Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00436 003474 12430941 na godz. na dobę w sumie
Cztery sny - ebook/pdf
Cztery sny - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 144
Wydawca: Biblioteka Analiz Sp. z o.o. Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-62948-39-0 Rok wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Cztery sny Ewy Małopolskiej to zbiór czterech opowiadań - Krótka historia, Cztery sny, Cegielnia i Ludzie z Sadowej. Ich bohaterowie to młodzi, rozczarowani rzeczywistością ludzie, którzy z własnej, nieprzymuszonej woli decydują się zamieszkać na skłotach. Skłot nie jest dla nich formą młodzieńczego buntu lecz świadomym wyborem i sposobem na życie; to otwartość umysłu, trudna sztuka odnalezienia się w grupie i wspólne ideały. Opowiadania Małopolskiej, choć gorzkie i do bólu realistyczne, pełne są poetyckich opisów stanów ducha i zmagań z codziennością.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Cztery sny Ewa Małopolska Jirafa Roja Warszawa 2010 © Copyright by Ewa Małopolska, 2010 © Copyright by Jirafa Roja 2010 Redakcja: Korekta: Łamanie: Rysunek na okładce: Ewa Małopolska Druk i oprawa: Hanna Kukwa Hanna Kukwa Tatsu tatsu@tatsu.pl Drukarnia Naukowo-Techniczna Oddział PAP S.A. www.dnt.pl ISBN 978-83-62948-39-0 www.jirafaroja.pl Wydanie I Warszawa 2010 Spis treści Krótka historia 9 Cztery sny 39 Cegielnia 65 Ludzie z Sadowej 101 Książkę tę poświęcam Mamie, Tacie, Miśkowi, Gosi, Eli oraz Piotrkowi. Ludziom, bez których mój Dom byłby pusty. KRÓTKA HISTORIA —  Mam dwadzieścia dwa lata — mówiła, pytana o wiek. —  Ale ja jestem bohaterką niepewną, nie wiadomo, co się ze mną  stanie — Jak to? —  Jak to się wszystko dalej potoczy… Taki sobie nihilistyczny ogólnik. Wieje dekadentyzmem i ja- kąś zmanierowaną podniosłością przy okazji także. Ale jak nie  ten patetyczny „dziwantyzm” to potem już całkiem obskurne  klimaty. To miała być krótka historia o kilku zaledwie osobach  i kilku tylko miejscach. „Krótka historia o byciu gdzieś — mi- mo. I o umieraniu”. —  Chciałam się z domu wyprowadzić — zaczęła i od razu  zwróciła mi uwagę, że to się wypowiada z takim prawie nie- zauważalnym, litościwym uśmiechem. — A nie tak? Ja prze- cież wiem, że ty się teraz ze mnie śmiejesz, tylko na głos jakoś  ci nie wypada. Chodziło o to, żeby wyprowadzić się na stałe, bezpowrotnie.  Żeby do niczego jej już więcej nie namawiano. Denerwowało ją  ciągłe przypominanie o obowiązkach, pieniądzach, zaświadcze- niach, papierach… —  Człowiek czasem cierpi na drgawki. Pewne rzeczy go draż- nią, zwłaszcza kiedy jest młody — mówiła, gasząc papierosa na  zakrętce od słoika. — Wydawało mi się wtedy, że wystarczy się  9 gdzieś zapodziać i cała reszta świata, ta zła reszta, po prostu  zniknie. Pstryknę palcami i wszystko wyparuje jak główka siar- ki na zapałce. Że kiedy się wyprowadzę, reszta przestanie mieć  znaczenie. Trochę jak z dzieckiem, które chowa głowę pod po- duszkę i dlatego, że samo nic nie widzi, myśli, że pozostaje nie- zauważone. Gdybym się wyprowadziła może i potrzebne byłyby  pieniądze, papiery, ale by się o tym nie mówiło; może byłoby się  spokojniejszym. Takie rzeczy myślał sobie wtedy człowiek. Tak, były nagrania. Tak się żyło… Byliśmy po maturze, moi przyjaciele szykowali  się do przeprowadzki; większość wyjeżdżała gdzieś na zachód,  bo tam podobno były pieniądze; w kraju trochę nie opłacało się  wtedy siedzieć. Zresztą dalej się nie opłaca. Może też trzeba było  wyjechać? Nie wiem, nigdy tego nie zrobiłam. Może tak napraw- dę nie chciałam nigdzie z nimi jechać, może męczyła mnie już  ich obecność; to byli energiczni ludzie, szybko podejmowali de- cyzje, łatwo zmieniali zdanie. Lubili dobrze się bawić. Tak czy  inaczej, kilka dni przed ich wyjazdem, obudził się we mnie gli- niany człowiek. Bał się samotności. Mówił: „istnieje prawdopodo- bieństwo, że, gdy wszyscy już odejdą, staniesz się do szpiku kości  kamieniem. Będziesz jak zaplombowana skrzynka, stwardniejesz  do tego czasu na beton. Nikogo do siebie nie wpuścisz, przesta- niesz nawet zmieniać wyraz twarzy. No i jeszcze zobaczysz, źle  się to dla ciebie skończy”. Takie zakorkowanie rzeczywistości,  jeśli wiesz o czym mówię. Odklejenie od niej jakiegoś kawałka:  mnie razem z całym moim, właściwie, wielkim niczym. Noc. Leżenie na murze. Gapienie się w niebo. Sen. Potem? Potem nie wiem. Właściwie nic. Wzruszenie ramion.  Ewentualnie rzucić się w danse macabre, w jakieś rozpaczliwe  pogo na złamanie karku, przesiąknąć smrodem tytoniu i siarki.  No i masz: historia do opisania. Wielki upadek. Teraz możesz  już śmiać się głośno, mnie się chce śmiać na przykład, jak sobie  10 teraz o tym pomyślę. A na serio to nie wiem. Może zsunąć się  z muru, żeby było widać tylko kawałek uciekającego po ścianie  płaszcza, tak jak w westernach, a potem zniknąć. Beznamiętnie  obserwować krew, staczającą się z nosa. Kaszleć, pochylając się  w kącie pokoju. Takie sobie… Marzenia. On kaszlał i jemu krew staczała się z nosa. My tego nie rozu- mieliśmy. Na początku. Ja nie rozumiałam. P. chyba wiedział wię- cej, ale też nie wszystko, zresztą nic nie mówił. Żyliśmy w świecie  ciszy i domysłów. Każdy ma swoje sekrety i my mieliśmy swoje.  Ale Kogut miał inną tajemnicę. Właśnie taką. Połykającą tych,  którzy stali i patrzyli z zaciśniętym gardłem. Gliniany człowiek wyrzucił ze swojego życia pieniądze, zaświad- czenia, papiery… I innych ludzi. Do miejsc takich jak to właśnie  prowadziła ta droga. Mnie to nie boli, żebyście sobie nie dorabiali  ideologii. Mnie tu jest dobrze. Człowiek tak bardzo stara się ochro- nić siebie przed cierpieniem, że nie jest już w stanie zbudować żad- nych głębszych relacji. Nie ryzykuje, bo się zwyczajnie wypalił. Ja  i mój świat nakryliśmy się kloszem. Bo tak to jest: mówisz innym,  co lubisz a czego nie lubisz i nagle stoisz sam, w pełnym świetle.  Wszystkie reflektory na ciebie, a oni się gapią. Ludziom się wydaje,  że cię znają, zaczynają mówić o tym innym osobom, że cię znają  i jak. Ani się obejrzysz, jak staniesz się w ich rękach kartą przetar- gową. Ich własnością. Będą mogli o tobie opowiadać i zyskają pra- wo do twojego życia. Tak to jest, wiadomo, człowiek nie ma prawa  opowiadać o innych ludziach. Nie ma prawa zaglądać w ich historie  i sprzedawać je za kilka minut uwagi. Dlatego cię nie lubię. Czło- wiek ma prawo opowiadać wyłącznie o sobie samym. Nie lubiła mnie. Tak mówiła, mimo że wcale mnie nie znała. Ale  ja się jej wtrącałam w życie, to ją denerwowało. Chociaż sama  wyraziła zgodę na tę rozmowę. Zaprosiła mnie na ten ich skłot.  11 Była czasem arogancka. Niemiła, to prawda. Przekazywała mi tę  swoją opowieść, jakby robiąc mi przysługę. Łaskę, rozumiesz. Ale  to nie robiło wrażenia. Taki zawód, ja pracuję w nim od kilkuna- stu lat, więc sprawy tego rodzaju spływają już po mnie jak woda.  Mam znajomego, który w tym siedzi… No, nie tak długo w każ- dym razie i jemu takie rzeczy przeszkadzają. Tłumaczę mu: Woj- tek, ty się nie przejmuj, bo skończysz na proszkach albo cię z tej  roboty wyleją, albo sam nie wytrzymasz. Tu trzeba mieć pazur,  żeby się utrzymać na samej górze i zdobywać najlepsze historie.  Tych szmatławców brukowych jest przecież teraz mnóstwo, a to  wszystko konkurencja, nawet dla porządnej gazety. Zresztą, żeby  trafić do porządnej gazety, trzeba mieć najlepsze historie i kółko  się zamyka. Trzeba mieć to coś, nie dać się. Porządnych nie ma  teraz wiele na rynku, raz, że się nie opłaca — takie wysublimo- wane przygody, bo dla kogo to? Tej elity to ile jest teraz w naszym  kraju? No, nie takie znowu zatrzęsienie, to jest dziura, mimo  wszystko, i trzeba sobie z tego zdawać sprawę. Trzeba czymś za- jąć maluczkich i to jest ta ich misja i wizja. Chcesz w ten sposób?  Wystarczą ci takie tanie historyjki? To proszę bardzo, jest się gdzie  zaczepić. Ale tu? Tu trzeba inaczej, to już nie ten poziom. A poza  tym równać można tylko w dół i ot, po sprawie. Jemu nie wróżę kariery. Ale ona to myślała, że jest wyjątkowa. A ten gliniany człowiek, ten, który obudził się we mnie, marzył  właściwie tylko o wąskim łóżku, kocu i zwykłym, prostym sto- le. O kartonowym pudle, w którym mogłyby zmieścić się jego  książki i trochę ubrań. Marzył też, żeby wyjechać. Więc na po- czątek jakieś studia, akademik, legendy, coś tam… Cudze plany.  Mówiono, że to niby życie czołga się takimi ścieżkami i trzeba  się go trzymać za ogon, trzeba podążać za tym przygruntowym  płazem. A potem się okazało, że ludzki umysł to tylko program,  który można kodować i mój tak zakodowano; co mu tam nakła- 12 dziesz, mówił P. — przyswoi. Czasem nawet takie bzdury. Było kilka pomysłów, ale nie do końca to wyszło. Znajomi  mi się rozpełźli po świecie, Bóg im zapłać, nie było z kim za- rezerwować pokoju. To może nie jest najszczególniej zabaw- ne, może nawet czasem zwyczajnie boli. Ale ten gliniany pa- jac wewnątrz mnie to jest z natury cwaniak i bumelant, chciał  dostać kogoś z przydziału, tak na serio, i pokój też z przydzia- łu. Może czasem lepiej, kiedy to przypadek decyduje, a nie my  sami, bo w sumie to co my tam wiemy o życiu… Ja wtedy nic  nie wiedziałam. To zresztą i tak wszystko jedno, chciało się tylko wracać wie- czorami do pokoju i zajmować się swoim łóżkiem i stołem, i swo- imi książkami, obcować z łóżkiem i stołem… Nie, moja matka tego nie rozumie. Zwyczajnie. Nie rozumie, po  co ten pustostan, czemu plączemy się z koleżanką po mieście  i szukamy czegoś, co nie dość, że jest cudze, to jeszcze w do- datku do niczego się nie nadaje. Leży na wersalce, odpoczywa  po ciężkim dniu pracy w szkole i na korepetycjach. Przykrywa  się burym polarem. Ciężko jest się przedostać do tego jej błę- kitnego świata półsnu. „Ale ja nie rozumiem do czego to wam  potrzebne…”. Kiedy ze mną rozmawia, zamyka oczy. Leży na tej  kanapie i po prostu, rozmawiając ze mną, zamyka oczy, jakby  miała za chwilę odpłynąć zupełnie, jakby mi najpierw, jeszcze  przed tym wszystkim, chciała powiedzieć, że ta rozmowa to  tak, wiesz, no rozmawiamy, ale ona ma pewne zdanie, które- go nie zmieni, w sumie nie dlatego, że nie chce, tylko „no tak  jest, no, co poradzisz?”. Istnieją pewne fakty i pewne prawdy.  W takich sprawach zdania się nie zmienia. Ale ja odpowia- dam, rodzonej matki nie zlewam. „Żeby tam mieszkać, ma- mo”, „żeby prowadzić działalność”, różnie. Jaką działalność?  No też różną właśnie, kulturalną, społeczną. A, działalność  to jeszcze. Chociaż działalność zasadniczo i tak nie przynosi  13 żadnych efektów — jest bez sensu, po prostu, w związku z tym  ona „nie rozumie”. Ale Masa Krytyczna? —  I co ty myślisz, że te wszystkie urzędasy przesiądą się za- raz na rowery? —  Food not bombs, mamo. —  A w jaki sposób… Przez to będzie mniej bomb, tak? Nie  rozumiem… —  Uchodźcy? No Czeczenia, Kaukaz — tłumaczę się jak  bury osioł. —  Nie słyszałam. —  O Czeczenii? —  A tak — przytakuje nagląco. — O Czeczenii słyszy się  w telewizji to i owo Czasem nie wierzę, że żyję. Myśl, że mogę być niewidzialną  duszą zmarłego ciała, wydaje się nieraz bardziej realna niż tępy  ból, który się czuje, kiedy dostanie się pałą przez łeb. Błąkamy się z Ba-bą po świecie i ten świat jest milczący. I do- brze. Nie atakuje. Nie pacyfikuje. Nie usiłuje przekonywać. Nie  nalega. Nie ma w nim nikogo oprócz nas. Idziemy przez pusty- nię, pociętą na pasy liniami torów kolejowych, przez czerwony  i rudy, przybrudzony krajobraz, przez wysypisko kamieni, które,  gdy zapada się w nie glan, przesypują się i wydają odgłos pustki,  jakby były próżnymi naczyniami. Ich szelest pod butami przy- pomina też dźwięk wody w potoku. Jak skacze po kamieniach.  Ba-ba obejmuje rękami Zdechlaczka — termofor w kształcie plu- szowej krowy. Przytula go do piersi, do szyi opatulonej w czar- no-biały szalik. Przeziębiła się, za długo chodziła po powietrzu.  Teraz wieczorami i nocą bywa już bardzo zimno, a drewniana  budka, w której można by napić się piwa, kiedyś sprzedawali  tam lody włoskie — ta budka ma cienkie ściany. Tył jest prawie  cały odkryty i od tamtej strony trochę wieje. 14 —  Ta huta stała pusta — tłumaczyła. — Była molochem. Wie- lookim gigantem. Ogromna, przysadzista, obok stał komin. Ale tuż za nią działał tartak i ludzie stamtąd pilnowali budyn- ku przed naruszeniem ze strony potencjalnych skłotersów. —  Skłotersów! — lubiła szydzić. Mówić cudzym głosem.  — Bezdomnych, żulików, brudasów — mówiła. — Paskudnych  śmierdzieli — chichrała się, zupełnie jakby nie mogła powie- dzieć zwyczajnie o tamtych ludziach, przez których nie mogły  sobie zająć huty, że są „skurwysyny”, „ciecie”, czy co tam jesz- cze. Przecież takiego używała języka. Wiał więc wiatr i ominęłyśmy hutę, i tartak na oczach pra- cujących w nim ludzi, którzy na chwilę oderwali się od desek  i stanęli w szeregu, aby sprawdzić, czy pójdziemy dalej. Na Kępę trafiłyśmy miesiąc temu. Kępa 251. Jest mniejsza  niż huta, ale wystarczająco duża. Ma uchyloną furtkę, widzia- łaś zresztą, przez którą wchodzi się do zarośniętego chwastami  ogrodu. Jak się to uporządkuje, będzie całkiem, całkiem. Są jesz- cze powybijane szyby w oknach. Ale to na razie, jutro będziemy  zabijać deskami, już skombinowałyśmy do tego materiał. Wła- ściciel budował ten dom dawno, dawno temu, ale zmarł i nie  dokończył, i nie wiadomo, do kogo teraz ten budynek należy.  Do nas. Chyba. Założyłyśmy z Ba-bą skłot. To jest zupełnie inny świat, nowy —  ciągle, nieoczekiwany, obiecujący, tętniący życiem. Może jesz- cze nie, ale wkrótce. Za wcześnie przyszłaś, to nie zobaczysz.  Chyba że nas później odwiedzisz. Albo i nie. Otworzymy to miej- sce, tu będzie inaczej niż z Kogutem i P., trochę się to wszystko  rozrzedziło, człowiek już jest spokojniejszy i nie potrzebuje się  tak bardzo chować. Będą znajomi, przyjaciele. Może Mariusza  odnajdę albo Kowala; kiedyś chcieli się wbić w taką akcję. Spo- ro się będzie działo. —  No, ta komuna, wiem — mój brat sobie sam odpowiadał na  pytanie „co ty w tym widzisz”, kiedy jeszcze dzwonił z Irlandii. 15
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Cztery sny
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: