Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00086 007783 13455409 na godz. na dobę w sumie
Dama i uwodziciel - ebook/pdf
Dama i uwodziciel - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 284
Wydawca: Harlequin Polska Język publikacji: polski
ISBN: 9788323876038 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> romans
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Anglia, okres regencji Lady Edwina martwi się, że jej wnuczka Elizabeth zostanie starą panną. Nie brakuje jej urody i inteligencji, jest córką markiza i ma niezły posag. Cóż z tego, skoro jak ognia unika spotkań towarzyskich i cały wolny czas poświęca na niesienie pomocy ubogim i ich dzieciom. Można by pomyśleć, że skandal, do którego doszło dziesięć lat temu i w którym Elizabeth odegrała główną rolę, na resztę życia zniechęcił ją do małżeństwa. Lady Edwina, z natury i upodobania hazardzistka, wpada na ryzykowny pomysł. Świeżo upieczonemu wicehrabiemu Strattonowi, znanemu z powodzenia u dam i awanturniczego stylu życia, składa propozycję nie do odrzucenia…

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Mary(cid:3)Brendan(cid:3) 3 8 0 9 3 3 S K E D N I T A V 0 M Y T W Ł Z 9 9 0 1 A N E C 7 0 / 3 0 6 R N , (cid:3) (cid:3) n a d n e r B y r a M (cid:3) ISSN 1641-5787 9 771641 578012 Mary(cid:3)Brendan Dama i uwodziciel 03-RH-1.indd 1 03-RH-1.indd 1 1/18/07 12:18:18 PM 1/18/07 12:18:18 PM dla ka(cid:380)dej kobiety, ka(cid:380)dego dnia(cid:8230) Wi(cid:281)cej informacji znajdziesz na www.harlequin.com.pl Mary Brendan Dama i uwodziciel Tłumaczyła Lena Perl Drogie Czytelniczki! W tym miesiącu znowu proponujemy Wam powieści znakomitych autorek romansów historycznych: Deborah Hale i Mary Brendan. Każda z nich potrai odtworzyć klimat i charakter epoki, o której pisze; powołać do życia barwne, wyraziste postacie, zbudować ciekawą intrygę. Urodzony zwycięzca to Armand Flambard. Wojenne przeżycia, a także obciążająca jego sumienie tajemnica, sprawiają, że ten waleczny rycerz szuka spokoju ducha w zakonie. Postanawia, że już nigdy nie weźmie do ręki miecza. Okazuje się jednak, że los mu na to nie pozwoli. Dama i uwodziciel zostają wplątani w intrygę, która powinna zakończyć się ich małżeństwem. Czy jednak dwoje tak różnych i obciążonych rozlicznymi doświadczeniami ludzi dojdzie do porozumienia? Nad Elizabeth wisi odium skandalu sprzed lat, Ross jest znany z awanturniczego stylu życia... Harlequin. Każda chwila może być niezwykła. Czekamy na listy Nasz adres: Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa 12, skrytka pocztowa 21 Mary Brendan Dama i uwodziciel Toronto • Nowy Jork • Londyn Amsterdam • Ateny • Budapeszt • Hamburg Madryt • Mediolan • Paryż Sydney • Sztokholm • Tokio • Warszawa Tytuł oryginału: A Roguish Gentleman Pierwsze wydanie: Harlequin Mills Bonn Limited, 2005 Redaktor serii: Barbara Syczewska-Olszewska Opracowanie redakcyjne: Justyna Wons Korekta: Zoia Firek © 2001 by Mary Brendan © 2005 by Harlequin Books S.A. © for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 2007 Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie. Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V. Wszystkie postacie w tej książce są ikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych czy umarłych – jest całkowicie przypadkowe. Znak irmowy Wydawnictwa Harlequin i znak serii Harlequin Romans Historyczny są zastrzeżone. Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa, ul. Rakowiecka 4 Skład i łamanie: Studio Q, Warszawa Printed in Spain by Litograia Roses, Barcelona ISBN 978-83-238-2878-5 Indeks 339083 ROMANS HISTORYCZNY – 185 Rozdział pierwszy – Elizabeth! – krzyknęła Edwina Sampson, stając w prze- stronnym holu swojej eleganckiej miejskiej rezydencji. Lady Elizabeth Rowe zerknęła w stronę, z której dobiegał podniesiony głos i zobaczyła swoją babkę, która z wyrazem obrzydzenia na twarzy, zaciskając palcami nos, szybkim kro- kiem podążała w jej kierunku. Od razu zrozumiała, o co chodzi, i z zakłopotaniem po- patrzyła na podejrzanie poplamioną dolną krawędź swojej spódnicy. Przepraszająco wzruszyła ramionami i westchnęła. Oczywiście mogło to być błoto, przez które przeszła w dro- dze z powozu pastora Clemence’a do domu. Ale prawdę mó- wiąc, tak samo jak Edwina, podejrzewała, że był to raczej brud z rynsztoka w Wapping, gdzie pomagała pastorowi pro- wadzić niedzielną szkółkę. – Jak ty wyglądasz! – krzyknęła Edwina Sampson, załamu- jąc pulchne ręce skrzące się od klejnotów. – Zawsze wiem, kiedy wracasz do domu. Czuję to po zapachu! – Przestań, babciu. Są gorsze rzeczy niż odrobina łajna – powiedziała spokojnie Elizabeth. – Znam nieszczęśników, którzy całe życie spędzają w gnoju. Þ  þ – Przyzwoici, ciężko pracujący ludzie nie żyją w gnoju! – najeżyła się Edwina i krzyknęła na stojącego nieruchomo wy- sokiego mężczyznę, by zamknął drzwi. – Rusz się! Całe ciepło ucieka na zewnątrz! Wiesz, ile kosz- tuje worek węgla? Harry Pettifer, który do tej pory bez słowa kontemplował smugę brudu, jaką zostawiła na nieskazitelnie czystej marmu- rowej posadzce holu spódnica Elizabeth, popatrzył na panią Sampson. – Wiem, i to dokładnie, proszę pani, bo dopiero co regulo- wałem rachunek za opał. – Starasz się być bezczelny, Pettifer? – Nigdy nie jestem bezczelny, proszę pani – odparł kamer- dyner i z nieprzeniknionym wyrazem twarzy oddalił się god- nym krokiem. Mijając Elizabeth, mrugnął do niej porozumie- wawczo, a ona ledwo powstrzymała uśmiech. Elizabeth wiedziała, że Harry Pettifer służy u rodziny Samp- sonów od ponad trzydziestu lat, a odkąd sama zamieszkała u babki, w spokojnej i cichej części Marylebone słyszała nie- jedną, dużo zabawniejszą niż ta, wymianę zdań, do jakiej do- chodziło między niziutką, sześćdziesięcioletnią Edwiną a jej posągowym kamerdynerem. Zsuwając z nóg zabrudzone pantole, Elizabeth zauważyła, że kilka osób ze służby z dużym zainteresowaniem przygląda się całemu zamieszaniu. – Szczotka i szmata. Do holu. Natychmiast. – Pettifer strze- lił szczupłymi, długimi palcami, z władczą miną wydając służ- bie instrukcje. – Za to, co mu płacę, mogłabym wynająć dwóch lokajów albo zapłacić rzeźnikowi za cały rok. – Nie masz racji, babciu. Myślę, że pensja Pettifera nie po- Þ  þ kryłaby nawet twojego rachunku u cukiernika. – Elizabeth uśmiechnęła się, znacząco zerkając na obite kształty babki, której słabość do słodyczy, a szczególnie do marcepanu była powszechnie znana. Na ustach kamerdynera pojawił się cień uśmiechu, co nie po- zwoliło Edwinie pozostawić słów wnuczki bez odpowiedzi. – Lubię słodycze – przyznała – i nie widzę powodu, dla któ- rego miałabym sobie ich odmawiać. Całe życie ciężko praco- wałam, więc chociaż na starość coś mi się należy. – Dobrze wiesz, że potrzebujemy Pettifera bardziej niż on nas. Słyszałam, że pani Penney znów go namawia, by przyjął posadę w jej domu w Brighton – ostrzegła babkę Elizabeth. – Naprawdę? Skąd to wiesz? – Edwina zacisnęła wargi. Elizabeth zdjęła czepek i machinalnie poprawiła jasne włosy. – Chętnie poplotkuję o popularności, jaką cieszy się nasz kamerdyner, ale pozwól, że najpierw się odświeżę. A na wypa- dek, gdyby tym razem naprawdę chciał nas zostawić, powiedz mu coś miłego, zanim zejdę do salonu. – Elizabeth uśmiech- nęła się i, unosząc zabrudzoną spódnicę, co odsłoniło zgrabne kostki nóg, pobiegła schodami na górę. Po chwili była już w swojej pachnącej lawendą prze- bieralni, gdzie czekała na nią Josie. Młodziutka pokojów- ka, marszcząc mały zadarty nosek, szybko pomogła swojej pani pozbyć się skromnej sukni, którą wkładała na wizyty w niedzielnej szkółce. Babcia ma rację, że najtrudniej jest znieść odór, pomy- ślała Elizabeth, myjąc twarz w pachnącej wodzie z płatkami kwiatów. Nawet przebrana i umyta nadal czuła w nozdrzach smród slumsów. Już ponad rok pomagała w niedzielnej szkółce przy Barrow Þ  þ Road i nie zauważyła, by choć raz powietrze było tam czystsze i mniej śmierdzące. Bez względu na porę roku odór niemy- tych ludzkich ciał, zapach gnoju, smoły i bliskość portu pozo- stawały niezmienne. Jedynie muchy czasami znikały, podob- nie jak i uczniowie. Co jakiś czas na twardej ławce, na której siadały dzieci, pojawiało się puste miejsce, a kiedy Elizabeth pytała, gdzie podziewa się nieobecny, na ogół słyszała, że w pracy, choć by- wało i tak, że dziecko umierało. Niedzielne spotkania odbywały się w pustym kącie hurtow- ni, który właściciel udostępniał nieszczęsnym, małym istotom, by choć raz w tygodniu mogły oderwać się od nędzy i okropno- ści swojej egzystencji i posłuchać Pisma Świętego. Wychudzone dzieciaki walczyły o miejsce na ławce z zaciekłością równą tej, z jaką zdobywały pożywienie i pracę. Ci, dla których zabrakło miejsca musieli zadowolić się zimną, kamienną podłogą. Siedząc przy toaletce na miękkim pluszowym taborecie, Elizabeth przyglądała się w lustrze swoim zaróżowionym od spaceru policzkom i blond lokom, spływającym po obu stro- nach owalnej twarzy i szczupłej szyi. Wapping nie było miejscem, gdzie ktoś mógł mieć ochotę zatrzymać się na pogawędkę. Nie robił tego nawet szanowa- ny przez tamtejszą społeczność duchowny. A mimo to Eliza- beth i pastor Clemence co niedziela zapuszczali się w labirynt wąskich uliczek, by dotrzeć do Barrow Road. Bez względu na porę roku slumsy zawsze wyglądały tak samo odpychająco i smutno. Na sznurach suszyły się szare szmaty, rachityczne dzieci grzebały w śmieciach, a kobiety o pustych oczach stały grupkami przy wejściach do obskurnych ruder. Oparła się wygodnie o krzesło i zamykając oczy, skupiła się na przyjemności, jaką sprawiały jej płynne, delikatne ru- Þ  þ chy szczotki we wprawnych rękach Josie. Wróciła myślami do dzieci ze slumsów. Naprawdę chciała im pomóc, ale czy te krótkie chwile oderwania od życia, jakie dawała im w nie- dziele, były wystarczające? Ciekawe, o czym naprawdę my- ślały, trąc wiecznie zakatarzone nosy i wpatrując się w nią szklistym wzrokiem? Może o tym, że są głodne? Albo o obo- wiązkach, do których muszą wrócić, kiedy skończy się nie- dzielna szkółka? Może wiecznie głodnym i źle traktowanym dzieciom słuchanie opowieści o dobrym pasterzu wydawało się nonsensowne? Przypomniały się jej słowa pastora Clemence’a, który powiedział jej kiedyś, że umrze szczęśliwy, jeśli dzięki swo- jej pracy zdołają uchronić od domu uciech albo od harów- ki w kieracie choćby jedno dziecko. Wyłożył jej wtedy całą swoją ilozoię, a ona zrozumiała, że cotygodniowa wizyta w cuchnących slumsach nie jest wygórowaną ceną za ura- towanie nawet tylko jednej duszyczki. W uniesieniu zade- klarowała wtedy swoją pomoc, a kiedy pastor ujął jej dłoń, pozwoliła mu cieszyć się tym dotykiem przez kilka długich sekund. – Dużo lepiej. Teraz pachniesz i wyglądasz jak moja Lizzie – pochwaliła Edwina, kiedy Elizabeth ubrana w różową suknię z krepy pojawiła się w salonie. Upięte na czubku głowy jasne loki dodawały jej wzrostu, dzięki czemu wydawała się wyższa niż niecałe sto sześćdziesiąt centymetrów, które mierzyła. – Skoro już mówimy o zapachu, babciu… Czyżbyś znowu paliła? – Elizabeth zmarszczyła zgrabny nosek. – Śmierdzi tu jak w pokoju, gdzie panowie grają w karty – dodała, wachlu- jąc się drobną dłonią. – Skąd ty w ogóle wiesz o istnieniu takich miejsc? Czyżbyś Þ 10 þ ostatnio w jakimś była? – odparła babka, dyskretnie wsuwając nogą niedopałek pod krzesło. – Umiem rozpoznać zapach dymu tytoniowego. Dobrze wiesz, jak bardzo ojciec i jego przyjaciele potraili nadymić, kiedy w błękitnym salonie horneycrot grali w faraona. – A już myślałam, że zaczęłaś spędzać czas z prawdziwym mężczyzną zamiast z tym pastorem o ziemistej twarzy, który ciągle za tobą kuśtyka. – Hugh jest przyzwoitym człowiekiem i prawdziwym dżen- telmenem. To dobry przyjaciel i za to go cenię – odparła lady Elizabeth Rowe, rzucając babce ostrzegawcze spojrzenie. Edwina zbyła słowa wnuczki jednym ruchem pulchnej dłoni i sięgnęła do srebrnej misy po kawałeczek marcepa- nu. Żując z przyjemnością, przyglądała się badawczo Eli- zabeth. – Oświadczył ci się? – zapytała w końcu. Elizabeth usiadła z gracją w fotelu na wprost babki i wy- ciągnęła dłonie w stronę płonącego na kominku ognia. – Nie i nie zrobi tego – odparła. – Dobrze wie, że moja sym- patia do niego jest… innego rodzaju. – Dzięki Bogu! – mruknęła pod nosem Edwina i doda- ła: – Ciągle się boję, że pewnego dnia wrócisz z tanim pier- ścioneczkiem na palcu i oświadczysz, że przeprowadzasz się na przedmieścia, na jakąś plebanię o przeciekającym dachu. Nie sądź jednak, że przestałam myśleć o wydaniu cię za mąż, choć dawno minął właściwy po temu czas. Niedługo skoń- czysz dwadzieścia dziewięć lat i nie możesz w nieskończoność mieszkać ze mną. Jestem stara i niedużo mi już życia zosta- ło. Zanim jednak umrę, chcę wiedzieć, że masz zapewnioną przyszłość. – Jesteś zdrowa i masz przed sobą jeszcze wiele lat. Poza Þ 11 þ tym dobrze wiesz, że nigdy nie wyjdę za mąż – oświadczyła Elizabeth i szybko zmieniła temat. – Chcesz usłyszeć, skąd wiem o zakusach pani Penney na Pettifera? – Nie uda ci się mnie tak łatwo zagadać, moja panno. Mó- wiłam poważnie. Mam już sześćdziesiąt lat i często mnie tu boli. – Edwina pokazała miejsce poniżej żeber. – To może być poważna choroba, kto wie, czy nie śmiertelna? – To zwykła niestrawność i na pewno zniknie, jeśli prze- staniesz jeść… choć przez godzinę dziennie. – Elizabeth uśmiechnęła się i od razu odmłodniała. – Jesteś piękną kobietą i potrzebny ci mąż. Nie możesz po- zwolić, by tragedia sprzed dziesięciu lat przekreśliła całe twoje życie. To już przeszłość. Ludzie o tym zapomnieli. – Ale ja nie zapomniałam! I nie mam zamiaru wychodzić za mąż… szczególnie za dżentelmena z towarzystwa. Jeśli już miałabym kogoś poślubić, to wybrałabym mężczyznę troskli- wego i łagodnego jak Hugh. Oczywiście byłabyś wściekła z ta- kiego mezaliansu, bo ja jestem przecież córką markiza, a bied- ny Hugh pochodzi ledwie z zubożałego duchowieństwa. W tej sytuacji lepiej zmieńmy temat. Edwina, teatralnym gestem dłoni wyrażając rozpacz, sięg- nęła do srebrnej misy, aby poszukać ukojenia w ulubionych słodyczach. – Powiedz, czego ta kocica, Alice Penney chce od Pettifera? – zapytała tonem męczennicy i ciężko westchnęła. – Pettifer jest przystojnym mężczyzną. Myślę, że jej się po- doba. – Też coś! To staruszek. Jest rok starszy ode mnie – parsk- nęła Edwina z ustami pełnymi marcepanu. – Ale nadal jest przystojny. Jeśli wierzyć słowom Sophie, niejedna z przyjaciółek pani Penney chętnie widziałaby go Þ 12 þ wśród swojej służby. Słyszałam, że założyły się o to, która zdo- ła ci go sprzątnąć sprzed nosa. Zwyciężczyni zgarnie pewno niemałą sumkę. – Założyły się? O to, która ukradnie mi kamerdynera? Petti- fer jest u mnie ponad trzydzieści lat, i tak zostanie. Jeśli odej- dzie, nigdy, przenigdy… nie dam mu referencji. – Wątpię, by były mu niezbędne. – Elizabeth się zaśmiała. – Pani Penney z radością przyjmie go i bez nich. Edwina odrzuciła z twarzy poprzetykane siwizną loki i ze złością zacisnęła usta. W jej błękitnych oczach pojawił się błysk. Kochała dobre jedzenie i kochała wyzwania. Już ona pokaże tym paniusiom na co się porwały! Harry Pettifer był postawnym mężczyzną, a w jego żyłach płynęła szlachecka krew. Niestety, jego ojciec, sir Roger Pet- tifer przez swoje zamiłowanie do hazardu wpędził rodzinę w nędzę. Gdyby nie to, Harry nie musiałby się poniżyć i przy- jąć posady kamerdynera u swojego przyjaciela. Nieżyjący już mąż Edwiny i Harry Pettifer byli przyjaciół- mi, mimo że w pewnym okresie Harry bywał karcony przez rodzinę za utrzymywanie stosunków z kimś tak pospolitym, jak pan Daniel Sampson, który dorobił się fortuny na handlu. Dzięki ciężkiej pracy, ze zwykłego kupca stał się potężnym hurtownikiem na rynku towarów luksusowych. Harry był w tamtych czasach kawalerem i uchodził za dobrą partię, ale kiedy jego ojciec zbankrutował, został bez środków do życia. O pożyczce od Sampsona nie chciał nawet słyszeć. W ramach pomocy przyjaciel zaproponował mu więc posadę kamerdy- nera, traktując to częściowo jako żart, bo Harry był zawsze bardzo dumnym człowiekiem. Propozycja została przyjęta i w rezultacie Harry pół życia przepracował u Sampsonów ja- ko kamerdyner. Nie porzucił służby nawet wtedy, kiedy trzy- Þ 13 þ naście lat temu jego przyjaciel zszedł z tego świata, co zdziwi- ło Edwinę, bo jej stosunki z zaufanym przyjacielem męża były wtedy dość napięte. Nigdy nie była w stosunku do niego niegrzeczna, ale i też nie- specjalnie miła. Gdy inansowe zobowiązania Harry’ego zostały załatwione, Edwina zaczęła mu wypłacać wynagrodzenie i za- wsze płaciła przyzwoicie. Wiedziała, że gdyby chciał odejść, nie miała go prawa zatrzymywać, ale kiedy dawno temu poruszy- ła z nim ten temat, z nieodgadnionym błyskiem w oczach za- pewnił ją, że jest zadowolony. Nie mogła jednak wykluczyć, że od tamtej pory coś się zmieniło. Może żałował, że zamiast zało- żyć własną rodzinę, zadowolił się rolą obserwatora życia innych? Ze zdziwieniem odkryła, że choć traktowała Harry’ego uczciwie, żałuje iż nie zdobyła się w stosunku do niego na coś więcej niż uprzejma obojętność i że nie okazała w zamian za jego lojalność wdzięczności i szczodrości. Perspektywa utraty wiernego sługi nastroiła ją melancholijnie, a kiedy zdała sobie sprawę z powodu swojego smutku, rozzłościła się. – O której mamy być u Heathcote’ów? – zapytała ziryto- wana. – O ósmej – odparła cicho Elizabeth. Sophie Heathcote była najlepszą przyjaciółką Elizabeth. Sześć lat młodsza od Elizabeth, odznaczała się żywą inteligen- cją, której nie miała zamiaru ukrywać, co mimo niewątpliwej urody czyniło ją znacznie mniej atrakcyjną w oczach panów z towarzystwa. Socjeta uznała ją za emancypantkę, dziwną i niezrozumiałą istotę, która wydawała się szczęśliwsza, go- niąc za wiedzą niż za odpowiednim kandydatem na męża. Ża- den z panów nie chciał żony, przewyższającej go inteligencją. W ten sposób obie panny znalazły się poza nawiasem towa- rzystwa, które nie akceptowało kobiet postępujących inaczej, Þ 14 þ niż było powszechnie przyjęte. Kiedy po śmierci ojca, marki- za horneycrota, Elizabeth przeniosła się do babki do mia- sta, prawie natychmiast zaprzyjaźniła się z Sophie i od tamtej pory były nierozłączne. – Nie pogniewasz się, jeśli nie pojadę z tobą do Heathcote’ów, Lizzie? Wiesz, że zawsze się tam nudzę. Poza tym zaprosiła mnie do siebie Maria Farrow. Josie pojedzie z tobą. Elizabeth zgodziła się od razu, wiedząc, że towarzystwo ci- chych i spokojnych rodziców Sophie nuży babkę. Zresztą od- wiedziny miały być króciutkie, bo następnego dnia czekała ją wizyta w Bridewell. Kiedy o tym wspomniała, babka burknę- ła zdegustowana, dając jej jasno do zrozumienia, że nie chce słuchać o szczegółach wizyty w więzieniu, gdzie jej wnuczka wybierała się w towarzystwie pastora Clemence’a i innych zaj- mujących się dobroczynnością pań. – Mamy nadzieję, że dobrzy ludzie oiarują… – zaczęła nie- zrażona Elizabeth, ale babka znowu jej przerwała. – Już ci mówiłam, młoda damo, że nie mam na zbyciu for- tuny, którą mogłabym wyrzucać na zakładanie przytułków dla upadłych kobiet! – Edwina mimo swojego wieku i tuszy błyskawicznie zerwała się z fotela. – Nie proszę o fortunę, babciu, ale kilka funtów byłoby mile widzianych. Moglibyśmy za to kupić materiał, z którego ko- biety szyłyby fartuchy i ściereczki na sprzedaż… – Gdyby nie kradły, nie musiałyby zapełniać czasu w wię- zieniu szyciem! – To nieszczęsne istoty, które zeszły z drogi cnoty, być mo- że tylko dlatego, że inaczej nie mogły zdobyć pożywienia dla swoich dzieci. Czy można im kazać płacić za to w nieskoń- czoność? Ja też kiedyś popełniłam błąd. Zapomniałaś? Ale ja się tego nie wstydzę, bo kierowały mną szlachetne pobudki. Þ 15 þ Musisz wiedzieć, że kilku dżentelmenów, których chciałabyś tu widzieć, starających się o moje względy, zasługuje na mia- no najgorszej hołoty, zepsutej i niemoralnej. Jeden czy dwu wciąż kręci się koło mnie, ale ich intencje są łajdackie i nie mają nic wspólnego z oświadczynami! – krzyknęła Elizabeth, zaciskając dłonie. Kobiety mierzyły się przez chwilę wzrokiem, aż wreszcie młodsza westchnęła. – Przepraszam, babciu. Nie miałam zamiaru podnosić gło- su, ale… Od kilku tygodni chciałam cię prosić… – przerwa- ła, zastanawiając się, jak dobrać słowa, by otworzyć sakiewkę babki. – Kwota, którą przeznaczyłaś na mój posag, prawdo- podobnie pozostanie nietknięta, bo nie wyjdę za mąż. Jeśli jednak naprawdę chcesz przeznaczyć te pieniądze dla mnie, błagam cię, pozwól mi wziąć z nich choć małą sumkę, żebym mogła… – Pieniądze są dla ciebie, i co do tego masz rację – przerwa- ła jej babka. – Sama je zarobiłam, ciężko pracując od rana do nocy w sklepie twojego dziadka i nie pozwolę, byś wydawała je na nędzników, którzy nas okradali za każdym razem, kiedy tyl- ko odwróciliśmy się do nich plecami! Nie było tygodnia, żeby nie zginęły rękawiczki, chusteczki do nosa, czy jedwabne poń- czochy albo wstążki. A teraz oczekujesz, że będę wspierać dzieci tamtych szubrawców, żeby mogły iść w ślady rodziców? – Być może dzięki twojej pomocy część tych nieszczęśni- ków dostanie pracę i zdoła zacząć nowe życie. Tylko sto fun- tów… Proszę! To przecież moje pieniądze, a tak dużo mogą zmienić w życiu wielu dzieci i ich matek. – Równie dobrze mogę je dać twojemu mężowi, żeby je przegrał w kości. – Ten, którego wybrałabyś dla mnie na męża, właśnie tak by Þ 1 þ zrobił – stwierdziła z goryczą Elizabeth. – Może w tej sytuacji na- prawdę powinnam poślubić pastora? Jego przynajmniej umiała- bym przekonać, żeby mi oddał moje pieniądze. – Myślisz, że o tym nie pomyślałam? Zrobiłam specjalny zapis, który mówi, że jeśli poślubisz duchownego, nie dosta- niesz ani funta. – Kocham cię, babciu. Naprawdę. Ale twoja mizantropia napawa mnie wstrętem. – Ja też cię kocham, wnuczko, ale twoja poroniona dobro- czynność budzi we mnie odrazę – rzuciła Edwina przez ramię i opuściła salon. Lady Rebecca Ramsden uniosła znad gazety piękne, tur- kusowe oczy i zamyślona popatrzyła w dal. To nie może być prawda! – pomyślała. Luke na pewno by mi powiedział! Po- chyliła głowę nad gazetą i ponownie przeczytała interesujący ją akapit. A jednak! Miała to przed oczami, czarno na białym. Zerwała się z krzesła i z gazetą w ręku wybiegła na korytarz. – Widziałeś mojego męża, Miles? – zapytała kamerdynera. – Nie, panienko Becky, ale przypuszczam, że pan jest w stajni i uczy panicza Troya jazdy na kucyku – odparł Miles. Liczący sobie siedemdziesiąt siedem lat sługa, nadal zwracał się do niej „panienko”, tak samo jak cała reszta starej, zaufa- nej służby, która znała ją od dziecka. Mimo że dawno dorosła i poślubiła barona Ramsdena, Miles nadal widział w niej ma- łą panienkę Becky, choć jako pani tego wielkiego domu pod każdym względem zasługiwała na szacunek. Kiedy z gazetą w ręku weszła do stajni, jeden ze stajen- nych poinformował ją, że jego lordowska mość jest z pani- czem w stodole i że młody panicz zasypiał na stojąco, tak bar- dzo był zmęczony po jeździe. Þ 1 þ Otworzyła drzwi stodoły i od razu zauważyła męża. Ciemne bryczesy i biała batystowa koszula wyraźnie odcinały się od zło- tej słomy. Uniósł głowę i popatrzył na obrysowaną słonecznym światłem igurę żony. Uśmiechnął się, a jej serce natychmiast za- częło szybciej bić. Gestem poprosił, by do niego podeszła, a po- tem położył palec na ustach, pokazując ich małego synka, śpią- cego tuż przy nim na miękkiej słomie. Rebecca uklękła obok męża. Był bardzo męski, nawet kie- dy leżał w niedbałej pozie, podparty na łokciu. – Dlaczego mi nic nie powiedziałeś? To wspaniała wiado- mość – zapytała cicho, pokazując mu gazetę. Luke rzucił okiem na gazetę. Zmarszczył brwi i wyjął z bia- łych zębów źdźbło słomy. – Nie wiem, czyj ślub cię tak poruszył, ale zapewniam, że nic o nim nie wiedziałem. – Nie chodzi o żaden ślub – cicho odparła podekscytowana Rebecca. – Zgadnij o czym przeczytałam? – zapytała i wstając z iglarnym blaskiem w oczach, schowała gazetę za plecami. – Obiecuję, że to cię zainteresuje, a nawet bardzo ucieszy… – No dobrze, jestem ciekaw… – Luke wyciągnął ramię, chcąc chwycić gazetę. – Nie dam! Zgadnij! Popatrzył na śpiącego syna, a potem przeniósł wzrok na zarumienione policzki żony i przyciągnął ją do siebie. – Luke, przestań. Nie tutaj… nie teraz. Troy może się obu- dzić… – Rebecca wplotła palce w ciemne włosy męża i odsu- wając się, próbowała go zniechęcić do dalszych pieszczot. – Pod warunkiem, że dasz mi gazetę. W przeciwnym razie będę musiał ci ją zabrać siłą… – szepnął, przyciskając usta do jedwabiu jej sukni. Rebecca poczuła, że robi się jej gorąco, ale spojrzenie na Þ 1 þ śpiące dziecko przywołało ją do porządku. Stłumiła budzącą się namiętność i posłusznie podała mężowi gazetę, wskazując notatkę, która tak bardzo ją zainteresowała. Luke Trelawney, baron Ramsden, uśmiechnął się i powo- li usiadł. – Nic o tym nie wiedziałem. Tylko Ross mógł przemilczeć fakt, że został członkiem Izby Lordów i że piszą o nim w gazetach. – Wicehrabia Stratton! Jak to dumnie brzmi. Naprawdę o niczym nie wiedziałeś? Nic ci nie powiedział? – Rebecca wpatrywała się w męża. – Ani słowa, ale też nie widziałem go od sześciu miesięcy. Tak samo jak mama, Katherine i Tristan. – To okropne z jego strony! Powinien napisać do rodziny, jaki honor go spotkał. – Ross i listy? Mój mały braciszek prędzej wpadnie tu bez za- powiedzi po półrocznej nieobecności, niż napisze parę słów. – To wspaniała wiadomość. – Rebecca objęła męża za szyję. – Wicehrabia Stratton, pan na Stratton w Kent. Wyobrażam sobie, jaki jest dumny. – Czy stryjek Ross ma zamiar nas odwiedzić? – zapytał ci- chy głosik zza ich pleców. – Nie, kochanie. Stryjek Ross jest teraz arystokratą. Król mianował go wicehrabią, a już niedługo zostanie lordem Strattonem. Troy zupełnie nie przejął się tą informacją, chciał tylko wiedzieć, czy teraz, kiedy stryjek stał się kimś ważnym, nadal będzie bawił się z nim w piratów. – Myślę, że tak – uspokoił chłopca ojciec, uświadamiając sobie jednocześnie, że jego brat w wieku trzydziestu trzech lat nadal wygląda i zachowuje się jak młody byczek. – A gdyby nie miał czasu, ja się z tobą pobawię – dodał. Þ 1 þ – Stryjek Ross jest lepszym piratem niż ty – odparł Troy. – Pozwolił mi walczyć swoją prawdziwą szpadą. Tą ze srebr- ną rękojeścią… – Pora położyć kogoś do łóżka… – przerwała szybko Re- becca, bo widząc złowrogie błyski w oczach męża, nabrała obaw, że jej szwagier, choć wicehrabia, zostanie skarcony. – Świetna myśl, kochanie. Połóż małego spać, a potem tu wróć. Obejrzymy sobie zachód słońca – poprosił Luke, gła- dząc jedwabiste włosy synka. – Z przyjemnością – odparła Rebecca i zarumieniła się, co niezmiennie zachwycało jej męża. Po kwadransie Troy leżał już bezpiecznie w sypialni obok swojego malutkiego braciszka, a Rebecca biegła do stodoły, do męża. – Lady Ramsden, kolacja będzie gotowa za dziesięć minut – zawołała za nią Judith. Rebecca zatrzymała się i z rozterką popatrzyła na chylące się ku zachodowi słońce. – Lord Ramsden i ja musimy jeszcze omówić pewne nie- cierpiące zwłoki sprawy, a przy okazji… chcemy obejrzeć za- chód słońca. Możesz chwilę poczekać z kolacją? – Dwadzieścia minut wystarczy? – zapytała z uśmiechem Judith. Zobaczyła jednak niepewność, malującą się na twa- rzy swojej pani, i szybko zaproponowała, że przesunie kolację o pół godziny. – Świetnie. Dziękuję ci Judith. – Rebecca okręciła się na pięcie i już jej nie było. Gospodyni popatrzyła z uśmiechem za swoją panią. Osiem lat po ślubie i dwóch udanych synów, a państwo nadal zacho- wują się jak w czasie miesiąca miodowego, pomyślała. Þ 20 þ Edwina jechała do pani Farrow na prywatny wieczór kar- ciany razem z Evangeline Filbert. Luksusowy powóz miękko kołysał i Edwina nabrała chęci do rozmowy. – Co tam robisz? – zapytała. – Skarpetki – odparła Evangeline. – Zrobiłam już dziesięć par. Lizzie zabierze je jutro do Bridewell dla więźniarek. – No nie! – Edwina wyrwała jej druty z rąk i odrzuciła na siedzenie powozu. – Ty też! Czy wszyscy zajmują się tymi zbrodniarzami? Evangeline wydawała się zawstydzona, a jej wargi zaczęły niepokojąco drżeć. – Och, na Boga, tylko mi tu nie rozpaczaj. – Edwina rzuci- ła robótkę z powrotem na kolana swojej towarzyszki. – Jeśli naprawdę musisz, zrób jeszcze kilka rzędów. Ale jeśli będziesz się mazać, nie zabiorę cię więcej do swoich przyjaciół i bę- dziesz siedziała w domu sama. – Chętnie odwiedzam pani przyjaciół. Są tacy… tacy… wy- tworni, intrygujący i interesujący – wyszeptała Evangeline w zachwycie. Matka Evangeline była przyjaciółką Edwiny. Przed kilku la- ty zmarła, a wtedy Edwina wzięła pod swoje skrzydła jej czter- dziestotrzyletnią córkę, starą pannę. Dzięki temu Evangeline kilka razy w tygodniu się nie nudziła, a Edwina miała towa- rzystwo podczas wizyt u znajomych, którzy nie zawsze cieszy- li się kryształową reputacją. Obu im odpowiadał taki układ. Na dzisiejszy wieczór zaproszono je do pretensjonalnie wy- twornej wdowy, aktualnej kochanki księcia Vermonta, która nie kryjąc się z tym zbytnio, przyprawiała mu rogi z każdym pełnym wigoru młodym mężczyzną, jaki wpadł jej w oko. Starzejący się książę nie zwracał jednak na to uwagi i nadal się w niej durzył. Pani Farrow przyjmowała u siebie gości, którzy według ocen Þ 21 þ Edwiny należeli do półświatka. Byli jednak towarzystwem cie- kawszym niż państwo Heathcote, u których musiałaby siedzieć na kanapie, słuchając dywagacji Sophie o tym, jak koniunkcje poszczególnych planet mogą zmienić ludzkie losy. Maria Farrow była około dwudziestu lat młodsza od Ed- winy, ale mimo tak znacznej różnicy wieku, obie panie mia- ły ze sobą wiele wspólnego. Prawdę mówiąc, ich charaktery i usposobienia były bardzo podobne. Tyle że nieżyjący już mąż Edwiny przestawał z ziemiaństwem, dzięki czemu mogła się pochwalić wieloma ważnymi koneksjami. Państwo Samp- son mieli tylko jedno dziecko i właśnie ta ukochana córka wy- szła za mąż za arystokratę. Poślubiła markiza horneycrota i urodziła mu śliczną dziewczynkę. Niestety, zimą córka po- ślizgnęła się na lodzie, pechowo upadła i zmarła. Markiz nie chciał dopuścić, by tytuł i rodowa posiadłość horneycrotów przeszły w ręce znienawidzonego kuzyna, dlatego powtórnie się ożenił. Druga żona nie dorastała pierwszej do pięt, ale za to już w pierwszym roku małżeństwa urodziła chłopca, co bo- leśnie dotknęło Edwinę. Lizzie nadal z uporem odmawiała zamążpójścia, ale Edwina nie traciła nadziei, że wnuczka kiedyś zmieni zdanie. Ciągle nie było za późno, choć od pewnego, brzemiennego w skutki, let- niego wieczoru, kiedy jej wnuczka została skompromitowana, minęło dziesięć lat. Rozdział drugi – Droga Mario, jest tak gorąco, że można by upiec wołu – stwierdziła Edwina, energicznie machając wachlarzem. – Witaj, Edwino. Niestety, będziesz musiała zadowolić się pasztecikami cielęcymi – zażartowała Maria. – Pieczenie wo- łu, nawet dla ciebie, najdroższa, wydaje się nazbyt… śred- niowieczne. A ten ogień w kominku płonie specjalnie dla Jego Wysokości – wyznała, skłaniając ufryzowaną kasztano- wą główkę w kierunku dostojnego, łysiejącego dżentelmena, grającego w wista przy stojącym w pobliżu stoliku. – Od kie- dy Charlie usłyszał, że młody Carstairs spędził tu w zeszłym tygodniu noc, dba, żeby nie było mi zimno. Tłumaczyłam mu, że gdyby ten dzielny młody żołnierz nie ogrzał mi łóż- ka, zamarzłabym na śmierć. Następnego ranka znalazłam pod drzwiami porąbany cały las. Edwina roześmiała się i gestem wskazała swój kieliszek. – Cóż to za mikstura? – zapytała. – Smakuje jak soczek dla niemowląt. Czyżby książę tak dużo wydał na twój opał, że za- brakło mu już na wino? – Jego Wysokość życzy sobie, abym dzisiaj wieczorem była Þ 23 þ trzeźwa. Wczoraj trochę za dużo wypiłam i nie zdołał mnie obudzić. Choć jeśli o mnie chodzi, równie dobrze mógł sobie pofolgować, kiedy spałam. Dla mnie to bez znaczenia. Edwina stłumiła chichot, a Maria z wdziękiem pospieszy- ła witać nowych gości. Z alabastrową skórą, jasnymi lokami i smukłą igurą w białej muślinowej sukni wyglądała jak uro- cze wcielenie dziewiczej niewinności. Edwina z pogodnym uśmiechem skinęła głową kilku zna- jomym, choć tak naprawdę była zirytowana. Nie odczuwała przyjemności, jaką powinno jej sprawiać towarzystwo, dobre jedzenie, trunki i muzyka, mimo że wszystko było jak zwykle wyśmienite. Coś innego psuło jej humor. Kiedy znalazła się przed domem Marii, spostrzegła powóz Alice Penney, zatrzymujący się kilka domów dalej, a sama pa- ni Penney, wysiadając, specjalnie postarała się, by ją zauważo- no, i uśmiechnęła się do Edwiny w sposób, który teraz nie da- wał jej spokoju. Doszła do wniosku, że pani Penney wygrała zakład, a Harry Pettifer postanowił zmienić chlebodawczynię. Kto wie, czy list z jego rezygnacją nie czeka już na nią w do- mu? Musiała to sprawdzić, a fakt, że nie może przestać o tym myśleć, okropnie ją irytował. Wyszła na taras zaczerpnąć chłodnego, nocnego powietrza i z całej siły zacisnęła dłonie na żelaznej balustradzie. – Jest pani dzisiaj w bojowym nastroju, pani Sampson. A tę kwaśną minę ćwiczyła pani chyba, pijąc sok z cytryny – ode- zwał się ktoś z ciemności. Edwina przybrała pogodny wyraz twarzy i wbiła wzrok w ciemność. Ochrypły baryton wydał się jej znajomy, ale to chyba nie był jej ulubieniec. Tamten niedawno skoniskował przemytnikom prawdziwą fortunę w złotych sztabach, które miały traić na kontynent i zwrócił ją królowi. Ten niezwykły Þ 24 þ czyn zaskarbił mu sympatię i od tej pory był bardzo mile wi- dziany na dworze. Mało prawdopodobne, by nowo mianowany wicehrabia Stratton siedział samotnie w ciemności na tarasie nie najmłod- szej kurtyzany, nawet jeśli na przyjęciu był akurat obecny jej książęcy kochanek. Edwina nie mogła sobie wyobrazić, by ksią- żę Vermont i wicehrabia Stratton mogli być przyjaciółmi. Dwa- dzieścia lat różnicy i skrajnie odmienne temperamenty wyklu- czały taką zażyłość. Stratton zawsze był pierwszy do wyścigów i do walki na pięści, lubił też towarzystwo wesołych ladacznic, a Jego Wysokości zdarzało się nie dokończyć nie tylko partii wi- sta, ale także łóżkowych igraszek z kobietą. Wokół pana Trelaw- ney, nawet kiedy nie był jeszcze wicehrabią, zawsze kręciły się młode damy, próbując zwrócić na siebie jego uwagę. Edwina zobaczyła żarzący się w ciemności koniec cygara. – Czy to ty, Trelawney? – zapytała. – Postanowiłeś odpocząć od towarzystwa w Carlton House i spędzić wieczór w slum- sach? Powinnam przed tobą dygać? – zapytała pół żartem i ro- ześmiała się radośnie, widząc wysokiego, ciemnego i wyjątko- wo przystojnego mężczyznę, który wyszedł z cienia i stanął w smudze bladego światła, padającego na taras z salonu. – Uznam, że to były gratulacje. – Mężczyzna sucho sko- mentował jej słowa. – Jak się masz, Edwino? – Bywało lepiej – sarknęła, przypominając sobie dlaczego wyszła na taras. – Jestem bardzo urażona, Ross, ale cieszę się, że cię widzę. Ostatni raz widzieliśmy się… – Urwała, próbując sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz się widzieli. – Dwa lata temu w Vauxhall – powiedział wicehrabia Strat- ton. – Ostatnio nie bywam w Londynie tak często jak kiedyś. – A jeśli już się pojawisz, czaisz się w ciemności. Czyżbyś nagle stał się nieśmiały? Þ 25 þ – Zawsze taki jestem, jeśli kobieta myśli o mnie w kontekś- cie poważnego związku. Ale to nie dlatego tu siedzę – przy- znał, błyskając w uśmiechu białymi zębami. – W środku jest tak gorąco, że nie wiedziałem, czy ten dziwny trunek, który tam serwują wypić, czy chlusnąć nim w ogień. – Współczuję ci w obu przypadkach. – Edwina popatrzy- ła z odrazą na swój kieliszek. – A więc nadal jesteś kawale- rem… ale nie wierzę, by różne młode kokietki nie próbowały cię schwytać. – Próbują, Edwino, próbują – przyznał cierpko. – Ale żad- nej się to jeszcze nie udało. – Jesteś pozbawionym serca draniem – odparła z uśmie- chem, a w jej oczach pojawiły się przebiegłe błyski. – Zresztą rozumiem, że w wieku trzydziestu trzech lat nie interesują cię już podfruwajki. Jesteś wyrobiony towarzysko i obyty w świe- cie i potrzebujesz starszej i mądrzejszej kobiety. – Czyżbyś zamierzała mi się oświadczyć? – zapytał w wy- studiowaną powagą Ross. Klepnęła go wachlarzem w ramię, udając oburzenie, przy czym ani na chwilę nie przestawała intensywnie myśleć. – Czemu jesteś dzisiaj taka przygnębiona? Oczywiście po- minąwszy brak dobrego koniaku – zapytał Ross, ot tak, żeby coś powiedzieć. – Prawdę mówiąc, chętnie ci się zwierzę. A ponieważ cho- dzi o szykującą się podstępną kradzież z przyjemnością wy- słucham opinii eksperta w tej dziedzinie – zażartowała. – Od- wiedź mnie jutro. Zjemy kolację i poplotkujemy. Może uda ci się zrobić wrażenie na mnie… i na mojej wnuczce opowieś- ciami o twoich bohaterskich wyczynach. Pora, żebyś poznał moją wnuczkę – dodała, widząc, że Ross waha się, czy przyjąć zaproszenie, a kiedy dostrzegła jego podejrzliwe spojrzenie, Þ 2 þ szybko dodała. – Zobaczysz, że będziesz się dobrze bawił, a poza tym może zrobimy na boku jakiś mały zakładzik. Pa- miętasz dwa tysiące gwinei, którymi podzieliliśmy się po za- kładzie, czy księżna Marlborough przeżyje księżnę Cleve- land…? To był niezwykły dzień. Potrzebowałeś lekarza, a ten, który się zjawił, przyszedł prosto od łoża boleści księżnej. Jak tam te stare rany? – zapytała z macierzyńską troską w głosie. – Dawno o nich zapomniałem. Zresztą przybyło kilka no- wych, które także się zagoiły. Nagle na tarasie pojawiła się młoda kobieta. – Szukałam pana, lordzie Stratton – powiedziała. – Myśla- łam, że pójdziemy tam, gdzie można wypić coś lepszego. Och, przepraszam, nie wiedziałam, że rozmawia pan ze swoją bab- cią. – Kobieta przepraszającym gestem zasłoniła karminowe usta. – Bo to chyba jest pana babcia, prawda? Cecily Booth stała oparta o framugę drzwi, a światło pło- nących w salonie świec obrysowywało dokładnie jej ponętne kobiece kształty okryte przejrzystym woalem. Przebijając wzrokiem mrok, Edwina przyjrzała się spod zmrużonych powiek młodej buzi. Kobieta nie mogła mieć więcej niż dwadzieścia lat, ale jej swoboda i wyrobienie, świad- czyły o tym, że już od kilku lat była utrzymanką. Zerknęła na Rossa, a widząc, że się śmieje, zmarszczyła brwi, co skwitował lekkim wzruszeniem ramion. Edwina dumnym krokiem ruszyła do drzwi i wzrokiem zmusiła Cecily, by jej zrobiła przejście. – Owszem, ja mogłabym być jego babcią – powiedziała miękko. – A ciekawe, czym ty możesz dla niego być? Widząc zaciśnięte usta Cecily, uśmiechnęła się tryumfalnie i powiedziała do Rossa. – Przyjdź jutro o siódmej, Stratton. Tylko się nie spóź-
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Dama i uwodziciel
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: