Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00329 008769 14653170 na godz. na dobę w sumie
Disorder i ja - ebook/pdf
Disorder i ja - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 176
Wydawca: Biblioteka Analiz Sp. z o.o. Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-62948-21-5 Rok wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Disorder i ja to opowieść o dwóch przyjaciołach, outsiderach – są młodzi, weseli, zbuntowani. Nie potrafią się odnaleźć w rzeczywistości początku lat 90. Miejsce sklepów Społem zajmują Euro-Shopy, w tle denominacja złotówki, powstają prywatne media. Młodzi bohaterowie nie potrafią jednak korzystać z dobrodziejstw kapitalizmu. Koledzy zarabiają pieniądze, robią kariery, ich jednak wyścig szczurów nie interesuje. Wesoły świat ciągłej zabawy nie trwa jednak wiecznie, nagle przychodzi strach...

Powieść raz zabawna, raz smutna, pełna anegdot, nie wolna od erotyki. Czyli to wszystko, co czytelnicy autora Xenny dobrze znają.

 

To nie tylko opowieść o piciu. Narrator mówi: otwarte, „właź bez pukania”. Wchodzisz w jego świat i tkwisz w nim jak kartka przytwierdzona do lodówki, taka „pułapka niepamięci”. Stajesz się więźniem życiorysu, który cholernie boli. I choć możesz w każdej chwili zamknąć książkę, pozostajesz w tym więzieniu uczuć do końca. Do ostatniej strony.

Barbara Kosmowska, autorka powieści Teren prywatny i innych bestsellerów.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Jirafa Roja Warszawa 2009 © Copyright by Łukasz Gołębiewski, 2009 © Copyright by Jirafa Roja, 2009 Korekta: Adrian Sinkowski Projekt okładki: Agnieszka Herman Ilustracje w tekście: Picturephoto | Dreamstime.com Łamanie: Tatsu tatsu@tatsu.pl ISBN 978-83-62948-21-5 www.xenna.com.pl Wydanie I Warszawa 2009 Pociągają mnie nie te rzeczy, co trzeba: lubię pić, jestem leniwy, nie mam boga, polityki ani zasad. Jestem mocno osadzony w nicości, w swego rodzaju niebycie, i akceptuję to w pełni. Nie czyni to ze mnie osoby zbyt interesującej. Nie chcę być interesujący, to zbyt trudne. (Charles Bukowski) Wydaje się, że wstępnym warunkiem bycia szczęśliwym jest posiadanie punktu ciężkości w sobie samym. (Karen Horney) 1. Tanie wina — Piję tylko tanie wina — zakomunikował. To był nasz pierwszy tydzień w nowej szkole. Szliśmy w zimny jesien- ny dzień do tramwaju. Wydawał mi się leszczem i poze- rem. Miałem za sobą już pewien alkoholowy staż, rozpo- częty w szóstej klasie podstawówki od tanich win właśnie. Pitych na przerwach pod płotem przy boisku. Miałem daw- no za sobą pierwsze samotne pijaństwo. Kupiłem wtedy trzy słodkie malagi i wypiłem je sam, zamknięty w swo- im pokoju, przy puszczanej na okrągło pierwszej płycie Oddziału Zamkniętego. Miałem za sobą setki alpag i jego deklaracja mnie rozśmieszyła. — Ja tanich win nie piję — odpowiedziałem i wsie- dliśmy razem do tramwaju. Mieszkaliśmy blisko siebie, wysiadaliśmy na tym samym przystanku. Bez pożegna- nia każdy poszedł w swoją stronę. On do sklepu z tanimi winami, ja do budki z piwem. Przyszła zima. Chciałem pojechać na wycieczkę do Wil- na, bo tania okazja się trafiała, organizatorem był jakiś nauczyciel, a ja coś tam dostałem właśnie na urodziny od babci. Tyle że nikt z klasy się nie wybierał. Podszedłem do Disordera. Siedział cichy, zawsze w ostatniej ławce, nic 7 nie notował, tak jak ja szkołę pomaturalną traktował jako przechowalnię przed wojskiem. — Pojedziesz ze mną do Wilna? — A po co? — Jak to po co? Zabawimy się nieźle jak się tylko da. Będzie koniak, szampan, kawior i dziwki. Ty wiesz jakie fajne rury tam można wyrwać? — A nie, to ja tam nie jadę. Pojechałem sam. Wtedy nie wiedziałem jeszcze, że ka- wior, koniak, a zwłaszcza dziwki Disordera nie interesują. Jakbym powiedział szampanskoje igristoje, to pewnie sie- dzielibyśmy razem w pociągu, popijając najtańszą wódkę. Bo i ja nie jechałem po koniak, o dziwkach też wielkie- go pojęcia nie miałem, chciałem pić przez tydzień gdzieś, gdzie może nie będzie śmiertelnej nudy mojego osiedla, gdzieś, gdzie zobaczę mordy innych pijaków niż tych spo- tykanych codziennie pod blokiem. Pragnienie doznań, to mnie napędza od dziecka i wiedzie ku zgubie. Nienasy- cenie, ciągła potrzeba doświadczeń; choćby za cenę pako- wania się w najgorsze tarapaty. W drodze do Wilna poznałem fajną laskę. Lidka trochę słabo słyszała, co się do niej mówiło i niewyraźnie wypo- wiadała zdania. Za to figurę miała pierwsza klasa. I jakąś pełną ciepła akceptację w oczach. Jechaliśmy w jednym przedziale, oprócz nas jeszcze jej koleżanka, w trójkę spa- liśmy na brudnych kuszetkowych łóżkach, ja na dole, one na górze. Po drabince bym się nie wdrapał, do pociągu już wsiadałem pijany, a z dziewczynami obaliłem jeszcze flasz- kę i kilka piw. Spodobała mi się, wesoła, sepleniąca, mała, zagubiona Lidka. Przespaliśmy się ze sobą drugiego dnia wycieczki, podczas imprezy, nie zważając, że w pokoju są inne osoby, po prostu przykryliśmy się kocem i pieprzyliśmy na oczach wszystkich. Nie była to moja pierwsza tego typu przygoda. Z Natalią bzykałem się pod stołem na odpryskach potłuczonych kieliszków, z Dorotą robiliśmy to pijani w szy- bie windy, z Edytą schowaliśmy się na chwilę w łazience, by szybko konsumować miłość na brzegu stojącej pralki. A wszystko to przed osiągnięciem pełnoletniości. Wczesną miałem edukację seksualną. Alkohol pozbawia jednak seks jakiejkolwiek otoczki uczuć. To nie jest „kochanie”, ale bzy- kanie, jebanie, ruchanie, gdzie i jak popadnie. Po powrocie z Wilna z Lidką więcej się nie spotkałem. Dzwoniła kilka razy, ale ją zbyłem. Nie szukałem dziewczy- ny. Raczej od nich uciekałem. Just fuck i po herbacie. Bardziej pasjonowało mnie kolekcjonowanie etykiet po piwie. Spotkałem Disordera przypadkiem na moim osiedlu. Pił pomarańczowego kruszona z butelki po oranżadzie. Dał mi pociągnąć. Dobre to było paskudztwo. Poszedłem do sklepu i kupiłem sobie sześć grapefruitowych. Wróciłem na ław- kę. Odtąd piliśmy już zawsze razem. Po lekcjach robiliśmy rundkę po wszystkich okolicznych sklepach w poszukiwa- niu piw z nowymi etykietkami. To był początek lat 90., producenci prześcigali się w nowych gatunkach, a Janusz Rewiński promował na etykietach swoją gębę i swoją Pol- ską Partię Przyjaciół Piwa. Kto dziś pamięta: Genowefę Pigwę, Północne Mocne, Złotego Kłosa, Morskie, Słonecz- ne czy choćby tak popularnego Warmiaka? Zwykle znaj- dowaliśmy nowy okaz do mojej kolekcji etykiet, a jak nie było, to kupowaliśmy najtańsze mocne z browaru Bukso- wicz i Syn w Jabłonowie — o prostej nazwie 21. Wstrętne 8 9 było, ale po wielu testach doszliśmy do wniosku, że najta- niej się tym upić. Pieniądze wtedy grały rolę. Pojechaliśmy kolejką WKD do Grodziska Mazowieckiego, na piwo grodziskie, bo nam się miasta pomyliły. Patrzy- li na nas jak na idiotów, gdy wypytywaliśmy o browar, w końcu ktoś rozgarnięty wyprowadził nas z błędu — bro- war jest w Grodzisku Wielkopolskim. To znaczy był, dziś jest tam fabryka produkująca obicia do foteli samochodo- wych i pierwszoligowa drużyna piłkarska. Przepraszam, drużyny też już nie ma, sponsor się wycofał. Wtedy jednak nie mieliśmy nawet pojęcia, że jest jakiś inny Grodzisk niż ten, do którego dotarliśmy kolejką WKD. Słodka igno- rancja. Zmartwieni, poszliśmy do najbliższej budki z pi- wem. I proszę, jakże to los potrafi się odwrócić. Jak mówi Patyczak: czasem pech się przytrafia, czasem szczęście się zdarza… Okazało się, że w tej podłej budzie w Grodzisku Mazowieckim jest aż osiem gatunków piw z nowymi ety- kietami. Wypiłem je w półtorej godziny, bo tyle pozosta- wało do odjazdu naszej kolejki. Biedny Disorder. Miałem trudności z koordynacją ruchów, wsiadając do ruszającego już pociągu wywaliłem się i w ostatniej chwili wciągnął mnie do środka. Mogłem zostać bez nóg, ale los się do mnie zwykle uśmiecha. W podzięce oblałem go piwem, w do- datku nie swoim, bo swoje wcześniej wypiłem. Mieliśmy brzydki zwyczaj przychodzenia na imprezy bez własnego alkoholu. Mieliśmy jeszcze brzydszy — wycho- dzenia z imprez z cudzym alkoholem. Kradliśmy, bo for- sy na wódkę brakowało. Bawiliśmy się kiedyś w miłym towarzystwie studentów, początkujących dziennikarzy, gdzieś w akademiku, przy piosenkach Doktora Hacken- busha. Usilnie podrywałem Anię, śliczną małą czarnulkę, która przyjechała z Łodzi w poszukiwaniu pracy. Podry- wałem bez sukcesu, za mądra była na takiego durnia jak ja, no i pewnie za trzeźwa, żeby z byle kim iść do łóżka. Pijany Disorder kombinował jak tu ukraść ostatnią butel- kę wina, wódka skończyła się wcześniej. Widziałem jak wsadza ją sobie za pazuchę i przeciska się do wyjścia, od- pychając tańczących w ciasnym, zadymionym pokoju stu- denciaków. W drzwiach drogę zagrodziła mu Mira, chciała się pożegnać. Nieporadnie wyciągnął dłoń w jej kierun- ku, i wtedy flaszka wypadła. Pech chciał, że na paznokieć jej bosej stopy. Wielki polakierowany pazur pękł, a Mira zaczęła ryczeć z bólu. Disorder natychmiast zwiał, spry- ciarz, ja zaś zostałem jak palant, tłumaczyć wszystkim, że to wariat i degenerat. Na szczęście butelka się nie stłu- kła, szybko została rozpita i poza Mirą nikt o zdarzeniu następnego dnia nie pamiętał. Jakby dziewczyna miała więcej litości, to by nie przypominała. Ale palec ją bolał i bezlitośnie paplała komu popadnie, że nie można nas za- praszać na kulturalne imprezy. Też mi coś, na kulturalne to my sami byśmy w życiu nie poszli. Mieliśmy w klasie kolegę Michała, co to dojeżdżał co- dziennie — a to z Legionowa, gdzie mieszkał ojciec, a to z Podkowy Leśnej, gdzie mieszkała matka. Głupi był ten Michał, ale trzeba mu przyznać, że miał fajnych znajo- mych. Jeździliśmy co sobotę kolejką WKD do Otrębusów, 10 11 do domu Marty, albo Andrzeja zwanego Mecenasem, albo do chudej Olki. Jak się schlałem, miałem głupi zwyczaj obmacywania koleżanek w tańcu. Szybko wieść się roz- niosła i stałem się swego rodzaju imprezowym błaznem. Oczywiście wszystkie dziewczyny wiedziały, co jest gra- ne i nie chciały tańczyć. Jedna Marta była wyrozumiała. I nawet się nie zraziła, jak w pijackich akrobacjach ude- rzyłem jej głową o podłogę. To byli w ogóle mili ludzie, a ja dostarczałem im atrakcji, choćby wtedy gdy z okrzykiem Jezus Maria spadałem z długich drewnianych schodów. Kiedyś na urodzinach Mecenasa wypiłem 0,7 litra wód- ki w godzinę, bo twierdziłem, że jak nie będę pił szybko, to na pewno się nie upiję. No i schlałem się jak świnia na samym początku imprezy. Ludzie tańczyli, a ja położyłem się spać na środku pokoju nieświadom otaczającego świata. Towarzystwo grzecznie wyszło bawić się do drugiego po- koju. Jak na złość ja grzeczny nie byłem. Nie mogąc zna- leźć kibla, a może w ogóle go nie szukając, wyszczałem się Mecenasowi na kaloryfer. Zniósł i to. Wziął mopa, sprząt- nął, a mnie zostawił pogrążonego w pijackim letargu. Na innej imprezie przez cały wieczór chodziłem za taką jed- ną Agatą. Wydawała mi się nieziemską pięknością. Jak więcej wypiję, to tak mi się zdarza. Wtedy straciłem pa- mięć. Obudziłem się w łóżku obok niej, obydwoje nadzy, wtuleni w siebie. Nie wiem czy ją miałem tamtej nocy. Nie mogłem o to spytać, bo więcej Agaty nie widziałem. Cmoknąłem ją w czoło, wstałem i poszedłem szukać wód- ki. W jednym pokoju nie było, w drugim też nie. W końcu w kuchni natknąłem się na flaszkę. Pociągnąłem z gwinta i puściłem pawia do zlewu. Chciałem wrócić do łóżka, po- nownie przytulić się do mojej imprezowej fascynacji, ale 12 zapomniałem, w którym pokoju śpi, a to był duży, dwu- piętrowy dom. Na dworze świtało. — Chodźmy, już jeżdżą pociągi — powiedział Disorder, który zawsze objawia się, kiedy najmniej go potrzeba. Ruszyliśmy po śniegu przez jakieś pole, bo drogi nie było widać. Szliśmy, błądząc co- raz bardziej, ale szczęśliwi, bo mój przyjaciel zwinął jedną pełną i jedną ledwie napoczętą butelkę gorzały. — Którędy do kolei żelaznej? — spytałem jakiegoś wędkarza, który zmierzał w naszym kierunku. Dziwne, ale nie zdumia- ła go nieco staroświecka forma mojego pytania. Wskazał nam drogę w przeciwnym kierunku. Ruszyliśmy, wciąż pijani, zmarznięci, obłąkani. Koszmarem były te poranne powroty w WKD. Wziąłem do siebie jedną ze skradzionych przez Di- sordera butelek. Gold Wasser, szlachetny trunek. Towa- rzystwo z Otrębus nie miało problemów z pieniędzmi na alkohol, inaczej niż my wówczas. Wieczorem wpadł do mnie Michał, relacjonował jakiego bydła narobiłem, rzecz jasna sam niczego nie pamiętałem. Spytałem go o Agatę, ale nie potrafił niczego powiedzieć. Nie pamiętał jej, więc może mi się przyśniła? Otworzył moją lodówkę i wyjął Gold Wassera. — O, taka sama wódka jak ta, którą przyniosłem na imprezę! Zaraz znikła, nawet nie spróbowałem. — Mogę ci nalać kieliszek — łaskawie zaproponowa- łem. 2. Granat na ryby Miałem już wtedy żonę, grubą Martę. Była w trzeciej klasie liceum, jak jej zrobiłem dzieciaka. Mieszkaliśmy w wyna- jętej kawalerce. Nie były to wymarzone warunki na chlanie z kumplami, więc piłem zwykle na ławce w parku lub na przystanku autobusowym. Kiedyś jednak wpadli do mnie Marek z Bartkiem, studenci dziennikarstwa. Marek był zabawnym skinheadem. — Wiesz, ja po prostu lubię się bić — mówił. — Mi tam wszystko jedno kogo biję, ważne, żeby był słabszy. Jak idę z kolegami i widzimy Murzyna, to wiadomo, że musi dostać wpierdol, ale tak naprawdę nie robi mi różnicy kolor skóry. Ważne tylko, żeby nie nadziać się na silniejszego. Na wszelki wypadek udawałem, że jestem silniejszy. Opo- wiedział mi kiedyś o swojej pasji do wędkowania. Zdziwi- łem się. Wędka to takie spokojne zajęcie. Podzieliłem się z nim tą uwagą. — Bo ja tak naprawdę nie lubię moczyć patyka, ale nie wiesz nawet jaką mam frajdę, jak potem tym kurwom ry- bom łby upierdalam. Żalił się jednak, że działkę będzie musiał sprzedać. — Sąsiedzi się na mnie uwzięli. — Za co? Za to, że ryby łowisz? 14 — No o ryby też poszło, ale zaczęło się od motocykla. Mam starą cezetkę i lubię sobie nią bez tłumika pojeździć po działkach, bo fajny taki hałas robi. No ale debile nie znają się na motocyklach i nasłali na mnie policję. — To załóż może tłumik? — E tam, tłumik nieważny, gorszy jest ten granat. — Jaki granat? — A tam, taki zwykły granat na ryby. Miałem wrzu- cić do jeziora, żeby od razu wszystkie te kurwy zajebać. — Jakie kurwy? — Kurwy ryby. — A skąd granat? — No ze Stadionu. Jak te psy przyszły w sprawie mo- toru, to granat leżał na wierzchu i wypatrzyły. — I co? — I zabrały. Sprawę jakąś mam mieć. No i nie ma gra- natu na ryby. Piliśmy wtedy wódę, jedną połówkę za drugą. Miałem zdrowie. Żona gdzieś wyszła, syn spał, a my bawiliśmy się przy dźwiękach Ramzes The Hooligans. Taki miły wie- czór. Głośno ta muzyka leciała, bałem się, że nie usłyszę dzwonka do drzwi, bo Disorder miał wpaść, więc przy- piąłem mu kartkę „otwarte, właź bez pukania”. A potem to już nie pamiętam. Obudził mnie mój synek. Skakał mi po brzuchu, wesoło powtarzając „tata pijany, tata pijany”. Co za los! Przy stole siedział Disorder i opróżniał tanie wino. Marka i Bart- ka już nie było. Opłukałem twarz, kazałem gówniarzowi wracać do łóżka, i wyszedłem. W mieszkaniu za bardzo było nakopcone papierosami. Siedzieliśmy we dwóch na ławce pod blokiem. Ja zaczepia- łem staruszki. Tak dla jaj, żeby pośmiać się jak uciekają, a czasem też po to, żeby wyłudzić pieniądze na kolejne pi- wo. Rzadko coś sobie kupowałem, bo i nie było za co. Nie pracowałem i pracy nie szukałem. Chciałem zostać pisa- rzem, a pisarz musi mieć dużo wolnego czasu. Rodzice tro- chę pomagali, żona coś tam zarabiała, myjąc u ludzi okna. Jadło się co popadnie, jakieś uduszone warzywa, chleb z ce- bulą, a często w ogóle nic, bo i po co? Kalorii dostarczał alkohol, dawał dość siły i energii. Byliśmy młodzi. Piwo kradło się z supersamu, na coś mocniejszego można było jakiś grosz wysępić, papierosem zawsze ktoś poczęstował. Właśnie tamtego wiosennego dnia, kiedy siedzieliśmy pi- jani pod blokiem, swoim zwyczajem zaczepiłem idących wyrostków. — Kopsnijcie szluga. — Szluga nie mamy, ale w ryj dać możemy i to bardzo — usłyszałem osiedlową składnię, stylizowaną na język Mistrza Yody. Było ich czterech, czterech łysych skurwieli, wyraźnie rozbawionych naszym stanem. Wstałem z ławki i zacząłem pospiesznie oddalać się w przeciwną stronę. — Te, gdzie idziesz? A kto w ryja dostanie? — sły- szałem za sobą ich śmiechy. Disorder też zwiał natych- miast. Nie gonili nas. Poszliśmy na inne osiedle zaczepiać staruszki. 3. Zawód redaktor Mieliśmy nową Polskę. Zmieniał się wystrój sklepów, zmie- niały się etykiety na butelkach z piwem, a pijackie ryje po- zostawały takie jak dawniej, jakby nic się w tym kraju nie działo. A jednak czuliśmy, że nastał kapitalizm. Kiedyś do budki z piwem ustawiały się dwie długie kolejki. Jedna dla tych, którzy mają kufel i czekają aż im zostanie polane, druga dla tych, którzy kufla nie mają i czekają aż się jakiś zwolni. Za kufel płaciło się kaucję, ale i tak wciąż było ich za mało. Mieliśmy rozpracowany system, przychodziliśmy z trzylitrowym plastikowym baniakiem i prosiliśmy, żeby nam wlewano piwo prosto do niego. Brat Disordera sprężo- nym powietrzem tak rozdął baniak, że wchodziło do nie- go ponad 3,5 litra. Niezły patent. Ale w kapitalizmie już nie przechodził. Znikły kolejki przed spelunkami, zaczęły też znikać same spelunki, najpierw bar Joasia, potem Ja- skółka, potem Radek, potem Zbyszko i Jagienka, niewiele się z dawnych czasów ostało. Ale menele wciąż przesia- dywali w tych samych miejscach, zamiast pod knajpą pili teraz pod but-halą, euro-shopem czy jakimś innym tanim sieciowym sklepem z przeterminowanym żarciem lub im- portowaną odzieżą, której nikt w Europie nie chciał, więc kilogramami eksportowano ją do Polski. 17
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Disorder i ja
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: