Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00272 004833 12594005 na godz. na dobę w sumie
Dama i oficer  - ebook/pdf
Dama i oficer - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 264
Wydawca: Harlequin Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-238-8137-7 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> romans
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Anglia, XIX wiek

Przeżycia wojenne odebrały spokój Jackowi Vernonowi. Wciąż powracały do niego dramatyczne wspomnienia z Półwyspu Iberyjskiego i walk toczonych tam z Francuzami. Na szczęście wojna nie zniszczyła talentu Jacka, zapalonego malarza i zdolnego portrecisty. Sukces odniesiony na wystawie w Royal Academy of Art zaowocował zamówieniami. Jedno z nich okazało się szczególnie ważne. Oto Jack miał namalować portret aktorki, pięknej dziewczyny, którą podziwiał na scenie Drury Lane Theatre. Wcześniej nawet nie marzył o tym, że będzie ją gościł w swojej pracowni…

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Tłumaczyła Bożena Kucharuk Tytuł oryginału: Gallant Officer, Forbidden Lady Pierwsze wydanie: Harlequin Historical Romance, 2009 Redaktor serii: Barbara Syczewska-Olszewska Opracowanie redakcyjne: Barbara Syczewska-Olszewska Korekta: Marianna Chałupczak ã 2009 by Diane Perkins ã for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 2011 Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie. Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V. Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe. Znak firmowy Wydawnictwa Harlequin i znak serii Harlequin Romans Historyczny są zastrzeżone. Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa, ul. Starościńska 1B lokal 24-25 Skład i łamanie: COMPTEXTÒ, Warszawa ISBN 978-83-238-8137-7 ROMANS HISTORYCZNY – 325 Książkę dedykuję pamięci mojego ojca, pułkownika Daniela J. Gastona Prolog Badajoz, Hiszpania – 1812 rok W Badajoz rozpętało się piekło. Pijani brytyjscy żołnierze wybiegli ze splądrowanych do- mostw, podpalając wszystko, co nawinęło im się pod rękę. Chodniki zaścielały ciała ofiar – francuskich żołnierzy i hisz- pańskich cywilów; mężczyzn, kobiet i dzieci. Barwne hisz- pańskie ubrania były czerwone od krwi. Syk ognia, krzyki kobiet, płacz dzieci dzwoniły Jackowi w uszach, lecz żaden z tych dźwięków nie był tak straszny jak rechot oszalałych mężczyzn, ogarniętych żądzą gwałtu i rabunku. Wśród zwycięskich oddziałów rozeszła się pogłoska, że Wellington zezwolił na trzy godziny plądrowania miasta. Ta plotka stała się iskrą, która wznieciła płomień. Choć nie było w niej ziarnka prawdy, zapanował chaos i zaczęły się masowe rabunki, których po niedługim czasie nie sposób już było po- wstrzymać. Po tym, jak Francuzi wycofali się do San Cristobal i przy- stąpiono do plądrowania, major postanowił spatrolować ulice. Jack Vernon i jego kompani mu towarzyszyli. – Musimy powstrzymać grabieże – uznał dowódca. Rozszalali żołnierze natychmiast napadli na patrol Jacka. Jego towarzysze rozpierzchli się i uciekli w popłochu. Od- dzielony od innych, Jack marzył już jedynie o znalezieniu 8 Diane Gaston bezpiecznej kryjówki, by móc przeczekać rzeź. Biegł ulicz- kami, skręcając po drodze tyle razy, że nie wiedział, gdzie się znajduje i jak ma się wydostać z labiryntu. W końcu tupot goniących go nóg ustał. Jack zwolnił, obejrzał się za siebie i głęboko zaczerpnął tchu. Krył się pod ścianami starych bu- dynków, mając nadzieję, że nie zdradzi go głośny oddech. Przemykając pod murem, dotarł w końcu do niewielkiego podwórka. W świetle ognia z płonącego budynku dostrzegł brytyjskiego oficera szarpiącego się z kobietą. Jakiś chłopak usiłował oderwać ręce mężczyzny od jego ofiary, jednak drugi kompan odciągnął chłopca i rzucił go na leżące obok ciało. Żołdak głośno się roześmiał, jakby udało mu się właśnie zbić kręgiel. Trzeci wojak uniósł chłopaka i wyciągnął nóż. Być może zamierzał poderżnąć wyrostkowi gardło. Jack wpadł na po- dwórze i wystrzelił w powietrze z pistoletu. Żołnierz puścił nóż, chłopca i wraz ze swym towarzyszem rzucił się do uciecz- ki, jednak mężczyzna napastujący kobietę nie zwrócił na to najmniejszej uwagi. Manipulując przy rozporku, zarechotał. – Ty też się zabaw. Starczy i dla ciebie. – Odwrócił się, pokazując twarz. Jack dobrze go znał. Miał przed sobą porucznika Edwina Tranville’a, adiutanta generała brygady Lionela Tranville’a. Zaledwie w rok od śmierci ojca Jacka generał Lionel Tranville uczynił matkę Jacka swoją metresą. Jack miał wtedy zaledwie jedenaście lat. Cofnął się w cień, zanim Edwin zdołał go rozpoznać. Dob- rze wiedział, że Edwin jest tchórzem, znęcającym się jedynie nad słabszymi; jednak nie przypuszczał, że jest zdeprawowa- ny aż do tego stopnia. – Zostaw tę kobietę – rozkazał Jack. – Nie ma mowy – odpowiedział bełkotliwie Edwin. Był bardzo pijany. – Za bardzo jej pragnę. Zasłużyłem sobie na Dama i oficer 9 to. – Wycelował palec w stronę kobiety. – Nie próbuj ze mną walczyć, bo będę musiał cię zabić. Jack zatknął pistolet za pas i wyciągnął szablę. Kobiecie udało się pchnąć Edwina tak, że się zatoczył; stała teraz po- między Jackiem a napastnikiem. Rozpaczliwie wparłszy się w tors Edwina, popychała go, gdy tymczasem chłopak wsko- czył mu na plecy. Edwin starał się strząsnąć z siebie wyrostka. Kopnął kobietę tak, że upadła, po czym ścisnął dzieciaka za gardło. – Non! – krzyknęła przeraźliwie. Jak tygrysica rzuciła się na Edwina, który się cofnął. – Uspokój się! – zawołał, nie przestając się bezmyślnie uśmiechać. – Bo skręcę mu kark. – Zarechotał, jakby uznał te słowa za doskonały dowcip. – Zabiję go gołymi rękami. – Non! – krzyknęła, ponownie rzucając się na Edwina. Potknął się, a tymczasem chłopakowi udało się wyrwać. Za- atakowała Edwina nożem, rozcinając mu policzek od ucha aż po usta. Zawył i opadł na kolana. Przyłożył dłoń do krwawią- cej twarzy. – Zabiję cię za to! Kobieta uniosła ramiona, by głęboko wbić nóż w plecy Edwina. Niespodziewanie jakiś brytyjski oficer chwycił ją od tyłu. – Nie rób tego, sen˜ora – przestrzegł i rozbroił ją bez trudu. Dołączył do niego inny oficer. Byli to kapitan i porucznik, obaj w mundurach piechoty szkockiej, regimentu, którym do- wodził niegdyś Tranville. Edwin wskazał kobietę. – Chciała mnie zabić! – Usiłował wstać, lecz się zatoczył i opadł na kocie łby. Zemdlał, wycieńczony bólem i nadmia- rem alkoholu. Kapitan zwrócił się do nieszczęsnej. – Będzie musiała pani pójść z nami, sen˜ora. Jack schował szablę do pochwy i postąpił kilka kroków. 10 Diane Gaston – Chwileczkę! Dwaj mężczyźni odwrócili się gwałtownie; porucznik wy- celował pistolet w pierś Jacka. Jack uniósł ręce. – Jestem podporucznik Vernon z Regimentu Wschodniego Esseksu. Ten oficer zamierzał zabić chłopca i zgwałcić kobie- tę. Byłem świadkiem tej sceny. Jego dwaj kompani uciekli. – Jakiego chłopca? – spytał kapitan. Z cienia wyłoniła się drobna sylwetka. Porucznik natych- miast zwrócił lufę pistoletu w tamtą stronę. Jack położył dłoń na ramieniu oficera. – Nie strzelaj. To dziecko. Kapitan, trzymając kobietę za ramię, podszedł do Edwina i obrócił go na plecy obutą nogą. – Landon, widzisz, kto to jest? – To syn generała Tranville’a – odpowiedział za niego Jack. – Żartujesz? Co on tu robi? – zdziwił się porucznik. Jack wskazał Edwina. – Chciał udusić chłopca, a ta nieszczęsna broniła go nożem. Po policzku Edwina ciekła krew; wciąż był nieprzytomny. – Jest pijany – dodał Jack. Wyrostek podbiegł do ciała francuskiego żołnierza. – Papa! – Non, Claude! – zawołała kobieta, wyrywając się kapita- nowi. – Cholera, to Francuzi. – Kapitan przyklęknął obok ciała i dotknął palcami szyi mężczyzny. – Nie żyje. – Mon mari – powiedziała kobieta. Kapitan wstał i podszedł do Edwina. Można było odnieść wrażenie, że zamierza go kopnąć, lecz w ostatniej chwili się powstrzymał. Edwin przewrócił się na brzuch i skulił się z jękiem. Chłopak szarpał rękaw kurtki ojca. Dama i oficer 11 – Papa! Papa! Réveillez! – Il est mort, Claude. – Kobieta delikatnie odciągnęła syna od ciała zabitego. Kapitan popatrzył na Jacka. – Tranville go zabił? – Nie widziałem. – Do diabła. Co z nią teraz będzie? – Kapitan przeniósł wzrok na Francuzkę. Dobiegły ich jakieś krzyki; kapitan wyprostował się. – Musimy ich stąd wyprowadzić. – Machnął ręką w stronę porucznika. – Landon, zabierz Tranville’a do obozu. Podpo- ruczniku, potrzebuję pańskiej pomocy. Chcę znaleźć dla tej nieszczęsnej bezpieczne miejsce. Może w kościele... albo gdzie indziej. – Popatrzył na porucznika i na Jacka. – Nikomu ani słowa na temat tego, co tu zaszło. Zrozumiano? – Powinien za to zawisnąć na szubienicy – powiedział po- rucznik. – Jest synem generała – zauważył kapitan. – Jeśli złożymy doniesienie, generał zwróci gniew przeciwko nam, a nie prze- ciw synowi. – Wskazał kobietę skinieniem głowy. – Mógłby nawet odszukać ją i chłopca. – Popatrzył na leżącego bez ru- chu Edwina. – Ten sukinsyn jest tak pijany, że pewnie nawet nie wie, co zrobił. – Pijaństwo nie jest żadną wymówką – rzekł porucznik. Po chwili zastanowienia kiwnął głową. – Dobrze. Nikomu nic nie powiemy. Kapitan popatrzył na Jacka. – Czy mam na to również i pańskie słowo, podporuczniku? – Tak. – Jack wolał, żeby ani Tranville, ani Edwin nie dowiedzieli o jego obecności w tym miejscu. Gdzieś w pobliżu rozległ się brzęk szkła. Dach płonącego budynku zawalił się, posyłając w niebo tysiące iskier. – Musimy się pośpieszyć – rzekł kapitan. Wyciągnął dłoń do Jacka. – Jestem kapitan Deane. A to jest porucznik Landon. 12 Diane Gaston Jack skłonił głowę. – Czy jest tu gdzieś kościół? – zwrócił się Deane do kobie- ty i jej syna. Plasnął się dłonią w czoło. – Psiakrew, jak to powiedzieć po francusku? Église? – Non, nie église, capitaine – odpowiedziała kobieta. – Mój... mój maison – mój dom. Chodźmy. – Mówi pani po angielsku, madame? – Oui, un peu... trochę. Landon zarzucił sobie Edwina na ramię. – Uważaj – ostrzegł go kapitan. Porucznik szybko skinął głową, rozejrzał się dokoła i od- dalił się w kierunku, z którego przyszli. Deane zwrócił się do Jacka. – Chcę, żebyś poszedł ze mną. – Popatrzył na ciało Fran- cuza. – Będziemy musieli go tu zostawić. – Tak jest. – Chodźmy. Rzuciwszy ostatnie spojrzenie na ciało zmarłego męża, ko- bieta otoczyła ramieniem syna i dała znak, by oficerowie po- szli za nią. Przeszli zaułkiem pod drzwi domu przy wąskiej uliczce. – Mój dom – powiedziała cicho. Drzwi były uchylone. Kapitan dał znak, by zaczekali, a sam wszedł do środka. Po chwili wrócił. – Nie ma nikogo. Jack przestąpił próg. Dom został splądrowany; wszędzie walały się połamane meble, skorupy talerzy, porozrzucane pa- piery. Mieszkanie składało się jedynie z frontowego pokoju, kuchni i sypialni. Kapitan Deane przyciągnął znajdujący się w opłakanym stanie materac z sypialni do głównego pokoju i położył w kącie. Francuzka przyniosła z kuchni kubki z wo- dą. Chłopiec nie odstępował matki na krok, patrząc przed sie- bie szklanym wzrokiem. Jack duszkiem wypił wodę. Dama i oficer 13 – Zostaniesz na straży? – zapytał kapitan, zaspokoiwszy pragnienie. – Pośpię godzinkę, a potem cię zastąpię. – Dobrze – odpowiedział Jack. Mógł pełnić straż choć- by i całą noc. Był pewien, że nie zmruży oka. Zastanawiał się nawet, czy w ogóle kiedykolwiek będzie jeszcze w stanie zasnąć. Zabarykadowali drzwi zniszczonymi meblami. Jack zna- lazł niepołamane krzesło i usiadł na nim przy oknie. Kapitan dał znak kobiecie i jej synowi, by położyli się na materacu. Sam usiadł na podłodze i oparł się plecami o ścianę. Z ze- wnątrz wciąż dobiegały odgłosy rzezi, lecz nikt nie próbował wedrzeć się do środka. Jack patrzył przez okno na pozornie spokojną ulicę. Pomyślał, że do rana to szaleństwo zapewne ustanie i będzie mógł wrócić do obozu. Miał nadzieję, że major i pozostali uczestnicy jego patrolu żyją. Być może jeszcze przed końcem wojny ktoś przeszyje serce Edwina szpadą, wymierzając mu sprawiedliwość za udział w tej straszliwej masakrze. Załadował pistolet i trzymał go w pogotowiu. W głowie roiło mu się od makabrycznych scen. Wyobraźnia podsuwała kolejne obrazy. Wyłaniały się w zakamarkach mózgu jeden za drugim, zmuszając Jacka do przeżywania od nowa koszmaru tego dnia. Czuł przemożną potrzebę uwiecznienia tych obra- zów na kartce. Pragnął uzewnętrznić swe przeżycia, by zyskać odrobinę spokoju. Niebo pojaśniało wraz z nastaniem świtu, a Jack wciąż słyszał pijackie krzyki, strzały z muszkietów, przerażone gło- sy ofiar. Kapitan Deane obudził się i podszedł do Jacka. Przy- stanął na chwilę, nasłuchując. – To jeszcze nie koniec. – Potarł twarz. – Prześpij się tro- chę, podporuczniku. Zaczekamy. Miejmy nadzieję, że to się niedługo uspokoi. Jack ustąpił miejsca kapitanowi. Spojrzał w kąt pokoju, 14 Diane Gaston gdzie leżeli kobieta i jej syn. Chłopiec, skulony w kłębek, wyglądał jak małe dziecko. Francuzka nie spała. Jack rozejrzał się po pokoju i zaczął zbierać kartki papieru z podłogi. Przyj- rzał się im. Niektóre stronice były niezapisane. – Będą pani potrzebne? – zapytał kobietę, unosząc plik papierów. – Non. Jack czuł się winny, że zabiera nieznajomej listy, jednak jego szkicownik został z ekwipunkiem w obozie. Nie spodzie- wał się, że aż tak dramatycznie będzie potrzebował papieru. Znalazł szeroką deskę i usiadł pod drugim oknem. Umieściw- szy deskę na kolanach tak, że padało na nią światło, wyciągnął z kieszeni ołówek. Położył kartkę na desce i z ciężkim wes- tchnieniem przystąpił do rysowania. Sceny uwięzione w jego głowie spływały na papier. Nie nadążał za tym, co podsuwał mu umysł. Zapełnił już trzy kar- tki, a wciąż jeszcze nie czuł spełnienia; musiał narysować wszystko, co widział. Dopiero gdy uda mu się uchwycić naj- ważniejsze wydarzenia, będzie od nich wolny. Być może na- wet zaśnie. Rozdział pierwszy Londyn – czerwiec 1814 roku Jack przemierzał sale wystawowe Royal Academy of Art, podziwiając bogactwo ekspozycji, mistrzostwo i piękno dzieł. Wciąż nie mógł uwierzyć, że naprawdę znajduje się w tym miejscu. Historyczne malowidła, pejzaże, alegorie, portrety wiszące obok siebie na ścianach wyglądały jak kawałki ukła- danki, w której wciąż przybywa elementów, aż w końcu zo- staje nimi zapełniona cała przestrzeń od podłogi aż do sufitu. Rok temu jego regiment został odwołany do Anglii. Napo- leon abdykował i armia nie potrzebowała już usług Jacka. Po- dobnie jak większość młodych oficerów, którym udało się przeżyć wojnę, został awansowany do stopnia porucznika, co wiązało się z podwyższeniem uposażenia. Jako że w czasie pokoju otrzymywał połowę poborów, dodatkowe pieniądze pozwoliły mu na realizację marzeń. Z pasją poświęcił się działalności artystycznej; rysował i malował, by zapomnieć o śmierci i zniszczeniach. Po powrocie z wojny udał się prosto do Bath, do domu matki i siostry. W Bath mieszkał również jego mentor, sir Cecil Harper. Od dzieciństwa wspierał duchowo Jacka i dos- konale rozumiał jego potrzebę tworzenia, a teraz ponownie stał się jego nauczycielem i opiekunem artystycznym. Na szczęście wojna nie odebrała Jackowi zapału do rysowania 16 Diane Gaston i malowania. Zachęcony przez sir Cecila, przedłożył swe obra- zy Royal Academy of Art z myślą o letniej wystawie. Jakimś cudem przyjęto dwie z jego prac. Wisiały teraz na ścianach Somerset House, siedziby Royal Academy, obok dzieł Lawrence’a, Fuselego i Turnera, w sali wypełnionej widzami, którzy nie zdążyli jeszcze wyjechać z miasta na lato. Szmer głosów rozbrzmiewał w uszach Jacka jak odległa kanonada i przywoływał wspomnienia wojennego koszmaru. Jakiś przechodzący mężczyzna delikatnie otarł się o Jacka, który omal się nie zatoczył. Na szczęście dżentelmen niczego nie zauważył. Jack rozprostował zaciśniętą pięść, lecz wspo- mnienia wojny przybierały na sile; wystrzały armatnie były coraz donośniejsze, w sali robiło się coraz ciemniej. Zdarzyło mu się to już wcześniej. Te objawy nieodmiennie zwiastowały nadejście wizji. Wkrótce znów znajdzie się na polu bitwy, pośród znajomych odgłosów, widoków i lęków. Mocno zacisnął powieki, mając nadzieję, że nikt nie domyś- la się, że Jack stacza z sobą wewnętrzną walkę. Otworzywszy oczy, popatrzył na portret swojej siostry. Obraz wisiał wysoko i niełatwo było dojrzeć szczegóły. Jack nie mógł się jednak spodziewać, że dzieło nieznanego malarza zostanie uhonoro- wane lepszym miejscem. Myśl o obrazie sprawiła, że powrócił do rzeczywistości. Był w Londynie, w Somerset House, wśród pięknych dzieł sztuki. Z wdzięcznością uśmiechnął się w stro- nę portretu siostry. – Który obraz tak bardzo się panu podoba? – usłyszał ci- chy, melodyjny głos. Obok Jacka stała urodziwa młoda kobieta. Można było od- nieść wrażenie, że właśnie zstąpiła z jednego z płócien. Przez chwilę zastanawiał się, czy aby wyobraźnia znów nie płata mu figli. Nieznajoma miała skórę jedwabistą jak płatek róży, wspaniale kontrastującą z rudawobrązowymi włosami. Pełne, ciemnoróżowe wargi lśniły tak, jakby przed chwilą zwilżyła je Dama i oficer 17 językiem. Duże, błyszczące oczy barwy zielonych łąk, otoczo- ne ciemnobrązowymi rzęsami, patrzyły na niego z zacieka- wieniem. A może ze współczuciem? – Proszę powiedzieć, że portret tej młodej damy. – Wska- zała konterfekt jego siostry. Odrywając na chwilę wzrok od pięknej nieznajomej, zer- knął na obraz. – Podoba się pani? – spytał speszony – Owszem. – Zmrużyła oczy, jakby się nad czymś zastana- wiała. – Jest doskonały pod względem artystycznym, ale nie tylko o to chodzi... – Urwała, by zwilżyć wargi, co podziałało niezwykle pobudzająco na Jacka. – Widać, że twórca włożył w pracę wiele uczucia. – Uczucia? – Jack popatrzył na malowidło i szybko prze- niósł wzrok na kobietę. Nie potrafił oderwać od niej oczu. – Tak – potwierdziła. Działała jak balsam na Jacka, który zaledwie przed chwilą stoczył walkę z demonami przeszłoś- ci. – Wyraz twarzy tej młodej damy, jej poza oddziałują na emocje. Ta młoda osoba najwyraźniej zastanawia się, co przy- niesie jej przyszłość; widać też, że malarz bardzo ją lubi, co czyni ją tym piękniejszą. To naprawdę niezwykły obraz. Jack zaczerwienił się; jego próżność została mile połechtana. Namalował podobiznę Nancy z myślą o zamówieniach od przyszłych klientów, jednak praca nad obrazem stworzyła mu szansę lepszego poznania siostry, która była jeszcze dziec- kiem, gdy całował ją na pożegnanie przed wyjazdem na Pół- wysep Iberyjski. Teraz Nancy miała osiemnaście lat i była tak piękna, urocza i świeża, jak przedstawiał to portret. Młoda dama, której płótno tak bardzo przypadło do gustu, była co najwyżej o kilka lat starsza od Nancy. Roześmiała się. – Mężczyźni nie rozumieją emocji. – Popatrzyła uważnie na obraz. – Artyści są wyjątkiem. Ten artysta doskonale po- trafi ukazać uczucia.
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Dama i oficer
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: