Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00174 007772 10476018 na godz. na dobę w sumie
Dla każdego inny raj - ebook/pdf
Dla każdego inny raj - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: E-bookowo Język publikacji: polski
ISBN: 978-8-3785-9576-2 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe >> opowiadania
Porównaj ceny (książka, ebook (-33%), audiobook).
Zbiór pięciu opowiadań fantastyczno-naukowych po raz pierwszy wydany w 1984 roku przez Wydawnictwo 'Śląsk' w Katowicach. Spotykamy się w nim zarówno z problemami wynikającymi z penetracji głębokiego kosmosu, jak i z możliwymi konsekwencjami niedostatecznie kontrolowanego burzliwego rozwoju nuklearnej energetyki, czego przedsmak dane nam już zresztą było poznać także w naszych czasach, na przykład w postaci skutków niedawnego trzęsienia ziemi w Japonii.
W inaugurującym zbiór opowiadaniu 'Misja' autor proponuje oryginalny, a zarazem radykalny, być może jedynie skuteczny sposób, przy zastosowaniu którego można by mówić o możliwości ustanowienia autentycznie demokratycznego ustroju na naszym globie.
W tytułowym opowiadaniu 'Dla każdego inny raj' jesteśmy natomiast świadkami odwiecznej walki pomiędzy tymi, którzy w imię cywilizacyjnego postępu są skłonni do poniesienia wszelkich związanych z jego osiągnięciem, niekiedy bardzo wysokich kosztów, a tymi, którzy optują za równomiernym rozwojem uwzględniającym skutki owego progresu, gdyż tylko w takim postępowaniu widzą szanse na przetrwanie ludzkiego gatunku
Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Janusz Szablicki DLA KAŻDEGO INNY RAJ © Copyright by Janusz Szablicki e-bookowo Projekt okładki: e-bookowo ISBN 978-83-7859-576-2 Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo www.e-bookowo.pl Kontakt: wydawnictwo@e-bookowo.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione Wydanie II 2015 Spis treści Od Redakcji MISJA ALTERNATYWA ZAWSZE BĘDZIESZ SOBĄ REKOMPENSATA DLA KAŻDEGO INNY RAJ 5 6 79 120 142 151 4 wydawnictwo e-bookowoJanusz Szablicki Dla każdego inny raj Od Redakcji Zbiór pięciu opowiadań fantastyczno–naukowych wyda- ny po raz pierwszy w 1984 r. przez Wydawnictwo „Śląsk”. Obecnie prezentowana elektroniczna wersja została poddana przez autora niewielkiej autorskiej korekcie. W pierwszym opowiadaniu, MISJA, głównemu bohatero- wi zostaje powierzona misja rozeznania, czy społeczeństwo egzystujące w jednym z odległych gwiezdnych systemów, które właśnie zwróciło się do Federacji z prośbą o przyjęcie go do grona jej członków, spełnia niezbędne po temu warun- ki. Po powrocie z misji nasz bohater składa stosowne spra- wozdanie. Jednak pomimo pozytywnego charakteru tegoż czynniki decyzyjne Federacji uznają, że Federacja może się doskonale obejść bez owego nowego członka. Może na tego rodzaju decyzji zaważyła osobliwa z ziemskiego punktu wi- dzenia forma pojmowania istoty demokracji prezentowana przez ubiegających się o członkostwo?! Akcje pozostałych czterech opowiadań rozgrywają się za- równo na naszej starej, poczciwej Ziemi, jak i w odległym kosmosie.. 5 wydawnictwo e-bookowoJanusz Szablicki Dla każdego inny raj MISJA Świadomość powracała szybko, niczym woda do wysu- szonej na wiór gąbki. Zanim jednak na dobre doszedłem do siebie, przez ładnych parę sekund doznawałem wielce nie- sympatycznego uczucia, że jakaś w równym stopniu potężna, jak okrutna siła rozszarpuje bezlitośnie każdy mój mięsień z osobna, wygina kości na wszelkie możliwe i zgoła niepraw- dopodobne sposoby, nadziewa oczy na tysiąc szpikulców. Wprawdzie nie po raz pierwszy w moim życiu gościłem w kabinie odbiorczej transformera, lecz tego rodzaju impre- sje były mi jak dotąd – na szczęście! – najzupełniej obce. Nie był to jednakże najbardziej odpowiedni moment do dokonywania analizy tego stanu rzeczy, szczegółowego zgłę- biania jego genezy, a zwłaszcza – roztkliwiania się nad sobą: obecnie całą uwagę należało bezwzględnie ześrodkować na czymś zupełnie innym. Zacząłem ostrożnie, wolniuteńko otwierać oczy. Wokół mnie zwierały się śnieżnobiałe ściany kojarzące mi się nieodparcie z absolutną sterylnością. Krop- ka w kropkę takie, jak w kabinie nadawczej. Był jednak pe- wien drobny szczegół, który je od tamtych odróżniał: ich nie- skazitelną biel mącił tutaj mianowicie bioindykator tkwiący na wprost mojej twarzy. Prychał regularnie, w rytmie dwu- sekundowym, jaskrawą, agresywną czerwienią, rozpędzając chwilami do niewyobrażalnych prędkości ogromne kręgi, które zdawały się toczyć nie w moich źrenicach, lecz gdzieś na zewnątrz, wokół mej głowy. Uśmiechnąłem się. To znaczy, by być w zgodzie z pra- 6 wydawnictwo e-bookowoJanusz Szablicki Dla każdego inny raj dą, chciałem to uczynić, lecz niewiele z tego jednak wyszło, twarz moja nadal była bowiem sztywna, nieruchoma, niczym maska byle jak wystrugana z drewna. Indykator prychał, a więc całą tę operację międzygwiezdnej transmisji z całą pewnością miałem już za sobą. I to, co najważniejsze, ope- rację uwieńczoną według wszelkiego prawdopodobieństwa pełnym sukcesem! Rozluźniłem się; westchnienie bezmiernej ulgi zakołysało moją obleczoną w transmisyjny skafander piersią. Naturalnie nie chodziło o brak zaufania do aparatury: wszak doskonale wiedziałem, z jakim pietyzmem ją hołubią technicy z Obsłu- gi Transmisji, ile troskliwej, iście matczynej uwagi poświęcają każdemu jej, nawet najmniej ważnemu – o ile, rzecz jasna, w ogóle było można którykolwiek z nich w ten sposób okre- ślić! – elementowi. Chodziło po prostu o to, że raptem stanęła mi przed oczyma twarz profesora Jańskiego i ów wieloznacz- ny, wielce niepokojący błysk triumfu w jego źrenicach. Fotel, w którym obecnie tkwiłem odchylony głęboko do tyłu, przypominał w najogólniejszych zarysach zwykłe dia- gnostyczne krzesło. Moja prawa dłoń spoczywająca bezwład- nie, niczym coś zupełnie obcego w stosunku do całej reszty mojej osoby, na dość szerokim, z lekka zaklęśniętym bocz- nym oparciu nieomal stykała się za pośrednictwem serdecz- nego palca z przyciskiem kasacyjnym. Mając już po dziurki w nosie owej zwariowanej karuzeli, której za oś zdawał się słu- żyć jakiś bliżej nieokreślony punkt we wnętrzu mojej czaszki, napiąłem mięśnie i przesunąłem dłoń tak, że całkiem pokryła chłodnawą, gładką, przyjemną w dotyku główkę dość duże- go przycisku. Bioindykator momentalnie zamarł; tylko owe ogromne kręgi, jakby obdarzone własnym żywotem, toczyły się jeszcze przez pewien czas, aż wreszcie i one rozpełzły się 7 wydawnictwo e-bookowoJanusz Szablicki Dla każdego inny raj wolno, jakby niechętnie po całym moim neurosystemie. Wyłączenie bioindykatora oznaczało nie tylko zafundo- wanie źrenicom wytchnienia; był to jednocześnie sygnał dla tych tam, czuwających nad prawidłowym przebiegiem pro- cesów zachodzących w komorze nadawczej, że przesyłka do- tarła już wreszcie pod wskazany adres. I to w nie najgorszym stanie! Odczekałem jeszcze chwilę, dokładnie tyle, ile rekomen- dowała instrukcja, a następnie dopomagając sobie obydwie- ma rękami, z należytą, stosowną do okoliczności ostrożno- ścią wywindowałem się do pozycji stojącej. Gdzieś w łydkach leciuteńko zamrowiło, potem owe mrowienie spłynęło leni- wą falą do stóp i wreszcie zupełnie zanikło. Asekurując się oparciem fotela wykonałem dla sprawdzenia swojej aktualnej kondycji trzy ostrożne, niepełne przysiady. Mięśnie zdawa- ły się funkcjonować bez zarzutu, tak jakbym miał za sobą jedynie króciutką, siłodajną drzemkę, a nie osiemnaście lat świetlnych z okładem. Już nawet w ogóle nie wspominając o dokumentnym rozbiciu, a następnie ponownym scaleniu wszystkich bez wyjątku atomów tworzących mój organizm! W tym momencie w jednej ze ścian bez jakiegokolwiek zwiastuńczego sygnału utworzył się lekko zaokrąglony u góry otwór drzwiowy. Chwilę nastawiałem uszu, lecz nie dobiegł do mnie stamtąd żaden dźwięk. Definitywnie ode- rwawszy dłonie od oparcia fotela właściwie nie wiadomo dlaczego ruszyłem w stronę drzwi na palcach, zupełnie jak gdybym zapragnął zaskoczyć tam kogoś. Przestąpiłem dość wysoki próg i znalazłem się w obszernym, rzęsiście oświetlo- nym pomieszczeniu, stając oko w oko z grupką osobników najwyraźniej cierpliwie oczekujących na me pojawienie się. 8 wydawnictwo e-bookowoJanusz Szablicki Dla każdego inny raj Gdyby nie te ich podniosłe wyrazy twarzy i dość przewiewne szatki, w niczym nie przypominające używanych przez Fede- ratów ubiorów, zwłaszcza kiedy się wybierali na przechadzkę pod obcymi gwiazdami, niechybnie wziąłbym ich za swoich rodaków, owych genialnych techników, którzy przygotowy- wali tutaj w trudzie i znoju przyjazny grunt na moje przyję- cie. Rzuciłem tu i tam okiem. W ścianę przylegającą do tylko co opuszczonej przeze mnie kabiny odbiorczej wbudowany był segment typowej aparatury transformacyjnej rodzimej konstrukcji. Zresztą jakaż inna, u diaska, mogłaby ona być, skoro transformerami dysponowała jedynie Federacja, przy- najmniej jeśli brać pod uwagę te obszary Przestrzeni, które bądź to już zostały przez nią spenetrowane, bądź co do któ- rych dysponowano wystarczająco wiarygodnymi, uzyskany- mi w najrozmaitszy sposób informacjami? Nie dane mi jednak było nazbyt długo kontemplować otoczenie. – Witaj – odezwał się jeden z mężczyzn płynnym federa- cyjnym i z sympatycznym uśmiechem ruszył w moją stronę. Za jego przykładem poszli pozostali, wskutek czego raptem znalazłem się w samym centrum dość ciasnego wianuszka utworzonego z ich ciał. – Bardzo się cieszymy, że już jesteś pośród nas. – Ja także cieszę się z tego – zapewniłem z powagą. I nie było w tym ni krzty fałszu czy przesady. Wszak znaleźć się na globie zamieszkałym przez istoty tak na oko niczym się nie różniące od nas samych, ludzi, a do tego móc się jeszcze z nimi porozumieć w najnormalniejszy pod słońcem, to zna- czy jak człowiek z człowiekiem, sposób, bez tych wszystkich przemyślnych elektronicznych lingwistycznych cacuszek, to 9 wydawnictwo e-bookowoJanusz Szablicki Dla każdego inny raj przecież koniec końców nader rzadkie, a jeśli wziąć pod uwa- gę konkretne okoliczności, uwzględnić, gdzie się znalazłem – wprost graniczące z cudem zdarzenie! Jak bowiem wiadomo z dotychczasowych doświadczeń, Matka Natura co prawda wszędzie tam, gdzie tylko pozwalają jej na to dostępny budu- lec i czas, niezwykle szczodrze powołuje do życia wszelakie organizmy, w tej liczbie także wysokouorganizowane, lecz na ogół wystrzega się przy tym dość skrupulatnie ich powielania. Tak jakby ją to nużyło, jak gdyby pragnęła nade wszystko wy- próbować wszystkie dostępne warianty, wykorzystać wszel- kie możliwości stwarzane przez niezmierzoną Przestrzeń. – Jak zniosłeś transmisję? – pytał tymczasem ów mężczy- zna z tym samym ciepłym, życzliwym, jakby przylepionym na trwałe do warg uśmiechem. Przez parę sekund mimowolnie czujnie wsłuchiwałem się w swój organizm. Po niedawnych, zresztą prawdę powie- dziawszy nie nazbyt dokuczliwych perturbacjach nie pozo- stało już nawet najniklejszego śladu: wszystko zdawało się funkcjonować wprost idealnie. Wzruszyłem przeto nonsza- lancko ramionami. – Nie mogę specjalnie narzekać. – To dobrze. – Też tak myślę – obrzuciłem ostentacyjnie wszystkich dookoła wzrokiem. – A gdzież to nasi technicy? – Już ich tutaj nie ma. – Jak to?! – szczerze się zdziwiłem. – Zrobili to, co do nich należało i nim się jeszcze rozpo- czął proces twojej transmisji, udali się w powrotną drogę – wyjaśniono mi. 10 wydawnictwo e-bookowoJanusz Szablicki Dla każdego inny raj Kiedy indziej, gdyby mnie dajmy na to powitały jakieś istoty, w których tylko z trudem, być może jedynie na pod- stawie ich mniej lub bardziej racjonalnych poczynań potra- fiłbym rozpoznać braci po rozumie, tego rodzaju wiadomość wedle wszelkiego prawdopodobieństwa sprawiłaby mi do- tkliwą przykrość, poczułbym się wielce zawiedziony, może nawet w jakimś tam sensie oszukany. Teraz jednak, ponieważ otaczały mnie ze wszech miar sympatyczne twarze, żal tylko na moment ścisnął mi leciutko serce i natychmiast rozpro- szył się bez pozostawienia najniklejszego śladu. – Czy chciałbyś teraz troszkę wypocząć – po paru sekun- dach jakby wyczekującego na moją reakcję milczenia zagad- nął ten, który zdawał się grać tutaj rolę przewodniczącego owej skromniutkiej powitalnej ekipy – czy wolałbyś raczej od razu przystąpić do realizacji powierzonych ci zadań? Nie było potrzeby długiego zastanawiania się nad odpo- wiedzią: przecież dla mnie realizacja zleconej mi misji na do- brą sprawę rozpoczęła się w momencie opuszczenia kabiny odbiorczej transformera, więc jedno drugiemu zupełnie nie przeszkadzało. Wszak z tego, co tam przygotowali na moje przyjęcie, mogłem także wysnuć niejeden ciekawy wniosek, wysmażyć rozmaite, mniej lub bardziej interesujące hipotezy! – Znajdzie się tutaj dla mnie jakieś locum? – zapytałem raczej pro forma, aniżeli z autentycznej potrzeby, boć prze- cież to było w gruncie rzeczy samo przez się zrozumiałe. – Przygotowaliśmy wszystko co trzeba – zapewniono mnie skwapliwie. – W okolicy spokojnej, a zarazem dyspo- nującej dogodnymi warunkami komunikacyjnymi, zgodnie z przedstawionymi przez was życzeniami. Będziesz się mógł stamtąd samodzielnie dostać bez najmniejszych trudności, 11 wydawnictwo e-bookowoJanusz Szablicki Dla każdego inny raj dokąd tylko żywnie zapragniesz. Co do tego życzenia, na które powoływał się mój sym- patyczny interlokutor, to w jego formułowaniu ja osobiście rzecz jasna nie partycypowałem w najniklejszym nawet stop- niu. Ba, nie miałem pojęcia, że takowe w ogóle postawiono. Ponieważ jednak to co usłyszałem, ze wszech miar mi odpo- wiadało, przeto skinąłem z ukontentowaniem głową. – W takim razie od razu udam się do siebie – zadecydo- wałem. Mężczyzna nie zmieniając ani na jotę wyrazu twarzy skło- nił głowę tak nisko, jak gdyby nagle zapragnął wywiercić so- bie brodą dziurę w piersi. – Będzie, jak sobie życzysz – powiedział; przez chwilę milczał patrząc mi prosto w oczy, a potem dodał: – Zabezpie- czyliśmy także dla ciebie przewodnika na czas twojego tutaj pobytu. To jest Moal. Jeden z otaczających mnie mężczyzn o pociągłej, sma- głej, wielce sympatycznej twarzy ozdobionej wyjątkowo du- żymi, z lekka, po orientalnemu wydłużonymi oczami ukazał w uśmiechu garnitur równiuteńkich, nieskazitelnie białych zębów i skinął głową, a raczej skłonił ją odrobinę, co spo- wodowało opadnięcie na czoło kosmyka ciemnych włosów tak połyskujących, jak gdyby dopiero co wypomadowano je nader hojną ręką. Zastanawiałem się z pięć sekund, jak zareagować na tę propozycję. Wbrew pozorom sprawa wcale nie była błaha! Jeżeli wziąć pod uwagę, że byłem tutaj skazany, przynajmniej jeśli idzie o pierwsze kroki, na poruszanie się w zupełnie ob- cym mi środowisku, w świecie według wszelkiego prawdopo- dobieństwa gęsto zjeżonym najrozmaitszymi inżynierskimi 12 wydawnictwo e-bookowoJanusz Szablicki Dla każdego inny raj konstrukcjami, a także – co zresztą zwykle, jak już miałem możność niejednokrotnie przekonać się na własnej skórze, przysparza największych kłopotów, gdyż jest najtrudniejsze do przeniknięcia i właściwego zrozumienia – wyrosłymi na przestrzeni wieków najróżnorodniejszymi obyczajami, a nie- kiedy także zwykłymi przesądami, przyjęcie jej bez wątpienia wielce by mi ułatwiło życie. Należało jednak wziąć także pod uwagę drugą stronę tego zagadnienia. Wszak wykorzystując tę moją ignorancję, kompletny brak rozeznania miejscowych warunków, ów oddany do mojej dyspozycji cicerone mógł łacno tak mnie poprowadzić, w taki sposób ukierunkować moje zainteresowania, iż ani bym się spostrzegł, że wchła- niam jedynie informacje będące z jakiegoś tam względu na rękę autochtonom, ukazujące ich tylko i wyłącznie w korzyst- nym świetle. Niewykluczone, że w tym konkretnym przypad- ku moja podejrzliwość nie była uzasadniona, ale tak bardzo się przejąłem samą możliwości zaistnienia czegoś w tym gu- ście, iż o wiele gwałtowniej, aniżeli wymagała tego sytuacja, potrząsnąłem głową. – Bardzo dziękuję – oświadczyłem z mocą – ale na ra- zie doprawdy nie widzę potrzeby korzystania z takiej formy pomocy! Natomiast byłbym niezmiernie rad – przeniosłem wzrok na owego Meala – gdybyś zechciał mnie tam teraz od- prowadzić i powiedzieć, w jaki sposób będę się mógł z tobą skontaktować w razie zaistnienia takiej potrzeby. – To bardzo proste. Po prostu wywołasz Centralę, która mnie niezwłocznie odszuka. W parę chwil później pożegnawszy się gestem ręki z po- zostałymi, znalazłem się w towarzystwie Moala na zewnątrz Stacji Transmisji. Inauguracyjne zetknięcie się z obcym świa- 13 wydawnictwo e-bookowoJanusz Szablicki Dla każdego inny raj tem zawsze jest przeżyciem niezmiernie emocjonującym, dostarczającym najróżnorodniejszych wrażeń, zwłaszcza dla kogoś takiego jak ja, który jak dotąd raczej niewiele miał po temu okazji. Toteż od razu zacząłem się zachłannie rozglądać dokoła, aż mnie od tego wkrótce ociupinkę rozbolała szyja. Ponad naszymi głowami rozpinał się szczelny, sinorudy, idealnie nieruchomy baldachim utworzony z chmur. Wy- dawało się, że absolutnie żadne promieniowanie dwóch lo- kalnych gwiazd nie ma prawa przebić się przezeń, a jednak wokół królowała jasność mogąca z powodzeniem konkuro- wać z najbardziej słonecznym letnim ziemskim dniem. Zaraz jednak spostrzegłem, że oświetlenie owe musi się tutaj kiero- wać nieco innymi prawidłami aniżeli to, do którego przywy- kłem: nasze sylwetki nie kalały gruntu najniklejszym nawet cieniem! Stację z jakichś nieznanych mi powodów, zupełnie ina- czej aniżeli zwykle miało to miejsce w obrębie Federacji, usy- tuowano na samym krańcu megapolis, a właściwie już poza nim, najbliższe zabudowania wyżynały się bowiem z miej- scami rdzawej, gdzie indziej zaś burej gleby, tu i ówdzie po- pstrzonej w dodatku, jak gdyby jedynie dla ozdoby, jakimiś srebrzystymi, nieregularnymi nalotami, dopiero w odległości ładnych dwustu metrów. Nie bez kozery odniosłem przy tym wrażenie, że się wyżynają, albowiem ich kształty – niewyso- kie, niezbyt strome stożki jako żywo przywodzące na myśl kopce termitów – wyraźnie wskazywały na to, że znaczna, jeżeli nie wręcz przeważająca ich część rozpełza się gdzieś w głębi, pod powierzchnią owego łaciatego gruntu, ukryta przed moimi oczami. Opodal, wychodząc gdzieś spod Sta- cji i następnie wpełzając pomiędzy zabudowania zdające się okupować cały horyzont, drżało i migotało coś, czego z miej- 14 wydawnictwo e-bookowoJanusz Szablicki Dla każdego inny raj sca, gdzie w tym momencie stałem, żadną miarą nie byłem w stanie określić, nazwać jakoś, sprecyzować kierunku prze- mieszczania się, aczkolwiek byłem święcie przekonany, że to „coś” znajduje się w nieustającym ani na moment ruchu. Zerknąłem przez ramię na Moala, konstatując, że ten nie spuszcza ze mnie oczu. Tak jakby pragnął wyczytać z mojej twarzy, jakie wrażenie wywarł na mnie ów świat, jego świat, w którym się znalazłem. – Teraz dokąd? – zapytałem obojętnie, pragnąc dać mu tym do zrozumienia, że ma do czynienia nie z byle kim, lecz z wytrawnym globtroterem, któremu dane było jeść chleb z niejednego już pieca. Moal dość oszczędnym ruchem podbródka wskazał pa- smo zabudowań. – Tam. – No to w drogę! – raźno zakomenderowałem. – Zaczekaj – wystudził mój zapał, zanim wykonałem pierwszy krok. – Twoja kwatera jest zlokalizowana dosyć da- leko stąd. Pokonanie tej odległości pieszo zajęłoby nam zbyt dużo czasu. Proponuję, abyśmy skorzystali z energostrady. Skinąłem głową na znak, że w tym względzie całkowicie i bez reszty poddaję się jego woli. Moal skwitował to niewy- raźnym uśmieszkiem i powiódł mnie ku owej niespokojnej, jak gdyby zawieszonej tuż ponad gruntem nitce, która – kie- dy się już do niej przybliżyliśmy – okazała się być wcale nie tak wąska, jak mi się z początku wydawało: liczyła sobie co najmniej pięć metrów szerokości i składała się z jakby dwóch integralnych warstw, z których dolna pełzła niespiesznie w kierunku zabudowań, górna natomiast – w stronę prze- ciwną. Moal szedł prosto na nią. Wreszcie dał ostatni krok 15 wydawnictwo e-bookowoJanusz Szablicki Dla każdego inny raj i znalazł się na warstwie dolnej. Jego nogi odrobinę powyżej kostek jak gdyby się rozmyły, zatraciły ostrość ich kontury. – Stań za mną – zachęcił, wyciągając ku mnie rękę. Kiedy uczyniłem zadość jego życzeniu, uniósł do oczu lewą dłoń, coś tam pomajstrował przy zdobiącym mu wskazujący palec grubym pierścieniu wykonanym z jakiegoś nieznanego mi, połyskującego pomarańczowo metalu czy też innego tworzy- wa. I nagle runęliśmy z tak ogromną prędkością do przodu, iż tylko z najwyższym trudem, wczepiwszy się kurczowo oby- dwiema dłońmi w ramiona swojego przewodnika, zdołałem się uchronić przed ciężkim upadkiem. W parę chwil później znaleźliśmy się pośród zabudo- wań. Teraz na tafli nie byliśmy już sami. Nasamprzód z jej bocznych odrośli niemal w dosłownym tego słowa znaczeniu spłynęło kilka osób, a potem ani się spostrzegłem, jak się za- cieśnił wokół nas niemały tłumek. Jedni podążali, pozostając w tyle bądź też nas wyprzedzając z różnorodną prędkością, w tym samym co i my kierunku, inni natomiast – a dotyczy- ło to wyłącznie tych, którzy okupowali wierzchnią warstwę energostrady – pędzili wprost na nas, by – kiedy zderzenie frontalne zdawało się być, przynajmniej według mnie, już nieuniknione – precyzyjnie, nieomal ocierając się o nasze odzienia, nas wyminąć. Odniosłem przy tym wrażenie, że manewr ów jest za każdym razem wykonywany jakby auto- matycznie, a w każdym razie bez widocznego zaangażowania realizujących go osób. Po jakimś czasie, kiedy mieliśmy już na swoim koncie kilka ostrych, w moim pojęciu, biorąc pod uwagę prędkość, z jaką się poruszaliśmy, wprost niemożliwych do wzięcia wiraży komicznie wyginających w najrozmaitsze strony całe 16 wydawnictwo e-bookowoJanusz Szablicki Dla każdego inny raj moje ciało, tłum zaczął się wyraźnie przerzedzać, aż wreszcie na obydwu taflach znowu zrobiło się zupełnie przestronnie. Widać centrum megapolis pozostawiliśmy już za sobą i prze- mierzaliśmy obecnie któreś z odległych przedmieści. W końcu zatrzymaliśmy się przed jedną ze stożkowatych budowli, która nie wyróżniała się niczym szczególnym spo- śród innych usytuowanych w jej najbliższym sąsiedztwie. – Jesteśmy na miejscu – poinformował mnie lakonicznie Moal. Idąc za jego przykładem zlazłem dość niezgrabnie z ener- gostrady. Delikatnie, jakbym bał się go urazić, dotknąłem jego łokcia. Moal spojrzał na mnie pytająco. – Prędkość regulowałeś tym pierścieniem, prawda? – rzu- ciłem tylko na poły pytającym tonem. – Modulatorem – sprostował grzecznie. – Mniejsza o to, jak się zwie! – uśmiechnąłem się dosyć żałośnie, nazbyt dobrze czułem jeszcze bowiem w kościach te wszystkie zwariowane wygibasy zupełnie niezależne od mo- jej woli, a tym bardziej – chęci. – Mogę pooglądać? Miast odpowiedzi Moal wyciągnął ku mnie smukłą dłoń. Pierścień na całej swej zewnętrznej powierzchni po- znaczony był drobniutkimi, nierówno rozłożonymi czarny- mi kropeczkami, tak jakby dopiero co przemaszerowała po nim mucha cierpiąca na ostrą biegunkę. Nietrudno się było domyśleć, że ten kto rozszyfruje ów wielce skomplikowany wzorek, posiądzie klucz do lokalnych środków lokomocji. Po co jednak miałem sobie samodzielnie łamać nad tym głowę, skoro do mej dyspozycji stał przecież Moal? Poprosiłem go zatem o udzielenie mi stosownych objaśnień. Okazało się, że problem jest daleko mniej skomplikowany, aniżeli się to 17 wydawnictwo e-bookowoJanusz Szablicki Dla każdego inny raj na pierwszy rzut oka wydawało: po prostu przysłonięcie pa- znokciem choćby na moment którejś z kropeczek było rów- noznaczne z wyborem przypisanej jej prędkości. Przy okazji wyszło także na jaw, że modulator służy nie tylko do regulo- wania prędkości, ale i do programowania marszruty. Kiedy znalazłem się już, o ile można to tak ładnie okre- ślić, u siebie w domu, skonstatowałem z niemałym zadowo- leniem, iż gospodarze nie poskąpili wysiłków dla stworzenia mi godziwych warunków pobytu. Mój wielce sympatyczny cicerone oprowadził mnie po wszystkich kątach, objaśnia- jąc cierpliwie, co do czego służy i jak się tym należy posłu- giwać, aby uzyskać maksymalne efekty. Przyswojenie sobie owej wiedzy nie sprawiło mi zresztą poważniejszych kłopo- tów, wszystko wydawało się być bowiem swojskie, nieskom- plikowane, mniej lub więcej podobne do tego, czym się i ja na co dzień posługiwałem u siebie. Na zakończenie zapytał, czy może jeszcze coś dla mnie uczynić, a otrzymawszy od- powiedź negatywną, jeszcze raz zapewnił, że w każdej chwili jest do moich usług, pożegnał się i ruszył do drzwi. Znalazłszy się sam, na jakiś czas oddałem się medytacjom, co teraz ze sobą począć, czym się zająć, a ponieważ chwilowo jakoś nic interesującego nie przychodziło mi do głowy, posta- nowiłem póki co zaaplikować sobie kąpiel. Kabina sanitarna w odróżnieniu od pomieszczenia miesz- kalnego była niewielka; akurat taka, by się mógł w niej zmie- ścić, i to z pewnym trudem, jeden dorosły człowiek razem ze swoją szczoteczką do zębów. Ściągnąwszy kombinezon przestąpiłem niziuteńką barierkę brodzika. Ledwo postawi- łem drugą stopę na jego dnie utworzonym z błękitnawych, na poły przeźroczystych płytek, gdzieś od sufitu lunęły na 18 wydawnictwo e-bookowoJanusz Szablicki Dla każdego inny raj mnie strugi wody rozkosznie ciepłej, znakomicie orzeźwiają- cej, rozluźniającej wszystkie, nawet te najgłębiej usytuowane mięśnie, w dodatku przesyconej jakimś szczególnym, nie- możliwym do sprecyzowania, niezmiernie jednak przyjem- nym dla moich nozdrzy aromatem. Wyrzuciłem wysoko w górę ramiona, przeciągnąłem się niczym pieszczotliwie połaskotana po grzbiecie kotka. Taak, zaczynało mi się tutaj zdecydowanie podobać! I pomyśleć, że nie dalej jak wczoraj cała moja przyszłość rysowała się jesz- cze w tak ponurych barwach! No bo jeszcze wczoraj, chyba zresztą o tej samej mniej więcej co i teraz porze, siedziałem w tej swojej iście mikro- skopijnej – dwa metry na trzy i pół – klitce, noszącej prawem kaduka pretensjonalną nazwę gabinetu, nie wiedzieć po raz który smętnie analizując wszystkie aspekty swojej aktualnej sytuacji, bezskutecznie usiłując dostrzec na jej zdecydowanie ponurym tle choćby tylko jeden jedyny jaśniejszy punkcik. O ile reakcja profesora Jańskiego wcale mnie nie zasko- czyła (prawdę powiedziawszy byłbym raczej mocno zdzi- wiony, gdyby zareagował on inaczej!), o tyle zachowanie się innych napoiło mnie potężną dawką goryczy, niebezpiecz- nie wstrząsnęło moją wiarą w ludzi, w ich uczciwość, zdol- ność do bezinteresownej walki o słuszną sprawę. No bo czyż w końcu to nie dla ich dobra, w ich imieniu, więcej – za ich namową, a w każdym razie – pełną aprobatą wygarnąłem na ostatnim dorocznym zebraniu załogi, notabene korzystając z obecności na nim Naczelnego Instytutu, to co ja i inni, czyli mnie podobni szeregowi pracownicy Wydziału myślą o ka- rygodnych praktykach profesora Jańskiego, o tym bezwstyd- nym, demoralizującym ogół faworyzowaniu przezeń swoich 19 wydawnictwo e-bookowoJanusz Szablicki Dla każdego inny raj popleczników, zagarnianiu co ciekawszych, a zwłaszcza co bardziej intratnych zleceń dla siebie i dla swojej świty? W swej ( dziś przyznaję się do tego bez bicia) naiwności byłem najświęciej przekonany, że moje wystąpienie odegra rolę przysłowiowego kija w mrowisku, iż rozpętam nim istną lawinę dalszych, jeszcze ostrzejszych w tonie, obficie naszpi- kowanych tymi wszystkimi drastycznymi przykładami sobie- państwa, z którymi pchali się przecież – i to zupełnie o to nie proszeni! – do mnie przed zebraniem dosłownie drzwiami i oknami. Tymczasem kiedy mocno zasapany i leciuteńko wzbu- rzony dobrnąłem do końca, łapczywie chwytając oburącz szklankę z wodą, raptem zapadła martwa, jakby nierealna, nie wróżąca nic dobrego cisza. A potem jak gdyby nigdy nic, jakby do nikogo na tej salce nie dotarło ani jedno słowo z tej mojej płomiennej tyrady, przystąpiono do omawiania ze sztuczną swadą tak zwanych spraw bieżących. Dla pod- niesienia efektywności badań przydałoby się jeszcze to, nie ma w dostatecznej ilości tego i tamtego, jakość tego i owego pozostawia jeszcze, niestety, wiele do życzenia, co wpływa zdecydowanie negatywnie na takie i siakie efekty... Nie uszło przy tym mojej uwagi, że w miarę jak wydłużała się moja mina, uśmiech profesora Jańskiego stawał się coraz to szer- szy, bardziej promienny... No cóż, na pocieszenie pozostał mi jedynie fakt, że do- syć szybko pojąłem, iż niczym pierwszy lepszy naiwniaczek, nieopierzony, nie mający jeszcze pojęcia o prawach rządzą- cych w życiu żółtodziób, dałem się wprowadzić w maliny. I że z mojego wystąpienia korzyści będą najprawdopodob- niej, przynajmniej przez pewien czas, dopóki nie przyblednie 20 wydawnictwo e-bookowoJanusz Szablicki Dla każdego inny raj groźba jakiejś interwencji odgórnej, czerpać inni, podczas gdy ja wszędzie tam, gdzie sięgają dość – niestety! – długie ręce profesora Jańskiego, jestem całkowicie i bez reszty spa- lony! Wówczas to z owych raczej nie najweselszych medyta- cji wyszarpnął mnie nagle brzęczyk wywoławczy wifonu. Drgnąwszy wyciągnąłem pośpiesznie rękę ku jego klawiatu- rze, lecz w tymże samym momencie przemknęło mi przez głowę, że się pewnie przesłyszałem, iż wziąłem za rzeczy- wistość pobożne życzenie – od czasu owego pamiętnego dla mnie zebrania nikt przecież do mnie nie zachodził, nie dzwonił, tak jakbym był zapowietrzony, jak gdyby jakikol- wiek kontakt ze mną był rzeczą najbardziej zdrożną z możli- wych do pomyślenia – i nie dokończyłem tego gestu. Jednak po paru sekundach napiętego, jakby stężałego w realną, twar- dą niczym najprawdziwszy diament substancję oczekiwania brzęczyk ponownie rozorał ciszę. Tym razem nie mogłem już mieć żadnych wątpliwości. Nim zamarł jego dźwięk, dłoń moja niczym chyży jastrząb spadła na właściwy klawisz. Na ekranie ukazał się ten, kogo spodziewałem się w tej chwili najmniej: profesor Jański we własnej osobie! – Dzień dobry – powiedział jak gdyby nigdy nic, jakby nie dostrzegał osłupienia malującego się na mojej twarzy. – O ile wiem, to obecnie nie ma pan nic szczególnie pilnego na tapecie? Nie mylił się. Nie mógł się mylić, boć przecież z tydzień temu sam z tym do niego przyszedłem, usilnie dopraszając się przydzielenia mi czegoś odpowiedniego. Wówczas, acz- kolwiek w dość uprzejmej formie, może z uwagi na zbliżający się termin zebrania, Jański odprawił mnie z kwitkiem, niemal 21 wydawnictwo e-bookowoJanusz Szablicki Dla każdego inny raj ojcowskim tonem zalecając cierpliwość. A dzisiaj do czego zmierza? Odetchnąłem głęboko. No cóż, zważywszy wszyst- kie okoliczności, nietrudno było udzielić sobie odpowiedzi na to pytanie. Pewnie szukał byle pretekstu do wywalenia mnie na bruk z wilczym biletem! – Zgadza się – potwierdziłem posępnie, bo właściwie nic innego nie pozostawało mi do zrobienia. – To doskonale! – ramiona profesora Jańskiego drgnęły w taki sposób, jak gdyby właśnie gdzieś niżej, już poza polem operacyjnym kamery, zacierał radośnie dłonie. – Wobec tego może byłby pan tak uprzejmy i pofatygował się do mnie? Wy- daje mi się, że mogę panu zaproponować coś, co winno pana zainteresować. Kiedy w pięć minut później pełen najczarniejszych prze- czuć przekroczyłem próg jego gabinetu, Jański kordialnym gestem wskazał mi fotel usytuowany na wprost jego ogrom- nego biurka i cierpliwie odczekawszy, póki się w nim nie rozlokuję, rozpoczął tonem i słowami, które w każdej innej sytuacji mogłyby być łacno poczytane za prolog do szczerej, przyjacielskiej pogawędki: – A więc, drogi kolego, o ile dobrze zrozumiałem, jest pan spragniony atrakcyjnego tematu dającego szansę całkowicie samodzielnej, koncepcyjnej pracy, umożliwiającej pokazanie nam wszystkim, na co pana faktycznie stać? Przez chwilę obserwowałem go nieufnie spod przy- mkniętych powiek, lecz z jego gładko wygolonej, powleczo- nej kurtyną zdawkowego uśmiechu twarzy ani rusz nie mo- głem wyczytać, do czego zmierza, jakiego rodzaju gotuje mi niespodziankę. – Kto nie jest? – burknąłem przeto neutralnie. 22 wydawnictwo e-bookowoJanusz Szablicki Dla każdego inny raj
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Dla każdego inny raj
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: