Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00195 007500 12440491 na godz. na dobę w sumie
Dalej od gwiazd - ebook/pdf
Dalej od gwiazd - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 202
Wydawca: Biblioteka Analiz Sp. z o.o. Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-62948-43-7 Rok wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Dalej od gwiazd to opowieść o człowieku, który kochał kobiety, książki i alkohol, w takiej właśnie kolejności. Próbując uciec z małego miasta na Dolnym Śląsku do Barcelony, aby trudnić się sprzedażą piwa i pisaniem książek, trafił nad polskie morze, skąd – po spędzeniu kilku miesięcy bajkowego życia – udał się w podróż na zachód Europy, gdzie spędził wiele lat w poszukiwaniu sensu istnienia, aby następnie powrócić do punktu wyjścia.

Dalej od gwiazd jest także opowieścią o pisaniu, o próbie pokonania nałogu, o walce z samym sobą oraz o miłości, która miała w tym wszystkim pomóc. Ponadto Dalej od gwiazd jest świeżym spojrzeniem na falę współczesnej polskiej emigracji. Ukazuje życie młodego człowieka, który nie widzi dla siebie miejsca w kraju i, podobnie jak wielu jego rodaków, szuka szczęścia w Wielkiej Brytanii.

Losy głównego bohatera-Mundka, są paralelą losów samego autora ksiązki, czyli Łukasza Makuły. Ten młody pisarz, pomimo niewątpliwego talentu, również musiał wyjechać na Zachód w poszukiwaniu szczęścia i swojego miejsca na ziemi. Makuła, choć ma dopiero 28 lat, zdążył już przemierzyć sporą część Europy, zarabiając na życie w rozmaity sposób, między innymi jako opiekun niepełnosprawnych, kucharz, piekarz, magazynier czy pracownik fizyczny, w międzyczasie nie raz biorąc udział w bójkach czy lądując w aresztach lub ośrodkach odwykowych. Pisarz znalazł jednak czas na to, aby napisać książkę, której nie można porównać do niczego innego, co się do tej pory czytało.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

DALEJ OD GWIAZD Łukasz Makuła DALEJ OD GWIAZD Jirafa Roja Warszawa 2011 © Copyright by Łukasz Makuła, 2011 © Copyright by Jirafa Roja, 2011 Hanna Kukwa Natalia Kiłoczko Tatsu tatsu@tatsu.pl Redakcja: Korekta: Łamanie: ISBN 978-83-62948-43-7 www.jirafaroja.pl Wydanie I Warszawa 2011 For Nose Eyes who despite lousy blowjobs rocked my crazy world like no one ever could There are things that never change And we are not one of them my dear, Trouble with our love is here The trouble with our love is around When you can’t look me in the eye, and lie When you run so far away, That you forget where to go back… Now, you are what you never want to be, Go ahead, blame me… There are things that never change Now we are two strangers with a past And a future, that ain’t going to last And that is a trouble with our love, Last night we saw things like we never did, We both went our way, and hid… Miguel Piñero, Trouble with love 1. Piwo i kawa Był początek lata. Noce stały się ciepłe. Każdego wieczora ty- siące ławek pachniało marihuaną. Tysiące pustych puszek i butelek pokonanych własną pustką lądowało w krzakach lub rozbijało się o chodniki. Tysiące łez, jedna za drugą, spływało co wieczór po policzkach mej matki. Niezależne od wszystkiego, samotne w wędrówce przez noc. Tysiące wieśniaków podjeż- dżało Bombie pod okna, trąbiąc i krzycząc plugastwa, wyznania miłosne lub wszystko razem tylko w różnej kolejności. Tysiące żuli spało już twardo, chrapiąc na pohybel wszyst- kiemu, aby nazajutrz od szóstej rano z tą samą pogardą wysta- wać przed sklepem, marnując tysięczną okazję na śmierć. Cztery tysiące pięćsetny raz wracałem do domu o czwar- tej rano. Szedłem po śladach własnego cienia, gdyż właśnie zgubiłem swój cień. Albo sam gdzieś sobie poszedł, nie wiem. Może miał dość i to on zgubił mnie. Był początek lata. Zdałem maturę, a właściciel gazety, w której pracowałem, powędrował do więzienia wskutek źle wykonanych malwersacji finansowych. Po jakimś czasie wy- dostał się stamtąd za pomocą łapówki, aby schronić się w do- mu dla wariatów i tabuny szopenów zabawiały go co noc. 9 Moje miejsce pracy odeszło w niebyt, więc dorabiałem pa- serstwem, wiodąc żywot pełen alkoholu, hulanek i romanty- zmu wieczornego, wobec czego co jakiś czas udawałem się w celach poznawczych na spoczynek do życzliwej przystani lokalnej izby wytrzeźwień. Snułem się z przyjaciółmi po rynku, parkach, monopolo- wych, a miliony komarów gryzło nas co noc. Za nami zawsze snuła się policja, szukając tylko okazji do wlepienia mandatu lub zamknięcia kogoś na izbie wytrzeź- wień za przeklinanie, picie, zakłócanie ciszy nocnej i cokol- wiek tylko się dało. Którejś nocy konsumowaliśmy tanie wina wieloowocowe wewnątrz parku na naszej własnej ławce pod gwiazdami, gdzie nie docierały ani żaden patrol, ani para zakochanych. Wtedy to lotny umysł Golasa-wizjonera i odkrywcy wymyślił, by udać się nad morze, gdzie korzystając z wrodzonych talen- tów, rozpoczęlibyśmy handel piwem i kawą na plaży. W miarę ubywania wina z butelek wizja ta wydawała się coraz bliższą spełnienia, a zuchwały plan podboju polskich plaż rozrósł się na mapie aż do plaż Barcelony. Podług dokładnych obliczeń Wielkiego, już po miesiącu znojnego handlu na krajowym rynku stać by nas było na wy- jazd do Hiszpanii, gdzie równie dobrze można by, trudniąc się tym samym procederem, konsumować słodkie owoce triumfu umysłu nad niegodziwością losu w cieniu palm, woni drze- wek pomarańczowych i bliskości ciemnookich, cienkokost- nych niewiast. Za miejsce pierwszej fazy desantu piwno-kawowego jedno- głośnie obraliśmy Juratę, zgodnie konstatując, iż realna siła naszej bazy ekonomicznej jest tak wątła, że najtrafniej będzie posłużyć się sprytem, a więc do cna wykorzystać lenistwo i al- koholizm polskich elit polityczno-kulturalnych tam zazwyczaj rezydujących podczas ciepłych, wakacyjnych miesięcy. 10 — Piwo i kawa, do chuja Wacława! — wrzasnął Golas, rozbijając pustą już butelkę wina wieloowocowego o ponie- miecki chodnik. — Piwo i kawa, do chuja Wacława!!! — zawtórowaliśmy z Wielkim, czyniąc to samo z naszymi, równie pustymi już butelkami. Zachwyceni odkryciem poczuliśmy jednak senność i poczę- liśmy kierować się w stronę domostw, celem zdążenia przed świtem. Po drodze żołądek Golasa, zniechęcony przedwcze- snym końcem konsumpcji, zaprotestował. Byliśmy już niemal- że na rynku, gdy protest stał się tak natarczywy i stanowczy, że z pięścią wbitą w odbytnicę nasz przyjaciel, wizjoner i odkrywca Golas, porwał z chodnika plastikową torbę, by na palcach po- mknąć w stronę najbliższej cuchnącej kotami bramy. Czas jakiś to trwało, po czym usłyszeliśmy z ciemności złowieszcze: — Macie jakiś papier? Nie mieliśmy. Jednak tutejsze ulice, przebogate w roz- maite wykorzystane i porzucone osiągnięcia cywilizacyjne, dostarczyły najnowszego wydania „Tygodnika Ziębickiego”. Wielki oderwał tylko kronikę kryminalną i dostarczył ma- kulaturę Golasowi. — Patrz. Tu piszą, że złapano rowerzystę, który miał czte- ry i pół promila we krwi. To ponoć rekord Polski tego lata. — Podejrzewam, że w poprzednią sobotę mielibyśmy wię- cej, jakby przyszło dmuchać. Coś jeszcze? — Jakiś człowiek obrabował kiosk, ale został schwytany. — Ktoś go wydał? — Nie. Piszą, że niejaki Roman K., lat piętnaście, prze- chadzając się dzień po napadzie obok kiosku, usiłował zra- bować dowód w sprawie znajdujący się na miejscu przestęp- stwa. Dowód stanowił młotek porzucony tam przez złodzieja. Romana schwytano, kiedy próbował oddalić się z młotkiem. W końcu sam przyznał się do wszystkiego, stwierdzając, że 11 wrócił, obawiając się o zdrowie w razie zagubienia młotka należącego do jego ojca… Golas wyszedł z bramy, trzymając plastikową torbę zawią- zaną na podwójny węzeł. — Wypierdol to świństwo! — zawołaliśmy zgorszeni. On jednak pozostał głuchy na nasze argumenty. Mrugnął tylko z szelmowskim uśmiechem, mówiąc: — Zaczekajcie, zaczekajcie. Nie uszliśmy dziesięciu metrów, gdy zatrzymał nas patrol. — Co tam niesiecie? — zapytał policjant, świecąc nam latarką prosto w oczy. — Gówno — odparł trzeźwo Golas. — A pałą chcesz? — zapytał zdenerwowany gliniarz, wy- siadając z forda transita. — Ale on poważnie mówi — dodałem. — Sraczki dostał od hot dogów, a że nie godzi się jak psy, na chodniki srać, to do torby zawinął i szukamy śmietnika teraz. — Rozwiązywać to, ale już! — wrzasnął policjant, wyszar- pując Golasowi torbę z ręki. Rozwiązał supeł, a odór uderzył i w nas, choć staliśmy o dwa metry od niego. — Ja pierdolę… Zabierać to! Do śmieci wyrzucić i do do- mu, bo na izbę pozabieram… Kiedy odjechali, porzuciliśmy gówno pod ścianą i ukon- tentowani dobrze zapowiadającą się przygodą, rozeszliśmy się każdy w swoją stronę. Nadchodzące dni stanowiły katorgę pozyskiwania fundu- szy niezbędnych do nabycia biletów pociągowych, kilku piw oraz kawy, cukru, plastikowych kubków i innych niezbędnych utensyliów gastronomicznych. Wielki odkrył u matki dwie wspaniałe lodówki plażowe, kilka termosów i pół namiotu. Następnie odbył masę rozmów 12 ze znajomymi, podczas których roztaczając wizję natych- miastowego wzbogacenia się nad morzem, żądał pożyczek w dowód przyjaźni. Golas, wizjoner i odkrywca, zdobył sobie tylko wiadomym sposobem pięcioosobowy namiot, świecące radyjko na kase- ty, kilka taśm reggae oraz kilkaset złotych. Ja natomiast sprzedałem trzem osobom ten sam CD-player, dwa razy starą wieżę i raz uczciwie, choć zdobyty przez zna- jomego prostym sposobem rabunku, rower. Wartość fantów sięgała pięciuset złotych, co wprawiło mnie w znakomity hu- mor, jak zwykle kiedy udawało mi się dokonać transakcji uda- nej tylko dla siebie. Dokonawszy przeglądu zgromadzonych w tak krótkim cza- sie dóbr i funduszy, zachwyceni efektem i maksymalnie zde- terminowani wizją nadciągającego dobrobytu, udaliśmy się do baru z bilardem, aby posilić się na noc przed wyjazdem skromnym poczęstunkiem. Bar był niewielki i ciemny. Kilka kanap, stolików i jeden stół bilardowy. Piwo, wódka i trzy rodzaje soków. Lokal był ty- leż legendarny, co niecierpiany przez niektórych. My wycho- waliśmy się tam, a okrągłego barmana z wejrzeniem erotoma- na sadysty nazywaliśmy Uncle Bens. Dawniej stało tam kilka automatów do gier komputerowych, w tym niezapomniany hologram. Nigdzie więcej na świecie hologramu nie widzia- łem. W połowie lat dziewięćdziesiątych, kiedy dorastaliśmy, był to prawdziwy rarytas. Jednak tyle lat minęło, że czasem zastanawiam się, czy on istniał naprawdę. Siedzieliśmy we trójkę. Golas, wizjoner i odkrywca o ciemnej karnacji, czarnych kręconych włosach i niebie- skich oczach, które zdobyły mu wspólnie niejedną niewiastę, a zamiłowanie do wódki ją dla równowagi odbiło, był najza- bawniejszym człowiekiem, jakiego znałem. A jeśli nie, to na pewno najbardziej beztroskim. 13 Wielki z kolei, będąc naturalnym materialistą-pragmaty- kiem, miał około metra siedemdziesięciu wzrostu, skrzekli- wy głos i zawsze, kiedy popił, twarz jego robiła się czerwona niczym jajca Winnetou. No i ja, z moim długim, krzywym nosem, posępnym spoj- rzeniem i wątrobą starego żula. — Chłopcy, ja was tu widzę z powrotem za góra dwa ty- godnie. Co ja gadam? Znając was, przepijecie wszystko w ty- dzień i w następny piątek robimy imprezę powrotną — rzekł Uncle Bens, już za nami tęskniąc. — Nic z tego. Zapożyczyłem się u wszystkich kumpli, bez kasy nie wracam — odparł Wielki. — Ja tym bardziej. Sprzedałem kilku wieśniakom ten sam CD-player i tę samą wieżę, która zresztą je kasety i nie czyta CD. Na czas jakiś muszę się oddalić, aż panowie ułożą sprawy między sobą — odparłem i łyknąłem piwo. — A ja bym chciał, żeby jakaś fajna dupa mi zrobiła loda — dodał Golas filozoficznie. Nagle drzwi rozwarły się ze słowiańskim skrzypnięciem, aby wpuścić do wnętrza smugę popołudniowego światła, któ- ra zabarwiła dymy z papierosów na niebiesko i zatańczyła na ścianie, aby po chwili zniknąć za drzwiami w półmroku lo- kalu i objawić dwie niewiasty. Niczym Jin i Jang weszły Bomba z Anitą. Jedna młoda, jasnowłosa, o maślanym spojrzeniu, wąskich biodrach i nie- wielkich piersiach. Druga starsza, dobiegająca trzydziestki, o ciemnej cerze, długich czarnych włosach i uroczo falują- cym biuście. Podeszły, przywitały się i usiadły obok nas na wysokich barowych stołkach, zamówiwszy wcześniej piwo z sokiem imbirowym. Golas stojący za Bombą czynił plugawe gesty. Ja poczęsto- wałem starszą papierosem. 14 — Co to za fajki? — zapytała, patrząc mi głęboko w oczy, kiedy podawałem ognia. — Chesterfieldy — odparłem. — Co? Czeski film? — Uncle Bens, nalej nam wszystkim po setce! — krzyk- nąłem. W kilka godzin później oblicze Wielkiego było już czerwone niczym gasnąca gwiazda. Spadł ze stołka, podniósł się i za- taczając szeroki łuk, dobił do ściany, gdzie wyjąwszy kutasa, oddał mocz i ku drzwiom kroki swe skierował. Uncle Bens, który obserwował to z łaskawą życzliwością, pokiwał tylko głową, po czym dobywszy mopa, starł kałużę. — Wielki ma już dość — zauważył. Tymczasem Golas prawił komplementy Bombie, jak to miał w zwyczaju, wizjonerskie, odkrywcze i subtelne niczym papier ścierny na łonie ladacznicy o poranku: — …masz suty miodowe jak cipka mojej babci… — Ale ja poważnie mówię. Nie chciałbyś gdzieś pójść? — Jasne, wyruchać dziadka i zjeść gówno z jego dupy… — Ale… — tu ściszyła głos, delikatnie kładąc mu dłoń na kolanie z zalotnym uśmiechem — ja dla ciebie wszystko zrobię. — Ta? A zrobisz mi loda? Wyszli chwilę później, nie wdając się w zbędne wyjaś- nienia. Ta starsza siedziała obok mnie, opowiadała coś o dzieciach swoich, bracie chwilowo będącym na państwowym wikcie i Bóg jeden wie o czym jeszcze, a czego mózg mój nie nadą- żał rejestrować. Przeprosiłem ją, wstałem i odszedłem do kloaki. Koedu- kacyjna toaleta znajdowała się na podwórku. Szarpnąwszy za 15 klamkę, ujrzałem Golasa opartego plecami o ścianę ze spusz- czonymi do kolan spodniami i głową dyndającą jakoś dziwnie z tyłu. Chwiał się, opierając jedną rękę o zlew, a drugą trzy- mając jasną głowę Bomby robiącej mu loda. Stałem tak i patrzyłem czas jakiś, a żadne z nich nie za- uważało mnie. — Hej, Bomba, wszystko z nim w porządku? — zapyta- łem, gdyż właśnie obudził się we mnie humanista. Ona nie odpowiedziała nic, tylko głośniej westchnęła. Zamknąłem drzwi, rad, iż jest jeszcze miłość na tym świe- cie. Prawdziwa i czysta, nieznająca przeszkód w swej wę- drówce do gwiazd. Uczucie tak silne i nieprzeniknione, że potrafiło w ich sercach zmienić wychodek w sypialnię z ło- żem z sycylijskiego drewna. I tak rozmyślając, wydobyłem swego fiuta celem oddania moczu na ścianę kamienicy, gdy z niebios doszedł mnie głos życzliwy i ciepły, choć pełen oj- cowskiej nagany. — Nie lej mi pod oknem, głupi skurwysynu. Wróciłem więc do środka i skręcałem czas jakiś fiuta mię- dzy nogami w obawie, że kolejny klient sikający na bar jednego wieczora mógłby nabawić umysł Uncle Bensa trwałego ura- zu. Po chwili Bomba wprowadziła Golasa nieprzytomnego ze szczęścia i rozkoszy. Być może też szczęśliwego promilami, ja- kie łagodnymi falami kołysały jego światem i przestrzenią. Pobiegłem do kibla i dłuższą chwilę tworząc szczochem niezapomniane dzieła postmodernistyczne na ścianach i pod- łodze, kiwałem się w tył i w przód, szczęśliwy widmem nad- ciągającej podróży. Radowałem serce pędzącym czasem, ostatnimi kilkunastoma godzinami, jakie pozostały nam do opuszczenia tego miejsca i życia, i wszystkiego, co kochałem najbardziej, nienawidząc zarazem do ostatniej kropli krwi. Ponieważ byłem wtedy bardzo młody, nie wiedziałem jesz- cze, że świat, choć dosyć różnorodny, jest mały i tak napraw- 16 dę nawet jeśli uda się dokądś uciec, to jeszcze trzeba umieć tam wytrzymać. Kiedy ostatnie serie szczyn rozbijały się o porcelanę, owia- ła mnie słodka, mdląca bryza damskich perfum. Czyjaś dłoń ujęła mnie za jaja, czyjś język zatańczył mi na szyi, a gorący oddech oderwał ostatnie resztki snu. Gdy się odwracałem, napotkałem usta i język, wijący się wę żowymi ruchami, oraz ciepłe, wielkie cycki pod cienką bluz- ką. Przywarliśmy z Anitą do ściany. Ona masowała wprawnie moją lagę, podczas gdy ja zdjąłem jej bluzkę i delikatnie, acz stanowczo chwyciłem jej głowę i skierowałem ją w dół. Ponie- waż nie posiadałem prezesów, obawiając się tego, co mogło drzemać w jej wnętrzu, posuwałem ją w paszczę, aż zaczęła rzęzić i krztusić się. Nagle usiłowała wstać, podczas gdy ja za wszelką cenę próbowałem ją zatrzymać na kolanach. To było trochę jak próba utrzymania piłki pod wodą: kiedy się ją pu- ści, wyskakuje na powierzchnię. Jak mówiłem, nie mieliśmy prezesów, co komplikowało sprawę. Czas jakiś tak się siłowaliśmy. W dół i w górę. W pewnym momencie humanista w moim sercu wygrał i odjąłem dłonie. Wtedy ona wystrzeliła pionowo do góry i je- dynie wrodzony refleks uchronił mnie przed pawiem, jaki z pluskiem wylądował na kafelkach. Anita czas jakiś klęczała nad sraczem, a ja trzymałem jej włosy z tyłu głowy. Chuj zupełnie mi już opadł, więc schowa- łem go na jutro. Kiedy skończyła, oddałem jej koszulkę, którą mylnie biorąc za ręcznik, wytarła z twarzy pawia. — Wszystko gra? — zapytałem. — Daj mi chwilę, zaraz wyjdę — powiedziała i wydobyła z trzewi kolejną serię wódki i ogórków. — To na razie — rzekłem, zamykając drzwi. Golasa ani Bomby nie było już w barze. 17 — Wzięła go pod ramię i poszli sobie gdzieś — wyjaśnił Uncle Bens. — A co z Anitą? — Jest twoja, zaraz wróci — rzuciłem zbierając się do wyjś- cia. — Właśnie mi wyjaśniła, że jak człowiek młody i napa- lony, to przejebane jest. Kilka metrów dalej, gdy stałem w pomarańczowym kręgu światłą, jakie malowały na chodnikach uliczne lampy, sta- rałem się odnaleźć swój cień u stóp. Nie było go tam. Zasta- nawiając się, dokąd sukinsyn mógł powędrować, ruszyłem dalej zamyślony nad kondycją własnego nieobecnego cienia. Kroczyłem chwiejnie przez puste ulice, aż urwał mi się film i zniknąłem w ciemności. Następnej nocy staliśmy we trzech na dworcu kolejowym. Wszyscy na potężnym kacu, choć nie dawaliśmy tego po so- bie poznać. Nabywszy niezbędne spirytualia, wypatrywali- śmy pociągu niczym trójka nocnych upiorów oczekująca na transport do innego świata. Z dwoma plażowymi lodówkami, śpiworami w plecakach, półtora namiotem i radyjkiem gra- jącym tylko reggae i punk rocka. W końcu stalowy wąż nad- jechał z hukiem w chmurze pyłu. Dosiedliśmy go w ciemno- ści, bezczelnie, jak ludzie, którzy nie mają nic do stracenia. Bo już dawno umarł w nas lęk. 18 2. Twoje imię na ziarenku ryżu Kilkanaście godzin później nasze tobołki wypadły z pociągu Bratysława-Hel wprost w pył i kurz dworca w Juracie. Odna- lazłszy odpowiednio niedrogie pole namiotowe, zapłaciliśmy za tydzień z góry, rozbiliśmy obóz i ruszyliśmy na plażę. Dzień był ciepły i słoneczny. Na gorącym piasku, niczym krokodyle nilowe, wylegiwały się stada dobrze naoliwionych cycków. Ciszyliśmy zmysły morską bryzą i szumem fal, duma- jąc nad kondycją świata. Co i rusz podchodziły do nas jakieś dziewczęta z promocjami, zapraszały na imprezy, rozdawały ulotki lokali i tym podobne gówna. Od czasu do czasu Golas namawiał je słowami pełnymi szla- chetnej prostoty do sakralnego połączenia dusz poprzez organy płciowe. Chwilowo bez skutku, jednak uśmiechy co niektórych zdawały się sugerować potrzebę głębokiej ekstazy religijnej. Wieczorem wróciliśmy do obozu. Wielki, niezastąpiony kucharz-pragmatyk, gotował wieczerzę, marudząc, że niepo- trzebnie roztrwoniliśmy światło dnia na oglądanie się za du- pami i cyckami, zamiast z marszu przystąpić do interesów. Skrytykowaliśmy jego chciwość i niezdolność do odpoczyn- ku, argumentując, iż nerwowość jego bierze się z przydługiego 19 okresu abstynencji seksualnej. Następnie gestem nieznoszą- cym sprzeciwu podałem mu butelkę wina wieloowocowego, co ostatecznie odebrało mu wszelką chęć do dalszych wypo- wiedzi o tematyce ekonomicznej. Pole namiotowe było zwyczajnym podwórkiem sporej po- sesji. Właściciel pozwolił nam korzystać z kuchni i toalet. Oprócz nas był tam rozbity tylko jeden namiot, wspaniała budowla przypominająca raczej pałac wzniesiony z płacht i rurek. Właściciel gdzieś wybył i nie mieliśmy możliwości poznać się od razu. Powrócił tuż przed zmierzchem, niosąc metrowej długości drewnianą skrzynię. Po zapoznaniu, za- prosiliśmy go na wieczerzę, poczęstowaliśmy alkoholem, a gdy sprzątneliśmy, wspólnie ruszyliśmy w miasto. Rafał, jak się okazało, był artystą rzeźbiarzem. Pochodził spod Krakowa i ukończył tamtejszą ASP. Choć wyglądał na niecałe trzydzieści, miał niemalże dziesięć lat więcej. Był szczupły, nieco niższy ode mnie. Jego krótkie, czarne włosy siwiały nieznacznie na skroniach. Szare oczy spoglądały na świat gdzieś z bardzo daleka, a kiedy mówił, często robił dra- matyczne pauzy, jakby poszukiwał właściwych słów. Niekiedy zasępiał się lub uśmiechał tajemniczo. — W czym rzeźbisz? — zapytał kiedyś Wielki, węsząc ko- rzyści płynące z posiadania sławnego przyjaciela. Rafał uśmiechnął się i rzekł: — W mózgach, rzeźbię w mózgach. Wyśmialiśmy z Golasem małostkowość Wielkiego, jednak i nas nurtowała dziwna postać, która niechętnie odkrywała karty z talii własnej tajemnicy. Rafał był człowiekiem nazbyt subtelnej natury, aby wy- śmiać nasz plan handlu piwem i kawą na plaży. Do naszej opowieści podszedł sceptycznie, choć podziwiał jedność grupy w dążeniu do wspólnego celu. Szczerze życzył nam powodzenia. Jego sceptycyzm miał jednak realne podsta- 20 wy, których my nie wzięliśmy jakoś pod uwagę. Chodziło mianowicie o „klątwę meteorologów”, cały lipiec bowiem miało padać. Rankiem zbudził nas deszcz bębniący w plandekę na- miotu. Niebo pokryła gruba warstwa nimbostratusów. Dął wicher. Plaże były puste. Świat na powrót stał się ponurym zaułkiem z jednym tylko wyjściem. Trzy dni padało bez przerwy. Rzadkie chwile, kiedy słoń- cu udawało się przełamać ciemności niebios, wykorzystywa- liśmy, by poszwendać się po okolicy. Po dokonaniu dogłęb- nego rekonesansu miejsc wartych odwiedzania, zalegliśmy pod wiatą z bambusów przy stoliku w ogródku piwnym jednej z otwieranych tu latem knajpek. Sączyliśmy browar wnie- siony ze sobą, rozlewając go do knajpianych kufli. Fundusze topniały nam z prędkością dźwięku. Nastroje były złe. Znudzeni powędrowaliśmy w stronę morza, starając się w huku fal znaleźć odpowiedź, wygrzebać ją z piasku lub ukraść spod hotelu, w którym mieszkał prezydent. Nie było jej tam. Powlekliśmy więc nogi w odwrotnym kierunku, w stronę zatoki, licząc na cud, olśnienie lub cokolwiek. I wtedy wła- śnie cud się zdarzył. Rafał siedział na murku i dłubał w czymś palcami. Drew- niana skrzynka, którą nosił za sobą, stała teraz rozłożona na drewnianych nogach, a wewnątrz szufladki tkwiły dzie- siątki maleńkich buteleczek, rzemyków, długopisów i kilka strzykawek z przezroczystą, gęstą cieczą. Para starszych lu- dzi zapłaciła mu jakieś pieniądze, podziękowała i odeszła. Przywitaliśmy się. — Wy jeszcze tutaj? Zdawało mi się, że wyjeżdżacie — zagaił Ten, Który Rzeźbił w Mózgach. — Nie bardzo mamy jak pokazać się bez kasy. To długa historia. 21
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Dalej od gwiazd
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: