Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00200 009787 7506272 na godz. na dobę w sumie
Demon ruchu. Opowieści niesamowite - ebook/pdf
Demon ruchu. Opowieści niesamowite - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 225
Wydawca: Armoryka Język publikacji: polski
ISBN: 978-8-3806-4185-3 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> kryminał, sensacja, thriller >> thriller, horror
Porównaj ceny (książka, ebook (-25%), audiobook).
Zbiór opowiadań znakomitego pisarza, Stefana Grabińskiego, tworzącego przed drugą wojną światową, specjalizującego się w opowieściach niesamowitych, zwanego polskim Edgarem Allanem Poe. Tom zawiera 14 opowieści grozy, które polecamy do czytania ludziom o mocnych nerwach. I ostrzegamy, by ich nie czytać po zmroku! Kto sięgnie po ten zbiorek, na pewno się nie zawiedzie! Mistrzostwo pióra, subtelne wprowadzanie w nastrój, zaskakujące zakończenia opowiadań: Głucha przestrzeń, Smoluch, W przedziale, Wieczny pasażer, Fałszywy alarm, Demon ruchu, Maszynista Grot, Sygnały, Dziwna stacja, Błędny pociąg, Ślepy tor, Ultima Thule, Engramy Szatery,  Przypowieść o krecie tunelowym.
Znajdź podobne książki

Darmowy fragment publikacji:

Stefan Grabiński Stefan Grabiński Stefan Grabiński Stefan Grabiński DEMON RUCHU DEMON RUCHU DEMON RUCHU DEMON RUCHU opowieści niesamowite opowieści niesamowite opowieści niesamowite opowieści niesamowite Demon ruchu Stefan Grabiński Demon ruchu opowieści niesamowite Armoryka Redaktor tomu: Marta Sarwa Projekt okładki: Juliusz Susak © Wydawnictwo ARMORYKA 2016 Wydawnictwo ARMORYKA ul. Krucza 16 27­600 Sandomierz http://www.armoryka.pl/ ISBN 978­83­8064­185­3 GŁUCHA PRZESTRZEŃ BALLADA KOLEJOWA Pomiędzy Orszawą a Byliczem zregulowano przestrzeń. Stało się to możliwym dzięki zasypaniu mokradeł nad Wierszą i przeprowadzeniu niwelacji pod tzw. „Upłazi- kiem”. Wskutek tego linia uległa znacznemu skróceniu, gdyż pociąg, zamiast omijać bagnisty teren w wielkim, sil- nie na północ wygiętym łuku szedł teraz po jego cięciwie, zmierzając do celu prosto jak strzała. Skrót okazał się ze wszech miar pożądanym. Ruch kole- jowy zyskał znacznie na tempie, a okolica, dotychczas ma- laryczna z powodu bagiennych wyziewów, wkrótce przy- brała charakter suchej, zdrowe równiny, która wnet pokryła się bujną zielonością. Dawną przestrzeń, okrężną, zwaną teraz „głuchą”, za- mknięto i izolowano. Do rozebrania toru i usunięcia obiek- tów kolejowych zamierzała dyrekcja ruchu przystąpić do- piero po pewnym czasie. Nie było z czym się spieszyć; wiadoma rzecz: zburzyć łatwo, zbudować trudniej... Tymczasem w rok po oficjalnym zamknięciu starej linii zaszedł fakt dziwny i niespodziewany. Pewnego dnia zgłosił się u dyrektora odnośnego depar- tamentu w Orszawie niejaki Szymon Wawera, wysłużony inwalida kolejowy i emerytowany konduktor, z prośbą, by mu oddano pod opiekę wyłączoną z ruchu „głuchą prze- 5 strzeń”. Gdy mu dyrektor przedstawił, że jest to zupełnie zbyteczne, bo pętlicę w najbliższych miesiącach rozbiorą, i ze funkcja „budnika” w tych warunkach byłaby co naj- mniej iluzoryczną, jeśli już nie wprost śmieszną, oświad- czył Wawera, że będzie pilnował starego toru całkiem bez- interesownie. – Bo proszę pana naczelnika – tłumaczył gorąco – w dzisiejszych ciężkich czasach to i na szyny ludzie się łakomią. A szkoda byłaby wielka dla kolei, panie naczelni- ku, wielka szkoda. Proszę samemu obliczyć: tyle dobrego kutego żelaza! Tor tam przeszło 12 km długi! Jest się czym obłowić. A ja dopilnuję wiernie jak pies, panie naczelniku. Nie dam uszczknąć ani jednego metra! Jakem stary kon- duktor Wawera! Centusia za to nie chcę, ani złamanego szeląga. Choćby mi pan dyrektor sam pchał do ręki, nie wezmę nic. Ja tak tylko z miłości wielkiej do zawodu i dla honoru chcę być budnikiem na „głuchej przestrzeni”. Dyrektor ustąpił. – Ha, jeśli już tak koniecznie, i to bezinteresownie, pil- nuj pan sobie tej linii do czasu. A zatem – dodał z uśmie- chem lekkiej ironii, uderzając go po ramieniu – mianuję pana od dzisiaj dróżnikiem „głuchej przestrzeni”. Wawera ze łzami w oczach uścisnął dłoń zwierzchnika i wyszedł z biura szczęśliwy jak nigdy. Nazajutrz objął „służbę”. Zabrał ze sobą z Orszawy parę gratów – mebelków, pościel, trochę książek i naczyń kuchennych, i spakowawszy to chude gospodarstwo na ręczny wózek, sprowadził się na nowe mieszkanie, któ- rym miała odtąd być budka byłego dróżnika wyłączonej z ruchu strefy. Był to budynek niewielki, nadniszczony już przez całoroczne zaniedbanie, lecz w dziwnie pięknym oto- czeniu. 6 Wciśnięta we wnękę parowu, parę metrów nad pozio- mem toru, budka wyglądała z daleka pod swym daszkiem z czerwonego łupku jak zaczarowana chatka z bajki. Mały lasek jodłowy wyrosły półkolem na szczycie jaru ujmował ją w opiekuńcze ramiona i chronił od wichrów północy. W wybite okna zaglądały złote głowy słoneczników, prze- mycał się szerokolistny łopian – w rynnach powyginanych fantastycznie lęgły się pisklęta jaskółek. Przed domem w ogródku zarosłym zielskiem na głucho oddawała się wiatrom na wolę samotna topola... Wawera u wstępu objął miłosnym spojrzeniem nową sadybę i żwawo zabrał się do porządkowania i naprawek. A potrzebne już były bardzo, bo jego poprzednik opu- ścił posterunek jeszcze przed rokiem, po zamknięciu prze- strzeni, i budka zdana na łaskę losu ucierpiała ogromnie od niepogody i ludzkiej chciwości. Lecz Wawera nie stracił ducha i piorunem rzucił się do roboty. Powstawiał wybite lub pokradzione szyby, załatał dziu- rę w dachu, naprawił wywalone z zawiasów drzwi. Po tych najkonieczniejszych reparacjach przyszła kolej na dalsze: rekonstrukcję rozdrapanej prawie do cna podłogi i ustawie- nie brakujących przęseł w ogrodzeniu. Zabrało mu to parę dni czasu, bo musiał wszystko robić sam, ale humoru nie tracił, lecz owszem pogwizdywał wesoło przy pracy jak szczygieł. Gdzieś u schyłku tygodnia, gdy już robota była na ukończeniu, przyplątał się doń jakiś bezpański pies i za- mieszkał pustą budę koło drewutni za domem. Wawera chętnie przygarnął go do siebie, uważając zjawienie się zwierzęcia za dobrą wróżbę na przyszłość. Pierwszą niedzielę na nowej placówce spędził Wawera na modlitwie i rozmyślaniach. Wyciągnąwszy się po połu- dniu na zboczu wąwozu opodal domu na trawie, wlepił oczy w majowy błękit nieba i zapadł w długą zadumę, 7 z której obudziły go dopiero głosy dzwonów wieczornych płynące z Orszawy... Nazajutrz od rana rozpoczął właściwą służbę od prze- glądu powierzonej sobie przestrzeni. Pętlica była dość długa, bo przeszło 12 km, i niemal od początku do końca szła głębokim, wąskim parowem, które- go ściany tworzyły rozstęp szerokości podwójnej wstęgi to- rów. Budka dróżnika wznosiła się mniej więcej w połowie „głuchej przestrzeni”, w miejscu gdzie łuk jej krzywizny wyginał się najsilniej ku północy. Rewia zajęła Wawerze przeszło pięć godzin, bo prawa noga będąca kikutem poniżej kolana przeszkadzała mu znacznie w chodzeniu. W końcu jednak zbadał dokładnie linię w jedną i drugą stronę i zadowolony z rezultatu wrócił do budki na posiłek. Ostatecznie przestrzeń nie przedstawiała się najgorzej. W jednym tylko miejscu brakowało kilku metrów szy- ny, lecz to można było jakoś nadsztukować. Nie święci garnki lepią – pomyślał, krając chleb i zapi- jając go jakąś imitacją barszczu. – Ludzie wstawiają sobie zęby, czemuż bym ja nie potrafił wstawić kilkumetrowego kawałka szyny? I wstawił. Gdzieś pod nasypem kolejowym, pod jakimś kamiennym mostkiem wyszperał parę zardzewiałych już żelaznych sztab, oczyścił, przekuł w ogniu przy nitach, przystosował do reszty i załatał szczerbę w torze do niepo- znaki. Równie gładko poszło z naprawą starej zwrotnicy i z wybitym okiem dwu latarń „stacyjnych” opodal budki. Wkrótce stawidło funkcjonowało jak za dawnych dobrych czasów, a w nocy, począwszy od godziny siódmej, rozbły- skiwały latarnie miłym, acz nikłym trochę światłem. Wawera dumny był ze swego dzieła i rozmiłowanymi oczyma wodził po swojej „strażnicy”, po torze czyściutko 8 utrzymanym i po lśniących relsach. Nie miał nic do zarzu- cenia swojej przestrzeni. Wszystko tu było jak i gdzie in- dziej, na czynnych liniach. Był bo i tor podwójny, i krótki tunel powyżej budki, a nawet blok, prawdziwy, w całym tego słowa znaczeniu blok z dźwigniami do przerzutów. Istnienie tego budyneczku o parę metrów od sadyby dróż- nika pasowało właściwie placówkę na „przystanek”. Jakoż była tu rzeczywiście przed laty mała stacyjka, przy której budnik spełniał równocześnie funkcje naczelnika. Podobno nawet jeszcze na rok przed wyłączeniem pętlicy zatrzymy- wały się tu czasem pociągi towarowe na małą chwilę. Wiadomość ta podniosła ogromnie w oczach Wawery znaczenie jego posterunku i doniosłość związanych z nim zadań. Odtąd zaczął traktować swą budkę jako przystanek i postanowił uczynić wszystko, ażeby utrzymać go na wy- sokości przeznaczenia. Toteż otoczył jak najtroskliwszą opieką blok i zawarte w nim obiekty, których strzegł jak oka w głowie. Chcąc niejako umotywować wobec siebie i drugich istnienie tego budynku i przywrócić mu dawną rację bytu, powielił tor przed blokiem o jedno odgałęzienie szyn, które niewątpliwie niegdyś musiało tu istnieć, lecz później jako zbędne zostało usunięte. Ponieważ to ostatnie zadanie przechodziło już jego siły i zdolności techniczne, uciekł się do pomocy jednego z ko- lejowych kowali z ogrzewalni stacyjnej w Byliczu, nieja- kiego Luśni, i pozyskawszy go paczką przedniego tytoniu, namówił do przywrócenia jego „stacji” jej dawnego wyglą- du. Kowal przeprowadził restytucję odgałęzienia wedle wskazówek dróżnika i odtąd został jego najserdeczniej- szym przyjacielem. W godzinach wieczornych, wolnych od pracy, przycho- dził Luśnia w odwiedziny do budnika i usiadłszy razem na 9 belce pod blokiem lub na progu stacji, gawędzili pod nie- szpór, ćmiąc fajki. Wtedy to wśród przyjacielskiej rozmowy, przy wtórze zasypiających koników polnych, rechocie bagiennych żab, przyszło do wzajemnych zwierzeń. Powoli wyszło na jaw, że Szymon Wawera nie zawsze był w życiu „sam jako ten palec”, że miał niegdyś młodą i piękną żonę i parę dziatek o główkach jasnych jak len, je- dwabistych. Hej, minęło szczęście, minęło niewrotne! Żonę uwiódł spanoszony bogacz, dzieci śmierć zabrała. Odtąd nikt go nie oczekiwał w pustym, zimnym domu, gdy po- wracał z tury... Potem przyszedł karambol pod Wolą. Stra- cił wtedy nogę i służbę; musiał pójść na pensję. A miał jeszcze ochotę do pracy, o, i jaką ochotę!... Lecz trudno – nie można było inaczej. To przeklęte kalectwo! A zawsze go coś ciągnęło do kolei. Nie mógł się z nią rozstać w żaden sposób. Przez parę lat po spensjonowaniu pracował jako posługacz przy magazynach na dworcu to- warowym, staczając beczki i bale po pomostach, potem, gdy noga zaczęła odmawiać posłuszeństwa, zarabiał z dnia na dzień w ogrzewalni przy dworcu w Zbąszynie jako po- mocnik ślusarski. A zawsze przy kolei, zawsze w pobliżu ukochanych wagonów, maszyn i przestrzeni. Dalekie to jeszcze od konduktorstwa, dalekie jak niebo od ziemi, ale przecież – przynajmniej się człowiek ocierał o kolej. O, bo nie masz to jak konduktorska dola! Jedzie sobie człowiek tak w przestrzeń, jedzie hen, daleko przed siebie, milami jedzie, stajami... Świat mu się kręci, w dal ścieli, migają miasta w przelocie, mijają pola, gościńce... Kon- duktor tak jedzie, panowie, konduktor – człek-tułacz wie- czysty!... Tak mijały lata, płynął czas niepowrotną falą... Aż pół roku temu zasłyszawszy przypadkiem w rozmowie coś 10 o „głuchej przestrzeni” między Orszawą a Byliczem porzu- cił ogrzewalnię i przeniósł się w te strony, by czuwać nad opuszczoną linią. I oto teraz został budnikiem, co więcej, kierownikiem przystanku. Ludzie się podobno śmieją z niego, że to „głu- chej” pilnuje przestrzeni i „przed wiatrem broni”. Niech się tam śmieją zdrowi. On swoje wie także. A rozdrapywać więcej toru nie pozwoli i porządek utrzyma. I oto znów słu- ży kolei, i wrócił do niej jak syn marnotrawny w dom ro- dzica po latach. Dach nad głową ma, stację i przestrzeń ma, dobra kolejowego dogląda – czegóż mu więcej potrzeba?... Słuchał Luśnia tych zwierzeń z uśmiechem na ustach, od czasu do czasu przytakując głową. A gdy przyjaciel na chwilę zamilkł i wpatrzył się zamyślony gdzieś w perspek- tywę toru, wyciągnął lulkę z zębów i zapytał: – To ty, Wawera, przystałeś tu na budnika tak niby tego, jak by to powiedzieć, niby z takiej tęskności wielkiej do kolei, hę? Wawera oderwał oczy od szyn: – A niby tak, kochany kowalu, a niby tak. – Ale bo widzisz, Szymek, właściwie tak Bogiem a prawdą – ty siebie samego tumanisz. Tyś tu właściwie niepotrzebny. Przecie to głucha przestrzeń i pociągi tędy od roku nie chodzą. Nie ma czego pilnować. Tego tam trochę żelaziwa w szynach? A co tam komu po tym? A zresztą choćby i ukradli? Nie taka znów wielka szkoda dla kolei. To tylko zabawka i tyle. Wawerze jakby kto nóż utopił w serce. Spochmurniał, zaciął wargi i poderwał się z miejsca: – Kiedy tak, to idźże sobie precz stąd, do licha! No, sły- szałeś?! Won stąd, mówię, pókim dobry! Kiedyś taki mą- dry jak inni, to idź sobie pomiędzy nich i śmiej się ze mnie wraz z nimi. Ale dobrze mi tak, staremu durniowi! Po co 11 było otwierać serce pierwszemu z brzegu? Oto masz i na- grodę. Napluło ci bydlę w twarz i splugawiło ci duszę. Won stąd, powiadam, bo mnie popamiętasz! Luśnia zmieszał się, poczerwieniał, stropił się ogrom- nie. Głosem urywanym, pełnym skruchy i żalu zaczął się usprawiedliwiać i przepraszać. – No, no, stary, nie gniewaj się, nie sierdź tak okrutnie. Ja, widzisz, chciałem co innego powiedzieć. Tylko nie wie- działem jak. Zwyczajnie człek prosty jestem, kowal. Ty – co innego: konduktor; wieleś świata zwiedził, książki czytasz. Tylko, widzisz, nie mogłem sobie jakoś tego wy- kalkulować, po co ty właściwie zaszyłeś się tutaj na stare lata. Ale teraz to widzę, niby tak w sercu czuję, dlaczego. Tyś inny człowiek jak inni. Wawera spojrzał nań z ukosa, trochę z niedowierza- niem, lecz znać już przejednany: – No tak, to co innego. Jeśli sam przyznajesz, żeś głupi i nie rozumiesz, to ci ten raz jeszcze mogę wybaczyć. Bo, posłuchaj, Luśnia – dodał, zniżając tajemniczo głos – jest ci tu i inna przyczyna, co mnie tu więzi i trzyma. A że jest – ja to czuję najlepiej tu, głęboko w piersi – tylko jej nazwać jeszcze nie umiem po imieniu, tylko uchwycić jej jeszcze nie potrafię w cęgi słów. Ale ona jest, owa dziwna przyczy- na – jest, jest na pewno. Luśnia patrzył na przyjaciela rozszerzonymi od cieka- wości oczyma: – Masz teraz na myśli nie jeno ową tęskność do kolei? – Nie, nie. To jest coś innego. Coś, co u mnie z ową tę- sknotą się łączy, ale też istnieje i beze mnie, samo dla sie- bie. – Co to takiego, Wawera? – Sza! To tajemnica! Tajemnica „głuchej przestrzeni”. Zamilkli obaj zdjęci nagle nieokreślonym lękiem, zatapia- 12 jąc spojrzenia w mroczniejącą już szyję parowu. Wśród bezdennej ciszy sierpniowego wieczora nadpłynęły nagle od toru ciche, choć wyraźne szmery i szelesty. Jakieś seple- nienia stłumione, jakieś poszepty lękliwe, poszczęki... – Słyszysz, Luśnia? – przerwał milczenie budnik. – Zwyczajnie latem pod wieczór kurczą się od chłodu i – Szyny gwarzą... przeto szczękają. – Szyny gwarzą – powtórzył Wawera, puszczając mimo uszu objaśnienie kowala. – Gawędzą sobie wieczorem po znojach dnia. – Szyny gadają – powtórzył jak echo Luśnia. – Tak, tak – mówił dróżnik dziwnie rozmarzony. Czy myślisz, że one nie żyją jak my, ludzie, zwierzęta lub drze- wa? Kowal spojrzał zaskoczony pytaniem. – Żyją, Luśnia, żyją, jeno swoim własnym, odmiennym od innych stworzeń życiem. To stanowczo już przekraczało zakres pojęć kowala. Po- patrzył poczciwiec na towarzysza jak na wariata, pokręcił głową i splunąwszy od niechcenia w bok, odsunął się tro- chę na prawo. – A tor, myślisz, nie żyje, co? – następował nań rozgrza- ny biernym oporem Wawera. – A ten parów, ta stacja z blo- kiem, a ta cała przestrzeń, hę? – Głucha przestrzeń – wtrącił półgłosem Luśnia. – Głucha, powiadasz? Głucha i ciągle głucha! To wy je- steście głusi, wy, głupi, tępi ludzie, którzy słyszeć nie chce- cie głosu Boga! Kowal struchlał: – Nic już nie wiem – bełkotał patrząc półprzytomny na towarzysza. – Nic nie rozumiem. Ale w Boga – to wierzę. 13 Dróżnik ze wzrokiem natchnionym, uśmiechnięty, pro- mienny wskazał ręką przestrzeń nurzającą się już w mro- kach wieczornych: – Wszystko to żyje i wspomina. Wspomina? – zagadnął żywo Luśnia. – A co wspomina? – To, co minęło. To, co tu było przed laty. Tak jak my, ludzie, wspominamy przeszłość – dodał po chwili z głębo- kim smutkiem w głosie. – To niby ta twoja przestrzeń wspomina swoją daw- ność? – Tak, Luśnia, tak – nareszcie mnie zrozumiałeś. Wspomina swoją dawność. – Niby owe stare, dobre czasy... – Tak, tak – gdy tu jeszcze panował ruch, gdy pociągi przelatywały jak błyskawice, dudniły głucho koła wozów, przepruwały przestrzeń gwizdy lokomotyw. – To wspomina twoja przestrzeń. – O tym śni ta moja przestrzeń, śni bez przerwy za dnia w słońcu i w długie, czarne, ślepe noce... – A ty, Wawera, a ty? – A ja wraz z nią niby ta bratnia dusza. – Śnicie oboje, wspominacie? – Śnimy w utęsknieniu wielkim i czekamy. – Na co? Czego tu wyglądacie? – Spełnienia tego, o czym śnimy. – Daremne czekanie: dawność nie wraca. – Kto ta wie, druhu stary, kto ta wie? Po to ja tu jestem, by ją wskrzesić. dodał po chwili milczenia: sobie puste słowo? Powstał z belki i podając kowalowi rękę na pożegnanie, – Czy myślisz, że wspominanie – to nic, to tylko takie 14 Zapuścił bystre spojrzenie w dół, na dno parowu, mu- snął nim nasyp, tory i zatrzymał się na zboczach wąwozu: – Tu wszędzie żyją te wspominki; wałęsają się dla oka ludzkiego niewidoczne pomiędzy ścianami tego jaru, tłuką po tych szynach, włóczą hen, po całej przestrzeni. Tylko trzeba umieć patrzeć i słuchać. – Wspominki dawnych lat? – Wspominki – ślady niezatarte. Bo pomyśl, Luśnia, po- myśl tylko, czy to możliwe, by po tym wszystkim nie zo- stało nic! – Niby po czym? – Pomyśl tylko! Tyle lat, tyle dziesiątków lat przejeż- dżały tą gardzielą pociągi, napełniając ją łoskotem kół, grzechotaniem relsów, tyle lat zbocza tego parowu podawa- ły sobie na przemian niby piłki rozbudzone echa. Dzień w dzień, noc w noc rodziły się i marły w tej wąskiej, ciasnej szyi wiry powietrza, wieszały się po szkarpach łachmany dymów, tuliły mgliste ich smoczki do nasypu, kryły pod sklepem tunelu... – Co chciałeś rzec, Wawera? – Chciałem rzec jeno, że wspomnienia nie giną. Dobra- noc ci, Luśnia, dobranoc! I tak się w ten wieczór rozstali... Tymczasem minęło lato, zaczęła się jesień. Dróżnik wciąż wiernie stróżował na swojej przestrzeni. Czujny jak żuraw nie przeoczył najmniejszej usterki na linii. Jeśli gdzieś przypadkiem obsunęła się nawierzchnia, zaraz pod- sypywał świeżego szutru i zrównywał z poziomem. Gdy w którąś noc październikową szalona ulewa podmuliła tor, wyżerając w nasypie znaczną wyrwę, nazajutrz budnik pra- cował przez cały dzień bez wytchnienia, póki szkody nie usunął. Umocnił w kilku punktach pętlicy wychwierutane podkłady, gdzie indziej zastąpił stare już, stoczone przez 15 czerwy progi nowymi. Zielska i trawy na torze nie znosił: gdziekolwiek się rzuciło pomiędzy szyny, plewił niemiło- siernie. Toteż po upływie siedmiu miesięcy jego „urzędowania” wyglądały przestrzeń i przystanek wzorowo. W dal mknęły wstęgi relsów po nawierzchni posypanej żwirem czyściut- kim i miałkim jak piasek, z lekkim chrzęstem przerzucały się naoliwione starannie dźwignie blokowe, wykonywało stawidło swe zwroty gładko i sprawnie jak rumak w tresu- rze maneżu. Dwa razy na dzień i raz w ciągu nocy odbywał Wawera tzw. „ćwiczenia” i „manewry”, które polegały na szeregu czynności i ruchów wykonywanych zwykle przez dróżników w chwili przejazdu pociągów przez ich placów- ki. Krokiem sprężystym, krokiem starego weterana wycho- dził budnik przed stację, brał do ręki sygnał, szeroką, czer- woną lub zieloną tarczę na białym polu, i stawał wyprosto- wany jak struna między zwrotnicą a budką. Kiedy indziej puszczał w ruch kolbę stawidła lub żelazne dźwignie na bloku i przerzucał szyny na torze. Wieczorami zapalał zie- lony sygnał za szybką zwrotnicy i drugi, podobny lub biały, na semaforze daleko przed przystankiem, opodal tunelu. Czasami na „nocny alarm” zmieniał światła sygnałów, któ- re wtedy z daleka już ostrzegały barwą rubinu... A jednak mimo wszystko smutno było na przystanku. Mimo pozorów ruchu i sprawności budnika wiało od prze- strzeni pustką jakąś i martwotą. Bezwiednie musiał to od- czuwać i Wawera, bo gdy na chwilę oderwał się od pracy i wzrokiem błądził po szynach, z oczu wyglądała mu tęsk- nota i jakaś głęboka zaduma. Dlatego też po krótkim spo- czynku tym żarliwiej brał się do pracy. Powoli, z biegiem miesięcy, wytworzył się między nim a przestrzenią nieuchwytny, choć nader zażyły związek. Wawera stał się z czasem jakby ucieleśnioną w kształcie 16 człowieczym jej świadomością. Obcując ze swą strefą nie- mal bez przerwy, wchłonął wszystkie drzemiące tu tajem- nie ślady przeszłości, a wessawszy w siebie, oddawał z po- wrotem wzmocnione tęsknotą, pulsujące żywą, gorącą krwią kochającego serca. – Poczekaj, siostrzyczko – szeptał nieraz, topiąc pijane zadumą oczy w siną dal przestrzeni – poczekaj jeszcze tro- chę, gołąbko! Doczekamy się w końcu, doczekamy. I przypadał do toru, przykładał ucho do ziemi i słuchał, słuchał z zapartym tchem. Po chwili na twarzy jego żółtej, pomarszczonej rozlewał się przykry wyraz rozczarowania, a z ust zwiędłych, zwiotczałych wypływało słowo zniechę- cenia: – Jeszcze nie... Jeszcze za wcześnie... Nieraz wieczorami pod zorzę zachodu wlepiał godzina mi całymi utęsknione oczy w czerniejącą z dala czeluść tu- nelu i czekał na coś, czekał bez końca... A tymczasem przyszły złe wieści z miasta. Pewnego dnia przyniósł Luśnia fatalną wiadomość, że dyrekcja ru- chu w Orszawie zamierza najpóźniej z wiosną przystąpić do rozebrania przestrzeni. Wawera zgryzł się tym okrutnie i przechorował się ciężko. Po upływie tygodnia dźwignął się wreszcie z łóżka, lecz okropnie zmieniony. Małomówny z natury, teraz zamknął się w sobie zupełnie i absolutnie z nikim nie chciał rozmawiać. Nawet Luśni zabronił wstępu do siebie i z daleka zoczywszy nadchodzącego, zawracał go z drogi gestem ręki. Sposępniał, sponurzał i w oczach miał jakieś dzikie, niedobre światła... Aż dnia jednego, pod zmierzch, w burzliwy, listopado- wy odwieczerz, podczas „manewrów” ze zwrotnicą nagle drgnął. – Przysłyszało mi się czy co? – mruknął, wypuszczając z rąk kolbę przyrządu. 17 Naraz pojaśniało mu w oczach. Strumień nadludzkiej radości przepłynął serce i wstrząsnął nim całym do posad. Wśród wycia jesiennego wichru, wśród świstu zawieruchy po raz pierwszy usłyszał... To już nie było złudzenie, o nie! Stamtąd nadpłynęło, stamtąd, od tunelu, najwyraźniej w świecie! To było to, tym razem niewątpliwie to!... O! Znowu! Trochę bliżej... Słodkie, kochane dudnienie! Drogi, nieoceniony łoskot, cudny, rytmiczny łoskot!... – Ta, ta, ta!... Ta, ta, ta!... To on! To on! Nie ulegało już wątpliwości! I wybiegł na spotkanie. Wiatr zerwał mu czapkę, zdarł płaszcz z ramion, targnął nim z pasją, nielito- ściwie... Nie zważał. Z rozwianym włosem, śnieżnobiałym włosem, z wyciągniętymi przed się entuzjastycznie rękoma słuchał dziwnego odgłosu jak najcudniejszej muzyki... – Ta, ta, ta... Ta, ta, ta... Ta, ta, ta... Ta, ta, ta... Lecz po chwili umilkło; i znów gwizdał tylko wiatr we wściekłych przegonach, kwiliły wrony pod ołowianym niebem... Ze zwieszoną głową powrócił dróżnik do swej budki... Lecz odtąd, od pamiętnego wieczora, nadzieja jasna rozkwitła mu w duszy i dościgała w spełnienie. Bo oto z dniem każdym słyszał coraz wyraźniej, coraz bliżej, coraz dobitniej. Po chwili milkło wprawdzie, głuchło gdzieś, roz- wiewało się, lecz nazajutrz, o zmroku, w tę dziwną godzinę przesiłu dnia z nocą znów powracało mocniej już, głośniej, prawie namacalnie... Aż przyszła godzina ziszczenia. W jakąś noc grudniową, noc śniegiem zawianą, gdy znużony czuwaniem schylił siwą głowę głęboko ku piersi, zabrzmiał sygnał... Wawera zadrżał i obudził się: – Co to?! 18 – Bimbam... – zabrzmiało powtórnie. – Bimbam... Sy- gnalizator grał. Po raz pierwszy od czasu objęcia służby usłyszał budnik kucie młotków... Pokraśniał cały, trzęsącymi się rękoma włożył czapkę, zarzucił szynel na ramiona i porwawszy latarkę, wybiegł przed budkę. – Bimbam... – grało na słupie. – Idę już, idę – szepnął, słaniając się na nogach ze wzru- Całą siłą woli opanował się, sprężył w służbowej posta- wie i podniósłszy wysoko sygnał świetlny do góry, czekał. – Ta, ta, ta... Ta, ta, ta... – dudniało na przestrzeni. – Trach, trach, trach... Trach, trach, trach... – gruchotały szenia. szyny. wę: Dróżnik zatopił głodne spojrzenie w gardziel tunelu... – Ta, ta, ta!... Ta, ta, ta!... Nareszcie zobaczył. W wylocie czeluści zaświeciła para oczu, para olbrzymich, złotożółtych ślepiów i rosła, rosła, zbliżała się... Budnikowi lotem błyskawicy przeszła myśl przez gło- – Przejedzie czy stanie? W tej chwili rozległ się zgrzyt gwałtownie zahamowa- nych kół i pociąg zatrzymał się przed przystankiem. Wawe- ra nie drgnął, nie ruszył się z miejsca. Patrzył... Z wozu służbowego wysiadł kierownik ruchu i zmierzał w stronę dróżnika. Ze stopni wagonów zeskoczyło kilku konduktorów, jakiś kontroler w służbie i podeszli ku niemu. – Dobry wieczór, Wawera! – pozdrowił, wyciągając przyjaźnie rękę kierownik. – Czekałeś długo na nas, mój stary, co? No i nareszcie doczekałeś się. Wawera ściskał podaną dłoń! Łzy słodkie, łzy szczęścia dławiły słowa: 19 – Wedle rozkazu, panie kierowniku, na posterunku. – Dobry wieczór, kolego! – witali go konduktorzy. – Witaj nam, stary druhu! I otoczyli go kołem. Ktoś zabrał mu sygnał i przypiął la- tarkę do piersi, ktoś inny wcisnął „klucz” konduktorski do ręki. – No, panowie – zabrzmiał donośny głos kierownika. – Komu w drogę, temu czas! Wawera, jedziesz naturalnie z nami? – Po ciebieśmy tu przyjechali – zagrzmiał zgodny chór kolegów. – Dość ci już chyba drożnikowania? W piersi Wawery łkało coś ze szczęścia bez miary. Spojrzał raz jeszcze przez mgłę łez na przystanek, na do- mek swój śniegiem zasuty, na topolę samotną w ogródku i ruszył ku wozom: – Ja z wami, koledzy – ja z wami na śmierć i na życie! I wszedłszy na stopień wagonu jak przed laty, podniósł latarkę w stronę maszyny i krzyknął gromkim głosem: – Jazda! Pociąg ruszył z przeciągłym gwizdem i potoczył się w przestrzeń... Nazajutrz, w mroźny, grudniowy poranek, zastał Luśnia dróżnika przed budką w postaci służbowej z wyciągniętą w górę ręką i z zagasłą latarką w skostniałych palcach. – Wawera, co tobie? – zagadnął, wpatrując się bystro w twarz przyjaciela z zastygłym na ustach uśmiechem. I dotknął jego ramienia. Wtedy budnik sztywny jak kłoda zwalił mu się pod nogi. – Zamarzł! – szepnął kowal, biorąc zwłoki w ramiona – zamarzł na śmierć na placówce. I złożył go ostrożnie w budce na tapczanie... Wieści o zamierzonym rozbiorze przestrzeni okazały się przedwczesne; przetrwała jeszcze jedną wiosnę i lato. Lecz 20 mówiono w okolicy, że od śmierci Wawery pętlica jakby ożyła. Zwłaszcza pod wieczór wąwóz rozbrzmiewał echem dziwnych odgłosów. Dudniły jakieś pociągi, szczękały roz- pętane koła, oddychała ciężko uznojona maszyna. Skądś z przestrzeni nadpływały na skrzydłach wiatru jakieś sy- gnały, rozlegały się przeciągłą skargą gwizdy świstawek, grały pobudkę odjazdu niewidzialne trąbki... Ludzie omijali chętnie tę stronę, z lękiem obchodząc ją kołem. Nawet ptactwo spłoszone niezwykłym łoskotem porzuciło dziwny parów i przeniosło się w inne, gościnniej- sze strony. Dopiero gdy pod jesień następnego roku usunięto szyny i rozebrano budkę dróżnika, wszystko ucichło i „głucha przestrzeń” zamilkła na zawsze. 21 SMOLUCH Starszy konduktor, Błażek Boroń, obszedłszy powierzo- ne swej opiece wagony, wrócił do zakątka oddanego jego wyłącznej dyspozycji, tzw. „miejsca przeznaczonego dla konduktora”. Znużony całodzienną włóczęgą po wozach, zachrypły od wywoływania stacji w jesienną, mgłą napęczniałą porę, zamierzał odpocząć trochę na wąskim, ceratą obitym krze- sełku; uśmiechała mu się godnie zasłużona sjesta. Dzisiej- sza tura właściwie skończyła się; pociąg przebył już strefę gęsto w bliskich odstępach rozmieszczonych przystanków i wyciągniętym kłusem zmierzał do stacji kresowej. Aż do końca jazdy nie będzie już Boroń zrywał się z ławeczki i zbiegał po stopniach na parę minut, by zdartym głosem oznajmiać światu, że jest stacja taka a taka, że pociąg za- trzymał się na minut pięć, dziesięć lub cały długi kwadrans, lub że czas już przesiadać. Zgasił latarkę przypiętą do piersi i postawił ją wysoko nad głową na półce, zdjął szynel i zawiesił na kołku. 24 godzin służby bez przerwy wypełniły mu tak szczel- nie czas, że niemal nic nie jadł. Organizm domagał się swych praw. Boroń wydobył z torby wiktuały i zaczął się posilać. Siwe wypłowiałe oczy konduktora utknęły nieru- chomo w szybie wagonu i patrzyły w świat poza oknami. 22 Szyba trzęsła się w podrzutach wozu, wciąż jednakowo gładka i czarna – nie widział przez nią nic. Oderwał oczy od monotonii ramy i skierował w głąb korytarza. Spojrzenie prześliznęło się po pierzei drzwi, wiodących do przedziałów, przerzuciło na ścianę okien na- przeciw i zgasło na nudnym szlaku chodnika podłogi. Skończył „kolację” i zapalił fajeczkę. Był wprawdzie w służbie, lecz na tej przestrzeni, zwłaszcza tuż przed metą, nie obawiał się kontrolera. Tytoń dobry, przemycony nad granicą, ćmił się w koli- stych, wonnych skrętach. Z ust konduktora wysnuwały się giętkie taśmy i zwinąwszy się w kłębki, toczyły jak kule bi- lardowe wzdłuż wagonowego pasażu – to znów wypadały gęste, zwarte cewki, przeciągały leniwo błękitne trzony i pękały u stropu petardą dymu. Boroń był mistrzem w pa- leniu fajki... Z wnętrza przedziałów przypłynęła fala śmiechu: goście byli w dobrych humorach. Konduktor zacisnął zęby ze złością; z ust padły słowa pogardy: – Komiwojażerowie! Handlarska branża! Boroń zasad- niczo nie cierpiał pasażerów; irytowała go ich „praktycz- ność”. Dla niego istniała kolej dla kolei, nie dla podróż- nych. Zadaniem kolei nie było przewożenie ludzi z miejsca na miejsce w celach komunikacyjnych, lecz ruch jako taki i pokonywanie przestrzeni. Co ją mogły obchodzić marne interesy ziemskich pigmejów, zabiegi przemysłowe oszu- stów, plugawe przetargi handlarzy? Stacje były nie na to, żeby na nich wysiadać, lecz by mierzyły przebytą drogę; przystanie kolejowe były probierzem jazdy, ich kolejna zmiana, jak w kalejdoskopie, dowodem postępów ruchu. Toteż z pogardą spoglądał zawsze konduktor na tłumy, cisnące się przez drzwi wagonów na peron i na odwrót, 23 z grymasem ironii obserwował zadyszane jejmoście i roz- gorączkowanych pośpiechem jegomościów, pędzących na łeb, na szyję wśród krzyków, przekleństw, czasem sztur- chańców do przedziałów, by „zająć miejsce” i ubiec towa- rzyszy z owczego stada. – Trzoda! – spluwał przez zęby. – Jak gdyby Bóg wie co na tym światu zależało, by jakiś tam pan B. lub jakaś tam pani W. przybyli „w porę” z F. do Z. Tymczasem rzeczywistość stanowiła rażący kontrast z poglądami Boronia. Ludzie wciąż wsiadali i wysiadali na stacjach, wciąż cisnęli się z taką samą zapalczywością, za- wsze w tych samych praktycznych zamiarach. Ale też kon- duktor mścił się za to przy każdej sposobności. W jego „rejonie”, obejmującym trzy do czterech wo- zów, nie było nigdy przepełnienia, tej ohydnej duśby mo- tłochu, która kolegom odbierała nieraz ochotę do życia i była ciemną plamą na horyzoncie szarej, konduktorskiej doli. Jakich używał środków, jakimi szedł drogami, by osią- gnąć ten ideał, nieziszczalny dla innych towarzyszy zawo- du, o tym nikt nie wiedział. Faktem było, że nawet w czasie największej frekwencji w porze świątecznej wnętrza wago- nów Boronia zdradzały normalny wygląd; przejścia były wolne, w kuluarach oddychało się powietrzem znośnym. Siedzeń nadliczbowych i miejsc stojących konduktor nie uznawał. Surowy dla siebie i wymagający w służbie, umiał też być nieubłaganym dla podróżnych. Przepisów prze- strzegał dosłownie, z drakońskim nieraz okrucieństwem. Nie pomagały wybiegi, podstępne szacherki, zręczne wśli- zgiwanie w rękę „łapówek” – Boronia nie można było przekupić. Parę osób nawet zaskarżył z tego powodu, jed- nego osobnika wypoliczkował za obrazę i przed władzami wyszedł obronną ręką. Nieraz też zdarzało się, że w środku 24 SPIS TREŚCI GŁUCHA PRZESTRZEŃ 5 SMOLUCH 22 W PRZEDZIALE 34 WIECZNY PASAŻER 47 FAŁSZYWY ALARM 59 DEMON RUCHU 77 MASZYNISTA GROT 92 SYGNAŁY 107 DZIWNA STACJA 117 BŁĘDNY POCIĄG 140 ŚLEPY TOR 149 ULTIMA THULE 174 ENGRAMY SZATERY 187 PRZYPOWIEŚĆ O KRECIE TUNELOWYM 208 224
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Demon ruchu. Opowieści niesamowite
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: