Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00359 007546 13587256 na godz. na dobę w sumie
Człowiek, pismo, śmierć - ebook/pdf
Człowiek, pismo, śmierć - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-235-2004-7 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> sztuka >> architektura
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Twórczość Jacka Goody'ego jest dobrze znana polskim czytelnikom zainteresowanym antropologią. Goody, choć osiągnął już sędziwy wiek, nadal jest aktywnym naukowcem i autorem interesujących publikacji. Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego oferują czytelnikom cykl rozmów z Goodym, jakie w 1996 roku przeprowadził francuski historyk Pierre-Emmanuel Dauzat. Niezbyt obszerna, lecz niezwykle inspirująca książka pozwala na zapoznanie się z dorobkiem naukowym słynnego antropologa, a także z życiowymi wyborami i sympatiami Goody'ego. Z pewnością publikacja ta zainteresuje czytelników, którzy prowadzą badania antropologiczne, kulturoznawcze czy religioznawcze.

„Ta niezbyt obszerna książeczka została pomyślana zarówno jako chronologiczny zapis z życia Goody’ego, jak i analityczny przegląd głównych tematów badawczych, jakimi ten antropolog zajmował się w ciągu 60 lat pracy naukowej. […] Goody jest rozmówcą skromnym, nie epatuje własnymi osiągnięciami, ale opowiada o nich zawsze w kontekście badań antropologicznych, które dla niego mają przede wszystkim walor porównawczy. Książka [...] z pewnością bardzo przysłuży się studentom kierunków humanistycznych, pokazując, na czym polega warsztat antropologa, jak buduje się świadomość odrębności różnych kultur jako światów dla siebie i samych w sobie oraz jak wiele świadomość Europy zawdzięcza analizom innych cywilizacji i kultur”.



Z recenzji Wojciecha Józefa Burszty

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Jack Goody Człowiek, pismo, smierc Rozmowy z Pierrem-Emmanuelem Dauzat J a c k G o o d y ł C z o w e k , i i p s m o , s m e r c i Jack Goody (ur. 1919) – najwybitniejszy z żyjących obecnie antropologów bry- tyjskich, emerytowany profesor Uniwersytetu w Cambridge, współpracownik amerykańskiej Narodowej Akademii Nauk oraz członek Akademii Brytyjskiej od 1976 roku. Napisał podstawowe dzieła antropologiczne dotyczące problemów rodziny i pokrewieństwa, tradycji plemiennej i państwowej, własności i śmierci, nawet kuchni i kwiatów. Jego specjalnością jest jednak problematyka po angielsku nazywana Literacy, po polsku – piśmienności. W tej dziedzinie poza słynnym ma- nifestem programowym (Consequences of Literacy, wspólnie z Ianem Wattem, 1962, wyd. polskie: Następstwa piśmienności, „Almanach antropologiczny” 2, WUW, 2007) wydał cztery dzieła podstawowe: Literacy in Traditional Societies (1968), The Domestication of The Savage Mind (1977), The Logic of Writing and the Organization of Society (1986), wyd. polskie: Logika pisma i organizacja społeczeństwa (WUW, 2006), The Interface between the Written and the Oral (1987)”. ✸ „Ta niezbyt obszerna książeczka została pomyślana zarówno jako chronolog- iczny zapis z życia Goody’ego, jak i analityczny przegląd głównych tematów badawczych, jakimi ten antropolog zajmował się w ciągu 60 lat pracy naukowej. [...] Goody jest rozmówcą skromnym, nie epatuje własnymi osiągnięciami, ale opowiada o nich zawsze w kontekście badań antropologicznych, które dla niego mają przede wszystkim walor porównawczy. Książka [...] z pewnością bardzo przysłuży się studentom kierunków humanistycznych, pokazując, na czym po- lega warsztat antropologa, jak buduje się świadomość odrębności różnych kul- tur jako światów dla siebie i samych w sobie oraz jak wiele świadomość Europy zawdzięcza analizom innych cywilizacji i kultur”. Z recenzji Wojciecha Józefa Burszty www.wuw.pl/ksiegarnia Goody cala OKL OK.indd 1 ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 11/5/12 11:54:49 AM Człowiek, pismo, smierc ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== seria pod redakcją naukową Andrzeja Mencwela ostatnio ukazały się: Natalia Jakowenko, Druga strona lustra. Z historii wyobrażeń i idei na Ukrainie XVI-XVII wieku David R. Olson, Papierowy świat. Pojęciowe i poznawcze implikacje pisania i czytania Nicole Dołowy-Rybińska, Języki i kultury mniejszościowe w Europie: Bretończycy, Łużyczanie, Kaszubi Jerzy Szacki, Tradycja - wydanie II rozszerzone Paweł Rodak, Między zapisem a literaturą. Dziennik polskiego pisarza w XX wieku (Żeromski, Nałkowska, Dąbrowska, Gombrowicz, Herling-Grudziński) Walter Jackson Ong, Oralność i piśmienność. Słowo poddane technologii - wydanie II przejrzane i poprawione Igor Piotrowski, Pieśń i moc. Pieśni codzienne Franciszka Karpińskiego w kulturze polskiej XIX i XX wieku Marta Rakoczy, Słowo – działanie – kontekst. O etnografi cznej koncepcji języka Bronisława Malinowskiego Agnieszka Karpowicz, Proza życia. Mowa, pismo, literatura (Białoszewski, Stachura, Nowakowski, Anderman, Redliński, Schubert) Jack Goody, Mit, rytuał, oralność Paul Connerton, Jak społeczeństwa pamiętają Rigels Halili, Naród i jego pieśni. Rzecz o oralności, piśmienności i epice ludowej wśród Albańczyków i Serbów ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== Jack Goody Człowiek, pismo, smierc Rozmowy z Pierrem-Emmmanuelem Dauzat przekład Agnieszka Karpowicz ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== Dane oryginału: Translation from the French language edition entitled: L’homme, l’Écriture et la Mort by Jack Goody (entretiens avec P.-E. Dauzat). Copyright © 2011 by LES BELLES LETTRES, 1996. Redaktor naukowy Grzegorz Godlewski Recenzenci Wojciech Burszta Andrzej Mencwel Redaktor prowadząca Anna Kędziorek Redakcja Joanna Egert-Romanowska Korekta Martyna Synowiec Projekt okładki i stron tytułowych Jakub Rakusa-Suszczewski Zdjęcie na okładce Maggi Hambling, Profesor Sir Jack Goody, olej, 2011 By permission of the Master and Fellows of St John’s College, Cambridge and Maggi Hambling CBE Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2012 Podręcznik akademicki dofi nansowany przez Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego ISBN 978-83-235-0815-1 ISBN 978-83-235-2004-7 PDF Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego 00-497 Warszawa, ul. Nowy Świat 4 http:// www.wuw.pl; e-mail: wuw@uw.edu.pl Dział Handlowy: tel. (0 48 22) 55 31 333 e-mail: dz.handlowy@uw.edu.pl Księgarnia internetowa: http://www.wuw.pl/ksiegarnia Nakład: 1000 egz. Ark. wyd. 10; ark. druk. 13,25 ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== Spis treści Wstęp (Pierre-Emmanuel Dauzat) .......................................... 7 Rozdział Rozdział Rozdział I. Angielska młodość ......................................... 15 II. Koniec wojny: powołanie antropologa ......... 45 III. Od historii do antropologii: rzut oka na antropologię brytyjską i francuską ................ 64 IV. Afryka ............................................................. 91 Rozdział Rozdział V. Jak się pisze antropologię .............................. 110 Rozdział VI. Rodzina, żywi i umarli .................................. 125 Rozdział VII. Odkrycie Bagre .............................................. 144 Rozdział VIII. Pismo i jego następstwa ................................ 169 Przechadzki antropologiczne. Dopowiedzenie ....................... 194 Bibliografi a .............................................................................. 205 Prace Jacka Goody’ego ..................................................... 205 Polskie przekłady prac Jacka Goody’ego ......................... 207 Inne prace cytowane .......................................................... 207 ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== Wstęp „Zaniósł Głupstwo do majstra: «Czy da się prze- robić na Mądrość?». Rzekł mistrz: «Jeszcze reszta zostanie»”. (Stanisław Jerzy Lec, Myśli nieuczesane wszystkie, red. i posłowie Lidia Kośka, Ofi cyna Literacka Noir sur Blanc, Warszawa 2006, s. 194) „Są nauki jałowe i cierniste, ot, godna strawa dla tłoczni drukarskiej; trza je zostawić tym, którzy są w służbie świa- ta1”, radził Montaigne, zanim wyróżnił wśród swoich ulubio- nych książek „[…] albo ucieszne i łatwe, które mnie łechcą do śmiechu, albo te, które mi niosą pociechę i doradzają, jak mam kierować życiem mym i śmiercią2”. Dla kogoś, kto wytyczył terytorium spraw ludzkich mię- dzy Rogerem Caillois i Emilem Cioranem, Wiekiem męskim a Smutkiem tropików, odkrycie dzieł Jacka Goody’ego mogło opierać się jedynie na „łaskotaniu zmysłowym”, po którym „tak bezpośrednio następuje radość” 3, jak pisał Kartezjusz w Namiętnościach duszy. Jeśli bowiem w swoich pracach Jack Goody zdradza wszelkie cechy uczonego czy utytułowanego intelektualisty, a jego dzieła ujawniają ten nieskazitelny rodowód, którego wymaga instytucja, to trzeba przyznać, że potrafi ł on jednak zadać sobie tyle trudu, ile potrzeba, żeby trzymać czytelnika 1 Michel de Montaigne, Próby, przeł. Tadeusz Żeleński (Boy), PIW, Warszawa 1957, t. 1, s. 353 [przyp. tłum.]. 2 Tamże [przyp. tłum.]. 3 René Descartes, Namiętności duszy, przeł. Ludwik Chmaj, PIW, War- szawa 1958, część II, artykuł XCIV, s. 123 [przyp. tłum.]. 7 ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== w napięciu, jak pisał autor Prób, i ze stronic jego książek przeziera powszechne doświadczenie ludzkie. Niezależnie od tego, jaki by był temat – pismo, żywi i zmar- li, kuchnia, kultura kwiatów, rodzina, wizerunki itd. – jego szkice i całościowe prace są skierowane w równym stopniu do specjalistów, jak i światłych amatorów, którym każda z jego książek daje klucz do całej biblioteki. (Można sobie wyobra- zić, jaki obraz tej encyklopedii stworzyłby Jorge Luis Borges). W istocie rzeczy, „biorąc pod uwagę moje pochodzenie oraz niedostateczne studia”4 – mówiąc za Eckermannem – pomysł na przeprowadzenie tych rozmów mógł zrodzić się tylko z uwielbienia, które nie minęło nigdy od czasów od- krycia książki Death, Property and the Ancestors5, nadającej według mnie sens powiedzeniu Augusta Comte’a, że umar- łych jest zawsze więcej niż żywych. Później, w 1979 roku, pojawił się francuski przekład pracy Domestication of the Savage Mind6, która szybko stała się we Francji książką kul- tową wraz ze wszystkimi nieporozumieniami i ogólnikowo- ścią ocen, jakie to określenie ze sobą niesie7. Ostatnio prze- kład The Culture of Flowers znów zbił z tropu czytelników Goody’ego, ale zapewnił mu jednocześnie nową publiczność. Od dziesięciu czy piętnastu lat brytyjscy czytelnicy mogli korzystać z prawdziwej lawiny prac sunącej we wszystkich 4 Johann Peter Eckermann, Rozmowy z Goethem, przeł. Krzysztof Ra- dziwiłł, Janina Zelter, oprac. Barbara Płaczkowska, PIW, Warszawa 1960, t. 1, s. 30 [przyp. tłum.]. 5 Jack Goody, Death, Property and the Ancestors. A Study of the Mor- tuary Customs of the LoDagaa of West Africa, Stanford University Press, Stanford 1962 [przyp. tłum.]. 6 Francuski przekład tej książki nosi tytuł: La Raison graphique [Ro- zum grafi czny]. Przekład polski: Jack Goody, Poskromienie myśli nieoswo- jonej, przeł. Marcin Szuster, wstęp Joanna Tokarska-Bakir, PIW, Warszawa 2011 [przyp. tłum]. 7 Pojęcie „niedorzeczności grafi cznej” [déraison graphique] nie wymyka się prawom gatunku. Problematyka podejmowana przez Jacka Goody’ego została sprowadzona karykaturalnie do tego prostego wyrażenia tylko po to, aby zarzucić autorowi, że nie podjął tematu, którym się nie zajmował: kwestii „fantazji” pracującej wewnątrz samego „rozumu grafi cznego”. 8 ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== możliwych kierunkach, o których Francuzi wciąż jeszcze mają tylko blade pojęcie. Ponieważ mimo przetłumaczenia do tej pory siedmiu publikacji Goody’ego na język francuski, jego współpracy z Annales, pochwał, jakich Georges Duby nie szczędzi mu w przedmowie do francuskiego przekładu książki The Development of the Family and Marriage in Eu- rope8, mimo jego współpracy z różnymi zespołami i licznych wykładów dzieła tego autora pozostają względnie słabo zna- ne francuskim czytelnikom. Co gorsza, najbardziej doniosła praca tego autora, jak chętnie mówią Anglicy, czyli mono- grafi a LoDagaa9, która w istocie jest mistrzowską analizą zjawiska śmierci w odniesieniu do kształtowania się kapitału, wciąż nie została przetłumaczona na język francuski. Największa trudność w przeprowadzaniu tych rozmów polegała więc na tym, że zapraszaliśmy czytelnika do wej- ścia w dialog z antropologiem, którego spora część prac nie jest dostępna w języku francuskim. Czy wyobrażamy sobie Claude’a Lévi-Straussa bez pracy Les structures élémenta- ires de la parenté10 albo Edwarda Evansa-Pritcharda bez książki The Nuer…11? Co byśmy wiedzieli o Michelu Le- irisie, nie znając jego L’Afrique fantôme12? W żadnym razie nie chodziło mi jednak o to, żeby „streszczać streszczenie streszczeń”: nic nie zastąpi lektury książek niezależnie od tego, jak trudna by ona była nie tylko ze względu na język. 8 Jack Goody, The Development of the Family and Marriage in Eu- rope, Cambridge University Press, Cambridge 1994 [przyp. tłum.]. 9 LoDagaa – zachodnioafrykański lud zamieszkujący teren Ghany [przyp. tłum.]. 10 Rozprawa habilitacyjna poświęcona „podstawowym strukturom pokrewieństwa” pisana przez Lévi-Straussa na Sorbonie i opublikowana w 1949 r. [przyp. tłum]. 11 Chodzi tu o wydaną po raz pierwszy w 1940 r. monografi ę The Nuer. A Description of the Modes of Livelihood and Political Institutions of a Nilotic People [przyp. tłum.]. 12 Zob.: Michel Leiris, L’Afrique fantôme, fragmenty wybrał i przeło- żył Tomasz Szerszeń, „Konteksty” 2007, nr 3–4 (numer w całości poświę- cony temu autorowi) [przyp. tłum.]. 9 ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== Chciałem raczej odkryć, jak zostaje się antropologiem czy też „jak pisze się antropologię”, odgadnąć logikę ba- dań, dowiedzieć się, jakie zaskoczenia je pobudzają, a tak- że uchwycić to, w jakim sensie zawód „obserwatora ludzi”, czyli praca antropologa, odnosi się do konkretnych lub oso- bistych doświadczeń. Poufałość Jacka Goody’ego w opowia- daniu o jego doświadczeniach życiowych w obozie jenieckim podczas drugiej wojny światowej – ośmielę się powiedzieć – nieco mnie zaniepokoiła. W rozmowach opublikowanych w piśmie „Le Débat”13 tłumaczył, że brak książek, których był podczas wojny pozbawiony po raz pierwszy w życiu, do- prowadził go do namysłu nad „pismem i jego następstwami”. Wiemy już, jaki użytek umiał zrobić Goody z tych wyznań od Poskromienia myśli nieoswojonej przez Logikę pisma…14 po The Interface Between the Written and the Oral15. Charakter zebranych tu tekstów – jeśli trzeba go dookre- ślić – nieuchronnie ograniczają braki w wiedzy osoby prze- prowadzającej rozmowy, a także dokonany przez nią wybór kierowany własnymi upodobaniami. Kogoś bardziej zazna- jomionego z dziełem Goody’ego zdziwi zapewne niewiel- ka waga przykładana przeze mnie do problematyki rodziny lub rozwoju ekonomicznego – tematów, które według mnie trudniej pogodzić z wybraną formą książki. Parafrazując Montaigne’a: obawiałem się nadawania godności mojej nie- wiedzy, wprowadzając ją w obszar kwestii, do których nie jestem zbyt dobrze przygotowany. Dlatego rozmowy dotyczą historii antropologii, tematu żywych i zmarłych albo mitu Bagre; tematów, które mogą zaskakiwać czytelników mniej zorientowanych w całym dziele Goody’ego. 13 Une anthropologie de l’écrit. Entretien avec Jack Goody, „Le Dé- bat” 1990, nr 62, s. 119–123. 14 Jack Goody, Logika pisma a organizacja społeczeństwa, przeł., wstęp i red. Grzegorz Godlewski, Wydawnictwa Uniwersytetu Warszaw- skiego, Warszawa 2006 [przyp. tłum.]. 15 Jack Goody, The Interface Between the Written and the Oral, Cam- bridge University Press, Cambridge 1987 [przyp. tłum.]. 10 ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== Jednak pominięcie niektórych części całego dzieła na rzecz dwóch lub trzech wybranych obszarów tematycznych nie wydaje mi się całkiem nieusprawiedliwione. Otóż kilka lat temu Esther Goody, żona i współpracowniczka antropo- loga, przebywała wśród Birifor, grupy dość bliskiej ludowi LoDagaa badanemu przez Jacka Goody’ego w północno-za- chodniej Ghanie. Kiedy badacz tam przyjechał, wspólnota próbowała się przedstawić: „Nam, Birifor – tłumaczono – zależy ponad wszystko na ceremoniach pogrzebowych i na- szym Bagre”. Przywołując ten epizod, Goody wyznał, że zrozumiał wtedy, iż nie tracił czasu, zatrzymując się nad tymi właśnie dwoma aspektami społeczeństwa, a więc jego wybór nie był całkowicie dziełem przypadku. To wyznanie poczynione w formie bilansu podsumowują- cego około czterdziestu lat badań podyktowało mi większość pytań. Jednak projekt polegał na tym, żeby ponad przywo- łanymi tematami odkrywać postępowanie badawcze za po- średnictwem dzieła, stylu, człowieka, mówiąc krótko: towa- rzyszyć Goody’emu w jego wyprawach antropologicznych. Jack Goody, o czym jego wierni czytelnicy już wiedzą, od ponad trzydziestu lat mieszka z przerwami w Lot16. Nigdy nie zapomina dodać, że nie jest to snobistyczne Lot zamiesz- kiwane przez arystokrację i paryżan, lecz część robotnicza. Właśnie tam napisał wiele swoich dzieł, w tym słynne Une Ré citation du Bagré 17, jedną z tych prac, na których zależało mu bodajże najbardziej. Również regionalna kuchnia i miej- scowa fl ora znalazły się w kilku jego esejach. W sierpniu Bagnac budzi się z marazmu, a mieszkań- cy przygotowują „święto miasta” w atmosferze c’est O.K., c’est bath, c’est in18. Jack Goody raz w tygodniu chodzi na 16 Francuski departament położony w regionie Midi-Pyrénées [przyp. 17 Une Ré citation du Bagré , red. Jack Goody, Sunkuol Wura Der Kum- tłum.]. boono Gandah, Armand Colin, Paris 1980 [przyp. tłum.]. 18 „Jest O.K., jest klawo, jest fajnie”. C’est bath – „to klawe”, „mo- rowo”; wyrażenie gwarowe, współcześnie używane bardzo rzadko. Autor 11 ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== targ, gdzie znają już jego upodobanie do lokalnych serów. Najlepiej poinformowany jest niewątpliwie sycylijski sprze- dawca, który poślubił miejscową dziewczynę i od dobrych dziesięciu lat zadaje sobie pytania, co to jest antropologia, którą zajmuje się lubiący dobre wino pan Goody, i gdzie, do diabła, można dostać jego książki. W Hôtel de la Gare, gdzie mistrz ma zwyczaj czasem bywać, ludzie są bardziej dyskretni: wszyscy wiedzą, że to naukowiec, i doceniają jego dobroduszność. Jest tam znany jako wielki człowiek liczący się w środowisku antropologów z Cambridge, którego trzeba przyjmować z należytymi względami i odrobiną współczucia dla jego zmęczenia pracą intelektualną. W Figeac, piętnaście kilometrów stamtąd, organizowany co tydzień targ jest dla Goody’ego z kolei okazją do spotka- nia z jego „plemieniem”: wyjście na targ niezmiennie kończy się spotkaniem rodzinnym nad kufl em piwa, z córkami i ich „przyległościami”, wnukami, ale także paryskimi i brytyjski- mi przyjaciółmi czy nawet kilkoma antropologami. Trzeba zobaczyć popiersie „Jacka Goody’ego jako rzymskiego ce- sarza”, wyrzeźbione przez jedną z jego najmłodszych córek, żeby zrozumieć, jakim naturalnym autorytetem mistrz cieszy się wśród swoich bliskich. Z dala od hałaśliwej muzyki i lampionów Jack Goody pracuje, a kiedy nie pracuje, myśli o pracy, co wychodzi na to samo. Podobnie jak Jean-Paul Sartre, według Ray- monda Arona, Jack Goody nie jest nigdy zmęczony myśle- niem. Oczywiście pozornie wydaje się, że czasem robi sobie przerwę, żeby zająć się gośćmi, władczym gestem usadzić dzieciarnię przy stole albo ugotować aligot19: „To męska ro- bota!”, wykrzykuje, dając znak jednemu ze swoich współ- biesiadników, żeby mu pomógł. Zasadniczo Jack Goody deklaruje, że w Lot odpoczywa: rano praca, a wieczorem wino i dobry posiłek. Prawda jest parafrazuje tu słowa popularnej w latach 80. XX w. piosenki dyskotekowej w wykonaniu Ottawana: T’es ok, t’es bath, t’es in [przyp. tłum.]. 19 Regionalna potrawa z ziemniaków i sera [przyp. tłum.]. 12 ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== jednak taka, że czy to ranek, czy wieczór, nigdy nie wia- domo, rozmawiając z nim o tym i owym, jakimi ścieżkami powędruje jego myśl. Garść żołędzi czy jakieś śliwki leżące na brzegu drogi albo żółcący się księżyc – to wystarczy do pobudzenia refl eksji. Po krótkiej obserwacji następuje wtedy długi moment zadumania i ciszy… Dr. Goody, I presume? Pomysł przeprowadzenia „Rozmów w Lot” zawdzięczam Hélène Monsacré, a poznałem ją u Jeana Bottéro, który nas sobie przedstawił i któremu bardzo zależało na tej książce. Chciałbym, aby przyjął wyrazy mojej najgorętszej wdzięcz- ności i mam nadzieję, że następujące dalej strony spełnią jego oczekiwania. Szlachetnością ze strony Jacka Goody’ego – „to wspa- niały facet”, jak mawia jego przyjaciel, historyk, Eric J. Hobsbawm – było to, że bez trudu przystał na propozycję, co wprawiło mnie w pewne zmieszanie. Być może pamię- tał wtedy o wielkoduszności, z jaką amerykański socjolog Edward Shils odpowiedział tuż po wojnie na jego list – list absolutnie nieznanej nikomu osoby, którą wtedy był? Po wejściu do prowizorycznego gabinetu po sufi t zapeł- nionego książkami oraz rękopisami miałem akurat tyle czasu, żeby zainstalować magnetofon; Jack Goody już tam siedział i skinieniem głowy poprosił, żebym zaczynał: „To o czym roz- mawiamy?”. Były to często jedyne słowa po francusku w cią- gu naszych trzech lub więcej godzin codziennych rozmów. Kiedy Goody kończył odpowiedź albo był znudzony którymś z pytań, lekkim skinieniem głowy dawał mi znak, żeby wyłączyć magnetofon. Czasem dla rozrywki rzucał kil- ka słów w języku Paula Valéry’ego lub Arthura Rimbauda (poetów, których bardzo lubi), zanim zaczął znów mówić w języku Johna Donne’a czy Thomasa Sterna Eliota (poeci, którzy są dla niego obowiązkowym punktem odniesienia). Chropowata uprzejmość badacza terenowego, opowiada- jącego anegdotę i wahającego się, jak ją podsumować, na- gle znikała, żeby ustąpić cesarskiemu spojrzeniu „profesora”, który stawał się mentorem i chwytał małego szczegółu, aby dojść do kwestii ogólnych. Poza tym te rozmowy były dla 13 ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== mnie potwierdzeniem, że dzieło Goody’ego powstaje w nie- ustannym ruchu. Moje pytania mogły być dla niego równie przewidywalne, jak dla mnie nieprzewidywalne były jego odpowiedzi, których nigdy nie byłem pewien. Aż do końca Goody serwował mi niespodzianki. Nasze rozmowy toczyły się po angielsku; mówiąc ściśle, ja stawiałem pytania po francusku, a on odpowiadał mi w ję- zyku angielskim w obecności kapryśnego magnetofonu, który nie zawsze chciał nadążać za szybkością myśli Goody’ego. On z kolei okazywał łaskawość kapryśnej technice i zawsze podejmował trud powtarzania swoich odpowiedzi, nie oka- zując spodziewanego rozdrażnienia, chociaż uginał się pod wszelkiego rodzaju zobowiązaniami, takimi jak: ukończenie książki poświęconej ikonoklazmowi i reprezentacji, podsu- mowanie pracy o historii rodziny i seksualności w Europie, korekta książki The East in the West, przygotowanie indeksu do książki w druku, pisanie artykułu na temat zastosowania magnetofonu w naukach humanistycznych (!) i redagowanie interwencji do nowego, angielskiego ustawodawstwa doty- czącego alimentów (we współpracy z angielską psychoana- lityczką i feministką, Juliet Mitchel). Dość często w trakcie naszych długich rozmów rozmyślałem o tym małym czło- wieczku z opowieści Jean-Jacques’a Sempé, przygniecionym ogromem książek w wielkiej bibliotece, który odrywa się od swoich rozmyślań, podnosi z okrzykiem: „Żyjmy, do czarta!”. I właśnie wtedy postanawia napisać książkę20. Ileż to razy obawiałem się, że jakiś nagły impuls tego rodzaju przerwie przedwcześnie nasze rozmowy? Pierre-Emmanuel Dauzat Bagnac-sur-Célé-Paris sierpień 1995 – luty 1996 20 Zob.: Jean-Jacques Sempé, Quelques artistes et gens de lettres, Denoël, Paris 1984, s. 15 [przyp. tłum.]. 14 ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== Rozdział I Angielska młodość W 1939 roku miał Pan dwadzieścia lat i dobrowolnie wstą- pił do wojska. Po roku zaledwie w partii komunistycznej zaciągnął się Pan do armii. Trudno nie pomyśleć o słowach Paula Nizana: „Miałem wtedy dwadzieścia lat. Nie pozwolę nikomu mówić, że to najpiękniejszy wiek w życiu”1. Zwyczaj- na angielska młodość? Urodziłem się w Londynie w 1919 roku, matka była Szkotką, a ojciec Anglikiem. Mój ojciec nie skupiał się wprawdzie na religii, ale matka pochodziła z rodziny sklepikarzy, nauczy- cieli i pastorów. Kiedy miałem dwa latka, zamieszkaliśmy na przedmieściu, w nowym mieście zbudowanym po pierwszej wojnie światowej przez kwakrów, Welwyn Garden-City. Nie prowadzono tam sprzedaży napojów alkoholowych, nie było tawern. W tamtych czasach w mieście funkcjonował tylko jeden jedyny sklep. Wszystko zostało zorganizowane w dość dziwny sposób. Jednak było to urocze otoczenie, przyjemne do życia, pełne inicjatyw artystycznych, teatralnych i innych. Bez wątpienia działo się tak po części dzięki kwakrom. Mój ojciec sam zajmował się trochę teatrem, ale poza tym nie uczestniczyliśmy w tych działaniach. W każdym razie at- mosfera była bardzo miła. W wieku jedenastu lat rozpocząłem naukę w liceum w Sa- int Albans, gdzie się przeprowadziliśmy, około dziesięciu kilometrów stamtąd. Ani mój ojciec, ani matka nie chodzili do liceum, nie przekroczyli też progu uniwersytetu. Po ukoń- 1 Parafraza cytatu z książki Paula Nizana, Aden Arabie (1931), przed- mową opatrzył Jean-Paul Sartre, Maspero, Paris 1960 [przyp. tłum.]. 15 ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== czeniu liceum w 1938 roku otrzymałem stypendium, które pozwoliło mi zapisać się do Cambridge, żeby studiować na- uki humanistyczne. Mój brat dołączył do mnie, ale na studia przyrodnicze. Wybrałem literaturę angielską, ponieważ wtedy Cambridge zezwalał tylko na jeden kurs: angielski, języki no- wożytne lub historia. Nie było wyboru. Dyplomy pozostawa- ły bardzo specjalistyczne, przede wszystkim w humanistyce. Miał Pan już wtedy jakieś pasje literackie? Interesowałem się przede wszystkim literaturą elżbietańską i XVII wieku, poezją Johna Donne’a (jego wierszami, trochę kazaniami) i Andrew Marvella, a bardziej ogólnie, poetami metafi zycznymi. Nie miałem jednak wcale pomysłów na dal- szy ciąg studiów. Nie myślałem w tych kategoriach. Pro- szę nie zapominać, że był 1938 rok. Życie polityczne miało w tamtych czasach ogromne znaczenie. Wszyscy byli w tym samym kiepskim położeniu, jak sądzę. Faszyzm, inwazje, wojna hiszpańska, sprawa Etiopii – wszystko to zajmowało mnie w najwyższym stopniu. Śledziłem wydarzenia z bliska, bardzo angażowałem się politycznie. W istocie rzeczy byłem dość rozdarty, pociągała mnie również orientacja kwakrów bliska Gandhiemu, który głosił rozwiązywanie konfl iktów bez użycia przemocy. Jednak wraz z wybuchem wojny hiszpańskiej, kiedy Republika Hiszpańska została zaatakowana przez oddzia- ły Francisca Franco wspierane przez Włochy, a w pewnej mierze także przez Niemcy, zacząłem sądzić, że idea bier- nego oporu nie przystaje do okoliczności. W rzeczywistości działalność socjalistyczna zainteresowała mnie jeszcze przed wstąpieniem na uniwersytet. W latach 30. wydawca, Gol- lancz2, założył „Left Book Club” i publikował serię szkiców poświęconych Niemcom, Włochom, Anglii, historii świata itd. Czytałem te książki z zapałem. Kiedy więc rozpocząłem 2 Victor Gollancz (1893–1967) – brytyjski pisarz, publicysta i wy- dawca o poglądach lewicowych, założyciel „Klubu Książki Lewicowej” [przyp. tłum.]. 16 ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== studia, całkiem naturalne było przystąpienie do bardzo wtedy modnego Cambridge University Socialist Club (C.U.S.C.). Były to czasy Frontu Ludowego we Francji. Klub organizo- wał liczne działania polityczne, ale także intelektualne. (Jed- nego z przywódców, poetę Johna Cornforda, spotkała śmierć w Hiszpanii.) Zaprzątnięty tym, co działo się w Hiszpanii, a także sprawą antyfaszystowską, wstąpiłem do Partii Komu- nistycznej na początku 1939 roku. W Cambridge wielu mo- ich przyjaciół miało jej legitymację. W rzeczywistości była to partia masowa. Miałem okazję czytać prace Karla Marksa i Vladimira Lenina (mieli do powiedzenia ciekawe rzeczy o literaturze), ale także wielkie, przerażająco nudne tomy dotyczące historii partii bolszewickiej. Potem były pakt nie- miecko-sowiecki, inwazja na Finlandię, która wzburzyła wie- lu z nas, i oddałem swoją legitymację około sześciu miesięcy przed zaciągnięciem się do wojska. Potem zdobyłem indeks Cambridge, a miesiąc później, musiało to być w listopadzie, zostałem wezwany i skierowany do obozu ćwiczeniowego dla ofi cerów w Sandhurst, gdzie spędziłem cztery miesiące. Pana wstąpienie do armii było zachowaniem czysto indy- widualnym? Nie, wiele osób postąpiło podobnie po wydarzeniach w Hisz- panii lub widząc to, co knuto we Włoszech i w Niemczech. Wiedzieliśmy z prasy i od uchodźców, jaki los szykowano Żydom, a lektura tekstów Christophera Isherwooda3 lub Igna- zia Silone’a4 wyjaśniała nam metody reżimów. Nie powie- działbym raczej, że chodziło nam o przyszłość cywilizacji, 3 Pisarz znany przede wszystkim z opowiadań, których miejscem ak- cji był Berlin lat 30. Na motywach jednego z tekstów został oparty scena- riusz fi lmu Kabaret. Zob.: Christopher Isherwood, Pożegnanie z Berlinem, (1939), przeł. Maria Skroczyńska, Czytelnik, Warszawa 1992 [przyp. tłum.]. 4 Członek Włoskiej Partii Komunistycznej, który po pobycie w ZSRR w 1927 r. stał się krytykiem stalinizmu. Wspierał włoski i niemiecki ruch oporu. Autor fi lozofi cznych prac poświęconych dyktaturze i faszyzmowi: Il fascismo, le sue origini e il suo sviluppo (1934); La scuola dei dittatori (1938) [przyp. tłum.]. 17 ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== ale zwycięstwo Niemiec byłoby katastrofą dla wolności in- telektualnej i wielu innych spraw. Niektórzy z moich przyjaciół zostali pacyfi stami, ale większość wstąpiła do wojska. Mój udział w Partii Ko- munistycznej nie miał żadnego znaczenia w oczach władz wojskowych, które dużo bardziej obawiały się konszachtów faszystowskich. Poza tym władze posługiwały się ludźmi, którzy walczyli w Hiszpanii, aby werbować młodych rekru- tów. W ten sposób istniał tam rodzaj taktycznego przymierza z lewicą. Nie miałem żadnego zaufania do Neville’a Cham- berlaina, tak więc objęcie przez Winstona Churchilla stano- wiska premiera 10 maja 1940 roku było dla mnie, podobnie jak dla wielu antyfaszystowskich intelektualistów, ogromną ulgą, tym bardziej że stworzył on rozległy rząd koalicyjny, w którym uczestniczyli laburzyści. Dotarłem więc do Liverpoolu, skąd wysłano mnie do Palestyny. Jednak groźba inwazji i wojna na Morzu Śród- ziemnym zmusiły nas do czekania. Jednym z moich zajęć było zajmowanie się francuskimi marynarzami, którzy zo- stali zablokowani w angielskich portach w trakcie odwrotu. Nieznaczna mniejszość przyłączyła się do de Gaulle’a. Okręt wypłynął w końcu na morze i dotarł do Egiptu, gdzie zostałem kilka dni, zanim mój pułk dołączył do swoich oddziałów na Cyprze. Musieliśmy tam spędzić około roku, dzieląc swój czas między wartę a ćwiczenia. Najpierw zosta- łem ulokowany nieopodal Nikozji w klasztorze z prawosław- nymi mnichami, którzy wywarli na mnie pewne wrażenie. Później zostałem przydzielony na północ, do Kyrenii, do tu- reckiej twierdzy, skąd miałem rozległy widok na Turcję. Ale wszystko to było śmiertelnie nudne. Czekaliśmy, aż coś się wydarzy. Między ćwiczeniami a wspinaczkami nie mieliśmy bynajmniej czasu na czytanie albo oddawanie się naszym dawnym, ulubionym zajęciom. Zostawało nam akurat dość sił, żeby wypić whisky and soda, jednak była to dla mnie okazja do zainteresowania się Cyprem i Bliskim Wscho- dem. Szczególnie zdziwiło mnie, że pług, którego używali wieśniacy, nie zmienił się od tysiącleci, podobnie jak ich 18 ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== sposób czerpania wody. Te same narzędzia były wystawione w Muzeum Archeologicznym w Nikozji. To i inne odkrycia z pewnością wzmogły moje zainteresowanie etnografi ą. Jaki był Pana pierwszy kontakt z wojną? Byłem na Cyprze niemal od roku i nic się nie działo. Wte- dy wysłano mnie do Palestyny na krótkie szkolenie. Potem zostałem skierowany z powrotem na Cypr, skąd naszą jed- nostkę wysłano do Egiptu, najpierw do Kairu, a potem na pustynię, na wschód. Kilka tygodni później doszło do pierw- szych starć z niemieckimi oddziałami marszałka Rommla. Nasz lekki sprzęt, nasze karabiny maszynowe były bezsilne wobec niemieckich czołgów i musieliśmy poprzestać na ma- newrach wokół wroga w poszukiwaniu piechoty. Byliśmy blisko Tobruku, gdzie musieliśmy się wycofać pod ostrzałem Afrika Korps. Miasto upadło – słabo bronione głównie przez siły południowoafrykańskie, niemające więk- szego doświadczenia – i moją jednostkę otoczyły niemiec- kie czołgi: wróg wziął nas do niewoli i zamknął w Tobruku za ogrodzeniem z drutu kolczastego. Było to w czerwcu 1942 roku. Stamtąd przetransportowano nas do Benghazi, następnie do Bari na południu Włoch, a w końcu do obozu jenieckiego w Chieti, nieopodal Pescary na wybrzeżu adria- tyckim, razem z ponad tysiącem podofi cerów brytyjskich, południowoafrykańskich, hinduskich i czterystoma Amery- kanami, głównie z lotnictwa. Patrząc z dystansu: jaką naukę wyniósł Pan z tego doświad- czenia obozowego? Spędziłem blisko rok w tym campo di concentramento, jak mówiono w lokalnym żargonie, a było to dla mnie doświad- czenie bardzo interesujące z powodu przemieszania ludności i dlatego, że wśród nas było wielu ludzi nauki, aktorów te- atralnych itp. W tym tłumie nie brakowało ciekawych osób. Zawiązało się wiele przyjaźni, które nie przetrwały do końca wojny. Bardzo szybko powstała w obozie wielka organizacja zajmująca się wystawianiem spektakli dramatycznych – jedna 19 ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== sztuka miesięcznie – i prowadzeniem kursów ze wszystkich dziedzin: religii, prawa, literatury nowożytnej, języków itd. Jedną z najważniejszych cech było bezsprzecznie ożywienie intelektualne. Sam w tym uczestniczyłem, prowadząc wy- kłady z literatury nowożytnej, jednocześnie uczęszczając na kursy psychologii i języka włoskiego. Dlaczego akurat psychologia? W Cambridge była już moda na Sigmunda Freuda i Marksa, tak więc w ramach moich studiów humanistycznych musia- łem czytać kilka dzieł, a wśród nich Psychopatologię życia codziennego. Później było to, co nieuniknione: zbieranina ludzi w obozie jenieckim. Nie można tam nie interesować się interakcjami między różnymi osobami. W Niemczech na przykład, gdzie zostaliśmy przewiezieni z Włoch, żyliśmy w dwanaście osób, z których każda reprezentowała inny po- ziom, w pokoju na jakieś dziesięć czy dwanaście metrów kwadratowych: zawodowi żołnierze, studenci, młodzi urzęd- nicy bankowi i inni. Wszystko robiliśmy wspólnie. Interakcje społeczne były więc naturalnym zainteresowaniem. Powróćmy do życia kulturalnego w obozie. Przez tydzień graliśmy sztukę Williama Shakespeare’a lub innego klasycznego autora, w następnym miesiącu mieliśmy przez tydzień na afi szu spektakl musicalowy, a potem sztukę, która ostatnio była na afi szu w Londynie. Oczywiście, nie mieliśmy tekstu. Trzeba więc było trochę się wysilić, żeby „zrekonstruować” wątek sztuki. Na koniec każdy z nas miał prawo do wystawienia sztuki napisanej przez kogoś z obo- zu. W soboty dawaliśmy spektakle kabaretowe, a niedziele były poświęcone na muzykę. Dzięki Czerwonemu Krzyżowi mogliśmy zorganizować sobie jakieś instrumenty. Wśród nas byli też muzykolodzy. Czym zapełniał Pan czas poza teatrem i wykładami? Zawsze mieliśmy coś do roboty. Jednym z naszych ulubio- nych sposobów spędzania czasu było opowiadanie sobie 20 ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw==
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Człowiek, pismo, śmierć
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: