało to już szkody wyrządziło opowiadanie parobków o duchach. Dzieci bały się wejść same do pustego pokoju. Teraz jeszcze ta czarownica. Janina chyba nigdy nie zmądrzeje. Mały powoli uspokajał się. - Zrobimy tak. – powiedziała bardzo spokojnie mama.- Jutro weźmiemy rzeczy w których chodziłeś jak byłeś maleńki. Mam jeszcze kilka pieluszek i zaniesiemy do Grudniów. Może jeszcze coś, porozmawiam z ojcem. Zobaczysz dziecko i nie będziesz się już bał. Ja też pójdę ? – zapytała siostra. - jest chyba więcej, więc Młynarzowa zorientowała się, że przelękniętych zdecydowała, że pójdzie z całą trójką. Wieczorem omówiła kwestię z mężem. Cieszył się z kontraktu, który ugadał z działoszyckim Żydem. Teraz tylko zająć się skupem zboża. Jak najwięcej. Przyszedł czas dobry i bogaty. Będzie na wszystko stać. Tak dużego zamówienie jeszcze nigdy nie miał. Cieszył się tym bardziej, że los mu sprzyjał. Oszczędzał przez kilka lat i wczoraj zamówił nowe żarna do młyna. Nowe pasy i przekładnie. Dokładnie dzień przed tym, jak miało się okazać, że wszystko zwróci się w ciągu roku, a jeszcze 10 pewnikiem coś zostanie. Biedy nie mieli. Zdecydował więc, że skoro już urodziła się czarownica, to pora udać się z odwiedzinami do niewrogiego przecież młynarza. Grudniowe też mieli młyn. Nie był na mocnej murowanej podbudowie wykonanej z jasnego piaskowca, jak młyn Foremników. Usytuowany lekko za wsią, w niewielkiej dolinie. Wiosną wyłaniał się nagle spomiędzy kwitnących wiśni, a później jabłoni. Mniejszy od ich młyna i starszy, jednak wiele osób korzystało z jego usług. Grudzień był dobrym fachowcem, ale szczęścia nie miał zbytniego. Jakoś tak, jakby los trochę się na niego uwziął. Co rusz jakieś nieszczęście spadało na ten młyn. A to piorun uderzył w stojące obok drzewo, a ono upadło tak nieszczęśliwie, że wyłączyło młyn z pracy na kilka tygodni. A to pijany pomocnik zaprószył ogień, który tylko cudem udało się ugasić, bo młyny z drewna wykonane, paliły się jak pochodnie. A to pękły bale podtrzymujące wiatę, w czasie wielkich opadów śniegu. Bóg odpłacał Grudniom w dzieciach. Prawie w corocznych odstępach przychodziło na świat kolejne dziecko i za każdym razem była to dziewczynka. Ojciec na ubranka się zgodził. Choć spojrzał na żonę. - A jakby tak nam coś... - A idź ty. Głupek jeden. Mało mamy dzieciaków. Mało pracy przy nich i w gospodarstwie. - Weź im miodu, bo Grudnie nie mają pszczół. Zawsze się przyda.- dodał ojciec Odepchnęła go, choć już wiedziała, że dzisiejszej nocy, zaraz po tym jak dzieciaki usną, pociągnie ją do izby za spiżarnią, gdzie kiedyś mieszkała jego matka. Wcześniej wyjmie wódkę upędzaną ze śliwek i będzie pił w małych kieliszkach. Nie będzie nic mówił, ale ona będzie czuła jego spojrzenie. Kiedy spojrzy w jego oczy, będzie wiedziała, że nie ma mowy o jakimkolwiek sprzeciwie. Gdyby teraz nie pozwoliła mu na tych kilka chwil szczęścia, ranek byłby nie do wytrzymania. Zanim urodził się pierwszy syn, zdarzało mu się, że nie czekał do nocy, lecz chwytał ją za rękę i ciągnął do młyna. Tam rzucał ją na worki i przywierali do siebie mocno i głęboko. Trwało to ledwie krótką chwilę. Czuła jak kończy. Wracali szybko, by nikt ich nie zobaczył. Tak jakby nie mogli tego tam robić. Byli w końcu małżeństwem. Wiedziała jednak, że kiedy za chwilę, po zmroku, zabierze ją za spiżarnię, to trwać to będzie znacznie dłużej. Czasami tak długo, że aż bolały ją uda. Ale w głowie przez chwilę się zakręci. I będzie to coś tak miłego, że ból ud staje się czymś zupełnie nieistotnym. Wieczór dla dzieciaków był trudniejszy niż przypuszczała. Dzieci były pełne niepokoju przed jutrzejszą wizytą. Słyszała jak co jakiś czas coś do siebie mówią. Tadeusz na szczęście usnął twardo, zmęczony wrażeniami dnia. Zrobiło się cicho, bo oddech dzieciaków stał się równy, a Michał powolutku w ciszy sączył wódkę. - No. Idź już. Zaraz przyjdę. – powiedział cicho wstając i obłapując ją z tyłu za biust. - Nie wiem czy śpią ? - Śpią. Śpią- szeptał jej do ucha.- Rozbierz się. Niech pierzyna będzie rozgrzana. A ja pogaszę lampy. Szła licząc dni od ostatniego okresu. Dostała od akuszerki z miasta taką książeczkę. Przeczytała ją i dowiedziała się jak to trzeba liczyć. Czytała też coś o prezerwatywach, ale nie wierzyła, że coś takiego istnieje. Zresztą jak ... Eee... Głupota. Czekała na niego dość długo, a on przyszedł w humorze wyjątkowym. Dwa razy nie pozwolił jej 11 usnąć. Kiedy chrapał, po raz pierwszy ręką znalazła drogę. Rano nie mogła uwierzyć, że dotyk może być tak przyjemny. Dzieci pobudziły się wcześniej niż zwykle. Nikt nic nie mówił, ale dało się odczuć napięcie. Kiedy skończyła oporządzać gadzinę i wracała do domu, zobaczyła zaskoczona, jak pod ich płotem stoi niemała gromadka dzieci. W różnym wieku, od bardzo małych do tych już lekko wyrośniętych. - Co was tu tak przygnało? - Nie. My ino tak. – powiedziała najstarsza dziewczynka. Kiedy weszła do kuchni zobaczyła oczy dzieciaków, jakby pytały czy już pora. - Mówiłaś komu, że idziemy do Grudniów? - No. Ino Kryśce. - Bo stoi ich pod domem cała procesja. Pamiętasz co mówił ojciec. Nie opowiada się nikomu co dzieje się w domu. Zapamiętaj. Jak my teraz pójdziemy, z tyloma dzieciskami. Małgosia zrobiła smutną minę. Otola wiedziała, że takiej informacji dzieciaki nie mogły zostawić tylko dla siebie, ale denerwowało ją, że cała wieś już żyje jej odwiedzinami u Grudniów. Do niczego jej to nie było potrzebne, a Michał jeszcze się zdenerwuje. Michał wpadł na chwilę do domu. - Ale to będziesz procesję prowadziła – rzekł już na wejściu . - Nie wiem skąd wiedzą. Tylko kłopot z tym... - A nich idą. Chwycił ją w pół i przyciągnął do siebie. Dłoń położył na jej grubej spódnicy poniżej brzucha. Uśmiechnęła się do niego. On mrugnął do niej. Przed południem szli nierówną drogą ciągnącą się lekko pod górę, gdzie na szczycie wzniesienia łączyła się z prawdziwym traktem biegnącym gdzieś od Miechowa. Bita droga kończyła się kilometr za wioską. Dalej wiodła już tylko polna droga, choć szeroka i wygodna. Dopiero za dworem wpadała do małego zagajnika zamieniając się w drogę polną, na której miejscami trudno było się wyminąć dwoma wozami. Cała czwórka szła powoli , ciągnąc za sobą gromadę dzieci, która teraz była już bardzo duża. Małgosia bardzo chciała nieść prezenty dla małej i Otola pozwoliła jej trzymać na brzuchu, miękki tobołek z rzeczami. Przemieszczali się powoli, ze względu na Tadeusza, a za nimi w pewnej, jak uważali bezpiecznej, odległości posuwało się kilkanaścioro dzieci. Nie było rozmów. Małgosia kilka razy oglądała się z wyższością na swych znajomych. Była dumna, że idzie z rodziną w odwiedziny do czarownicy. Otola całą drogę modliła się w duchu, żeby dziewczynka była normalna. To znaczy żeby urodziła się bez jakichś wyraźnych wad. Żeby nie miała znamion, blizn, czy deformacji. Bo to tylko jej dzieciaki przestraszy i jeszcze może się wiara w czarownice spotęgować. Pamięta świetnie, kiedy jako dziecko słuchała po zmroku niesamowitych opowieści o duchach, strzygach i zmorach które dopadają ludzi. Bała się wtedy tak bardzo, że nawet nasunięta na głowę pierzyna, nie zawsze dawała poczucie bezpieczeństwa. Nie chciała też żeby z jej domu wychodziły plotki. Bo plotki przez wiele lat im najczęściej robiły krzywdę. Powodziło im się lepiej niż innym, co ludzką zazdrość rozbudzało nad wyraz mocno. Słyszała na temat swój i Michała tyle różnych bzdur, które szybko przeradzały się w ludzkich opowieściach w pewnik, że była ostatnią osobą we wsi, która chciałaby jakiejkolwiek krzywdy Grudniów. Młynarzowa nagle zatrzymała się. - 12 Jak to tak. Jak to może iść do obcych ludzi , do których tak rzadko zachodziła, może dwa albo trzy razy w życiu, by zobaczyć czy ich nowonarodzone dziecko jest strzygą. – mówiła do siebie w myślach.- Nie może zrobić komukolwiek krzywdy tylko dlatego, że jej szwagierka bzdury wierutne opowiada. Jakby to wyglądało i jakby o tym cała wieś, a może i ksiądz mówił. Toż to, ona Młynarzowa, na pośmiewisko by się wystawiła. - Nie dzisiaj nie idziemy. Może później. Kiedyś. – powiedziała i zawróciła. Dzieci przemaszerowała obok nich. stały zaskoczone patrząc z niedowierzaniem jak cała czwórka - Chodźcie wszyscy z nami. Dam wam chleba z miodem. – powiedziała Otola w kierunku zaskoczonych dzieciaków. – Tylko szybko, kto nie zdąży nie dostanie. Czekacie przed furtką. Dzieci ruszyły pędem w stronę ich posesji. Krzyczały popychały się, za nimi ruszyła też Gosia. Tadzio został powstrzymywany przez mamę. W furtkę z trudem wepchnęli się przez wąski szpaler. Teraz wszystkie dzieciaki wbiegły na podwórko czekając na obiecaną słodką nagrodę. Otola wyniosła wielki chleb na drewnianej tacy. Garnek kamionkowy pełen miodu. Kroiła pajdy i podawała zaczynając od najmłodszych. Po kilku minutach dzieci siedziały wokół niej, w ciszy delektując się wspaniałym słodkim smakiem. Pod furtkę zajechał wóz z wiklinowymi bokami. Otola spojrzała przez okno i usiadła. Bogu przyjdzie dziękować, że się z drogi wróciłam – szepnęła do siebie. Poznała woźnicę. Z wozu zeskoczył Grudzień. Maciej Grudzień, do którego całą wsią przed chwilą się wybierali. Wyszła przed dom, dokładnie w chwili kiedy Maciej popychał drewnianą furtkę. Kiedy ją zobaczył, zdjął czapkę z głowy i się ukłonił. Otola ruszyła w jego kierunki i prawie jednocześnie spojrzeli w bok w stronę obejścia Janiny, gdzie coś huknęło, po czym sylwetka jej szwagierki ruszyła pędem do domu, z wielkim łoskotem zamykając za sobą drzwi. Dzieci na podwórku zamilkły. - Witaj Macieju. Co cię sprowadza? - Witaj Otolu. Ale dziecisków to ty masz do wykarmienia.- powiedział gość z uśmiechem.- Ja to do twojego przyjechałem. Sprawę osobistą mam. - Michał jest we młynie. Teraz chyba nie jest zajęty. To idź. - Maćku – zebrała się na odwagę – Słyszałam, że ci się rodzina powiększyła. - A to już będzie ze dwa tygodnie, chyba. Wiesz już? Córka... siódma. – powiedział i mina mu zrzedła. - To dobrze, że córka. Będziecie mieli opiekę na starość. - Opiekę, ale gospodarza mieć nie będę. - Nie mówcie nawet tak. Dziecko to dar Boży. Nawet się do was wybierałam, małą zobaczyć. - Dar Boży mówisz... No tak.. dar Boży. Ale wiesz co mówią? - Nie wiem, bo ja się wczoraj ledwie dowiedziałam. - Że siódma, to czarownica. - Co wy też Macieju mówicie, Toż wy mądry człowiek jesteście. Szkoły - pokończone. Gazetę czytacie. Jak? czarownica. Ja to wiem, ale dziecko jeszcze maleńkie, a już na ludzkich językach. A Janina.. – machnął ręką. 13 - Nie przejmujcie się moją szwagierką. Pogada. Ona sama czasami nie wie co mówi. Już ona tam wie. - - Nie gadajcie tak. To dobra kobieta. Krzywdy nikomu nie zrobi. - Ale gada po próżnicy i moja aż się wczoraj popłakała. - To ja jutro z dziećmi do was przyjdę. Coś dla małej przyniesiemy, żeby ludzie języków nie strzępili. - To przyjdźcie. To się Kryśka ucieszy. - A ona i dziecko zdrowe. - Zdrowe. Zdrowe – powiedział Maciej idąc już w kierunku młyna. Na podwórku nadal panowała cisza. Dzieci patrzyły na oddalającego się mężczyznę jakby zobaczyły diabła. - No teraz uciekać mi na łąkę, albo do domów. – skierowała swe polecenia do małych główek rozrzuconych po całym podwórku. – I jutro mi tu nie przychodzić, bo nigdy więcej podpłomyka nie dam. Dzieci rozbiegły się we wszystkie strony i mogła wrócić do gotowania mężowi i pomocnikom strawy. Słyszała po długiej chwili głos Michała i Maćka dobiegający z podwórka. Ze sposobu rozmowy wynikało, że chyba się dogadali. Nie była ciekawa, czego rozmowa dotyczyła, bo Michał wieczorem i tak jej powie. Michał powiedział jej wcześniej, bo wszedł do izby żeby napić się wody i łapczywie połknąć kawałek podpłomyka. Dogadał się Maćkiem, że odsprzeda my części po remoncie swojego młyna. - Dobry dla nas czas nastał – powiedziała do męża. - Dobry. Aż się boję żeby co złego się nie stało. - Nic się nie stanie. Bóg nad nami czuwa. Wieczór byłby pewnie spokojny, gdyby nie wtargnięcie ciotki Janiny. - Co chciał. Pewnie znowu na pożyczki. – wykrzyczała nienaturalnie już w progu. - Pochwalony – powiedział spokojnie Michał - Pochwalony, pochwalony. Dziad jeden. Tylko od innych by brał. Darmozjad. - Co ty Janina – Patrzyła z niedowierzaniem Otola. – Coś ty na niego taka cięta. - A co ja mam do niego. Mnie jest obojętny. Może być , albo go może nie być. Tylko po co rodzinę naszą nachodzi. - Nachodzi moją rodzinę, nie twoją – uciął ostro Michał. – Zarobić daje. A do tego ja do niego nic nie mam. To dobry człowiek. Komu szkodzi? - No może on nie , ale ta jego. A teraz jeszcze ta czarownica. Strach myśleć co się stanie. Michał zrobił się czerwony na twarzy, patrząc na niknący uśmiech na twarzy Tadeusza. - Przestań bratowa gadać takie głupoty. Już mi się słuchać nie chce. Będę musiał - z Jędrkiem o was pogadać, bo mi się widzi, że rozum stradacie. Jak ja stradam – wrzasnęła Janina – to niech będzie po twojemu. Ale ja bym do domu obcych nie wpuszczała, ja bym gromnicę pod ręką trzymała. Nikt nie wie gdzie czart mieszka. Ja to wiem najlepiej, bo ojciec mój nie takie rzeczy widział. Otola zabrała dzieci do łóżka. 14 - Ciotka tylko tak gada. Jutro pójdziemy do Grudniów i nie będziecie się już bać. Nie ma czego. Tato to już powiedział. Dzieci posłuszne, choć nie do końca uspokojone, położyły się w łóżku. Długo rzucały się w pościeli, bo ciotka nie bardzo chciała wychodzić, a żadne logiczne argumenty, prośby i żądania, na nią nie działały. Rankiem obudziły się spokojne, oczekując na wizytę. Ruszyli tą samą drogą co wczoraj. Teraz jednak byli sami bo gromada dzieci chowała się za krzakami, za opłotkami. Niektórzy biegli dołem obserwując idących. Nikt nic nie mówił. Tadeusz stawiał nienaturalnie duże kroki, poruszając głową jakby naśladował małego źrebaka. Otola uśmiechała się patrząc na niego. Wyglądał na głęboko zamyślonego. Schodzili z góry. Teraz pokonywali drogę szybko, a dzieciaki zbiegały, budząc strach u mamy. Wchodzili na czyste podwórze przy Maćkowym młynie. Gospodarz zobaczył ich z daleka. Pomachał ręką i krzyknął, żeby wchodzili do izby, bo wszyscy są w domu. Weszli do izby. W kącie siedziała Krystyna z zawiniątkiem trzymanym przy piersi. Mała łapczywie szukała pokarmu, przypadając z radością do matczynego sutka, gdy usta trafiały na właściwe miejsce. W izbie kręciło się kilka dziewczynek. Kiedy goście weszli, pobiegły do kąta. Jak w czasie kolędy, gdy ksiądz przychodził ich nawiedzić, chciały schronić się przed wzrokiem obcych. Otola powiedziała - niech będzie pochwalony. Krystyna spojrzała na nią, uśmiechnęła się i odpowiedziała. - No i jak się czujecie. Bo wyglądacie dobrze. Bardzo dobrze. - Wszystko już teraz dobrze. Mała jest grzeczna, a i pokarmu mam na tyle. Krystyna wyglądała dużo młodziej od męża. Była młodsza raptem o rok, a teraz z dzieckiem przy piersi miało się wrażenie, że dzieli ich przynajmniej kilka lat. Otola podeszła bliżej. Mała dziewczynka o kilku włoskach wysuwających się spod szmatki, którą była owinięta jej główka, ssała pierś. Dziewczynka miał jasną cerę. Czyściuteńką, bez najmniejszego zadrapania. Małgosia położyła na stołku przyniesiony tobołek z prezentami i podeszła za matką. Po chwili już cała czwórka stała i patrzyła z zainteresowaniem na dziecko. Jak jej? Jadzia będzie, bo się na Jadwigę urodziła. - - - No tak, siódmy czerwca Jadwigi od Zwiastowania Pańskiego, co wężowi głowę urwała. - przypomniała sobie Otola. Mała przestała ssać i Krystyna położyła ją do małego korytka, które kiedyś było kołyską. Maleńka Jadzia spała. Nagle poruszyła się i otworzyła oczka. Goście podeszli bliżej, a Otola wydała westchnienie zdziwienia. W szarych szmatkach leżała dziewczyna o oczach jak niebo tuż po wschodzie słońca. Był w tych oczach błękit nieba i blask rosy i promyk światła kiedy zachodzące słońce, końcowym tchnieniem wysyła ostatni powiew ciepła, żeby zniknąć na długą noc za wzniesieniem, były piękne i delikatne. - Jakie ona ma oczka. Jak matka Boska na obrazku z odpustu.- powiedziała Małgosia. - Kryśka, jaka ona śliczna. Jak aniołek. – powiedziała z autentyczna radością Otola. - Siódma – rzekła cicho gospodyni. – wasza szwagierka ... - A dajcież spokój i wy. Takie gadanie tylko szkodę przyniesie. Prędzej ona, stara baba, jest siódma, szkaradna i... niż to małe. Nie krygujcie (przejmujcie) 15 się głupotą ludzką. Niech się dobrze chowa. Niech zdrowie jej dopisuje i wam. Nie gniewajcie się za najście. Nie obrażajcie i przyjmijcie to co wam dzieci przyniosły. To z serca. Jeszcze chwilę postali zachwycając się dzieckiem. ( Bóg który akurat przechodził w pobliżu, spojrzał w dół na pagórek, za osadą. Co tam tyle osób, poukrywanych w dziwnych miejscach może robić? Podszedł bliżej i słowa ludzkie usłyszał. Uśmiechnął się do siebie. - Jak aniołek- powiedział pod nosem. Dumny był z siebie i pracy rzeźbiarza. ) - Hanka a weźże gości i idźcie nad strumień, a my tu spokojnie pogadamy. – poleciła Krystyna Dzieci posłusznie wykonały polecenie. Małgosia nie chciała iść, ale ostatecznie i ona poszła z resztą. Już po chwili słychać było gwar nienaturalny. Minęło dość dużo czasu, zanim Otola wyszła na jasno oświetlone podwórko. - Dobrze Tolu że przyszłaś. - Ty się Kryśka ludzkim gadaniem nie martw. A mało to ludzie głupot gadają. A co wy myślicie, że nie wiem co na mnie mówią. Ludzkie języki są jak żmijowy jad. – przypomniała sobie słowa teściowej, która często powtarzała to zdanie, kiedy jeszcze żyła. Kobiety pożegnały się. Gromadka dzieci szła teraz za nimi w napięciu, nie ukrywając się . Małgosia była radosna i uśmiechnięta. Tadeusz w innym już nastroju, zastanawiał się czy ciotka przypadkiem nie jest czarownicą. - Ona jest jak aniołek w kościele. A oczy ma jak Matka Boża - krzyknęła w stronę kolegów Gosia i cała gromada z ledwo nadążającym Tadeuszem z wielką wrzawą, pognała na łąkę, by zająć się wreszcie czymś pożytecznym. - Aleś Janinka bałaganu tym gadaniem narobiła. – Zagadnęła Otola, widząc szwagierkę przy plocie. - A jakim? Co nie było Żyda? - Był. Ino tym gadaniem o czarownicy. Wszystkie dzieci o tym gadały. A mała jest taka piękna. Jak te aniołki z obrazka. - Ale siódma. A ludzie mówią. - A nie powtarzaj już tych głupot, bo się to jeszcze przeciw tobie obróci. Co ci dziecko winne, że je od czarownic wyzywasz. - Nie wyzywam, ale ludzie gadają... - Staraś i głupia jesteś- ucięła Otola i poszła *** Był zdunem nad zdunami. Sława jego ciągnęła się od Działoszyc przez Skalbmierz aż pod Racławice i Miechów. Stawiał proste piece w chłopskich izbach. W obskurnych ciemnych mieszkaniach małych miasteczek. Piece zdobione w dworach. Stawiał kominy i je burzył. Przez całe lata nie zdarzyło się żeby ktoś, z jego pracy był niezadowolony. Sława jego rosła z roku na rok. Dzięki temu żyło im się, jak na wieś, dostatnio. Zdun lubił opowiadać i robił to w taki sposób, że nawet okoliczni dziedzice, kiedy u nich dokonywał napraw, lubili go słuchać. Kiedy był dzieckiem zdarzyło się jednak coś, co odcisnęło piętno na jego dalszym życiu. Miał osiem lat kiedy pewnego 16 wieczora zjawiła się u nich Adela. Była bezdzietną sąsiadką. Kiedy zobaczyła kilkumiesięcznego brata zduna, nie mogła wprost od dziecka, z czarnymi włoskami i oczkami jak węgielki, oderwać oczu. Kiedy wyszła, malec zaczął płakać. Płakać głośno i nienaturalnie. Matka próbowała go uspokoić , nakarmić, napoić i nic. - Musi go urzekła – powiedziała z przerażeniem w oczach do męża. - Widać tak. Musisz odczynić. Jesteś matka, a to może zrobić tylko matka. Matka zduna położyła dziecko na stole. Przeżegnała się. Pochyliła nad malcem i po trzy razy na przemian lizała jego oczka, w zasadzie powieki, od noska na zewnątrz. Spluwała po tym za każdym razem i mówiła coś pod nosem. Kiedy zrobiła to po raz ostatni, dziecko przestało płakać i wiercić się. Spało. Zdun to widział i nigdy nie zapomniał. Obraz ten przypominał mu się za każdym razem, gdy widział płaczące dziecko. Na wsi nie było trudno spotkać rozpłakanego malca. Więc powielane często wspomnienie stało się czymś tak silnym , że nawet w wieku dorosłym nie dało się go wymazać. W nieoświetlonych pomieszczeniach, wśród ogólnej niewiedzy, opowieści o rzeczach strasznych i niesamowitych pojawiały się często. Przekazywane z ust do ust deformowały się i obrastały o odczucia kolejnego opowiadacza. Oto Józef idąc koło cemantarza usłyszał za sobą brzęk łańcucha. Było ciemno i niewiele widział. Nie był człowiekiem lękliwym, ale brzęk był tak ewidentny i momentami głośny, że przeżegnał się i przyspieszył kroku. Brzęk jednak wędrował za nim. Ucichał i wzmacniał się. Pojawiał się a to z lewej, to z prawej strony. Dopiero do domu zorientował się, że towarzyszy mu pies sąsiada, który urwał się z kawałkiem łańcucha i kiedy natrafiał na kamienne podłoże wydawały straszny łańcuszy dźwięk. ( Wiele osób w trakcie czytania tego niedługiego tekstu, już poczuło się nieswojo. Wszyscy czytelnicy zakładali, że jest jakieś racjonalne wytłumaczenie, a jednak, skąd to dziwne odczucie?) Historia stała się żartobliwą opowieścią o niesitniejących duchach i strachu, który ma wielkie oczy. Józef był osobą towarzyską i potrafił, jak mało kto, snuć opowieści. Jakież było zdziwienie Józefa, kiedy przy kielichu, jakiś rok później, ktoś opowiedział mu jego własną historię, która miała się dziać w trochę innym miejscu. Na końcu nie było jednak psa sąsiada, tylko wilczur z łańcuchem, który zniknął nagle w pojawiającej się niespodziewane mgle. Zdun wychowywał się więc w świecie gdzie duchy, strzygi, czarownice, zmory. W zmory wierzył najbardziej. Jego teść opowiadał mu jak dopadła go zmora i jak dusiła go wieczorem. Jak nie mógł podnieść się z łóżka i nawet nie potrafił krzyknąć. Dopiero kiedy zaczął się szarpać i napinać mięśnie, zmora go opuściła. Ale doświadczenie było straszne. Zdun zanim jeszcze został zdunem dowiedział się o świecie duchów tak dużo, że kiedy dorósł sam rozsiewał po okolicy zdobytą wiedzę. Jeździł po domach i poznawał historię ludzi. Często dziwną i pokręconą. Jeżeli gdzieś dowiedział się o czymś, co miało w sobie choć odrobinę fantastyki – choć zdun nie wiedział co to metafizyka, czy zabobony - zapamiętywał to na zawsze. Był skarbnicą wiedzy nieprzebraną, w kwestiach odczyniania, czarowania, wywoływania duchów. Najciekawsze w tym było to, że nigdy duchów nie wywoływał, nigdy nie odczyniał uroków, bo się po prostu bał. Bał się tak jak wtedy, kiedy był dzieckiem. Dorosły mężczyzna, z wielkimi dłońmi, bał się jak maluch wszystkiego co w nocy szumiało, 17 świszczało, grzmiało, tłukło się, skrzypiało czy dudniło. Ciągotki do strasznych opowieści przestały być jego tajemnicą i ludzie właśnie jemu , w pierwszej kolejności, przekazywali historie które ich spotkały, a których zrozumieć nie potrafili. Nie wszyscy podchodzili do tego aż tak poważnie. Kiedy we wsi powstała gospoda i zdun czasami wpadał tan na kielicha, co bardziej przebiegli przysiadali się do niego i snuli wymyślone opowieści, w zamian za jednego darmowego kielicha siwuchy. Czasami ktoś przesadził i wtedy zdun, który nie był człowiekiem głupim, wpadał w zdenerwowane i jego silne dłonie odcisnęły sine ślady na kilku szyjach. W domu zduna wisiał czosnek i zioła. Świeciły się gromnice, a święte obrazy wisiały w każdym pomieszczeniu. Także tym dla zwierząt. Zdun miał dużo dzieci, lecz wieku dojrzałego doczekały tylko nieliczne. W takim domu wychowywała się Janina. Zdun nie wiedział, że Janina , co prawda dziewczyna, ale w kwestiach psychiki odziedziczyła wszystko po nim. Wierzyła w każde słowo ojca, odkąd zaczęła rozumieć co do niej mówił. Świat który widziała, różnił się znacznie od świata jaki dostrzega zwyczajny człowiek. Nie było prostych związków przyczynowo skutkowych typu pijany parobek, pożar w stodole. Nocna wichura, zerwany dach. Choroba i niedożywienie matki, nieudany poród. Zagrzybione siano, brak mleka. W każdej sytuacji doszukiwała się działania mocy nieczystych. Jakichś sił które są, tylko nie wszystkim udaje się je dostrzec. Ona to wiedziała i ona była przekonana, że je dostrzega. Urodziła się zbyt późno, bo gdyby była mężczyzną i inkwizytorem, to do dziś płonęłyby stosy, a żywe kobiety byłyby tylko w opowieściach starców. Janina nie była dziewczyną wyjątkowej urody. Nie żeby była brzydka, bo to nieprawda. Była dziewczyną dużą i współcześnie określono by ją - że jest bardzo seksy. Przy czym bardzo seksy nie oddaje tego jak seksy była Janina. Nie wiedziała, że ma biust wydatny, nogę mocną i pupę nęcącą. W chłopcach budziła tylko jedno skojarzenie. Nie ma w tym nic bardzo szczególnego, bo w pewnym wieku młodzi mężczyźni mają głownie jedno skojarzenie, ale widok Janiny jakoś bardziej je potęgował. Janina nie od dziecka była taka. Kiedy chodziła do szkoły, gdyż we wsi działała szkoła siedmioklasowa, co nie było rzeczą tak oczywistą w innych miejscowościach, niczym szczególnym się nie wyróżniała. Można było nawet powiedzieć, że nikła w tłumie dzieci. Kiedy skończyła piętnaście lat gwałtownie, w ciągu roku, zmieniła się w atrakcyjną kobietę. Wielu nawet starszych chłopaków czyniło w jej stronę podchody, choć w tamtych czasach nie było to działanie proste. Nie można było podejść do dziewczyny i powiedzieć jej że chce się z nią chodzić. Zawsze mogła przecież zapytać. - Możemy chodzić, ale po co? Odpowiedzi na takie pytanie nikt nie znał. Janina od początku swej szkolnej kariery patrzyła na chłopca, który przypadł jej szczególnie do gustu. Był starszy o dwa lata i w pierwszych latach nauki zaprzyjaźnił się z nią. Ponieważ do szkoły wędrowali tą samą drogą, rozmowy się toczyły długie. Powrót do domu też nie prowadził najkrótszą drogą. Dzieci zbaczały i wędrowały nad strumień, do zdziczałego sadu przy starym spichlerzu. W tym dużym i pustym budynku, gdzie wiatr czasami wydawał przedziwne dźwięki, dzieciaki czasami słuchały niezdarnej opowieści Janiny o tym co zdołała zapamiętać z opowieści ojca. Koledzy byli dociekliwi i dopytywali o wilkołaki, zmory i inne ważne rzeczy. Nie 18 zawsze otrzymywali odpowiedzi zgodne z ogólnymi poglądami, panującymi w tym czasie w tych kwestiach, ale i tak w domu bali się momentu, w którym ojciec zgasi lampę naftową. W grupie był Maciek. Maciek czasami przynosił jej jabłko. Czasami podzielił się podpłomykiem. Jasia uznała, że jest jej partnerem. Był jedynym chłopcem z którym nie wstydziła się iść za rękę, gdyby pani im poleciła. Kolegowali się choć rzadko im się zdarzało, żeby razem się bawili. Maciek był często potrzebny w domu, a do tego miał swoich kolegów i swoje terytorium na którym królował. Dorastali razem. Maciek powoli zmieniał się w mężczyznę. Janina znacznie wcześniej stała się kobietą Teraz kiedy patrzyła na młodzieńca, widziała w nim swojego przyszłego partnera. Nigdy mu tego nie powiedziała, ale tak uważała. Spotykali się teraz znacznie rzadziej, gdyż mieli do spełnienia poważne obowiązki, lecz kiedy go widziała serce jej drgało mocniej. Maciek cieszył się ze spotkań z nią, ale traktował ją jak dobrą koleżankę, prawie jak siostrę. Znał jej dziecinne tajemnice, znał jej dziewczęce sekrety. Nie podobała mu się. To znaczy widział jak wyróżnia się na tle dziecinnych ciągle koleżanek, ale nie pałał chęcią poznania tych różnic. Inaczej też traktował jej niesamowite opowieści, gdyż był ministrantem i ksiądz wiele rzeczy mu wytłumaczył. Dużo zrozumiał i częściej się śmiał z jej przesądów, niż się ich bał. Ponieważ wtedy ani chłopak dziewczynie , ani dziewczyna chłopakowi, nie mówiła zbyt wiele, więc żyli w zupełnej nieświadomości wzajemnych oczekiwań. Przyszedł czas kiedy Janina w domu słyszała coraz częściej, że jest postawna i młoda i ładna, dzieci będzie rodzić jak trza, prawie na stojąco i że może pora byłoby pomyśleć. Janina kiedy to słyszała natychmiast widziała twarz Maćka, który się do niej uśmiecha. Już nawet czuła jak całuje te jego usta. Ponieważ staropanieństwo w tamtym czasie było nie do pomyślenia, bo nawet Helka, co ją niektórzy uważali za głupią, męża ma, Janina czyniła pewne starania, by Maćka do siebie przekonać. Nawet mu kiedyś szepnęła, że jakby byli razem na zawsze, to ona by z nim była na zawsze. Była zdziwiona, że podszedł do kwestii bardzo powściągliwie. Uznała że chyba nie zrozumiał. W końcu Janina powiedziała o sprawie mamie. Mama ucieszyła się, gdyż Maciek był synem młynarza. Zdunówna z młynarczykiem. Czy może być lepsza para ? W niedzielę Janina z koleżanką spacerowały po drodze odświętnie ubrane. Janina oczywiście nie wtajemniczyła swojej towarzyszki , ale czekała na moment w którym zjawi się Maciek. Maciek rzeczywiście zjawił się i pomaszerował w kierunku kolegów, stojących niedaleko gospody. Kiedy dziewczęta wracając, zupełnie przypadkowo, znalazły się w pobliżu chłopców Janina czuła na sobie ich spojrzenia. - Ale się na nas gapią. – powiedziała koleżanka. Janina uśmiechnęła się w duchu patrząc na wychudzoną przyjaciółkę, pozbawioną jakichkolwiek wyraźnych atrybutów kobiecości. – Na mnie się gapią – pomyślała i starała się wyprostować, by nie było wątpliwości jaką jest kobietą. - Janina ale wymie to masz – krzyknął któryś, a drugi dodał – że siedzieć też ma na czym. Dziewczyna poczuła że się czerwieni i wtedy usłyszała Maćka. - Głupki jesteście i już. Jak jej nie ma, to co innego gadacie. Zapanowała cisza, a Maciek oderwał się od grupy i podszedł do nich. - Nie przejmuj się nimi. Patrzą na ciebie jak burki na kość. 19 Janina była najszczęśliwszą osobą na świecie. Maciek – jej rycerz - wstawił się za nią w tak otwarty sposób. Stanął w jej obronie. W trójkę szli tocząc rozmowy na temat plewienia jakie ich czeka. Wieczorem, w domu, Janina uznała że trzeba powiedzieć rodzicom, że Maciek jej się podoba jak żaden inny. Tak też robiła. - A ty jemu ? – zapytał ojciec. - Nie wiem, ale mnie dzisiaj bronił, przed tymi dworusami. Dużo do mnie gada. Ostatecznie ustalono, że ojciec zrobi rozeznanie i podejmą decyzję czy swatów słać, czy na rozmowę rodziców się umówić. To były ciężkie dwa dni dla Janiny. Pomagała w gospodarstwie, ale jej myśli krążyły wokół jednego. Myślała o chłopcu, który miał tyle odwagi, żeby chłopskiej hołocie się jawnie przeciwstawić. Wieczorem drugiego dnia ojciec wrócił z roboty. Janina patrzyła na niego z wyrazem twarzy, który nie pozostawiał wątpliwości. Ojciec nie spieszył się do rozmowy. Ociągał się, zajmował tym, czym zwykle się nie interesował. W końcu nie było już pola manewru. - On zaręczony jest. Już jest po słowie. – powiedział ze smutkiem. - Z kim. Nic we wsi nie mówią. – powiedziała wyraźnie zaskoczona matka. - Z kim. Z kim. Ano Kryśką Bednarką. - Toż to dworusy. Bieda aż piszczy. – wybełkotała Janina - Dworusy, ale się dogadali. Mówią że dziewucha robotna jest, dorodna i nie głupia. Do młyna jak w sam raz. Janina już nie słuchała tylko wybiegła z domu i oparta o stodołę łkała głośno. Prawie zawodziła. Po chwili wyszła za nią mama i starała się ją uspokoić. Na nic to się zdało. Dziewczyna cierpiała. Od tego dnia znienawidziła tę dziewczynę, którą ledwie znała. Nienawidziła Maćka, że był tak podły. O całe to zdarzenie winiła jednak ją. Maćka nie potrafiła. W głowie kotłowały się jej przeróżne myśli. Najczęściej te najgorsze. Cierpiała przez tydzień. Z domu nie wychodziła i prawie nic nie jadła. Nie poszła do kościoła w niedzielę. Nie pomogły nawet ostrzeżenia ojca, że po pas sięgnie. Z upływem czasu doszła do wniosku, że ta dziwka, bo tak ją nazywała, a było określenie najgorsze jakie można był sobie wymyślić, musiała rzucić urok na chłopca. No bo jak inaczej to można wytłumaczyć. Tak naprawdę wytłumaczyć się nie da. Skoro dziwka urok rzuciła, to Janina musi go odczynić. Wtedy chłopak na oczy przejrzy i do niej uczuciem zapała. Nie wiedziała jak to zrobić, a ojca wtajemniczać nie miała najmniejszego zamiaru. Taka myśl przywróciła ją do życia. Jak ręka odjął przestała cierpieć i przed ludźmi się ukrywać. Matka patrzyła na nią zaskoczona, tak nagłą przemianą cierpiącego jeszcze przed chwilą dziecka. Myśl natrętna nie dawała dziewczynie spokoju. Myślała o truciźnie. O rzucaniu uroków. O tym, że może z diabłem pakt trzeba zawrzeć i dziewczynę włosów pozbawić, niech zęby wytraci i wszy ja obejdą. Pomysły świetne, to czuła, ale jak je w życie wprowadzić. Po kolejnym tygodniu rozwiązanie problemu przyszło wraz z powrotem ojca z roboty w miasteczku. - Pamiętasz Jaśka Skowrona, co go tak połamało jesienią. - Co? Umarł? – zatroskała się matka. - A gdzie tam. Poszedł do zielarki i ta mu wszystko postawiała. Opowiadają, że czary jakieś nad nim wyprawiała, a kiedy go zielskiem okładać zaczęła, to ryk 20 się podnosił jakby zwierza jakiegoś zarzynali. Wygnała z niego ból i to złe co w nim siedziało i tyle szkody chłopu robiło. - No to może i dobrze, bom myślała, że już z niego pożytku nie będzie. - Blady jest i jeszcze słaby, ale prosto chodzi. Ona ponoć z siuśków leczy. - - Ano siuśki musisz do niej dać, a ona ci powie co ci dolega. - Jak z siuśków ? – zapytała autentycznie zainteresowana Janina. I wyleczy? To ona chyba czarownica jakaś jest. – dodała Janina i w duchu się uśmiechnęła. - Czy czarownica, czy nie, to ja nie wiem. Za wsią mieszka w małym wąwozie przed Organami jak się na Sudołek jedzie. Jechali my tam kiedyś, jak prosiaki kupowałem od Gawła. - Nie pamiętam – powiedziała szybko Janina, żeby wątku nie gubić. - A nie pamiętasz, nie pamiętasz. Taki domek w drzewach schowany. Prawie się wali i baba stara w czerwonej chuście, co bez butów chodzi chyba cały rok. Pies bez jednej nogi, co za wozem naszym gonił. - A... no. Już wiem. Janina już nie chciała słuchać. Ponad dwa tygodnie z domu nie wychodziła Z nikim się nie spotykała. Z nikim obcym słowa nie zamieniła. Zdecydowała że do życia wraca i że odkładać nie ma co, bo czas działa na jej niekorzyść. Janina zrobiła rzecz straszną. Bała się że jeżeli ojciec dowie się co zrobiła, zabije ją. Wygna z domu. Ukradła ojcu pieniądz. Wiedziała gdzie trzyma oszczędności. Jeden, ale o znacznej, jak sądziła, wartości. Musiała mieć na zapłatę dla zielarki. Następnego dnia wędrowała przez niewysoki wąwóz na dnie którego, żelazne koła wozów konnych wyżłobiły dwie koleiny, miejscami bardzo głębokie. W czasie zimy bywało, że wąwóz był cały zasypany śniegiem i nie sposób było poruszać się tamtędy. Teraz jego brzegi zarastały gdzieniegdzie zielone krzaki. Janina liczyła, że w wąwozie nikogo nie spotka. Była przygotowana na to, że gdyby ktoś jechał, odpowiednio szybko wdrapie się na górę niewysokiego zbocza i ukryje przed jadącymi. Do domu zielarki doszła bardzo szybko, bo i odległość była niewielka. Na podwórku przed walącym się, maleńkim domkiem siedziała stara kobieta w czerwonym kubraku. Ja do was zielarko. - Czego - - No. - Rady chcę. - A kim ty jesteś i jak mnie znalazłaś. - - Aaa. Zduna. Tego z wąsem, co dwoma koniami jeździ. - Tak tego. - No i co chcesz. - Rady. - Widzę dziewczyno, że tobie choroba to chyba nie dokuczyła. U ciebie boleść w Ja jestem Janina, córka zduna. Znacie chyba mojego ojca. sercu wielka jest. Ty do mnie nie z sikami przyszłaś. Janina nie mogła uwierzyć, że baba wszystko o niej wie. - Nie. – powiedziała dziewczyna spuszczając oczy. - No tobie się kawaler marzy. Ale mi się widzi, że jemu inna pasuje. 21 - Pomóżcie mi. Błagam. On mi bliski jak nikt. Dajcie coś, żeby dziewuchę z niczym odprawić. Niech on na oczy przejrzy. Toż to dziewucha nie dla niego. - A co ja ci mogę dać. Na takie sprawy nie ma lekarstwa. - - Ja wiem. Ja mam pieniądze. Lubczyku mi dajcie, żeby we mnie się rozkochał. Jak ja mu lubczyku dam, to nikt nie wie w kim się on zakocha. A jak nie w tobie? - To truciznę dajcie. Taką żeby sparszywiała i włosy jej wypadły i zęby i żeby śmierdziała i opuchła. Żeby się jej brzydził. - To mogłabym ci dać, ale musiałabyś jej sama do pościeli ziele włożyć, wianek z niego upleść, żeby przez trzy dni w nim chodziła, a potem wywar w noc bezksiężycową zrobić z wrzątku trzeba i do wypicia jej dać. Janina była dobita. Tego nie jest w stanie wykonać nawet jakby miała całą wieś pomocników. - A innego sposobu nie ma? - Inne są, ale one już niebezpieczne. Radzę ci zrób jej t
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Czarownica
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: