Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00253 007602 15359287 na godz. na dobę w sumie
Dialektyka Hegla - ebook/pdf
Dialektyka Hegla - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 247
Wydawca: Universitas Język publikacji: polski
ISBN: 978-832-421-486-0 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> psychologia i filozofia >> filozofia
Porównaj ceny (książka, ebook (-8%), audiobook).

Dialektyka Hegla, która w pewnych kręgach uchodzi za wykład niezwykle wyrafinowanej i hermetycznej metafizyki, jest w istocie dialektyką jedynie w sensie sprecyzowanym w znakomitej rozprawce Artura Schopenhauera o dialektyce erystycznej. Lektura 'Fenomenologii ducha' czy 'Nauki logiki' może więc stanowić – wielce żmudne, niestety – studium różnego rodzaju nieuczciwych wybiegów, jakich ima się Hegel, by wmówić swoim czytelnikom, że zgłębiają wraz z nim naturę Absolutu. To, co było natychmiast widoczne dla przenikliwego umysłu Schopenhauera, w świadomości następnych pokoleń jakoś się zatarło, jakby sam upływ czasu mógł tu cokolwiek polepszyć, a przecież nie mamy do czynienia z koniakiem, a raczej już z okowitą, ową osławioną gorzałką, tyle że nie dla ludu, lecz dla intelektualistów.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Marek Rosiak DIALEKTYKA HEGLA Krytyczny komentarz do głównych tekstów metafizycznych universitas DIALEKTYKA HEGLA Marek Rosiak DIALEKTYKA HEGLA Krytyczny komentarz do głównych tekstów metafizycznych Kraków Publikacja dofinansowana przez Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego © Copyright by Marek Rosiak and Towarzystwo Autorów i Wydawców Prac Naukowych UNIVERSITAS, Kraków 2011 ISBN 97883–242–1486–0 TAiWPN UNIVERSITAS Opracowanie redakcyjne Wanda Lohman Projekt okładki i stron tytułowych Ewa Gray www.universitas.com.pl Spis treści Wstęp 7 Czêœæ I Fenomenologia ducha 1. Przedmowa do Fenomenologii ducha 18 2. Wstęp do Fenomenologii ducha 28 3. Świadomość niezreflektowana 38 4. Samoświadomość (doświadczenie samowiedzy) 47 a. Konkretny powszechnik 52 b. „Samowiedza podwojona. Konflikt samowiedz” 55 c. Dialektyka pana i niewolnika 58 d. Wolność świadomości (stoicyzm, sceptycyzm, świadomość nieszczęśliwa) 66 5. Rozum. Świadomość „u siebie” 70 6. Rozum obserwujący 76 7. Przejście do filozofii praktycznej 83 8. Zakończenie Fenomenologii ducha: Wiedza absolutna 90 Czêœæ II Nauka logiki 1. Przedmowy i Wstęp do Nauki logiki 100 2. Logika bytu 110 a. Czysty byt – Nicość – stawanie się 110 b. Istnienie – określoność – indywiduum 121 c. Jakość – ilość – miara 134 3. Logika istoty 144 a. Koncepcja istoty 144 b. Określenia refleksyjne 150 c. Podstawa – Zjawisko 157 4. Logika pojęcia 162 a. Subiektywność (Pojęcie – Sąd – Sylogizm) 162 b. Obiektywność (mechanizm – chemizm – teleologia) 166 c. Idea 169 i. Idea życia i idea poznania 169 ii. Idea absolutna 176 Zakończenie 181 Apendyksy 1. W kwestii Heglowskiej kategorii stawania się 186 2. Heglowski idealizm obiektywny a spór realizm–idealizm 200 3. Heglowska „nauka o doświadczeniach świadomości” – analiza dialektycznej metody Fenomenologii ducha 219 4. O podziałach filozofii 231 Bibliografia 237 Indeks osób 239 Indeks terminów 243 Jest rzeczą szczególnie konieczną, by uprawianie filozofii uczynić znowu zajęciem poważnym. [;-)] Hegel, Przedmowa do Fenomenologii ducha [s. 831] Wstęp Niniejsze studium powstało w wyniku wielokrotnie podejmo- wanych prób zrozumienia Heglowskiej metafizyki, które po z górą ćwierćwieczu doprowadziły mnie do wniosku, że zamierzenie to nie może się powieść. Jest tak z tej prostej przyczyny, iż teksty Hegla, które powszechnie uchodzą za wykład owej metafizyki, nie zawie- rają żadnej spójnej doktryny. Zawierają one natomiast – mimo wer- balnych deklaracji – pozbawione metodycznego charakteru zawiłe wywody opatrzone hasłem dialektyki, który to nagłówek stosuje się do nich jedynie w sensie sprecyzowanym w znakomitej rozprawce Artura Schopenhauera o dialektyce erystycznej. Lektura tych dzieł może więc stanowić – wielce żmudne, niestety – studium różnego rodzaju nieuczciwych wybiegów, jakich ima się Hegel, by wmówić swoim czytelnikom, że zgłębiają wraz z nim naturę Absolutu. To, co było natychmiast widoczne dla przenikliwego umysłu Schopenhau- era, w świadomości następnych pokoleń jakoś się zatarło, jakby sam upływ czasu mógł tu cokolwiek polepszyć, a przecież nie mamy do czynienia z koniakiem, a raczej już z okowitą, ową osławioną go- rzałką, tyle że nie dla ludu, lecz dla intelektualistów. 1 Numery stron podawane w nawiasach w głównym tekście części I odsyłają do pierwszego tomu Fenomenologii ducha w tłumaczeniu Adama Landmana. Sto- sunkowo nieliczne odsyłacze do t. II (występujące prawie wyłącznie w ostatnim punkcie części I) zawierają rzymskie II przed numerem strony. 8 WSTĘP Jak to możliwe, że pisarstwem Hegla potrafią się fascynować ludzie obcujący z najbardziej wyrafinowanymi tworami ludzkiego ducha – studiujący Platona, czytający Tołstoja i Dostojewskiego, słuchający Bacha, Mozarta i Beethovena? W analogii do muzyki, tej najbardziej może metafizycznej ze sztuk, wrażenia z lektury He- gla porównać można chyba tylko do gry na tępej pile. Nasuwa się przypuszczenie, że być może inspiracja płynąca z jego pism to coś w rodzaju poetyckiego natchnienia, pod wpływem którego w nie- wytłumaczalny sposób zmienia się nasze postrzeganie rzeczywisto- ści. W ten sposób pisarstwo Hegla lokowałoby się w nurcie irracjo- nalizmu i mistycyzmu. Widzianej w takiej perspektywie twórczości tej nie sposób byłoby zarzucać bełkotliwości, stwierdzenie tego niewątpliwego faktu nie stanowiłoby tu bowiem żadnego zarzutu. Rzecz w tym, iż Heglowski tekst zasadniczo nie funkcjonowałby jako nośnik sensu, ale jako stymulator odmiennego stanu świado- mości. Tekstu tego nie należałoby studiować, ale niejako zażywać, autor zaś nie prezentowałby czytelnikowi za jego pośrednictwem żadnego stanowiska, ale raczej t r a k t o w a ł b y go owym tekstem jako rodzajem substancji psychotropowej. Trudniej zrozumieć to, że Hegla poważnie mogą traktować ludzie mający wykształcenie ścisłe (są to, co prawda, nieliczne jednostki). Hegel, w swoim przekonaniu, że jest heroldem wiedzy absolutnej, nie stroni od prób „udialektycznienia” takich dyscyplin, jak matema- tyka czy fizyka; w tym względzie spektakularna wpadka w jego te- zie habilitacyjnej nie nauczyła go niczego. W rezultacie, chciał – nie chciał, wygłasza on jakieś tezy sformułowane w terminach tych nauk, co natychmiast obnaża głębię jego ignorancji. Próbuje się go niekie- dy bronić przed filozoficzną dyskwalifikacją z powodu tego rodzaju wpadek, wskazując, że np. filozoficznej reputacji Arystotelesa nie nadszarpnęły jego zupełnie opaczne próby tłumaczenia zjawisk astro- nomicznych, fizycznych czy biologicznych. Otóż analogia ta jest cał- kowicie chybiona: Arystoteles formułował swą teleologiczną teorię ruchu ciał w czasach, gdy dostępne procedury doświadczalne w zasa- dzie nie pozwalały na sfalsyfikowanie takich hipotez2 i gdy w ogóle 2 Co prawda, pochodząca od niego opinia, że ciała cięższe spadają szybciej (z większym przyspieszeniem) niż lekkie, została – jak wiadomo – bez trudu WSTĘP 9 nie istniała jeszcze rozwinięta nauka. Hegel zaś usiłował dokony- wać dialektycznych „korektur”, niekiedy zresztą, by było śmiesz- niej, właśnie w duchu arystotelesowskim, w znakomicie funkcjo- nującym aparacie zmatematyzowanej Newtonowskiej mechaniki, ba – próbował się wtrącać i do samej matematycznej aparatury tej teorii, jak choćby do rachunku różniczkowego, bez elementarne- go pojęcia o tym, do czego się zabierał. Oczywiście, jeśli wybitny fizyk kompromituje się w dziedzinie, o której nie ma pojęcia, np. w filozofii, nie dyskwalifikuje to jego osiągnięć na gruncie fizyki. Okazuje się wtedy, że zapewne w sposób metodologicznie naiwny usiłował on stosować metody sprawdzone w nauce przyrodniczej, jaką jest fizyka, w filozofii. Nie jest to wbrew pozorom sytuacja sy- metryczna do tej, gdy za fizykę bierze się Hegel, gdyż ten uczynił ze swych pretensji do omniscjencji sedno własnej metody filozoficznej – „filozofia absolutna” kompromituje się, demonstrując swą abso- lutną niekompetencję. Przy lekturze Hegla ma się często wrażenie, że autor pokpiwa sobie z czytelnika, albo nawet wręcz kpi sobie zeń w żywe oczy, plotąc w namaszczony sposób zupełne banialuki. Nie jest to oczy- wiście lekki francuski esprit, lecz ciężkostrwany niczym golonka z kapustą teutoński Spass. Być może jednak, że poczęstowany nim czytelnik dozna w efekcie poważniejszej przemiany świadomości niż na skutek subtelnych intelektualnych igraszek, które łechcą je- dynie szare komórki. W porównaniu z nimi gruntowny Heglowski traktament to solidne garbowanie skóry, o ile nie wręcz wstrząśnie- nie mózgu. To, co trudno byłoby uznać za racjonalną metodę prze- konywania, może niemniej jednak okazać się najprostszą drogą do wprawienia się w pożądany stan ducha. Błędem byłoby jednak uważanie takich zabiegów za wykład treściowo określonej teorii czegokolwiek. Uważanie filozofii za rodzaj metody umożliwiającej osiągnię- cie niecodziennych stanów świadomości, choć może kojarzyć się w pierwszym rzędzie z myślą Wschodu, nie jest jednak całkowicie obce i tradycji zachodniej. Wystarczy wymienić neoplatoników z ich sfalsyfikowana przez Galileusza, niekorzystającego z żadnych środków niedo- stępnych Stagirycie. 10 WSTĘP koncepcją dialektyki i epoptyki czy teurgii, a także chrześcijańskich mistyków różnego autoramentu. Heglowskie dialektyczne łamań- ce nie mają w sobie ani krzty deklarowanej przez ich autora z taką pewnością siebie logiki, ale mogą być uważane, zgodnie z neopla- tońską koncepcją dialektyki jako propedeutyki, czyli szczebla do wyższych wtajemniczeń, za rodzaj operacji „oczyszczającej” umysł z zaufania do zasad rozsądku, utrzymujących myśl w ograniczonym zakresie potocznych zagadnień i uniemożliwiających jej osiągnięcie „wyższego punktu widzenia” . Czytelnik, który wraz z Heglem gotów jest wytarzać się w intelek- tualnych bezeceństwach jego dialektyki, z taką pasją piętnowanych przez Schopenhauera, ale – o czym nie wszyscy wiedzą! – opatrywa- nych niekiedy dość pogardliwymi komentarzami nawet przez tak za- przysięgłego dialektyka jak Lenin, postępuje niczym adepci herety- ckich sekt głoszących, że droga do zbawienia wiedzie przez otchłań nieprawości. Zasadom takim, jak wiadomo, hołdował w szczególno- ści na progu naszej epoki osławiony Griszka Rasputin, rekrutujący rzesze swych zwolenniczek z kręgów najwyższej carskiej arystokra- cji. Bolszewicy, których biurokracja zastąpiła arystokrację, jako bę- karty heglizmu nie odżegnali się bynajmniej od tych pryncypiów. Ba – usankcjonowali je, choć może nie tyle w roli oficjalnej państwowej ideologii zwanej diamatem, która została tak sprymitywizowana, że raczej wzbudzała śmiech niż zawrót głowy, ile w swej praktyce dążenia do zbawienia ludzkości po trupach. Kto wzdraga się przed intelektualnym rozpasaniem dialektyki Hegla, ten zazwyczaj nie czuje pociągu do wspomnianych wyższych objawień ani nie tęskni do osiąganego na takiej drodze zbawienia. Być może, że pewien typ umysłowości, kierujący się raczej (idio)synkrazją niż posiłkujący na- mysłem, bardziej skłonny jest do pójścia tą drogą, na której dochodzi nie do przekroczenia, ale po prostu porzucenia logiki.  W popularnym newage’owym serialu Z archiwum X jego bohater, niejaki agent Mulder, ogląda kultowy (w realu) film Plan 9 z kosmosu, cieszący się opinią filmu tak rozbrajająco bezsensownego, że wręcz obezwładniającego jakąkol- wiek krytykę. Czyni on tak, ilekroć chce intuitywnie pojąć pewną szczególnie ciemną sprawę, do której rozjaśnienia zupełnie niezdatne okazuje się logiczne myślenie. WSTĘP 11 Właściwą doktryną Hegla byłoby więc nie to, co wykłada on na kartach swych dzieł, w szczególności w uważanych za ekspozycje jego stanowiska metafizycznego Fenomenologii ducha i Nauce lo- giki – ale doktryna oświecenia osiąganego na drodze recytowania magicznych formuł dialektyki. Skuteczności tej praktyki nie sposób oczywiście poddać żadnym intersubiektywnym procedurom spraw- dzającym – może być ona jedynie stwierdzana w pewnego rodzaju mistycznym doświadczeniu, z istoty swej niekomunikowalnym. Jako taka, pozostaje w najściślejszym znaczeniu słowa „doktryną niepisa- ną”, tzn. w ogóle niemożliwą do językowego sformułowania. Rozpatrywana w oderwaniu od takiego praktycznego charakteru środka służącego osiągnięciu tego, co niewyrażalne, ta na wskroś alogiczna pisanina może być z pożytkiem analizowana jedynie w celu polemicznym, dla wykazania, że wbrew rzeszy chwalców zaliczających Hegla do grona „wielkich filozofów” nie znajdziemy w wymienionych dziełach nieomal niczego, co dałoby się uznać za godne uwagi nawiązanie do respektującej zasady rozumu filozo- ficznej problematyki. Z takim właśnie celem przedkładam następu- jące tu analizy niepozbawionym jeszcze krytycyzmu czytelnikom, przede wszystkim zaś młodym adeptom filozofii, z reguły skłonnym obdarzać zaufaniem swych preceptorów, a trudności w zrozumieniu ich zawiłych wywodów zaliczać samokrytycznie na poczet własnej ignorancji. Pod wpływem konfesyjnej lektury pism Heglowskich, zalecanej przez nieodpowiedzialnych pedagogów, zdolność do wy- robienia w sobie rzetelnego krytycyzmu może łatwo zostać bezpo- wrotnie zaprzepaszczona na rzecz ukształtowania kompleksu włas- nej intelektualnej niższości. Bez umiejętności krytycznego myślenia zaś nie może być mowy o autentycznym uprawianiu filozofii. Gdyby nie ten profilaktyczno-terapeutyczny cel (na sukces te- rapii można zaś liczyć jedynie w lżejszych przypadkach heglow- skiego pokąsania) nie podejmowałbym się niniejszych rozważań. W swej polemice z bezkrytycznymi chwalcami Hegla, których dalej będę zwał krótko heglistami, ograniczam się do analizy, czy może raczej – lektury prowadzonej w analitycznym nastawieniu, trudno bowiem e f e k t y w n i e analizować coś, co nie wykazuje znamion żadnej inteligibilnej struktury, ograniczam się więc do lektury dzieł, w których upatruje się, w zgodzie z deklaracjami samego Hegla, 12 WSTĘP metafizycznych podstaw jego systemu. Moje ogólne uwagi krytycz- ne o tym pisarstwie należy więc rozumieć jako odnoszące się do Fenomenologii ducha i Nauki logiki oraz odpowiednich partii Ency- klopedii nauk filozoficznych, tekstu której nie omawiam z przyczy- ny, jaką łatwo przyjdzie zrozumieć komuś, kto zapozna się z moimi uwagami do obu wcześniej tu wymienionych dzieł. W swoich wywodach stronię od snucia luźnych dywagacji i sta- ram się ściśle trzymać analizowanego tekstu. Podaję w tym celu możliwie często odsyłacze do polskich przekładów obu dzieł Hegla, dokonanych przez jego zasłużonego tłumacza Adama Landmana. Wysiłek tego człowieka wielkiej pracowitości zasługuje na wysokie uznanie. W stosunkowo licznych uwagach tłumacza załączonych do tych przekładów widoczne jest staranie o uczynienie tekstu Hegla rzeczywiście czytelnym. Inna sprawa, że wysiłki te robią wrażenie walki rycerza o smutnym obliczu z wiatrakami. Dziękuję uczestnikom seminariów, konferencji i odczytów, w ra- mach których miałem okazję przedstawiać pewne partie niniejszych rozważań. Głosy tych spośród nich, którzy zaliczają się w takiej czy innej mierze do zwolenników Hegla, dadzą się sprowadzić do paru często powtarzających się rodzajów uwag: 1. że aby właściwie zrozumieć Hegla, należałoby studiować jego stanowisko w szerszym kontekście; 2. że stanowisko jego jest rzekomo nieuchronną konsekwencją 4. że sam fakt wystąpienia Hegla jako filozofa przesądza o tym, iż stanowisko jego musi być w jakiś sposób uznawane czy honoro- wane, zadaniem dla czytelników pozostaje zaś znalezienie właści- wego klucza interpretacyjnego; 5. że krytykowanie akurat Hegla świadczy o uprzedzeniu doń, inni bowiem też popełniali błędy. Wymienione opinie, rozumiane w sposób rozsądny, są postula- tami w większości słusznymi, szkopuł jednak w tym, że zwolen- nicy Hegla nie zamierzają się do takiej ich rozsądnej interpretacji ograniczać. Niewątpliwie, trudno z pożytkiem studiować metafizy- kę Arystotelesa na podstawie samej tylko ks. Δ Metafizyki, będącej rozwoju myśli filozoficznej; rze pokrewne Heglowskiemu; 3. że inni myśliciele zajmowali stanowiska w tej czy innej mie- WSTĘP 1 jedynie rodzajem mocno niekompletnego słownika podstawowych pojęć. Ktoś, kto by na podstawie tej lektury twierdził, że Arystoteles nie znał pojęcia zasady, skompromitowałby się zupełnym brakiem orientacji nie tylko w metafizyce tego myśliciela, ale w ogóle w podstawach filozofii, mimo całej posiadanej tytulatury i urzędowe- go autorytetu. Nierozsądne jednak byłoby takie rozszerzone rozu- mienie tej zasady, które zalecałoby czytać tak wiele, aż osiągnie się zrozumienie nawet tego, co niezrozumiałe. Co prawda, Awerroes przeczytał podobno Metafizykę Arystotelesa 40 razy, zanim napisał do niej swój sławny komentarz, ale gdyby ten ostatni wyplatał w niej takie androny jak Hegel w swojej Nauce logiki, to i stukrot- na choćby lektura tej księgi, wsparta dodatkowo studiami przygód Koziołka Matołka i innych poszukiwaczy mądrości przedfilozoficz- nej, nie byłaby nic pomogła. Obłąkańcza idea, że dzieje myśli są procesem samopoznawania się Absolutu, jest symptomem manii trapiącej jej autora, w żadnym zaś razie nie może być uważana za dziedzictwo rzetelnych, a więc prowadzonych w krytycznym nasta- wieniu i liczących się z ewentualnością porażki poszukiwań zasad rzeczywistości. Jak słusznie zauważył Artur Schopenhauer – to, że pewne sta- nowisko ma większą ilość zwolenników, nie stanowi żadnego ar- gumentu na jego rzecz. Jest zresztą kolosalna różnica między, po- wiedzmy, Heglowskimi wywodami na temat „ogólnego płynnego medium” życia, w którym rzekomo „rozpływają się” poszczególne indywidua żywe, a taką – z pozoru traktującą o czymś podobnym – filozofią organizmu A.N. Whiteheada. Tam mamy niezrozumia- łe formuły brzmiące jak zaklęcia, a tu – rozwiniętą w szczegółach procesualistyczną doktrynę, którą można uczynić przedmiotem kry- tycznego namysłu, pomijając przy tym zupełnie kwestię jej heglow- skich czy innych koligacji5.  Znane mi są, niestety aż za dobrze, takie przypadki, powstrzymuję się tu jednak z powodów kurtuazyjnych od ich identyfikacji. 5 Niezorientowanym w tej ostatniej teorii ośmielam się polecić wprowadzenie do niej własnego autorstwa pt. Spór o substancjalizm. Studia z ontologii Ingardena i metafizyki Whiteheada. Wyd. Uniwersytetu Łódzkiego, Łódź 2003, nakład 100 egz. – dawno wyczerpany. 1 WSTĘP Można niewątpliwie znaleźć liczne mankamenty w wywodach i stanowiskach wszelkich filozofów – nikomu nie udało się ade- kwatnie pojąć i wyrazić sensu rzeczywistości. Nie należy jednak wyciągać stąd pokrętnego wniosku, że skoro poszukując prawdy, popadamy nieuchronnie w błędy, to świadomie plotąc androny, prawdę ową pochwycimy niejako z zaskoczenia, a to właśnie jest strategia obmyślona przez Hegla i nazwana przezeń „wyższą logi- ką”. Wreszcie choć metodologicznie zasadne jest przyjęcie, że autor formułujący doktrynę miał pewną jej spójną koncepcję, której na- leży poszukiwać na drodze kolejnych interpretacji, to jednak byłoby nierozważne trzymać się tego założenia pomimo rosnącego przeko- nania, iż autor po prostu pozostawił samym czytelnikom troskę o sa- tysfakcjonujące odczytanie swoich wywodów. Poszukiwanie sensu w wywodach Hegla jest zajęciem rokującym zbliżone szanse, co po- szukiwanie formuły transmutacji błota w złoto. Wolno sobie wierzyć, jeśli wola, że da się tego dokonać, skoro w tym drugim wypadku sło- wa wykazują tak daleko idące podobieństwo, ale nie wolno domagać się takiej naiwnej wiary od innych. Nie do pogodzenia z powołaniem nauczyciela byłoby zaś wpajanie tej ślepej, bezrozumnej wiary umy- słom jeszcze niewyćwiczonym w umiejętności krytycznego badania, nawet jeśli niektóre z nich same się do niej skłaniają. Na wzruszenie ramion zasługują opinie, że Hegla jako wiel- kiego filozofa nie godzi się krytykować czy choćby przypuszczać, że mógł tkwić w błędzie, wielki filozof bowiem to właśnie ktoś, kto pojmuje sprawy niedostępne zwykłym śmiertelnikom i można być mu jedynie wdzięcznym za to, że w ogóle raczył przemówić, nawet jeśli prawi rzeczy zupełnie niepojęte. Argument taki, bodaj najczęściej spotykany, w szczególności powtarzany z nieistotnymi zmianami niemal za każdym razem, gdy przedstawiałem fragmen- ty niniejszych rozważań różnym akademickim gremiom, dowodzi tylko, jak powszechne jest zapotrzebowanie na idole, którym moż- na byłoby składać bałwochwalczą cześć. Filozofia nie jest jednak kultem bałwanów6. Zbliżony fenomen – niechęci do podejmowa- 6 Łatwiej niewątpliwie uprawiać takie bałwochwalstwo z pozycji nie filozofa, lecz historyka filozofii czy historyka idei. Stąd częste krycie się pod takim płaszczykiem przez miłośników heglizmu, astrologii etc. WSTĘP 15 nia moralnej odpowiedzialności za własne postępowanie – opisy- wał znany psychoanalityk Erich Fromm w swej książce Ucieczka od wolności. Choć nie można nikomu bronić ulegania tego rodzaju przyrodzonej skłonności, to jednak wykorzystywanie jej do tego, by wdrożyć umysły adeptów do bezkrytycznego dawania wiary męt- nym objawieniom, jest rzeczą zasługującą na potępienie w jeszcze wyższym stopniu niż jawna przemoc. Starając się wykazać, że pisarstwo Hegla trwale skaziło filozo- ficzne dobre obyczaje, czego bardzo wymierne efekty są widoczne do dzisiaj, przytaczam nierzadko przykłady znanych mi z autopsji wypowiedzi i zachowań, które – jak twierdzę – mogą plenić się bez większych przeszkód w atmosferze intelektualnej korupcji, do jakiej przyczyniła się nobilitacja twórczości Hegla (co samo było pierw- szym tej korupcji przejawem). Niektórzy czytelnicy zapoznający się z niniejszym tekstem przed jego wydaniem zwracali mi uwagę na niewłaściwość odnoszenia się w tym kontekście do wymienionych z nazwiska osób z lokalnego środowiska. Po namyśle uznaję te racje – nie chodzi o piętnowanie osób, ale wypowiedzi i zachowań psują- cych filozofię. Nie wolno jednak przy tym zapominać, że mowa jest nie o jakichś teoretycznie możliwych konsekwencjach heglizmu, ale o działaniach konkretnych osób, które w określonych sytuacjach postępują tak, a nie inaczej. Starałem się, by te odpersonalizowa- ne wzmianki nie nabrały charakteru „zmasowanej kampanii”, ale w każdym przypadku pozostawały w widocznym powiązaniu z za- sadniczym tematem. Dziękując amatorom heglizmu za krytyczne uwagi pod adresem moich rozważań, bynajmniej nie ironizuję. Bodaj czy nie najczęst- szą bowiem reakcją heglistów na krytykę jest po prostu wyniosłe milczenie – strategia niewątpliwie najbezpieczniejsza, lecz zarazem bezlitośnie obnażająca to, jak mało wspólnego z tradycją otwartej dyskusji, leżącą u samych podstaw filozofii, ma propagowany przez Hegla zwyczaj zajmowania „wyższego punktu widzenia”. Debaty takiej i swobodnego rozważania argumentów nie da się zastąpić żadnymi kazaniami św. Antoniego do ryb. Podziękowawszy oponentom za podjęcie dyskusji umożliwiają- cej wypróbowanie moich tez w ogniu polemiki, muszę też wyrazić wdzięczność, i to nie w najmniejszym stopniu, tym Koleżankom 16 WSTĘP i Kolegom, którzy moje stanowisko podzielali, dodając mi zachęty do jego głoszenia i rozwijania. Wiadomo, jak potężną siłą jest nacisk opinii większości – jedynie nieliczni są w stanie zupełnie ją ignoro- wać, prowadząc samotnie spór z resztą środowiska. Dlatego intelek- tualne i moralne wsparcie, otrzymane od współmyślących ze mną, nawet jeśli wyrażane dyskretnie, było mi bardzo pomocne. Osoby takie spotykałem nie tylko w kręgu swoich współpracowników i stu- dentów, ale i w innych ośrodkach, co upewniało mnie, że stanowi- sko moje w kwestii Hegla nie jest jedynie osobistą idiosynkrazją, ale wyrazem dość powszechnej, choć z rzadka publicznie artykułowa- nej opinii. Mechanizm tej „zmowy milczenia” w sprawie Hegla jest zresztą dość prosty. Ogromna większość tych, którzy po pisma Hegla sięgnęli, odkłada je, nie mając dość samozaparcia, aby doprowadzić lekturę do końca. Że jednak już w przedmowie do Fenomenologii ducha pada sławne zdanie, iż prawda jest całością, to zniechęceni wolą się na ogół nie wdawać w polemiki z heglistami, mającymi w pogotowiu argument, że kto nie ogarnął całości systemu, ten nie pojmie żadnego jego fragmentu. Zabawne, że argumentem takim szermują często ci (nomina sunt odiosa), co też całości nie poznali, ale zdążyli już nabrać o niej dobrego mniemania, nieważne, na jakiej podstawie. Widać, jak na pozór czysto filozoficzne tezy (holistyczna koncepcja prawdy) służą w istocie głównie uprzedzeniu krytyki. Tekst niniejszy powstał przede wszystkim z myślą o studentach filozofii i w kolejnych, stopniowo uzupełnianych wersjach jest na- dal prezentowany jako wykład specjalistyczny w Instytucie Filozo- fii Uniwersytetu Łódzkiego. Za zainteresowanie, jakim się wciąż cieszy, swoim słuchaczom również wyrażam podziękowanie. Do pewnych zagadnień, poruszanych przez Hegla w wyżej wy- mienionych dziełach, powracałem ponownie, okazją do czego były zaproszenia na konferencje i wykłady, jakie otrzymywałem w okre- sie zajmowania się jego dialektyką. Powstałych w ten sposób tekstów nie włączyłem do głównego toku wywodów, lecz zamieszczam je w Apendyksie na końcu książki. Można tam znaleźć nieco odmien- ne ujęcia kwestii analizowanych w głównym tekście, choć wnioski, jakie płyną z tych odmiennych analiz, same nie przedstawiają się odmiennie. CZÊŒÆ I FeNomeNologiA duchA 1. Przedmowa do Fenomenologii ducha (s. 7–90) Heglowskie podejście do centralnej kwestii filozofii nowożytnej: zagadnienia realizmu–idealizmu, ma charakter z gruntu dogmatycz- ny. Wywody jego zawierają bezdyskusyjne założenie o słuszności jednego ze stanowisk w tym sporze, a mianowicie metafizycznego idealizmu. Przedmiotem obszernych wywodów Fenomenologii du- cha jest próba przedstawienia całej rzeczywistości jako osobliwego procesu „doświadczeń świadomości”. Nie jest to poszukiwanie ar- gumentów na rzecz stanowiska idealistycznego, lecz próba ubrania rzeczywistości w idealistyczny kostium. W tym celu Hegel próbu- je przedstawić podmiot i przedmiot, nazywany przezeń substan- cją, jako jedność. Nie ma to być jedność typu całości sumatywnej w sensie Ingardena, ale jedność współzależnych momentów proce- sualnej całości zwanej Absolutem. Związana z tym jest Heglowska k o n c e p c j a d i a l e k t y k i: Ma to być metoda nie rozdzielania, ale właśnie ł ą c z e n i a p o j ę ć w bardziej skomplikowane struk- tury, zgodnie z ich wewnętrznymi powiązaniami. To odwrócenie kierunku dialektyki jest jego zdaniem charakterystyczne dla epoki nowożytnej, a w szczególności dla czasów mu współczesnych, w odróżnieniu od starożytności (s. 45). Notabene, faktycznie dialek- tyka Kanta ma charakter syntetyczny, i to w najwyższym stopniu, bowiem idee transcendentalne są przecież próbami osiągnięcia przez umysł najwyższej, wszechobejmującej syntezy poznania. O tyle Hegel w jakimś formalnym sensie wychodzi w swojej dialek- tyce od punktu, do którego doprowadził ją Kant. Jego stanowisko w tym sporze jest radykalizacją stanowiska Kantowskiego. Kant PRZEDMOWA DO FENomENologII dUcha 19 usiłował pogodzić realizm z idealizmem, rozróżniając sens empi- ryczny i transcendentalny obu stanowisk, Hegel natomiast próbuje wykazać, że w ostatecznej instancji stanowiska te dadzą się potrak- tować jako częściowe, jednostronne opisy jednej rzeczywistości. Jest ona dla niego, w sensie ostatecznego rezultatu procesu ewolucji (ewolucji ducha, której jedynie podrzędnym etapem jest ewolucja w sensie przyrodniczym), tzw. ideą absolutną1, rozumianą jako pojęcie z jednej strony tożsame z rzeczywistością, tzn. zawierające w swej treści w postaci zniesionej całą drogę ewolucji kosmosu, a z drugiej strony – świadome swej własnej treści. Na tym miałoby polegać pogodzenie metafizycznego realizmu z idea- lizmem. Można być może rzec, iż w punkcie wyjścia opiewanej przez Hegla „odysei ducha” stan rzeczy odpowiada stanowisku metafizycznego realizmu, w punkcie dojścia zaś jest to już czystej wody metafizyczny idealizm. Fenomenologia ducha jest pierwszym wykładem Heglowskiego idealizmu obiektywnego (lepiej byłoby go chyba zwać dialektycz- nym), niedokończonym zresztą, bo zgodnie z zapowiedzią autora miał to być jedynie tom I obszerniejszego dzieła: Systemu nauk. Na- stępnie Hegel opublikował nowe, całościowe ujęcie swego systemu pt. Nauka logiki. Jest to w istocie wykład Heglowskiej metafizyki, w którym zresztą brak logiki w jakimkolwiek sensie, choć sam He- gel we właściwym sobie napuszonym stylu prawi coś o tzw. „wyż- szej logice”2, wykład ujęty w aspekcie „obiektywnym”, tzn. z punk- 1 2 będącą jakimś dalekim echem Platońskiej najwyższej idei Dobra, co jednak w najmniejszym stopniu nie upoważnia nikogo do określania tej ostatniej mia- nem idei absolutnej (zapewne na zasadzie, że skoro tu idea i tam idea, to widać chodzi z grubsza o to samo). Wspominam tu i dalej o znanych mi przypadkach rażących błędów w nauczaniu historii filozofii (bliższe szczegóły są w mojej dyspozycji) z tego względu, że to właśnie Hegel, przez swoje nonszalanckie traktowanie filozoficznej tradycji, polegające na swobodnym żonglowaniu ter- minologią i naginaniu interpretacji doktryn wedle własnego widzimisię, zapo- czątkował niechlubną manierę bezkarnego wypisywania i wygadywania pod hasłem filozofii niestworzonych bredni, co oszołomione bezczelnością tego po- stępowania „szerokie koła” skłonne były wręcz uważać za oryginalne i głębokie ujęcie. Inny klasyk dialektyki, Lenin, rozwinął tę myśl w swych osławionych Filozoficz­ nych kajetach, będących notatkami z lektur Hegla, w szczególności zaś Nauki 20 CZĘŚĆ I. FENomENologIa dUcha tu widzenia rozwoju rzeczywistości, podczas gdy Fenomenologia wykładała to samo w porządku subiektywnym, tzn. jakoby w kon- tekście uświadamiania sobie czy doświadczania kolejnych etapów rozwoju rzeczywistości. Istnieje też skrócony wykład całego syste- mu – tzw. Encyklopedia nauk filozoficznych. „Encyklopedię” należy tu rozumieć w sensie etymologicznym: greckie „κύκλος” oznacza bowiem krąg, a więc pełny system, „παιδεύω” natomiast: kształcić, uczyć; chodzi więc o (skrócony) wykład pełnego systemu. Dla Kanta, ale także i dla wcześniejszych myślicieli, abstrakcyj- ność (oderwany charakter) pojęć polega na tym, że abstrahuje się w nich od indywidualnych różnic, jakie zachodzą między desygna- tami tychże. Dla Hegla natomiast abstrakcyjność pojęć polega na czymś innym: ich własne treści pozostają w różnorakich wzajem- nych związkach i to od nich abstrahuje się, rozważając określone pojęcie w izolacji (zgodnie z metodą dawnej dialektyki). Przy stan- dardowym rozumieniu abstrakcyjność pojęć równoważna jest ich ogólności. Przy Heglowskim rozumieniu natomiast abstrakcyjność nie implikuje ogólności – abstrakt zachowuje jednostkowy charak- ter. Koncepcja „jednostkowego” abstrahowania opisana jest pre- cyzyjnie przez Berkeleya w Traktacie (Wstęp). Odróżnia on przy tym od tak rozumianej abstrakcyjności ogólność, która dla niego ma zresztą zupełnie odmienny, charakterystyczny dla nominalistycznej perspektywy, charakter. Hegel jednak najwyraźniej nie czerpie stąd żadnej nauki. Posługuje się on terminem „ogólny” w zastosowaniu logiki, stwierdzając że logika tradycyjna od czasów odkrycia przez Hegla owej wyższej dialektycznej logiki nadaje się już jedynie do „użytku kuchennego”. Por. w tej kwestii hasło „dialektyka” w nieocenionych Stu zabobonach Bocheń- skiego.  Perspektywa subiektywistyczna, przyjęta w Fenomenologii ducha, stwarza cha- rakterystyczne zapętlenie, które w znakomitym stopniu komplikuje wywody: Hegel, mówiąc o „doświadczeniach świadomości”, ma na myśli raz świado- mość, o której traktuje jego wykład, a raz świadomość śledzącą te wywody, czyli świadomość czytelnika. Ponadto już w obrębie samego tekstu mamy do czynienia z opisem świadomości jako podmiotu doświadczającego i jako przed- miotu doświadczenia, co przy opisie fenomenu samoświadomości (w polskim przekładzie jest ona nazywana samowiedzą) jest rozróżnieniem zasadnym, jed- nak Hegel wydaje się hipostazować tę abstrakcyjną różnicę, nadając jej charak- ter realny (jakby były to dwie numerycznie różne świadomości). PRZEDMOWA DO FENomENologII dUcha 21 do pojęć tak, jakby cała siatka tradycyjnych znaczeń i ich związ- ków zachowała swoje powiązania bez zmian, mimo daleko idących zmian w treści samych pojęć stanowiących jej węzły. Wynikają stąd, zupełnie niepotrzebnie, wielorakie nieporozumienia, wyjaśnia- jące się – faktycznie – dopiero po gruntownym przestudiowaniu całości. Metoda rekonstrukcji znaczenia terminu na drodze analizy kontekstów jego występowania znana jest w semiotyce, ale stosuje się ją faute de mieux. Jej użycie bywa koniecznością w rekonstruo- waniu znaczeń terminów, jakie wyszły już w międzyczasie z użycia. Jeśli jednak autor zmusza czytelnika do jej ciągłego stosowania, to nasuwa się uzasadnione podejrzenie, iż pokrętną terminologią usi- łuje on maskować ubóstwo treści. Nie sposób nie zauważyć, że taka pisarska maniera ogromnie się rozpleniła, czyniąc Hegla patronem filozoficznych grafomanów. Kiedy ma się do czynienia z prostą strukturą kilku pojęć, rze- czywiście można względnie łatwo tak pozmieniać znaczenia ich wszystkich, że sama struktura pozostanie bez zmian. Np. między pojęciem liczby nieparzystej i parzystej jest taki (m.in.) związek, że następnikiem każdej liczby parzystej jest liczba nieparzysta. Gdy zastąpimy treść pojęcia parzystości przez n i e p a r z y s t o ś ć (mo- żemy to pojęcie określić w stylu postmodernistycznym jako liczbę p a r z y s t ą i n a c z e j) i odwrotnie, to nadal zachodzić będzie re- lacja, że następnikiem każdej liczby parzystej inaczej (czyli niepa- rzystej) jest liczba nieparzysta inaczej (czyli parzysta). Pojawia się kwestia, czy są takie układy wzajemnie powiązanych pojęć, których treści są jednoznacznie zdeterminowane przez owe powiązania. Np. czy aksjomaty geometrii euklidesowej jednoznacznie determinują właściwości punktu, prostej, płaszczyzny i przestrzeni. Jest to tzw. problem kategoryczności teorii rozważany w logice matematycz- nej. Jeśli teoria jest kategoryczna, to aksjomaty stanowią definicje w uwikłaniu jej terminów pierwotnych, które w takim kontekście nie mogą mieć innych znaczeń. Podobnie ma się sprawa w układach  Znana mi jest z lokalnego podwórka rozprawa habilitacyjna (!) stanowiąca exemplum takiej pseudofilozoficznej nowomowy. Obfituje ona w zwroty w ro- dzaju „mistyczna partuza” czy „eternizacja hiatusu”, których się broń Boże nie objaśnia, bo zupełnie nie o to przecież chodzi – wręcz przeciwnie! 22 CZĘŚĆ I. FENomENologIa dUcha równań liniowych: układ {x + y = 4, 2x +2y = 8} (tzw. nieoznaczo- ny układ równań) ma (nieskończenie) wiele rozwiązań: x może być 1, a y = 3, ale równie dobrze np. x=4, zaś y=0. Są jednak układy równań niezależnych i te mają tylko jedną parę rozwiązań, np. {x + y = 4, x – y = 4} ma rozwiązanie x=4, y=05. Otóż podobnie sprawy mogą się mieć w siatce pojęć pewnego języka czy teorii. Jeśli cecho- wałaby ją kategoryczność, to zmiany znaczeń nie byłyby możliwe bez zmian powiązań między tymi znaczeniami. Oczywiście, pojęcia funkcjonujące w języku naturalnym nie stanowią układu katego- rycznego, o czym świadczy zasadnicza możliwość nieporozumień między jego kompetentnymi użytkownikami. Tym niemniej nie jest też tak, że można dowolnie pozmieniać znaczenia niektórych jego terminów (pojęć) bez szkody dla ich semantycznych związków z pozostałymi6. Co gorsza, Hegel w innym miejscu modyfikuje też znaczenie ogólności w taki sposób, że „ogólny” zaczyna znaczyć u niego „kon- kretny”, „wszechstronny”, i staje się tym samym antonimem „abs- trakcyjnego” czy „wyizolowanego”. W konsekwencji pojawia się w 5 Temu, kogo przeraża najprostsza nawet matematyka, można dać pewne bar- dzo prymitywne pojęcie o różnicy między kategorycznym i niekategorycznym układem pojęć, porównując ten pierwszy z puzzlem, a drugi z dominem, które- go kostki dadzą się rozmaicie układać, byle stykały się ze sobą takie same ich końce (a więc też nie całkiem dowolnie). 6 Dobrą tego ilustrację stanowi skierowany onegdaj do piszącego te słowa po- stulat pewnej Pani Dyrektor – osoby, której twórczy wkład w historię filozofii zasługuje na osobne studium, aby wyznaczać „w i ę c e j p i e r w s z y c h termi- nów egzaminu z ontologii”. W zbożnej chęci dopomożenia studentom mającym kłopot z nauką ta dobrodziejka ludzkości nie raczyła zauważyć, że byłby wtedy pierwszy pierwszy i drugi pierwszy termin, w tym zaś byłoby dokładnie tyle sensu co w znanym z klasyki wyrażeniu „jesiotr drugiej świeżości”, przeciwko której to terminologii, jak pamiętamy, protestował nawet sam szatan, mimo że zwany jest słusznie ojcem kłamstwa (nie trzeba dysponować szatańską inteligen- cją, by odróżnić kłamstwo od zwykłej bredni). Innym przykładem wielce niefra- sobliwego, jak na nauczyciela historii filozofii, posługiwania się terminologią tej dyscypliny jest określanie w nauczaniu wyżej wymienionej Arystotelesa mianem kreacjonisty. Sprowadzałoby się to do tego, że niestworzony świat miał Stwórcę. Są to niestety jedynie niestworzone bzdury. Kto nie radzi sobie z poprawnym wiązaniem znaczeń, powinien zaprawiać się do tego na łączeniu klocków LEGO – podobno pomaga. Jeśli i to byłoby za trudne, pozostaje jeszcze domino. PRZEDMOWA DO FENomENologII dUcha 2 jego wywodach taki pokraczny termin jak jednostka ogólna, co ma oznaczać jednostkę rozważaną w całej pełni („ogóle”) jej związków z innymi jednostkami, a także w całokształcie zachodzących w niej przemian, czyli w kontekście ogółu jej uwarunkowań (s. 38). Ogół (ogólność) jest tu więc rozumiany w sensie Kantowskiej syntetycz- nej kategorii w tytule ilości7. Gdy zgodzimy się na takie rozumienie ogólności, to nie sposób protestować przeciwko uznaniu z kolei przez Hegla „jednostki konkretnej” (inaczej nazywanej jednostką poszcze- gólną) za ogólną w zwykłym sensie, o czym zdaje się świadczyć to, że jakoby jej „określoności występują jako zatarte” (s. 39). Swe „konkretne” znaczenie ogólności podstawia on potem także zamiast źródłowego sensu ogólności, właściwego powszechnikom. W ten sposób wygenerowany zostaje kolejny terminologiczny i po- jęciowy potworek – tzw. konkretny powszechnik. Z bliższego opisu wynika, że Hegel po prostu utożsamia pojęcie ogólne z ogółem jego desygnatów. Jaka jest faktyczna wartość tej dialektycznej żonglerki słowami, pokazuje się tam, gdzie Hegel usiłuje coś wyspekulować w przed- miocie matematyki (zob. np. w Przedmowie do Fenomenologii du- 7 Tak np. jeszcze na s. 10 Przedmowy pisze on, że „sam cel dla siebie jest pozba- wioną życia ogólnością” – tu więc ogólność występuje w sensie tradycyjnym, implikującym abstrakcyjność. Iż nie jest to lapsus, świadczy przeciwstawienie „ogólnych zasad” „życiu pełnemu treści” (s. n.). Podobnie na s. 20 czytamy, że „pierwsze pojawienie się nowego świata jest tylko ogólną podstawą tej całości” – tu ogólność też występuje jako równoważna abstrakcyjności. I wreszcie na s. 26 Hegel wprost pisze o abstrakcyjnej ogólności. Natomiast dalej, gdy się już wystarczająco rozgadał, przechodzi znienacka do zupełnie przeciwstawnego rozumienia ogólności jako całokształtu, a więc konkretności. Rzec by można, że pojęcie ogólności z ogólnego w pierwszym z wymienionych sensów staje się nagle konkretnym (czyli „ogólnym inaczej”). Jest to niestety problem samo- zwrotności Heglowskiej metody „upłynniania” pojęć: sama metoda upłynniania scharakteryzowana zostaje w wielce płynny sposób, ale amatorom heglizmu, zdaje się, to właśnie odpowiada, bo w mętnej wodzie łatwiej chwytać stuma- nione rybki. Zresztą na serio nie może być mowy nawet o takim dialektycz- nym „samoruchu pojęcia”, bo dalej w trakcie swych wywodów Hegel po prostu zapomina o wprowadzonej modyfikacji jego znaczenia i jakby nigdy nic, naj- spokojniej wraca do pierwotnego znaczenia ogólności pisząc, że to, co ogólne „będąc wolne od podmiotu mogłoby przysługiwać wielu” (s. 77). „Ogólna jed- nostka” rozpływa się więc z powrotem w ogólny ogół. 2 CZĘŚĆ I. FENomENologIa dUcha cha rozdz. III, § 2). Nie dziw, że wśród jego zwolenników dominują tzw. humaniści, mający o matematyce pojęcie zbliżone do samego Hegla. Jednakże bywali i wśród matematyków hegliści, jak np. nasz rodak Hoene-Wroński. Ale nawiedzeni trafiają się wszędzie, choć w naukach ścisłych stosunkowo rzadziej. Niezrozumiałość pisaniny Hegla bierze się w dużej mierze nie stąd, że głosi on jakieś wyjątkowo głębokie treści, ale stąd, że uży- wanym przez siebie terminom nadaje bez uprzedzenia czytelnika znaczenie odmienne od powszechnie przyjętego, a na dodatek używa ich w kontekście innych jeszcze terminów, co do rozumienia których czytelnik zdany jest wyłącznie na własną domyślność, przy czym do- myślać się może jedynie tego, że nie zachowują one swych standar- dowych znaczeń. Co więcej, znaczenia te Hegel potrafi wielokrotnie zmieniać bez uprzedzenia, co tylko powiększa dezorientację. Na tym właśnie polega Heglowska walka ze „skostniałością” pojęć. Oczywi- ście, tego rodzaju zabawa w berka kucanego stanowi pewną umy- słową gimnastykę, tyle że większość czytelników Hegla, a wytrwać w lekturze mają siłę prawie wyłącznie jego wyznawcy8, uważa to za rodzaj hatha jogi otwierającej adeptom drogę w światy nadzmysło- we. Popełniają oni tym samym błąd analogiczny do neoplatoników dopatrujących się w Platońskim Parmenidesie ezoterycznej doktryny Jedni i Diady i czegóż tam jeszcze. Niestety, tak to już jest, że łatwiej znaleźć tłum wyznawców niż jednego pojętnego słuchacza, bo dla większości niezrozumiałość staje się swoistym substytutem głębi, co jakże trafnie podkreśla w swej Erystyce Schopenhauer, pisząc, że sta- do baranów potrzebuje barana-przewodnika. Szczególną kwestią, którą wypada omówić przed rozważaniem detali jakiegoś Heglowskiego pomysłu, jest jego rozumienie sprzeczności. Sprawą dalszą jest rola, jaką sprzeczność pełni w systemie Hegla, teraz chodzi tylko o próbę zrozumienia, czy i jak Hegel rozumie termin „sprzeczność”9. Otóż, są powody podej- 8 Dlatego pozwoliłem sobie wcześniej utożsamić znaczenie słów „heglista” i „zwolennik myśli Hegla”. 9 Szczególną kwestią, na którą – mam wrażenie – nie wpadli różni znawcy „wyższej logiki dialektycznej”, jest problem, czy samo pojęcie sprzeczności jest niesprzecznie przez Hegla rozumiane. Inaczej mówiąc, czy ewentualny (bo
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Dialektyka Hegla
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: