Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00142 005203 13080965 na godz. na dobę w sumie
Długa podróż - ebook/pdf
Długa podróż - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 153
Wydawca: Harlequin Polska Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-238-8497-2 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> romans
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Pisarka Mattie Carey straciła nadzieję, że kiedykolwiek zostanie żoną i matką. Sama nie zazna radości macierzyństwa, ale może pomóc innym. Proponuje więc swej bezpłodnej przyjaciółce i jej mężowi, że podda się zabiegowi in vitro, aby urodzić im dziecko. Przenosi się do Sydney na czas ciąży, by nie wzbudzać sensacji w swym rodzinnym miasteczku. Tam poznaje czarującego ekologa Jake’a Devlina i zakochuje się po uszy…

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Barbara Hannay Długa podróż Barbara Hannay Długa podróż Tłumaczyła Julita Mirska Tytuł oryginału: Expecting Miracle Twins Pierwsze wydanie: Harlequin Romance, 2009 Redaktor serii: Ewa Godycka Opracowanie redakcyjne: Ewa Godycka Korekta: Urszula Gołębiewska ã 2009 by Barbara Hannay ã for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 2012 Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie. Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V. Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe. Znak firmowy Wydawnictwa Harlequin i znak serii Harlequin Romans są zastrzeżone. Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa, ul. Starościńska 1B lokal 24-25 Skład i łamanie: COMPTEXTÒ, Warszawa ISBN 978-83-238-8497-2 ROMANS – 1077 ROZDZIAŁ PIERWSZY Uśmiechając się szeroko, Mattie skręciła na pod- jazd. Nie mogła uwierzyć w swoje szczęście: ma za- mieszkać w tym uroczym niewysokim budynku o bie- lonych ścianach, niebieskich drzwiach i słonecznych balkonach z widokiem na zatokę. Mieszkanie numer trzy znajdowało się na parterze, czyli w przyszłości, kiedy będzie w ciąży, odpadnie jej wspinanie się po schodach, a Brutus będzie mógł hasać po ogródku. Przy wycieraczce stała donica z różowym gera- nium. Mattie westchnęła błogo. Tak, będzie jej tu dob- rze. Rankami będzie siadywać z laptopem na dworze i w przerwach w pracy patrzeć na połyskującą taflę wody, a popołudniami zabierać Brutusa na długie spa- cery. Zamierzała tu spędzić rok. Wszystko miała przemy- ślane, rozmawiała z lekarzami, wiedziała, że podjęła słuszną decyzję. Jeżeli sprawy potoczą się zgodnie z planem, wkrótce podda się implantacji i pod koniec roku urodzi swoim przyjaciołom upragnione dziecko. Nucąc pod nosem, wygrzebała z torebki klucz, wy- jęła z koszyka Brutusa, otworzyła drzwi samochodu i nagle... łum-bum-bum! Niczym wystrzał z karabinu spod trójki huknęła muzyka. Uśmiech na twarzy Mattie zgasł. Na wszelki wypadek sprawdziła numer na za- wieszce przy kluczu, ale nie, nie pomyliła się. 6 Barbara Hannay – Możesz mieszkać, jak długo chcesz – zapewniła ją po raz setny Gina, kiedy rano wręczała jej klucze. Mieszkanie należało do brata Giny, Willa, który pracował na terenie kopalni w Mongolii. Mattie jednak nie spodziewała się zastać w mieszkaniu innego loka- tora, w dodatku miłośnika heavy metalu. Ściskając pod pachą Brutusa, przez moment wpatrywała się bezrad- nie w drzwi. Zamierzała się poddać, wsiąść z powrotem do sa- mochodu, ale w ostatniej chwili zmieniła zdanie. Dla- czego ma rezygnować? Wszystko było ustalone. Gina z Tomem, bezgranicznie wdzięczni jej za pomoc, omó- wili sprawę z Willem. Zebrawszy się na odwagę, ruszyła ścieżką do drzwi. Zapukała. Potem po raz drugi. I trzeci. Wreszcie za- częła walić pięścią. Muzyka ucichła. Mattie cofnęła się o krok. W drzwiach stanął wysoki, dobrze zbudowany męż- czyzna. Wyglądał jak pirat. Miał ciemne potargane włosy, ciemny zarost na policzkach i rozpiętą koszulę odsłaniającą opalony tors. Mattie usiłowała oderwać od niego wzrok, ale było to trudne. Mężczyzna oparł się o framugę patrzył na nią spod półprzymkniętych powiek. Sprawiał wrażenie znudzo- nego, a zarazem zirytowanego. – Słucham? Na dźwięk jego głosu Mattie przestała myśleć o pi- ratach. Na moment w ogóle przestała myśleć. Ten głos zaparł jej dech w piersiach. Z wysiłkiem przeniosła spojrzenie z torsu na twarz mężczyzny. – Chyba... zaszła jakaś pomyłka – wydukała. Mężczyzna uniósł powoli brwi. – Pomyłka? Długa podróz˙ 7 – Tak. – Mattie pomachała kluczem. – To moje mieszkanie. Miałam się dziś wprowadzić. Mężczyzna popatrzył na nią, na Brutusa, którego trzymała pod pachą, i na stojące przed domem auto pełne rzeczy, następnie obejrzał się za siebie. W głębi mieszkania Mattie zobaczyła długonogą blondynkę, która z kieliszkiem wina siedziała na kanapie. – Kochanie, czego ona chce? – zapytała blondynka. Nie zwracając na nią uwagi, mężczyzna zmrużył oczy. – Dostała pani klucz z agencji nieruchomości? – Nie. Zawarłam umowę z właścicielem. – Czyżby? Może zdradzi mi pani jego nazwisko? – Jakim prawem pan mnie wypytuje? – zezłościła się Mattie. – Zapewniam, że mam zgodę właściciela. A pan? Mężczyzna roześmiał się cicho. Wyczuwając zde- nerwowanie swojej pani, Brutus polizał ją po ręce. W tej samej chwili blondynka na kanapie rozprostowa- ła swoje długie nogi, odstawiła kieliszek i podeszła do drzwi. – Co się dzieje, Jake? – spytała, obejmując męż- czyznę za ramię. – Drobny incydent graniczny – odparł Jake, z roz- bawieniem obserwując Mattie. – Co takiego? – Incydent graniczny – powtórzył, nie spuszczając oczu z Mattie. – Wojenka. Skierowawszy wzrok na blondynkę, Mattie zabrzę- czała kluczami. – Musiało nastąpić jakieś nieporozumienie. Chcę się wprowadzić. – Kiedy? – zapytała kobieta. 8 Barbara Hannay – Teraz. – Mattie wskazała numer na zawieszce. – Mam klucz. – Ponownie zerknęła na Jake’a. – A pan ma klucz czy się pan włamał? Jake skrzyżował ręce na piersi i milczał. – Cholera jasna! Will Carruthers obiecał mi... – Will Carruthers? Dlaczego pani od razu tak nie powiedziała? – Zna pan Willa? – To mój najlepszy kumpel. Pracujemy razem w Mongolii. – Czyli... on wie, że pan tu mieszka? – Jasne. Wziąłem dwutygodniowy urlop. Tydzień w Japonii i tydzień w Sydney. Will nalegał, żebym się zatrzymał u niego. – Kiedy zaczął się ten tydzień w Sydney? – spytała Mattie, modląc się, by usłyszeć, że sześć dni temu. – Przedwczoraj. – Widocznie Will pomylił daty. Niepocieszona spojrzała na Brutusa, który skomląc cichutko, znów polizał ją po ręce. Skoro Will jej i Ja- ke’owi pozwolił skorzystać ze swojego mieszkania, a Jake pierwszy tu dotarł... Cóż, nie pozostaje jej nic innego, jak wynająć na kilka dni pokój w hotelu. Zastanawiała się nerwowo, dokąd jechać. Nie znała zbyt dobrze Sydney, a na drogi hotel nie było jej stać. – Ma pani pecha – oznajmiła blondynka, opierając brodę na ramieniu mężczyzny. – Gdzie pani poznała Willa? – zapytał Jake. – Znamy się od dziecka – odparła Mattie. Chociaż w ostatnich latach rzadko Willa widywała, razem do- rastali w Willowbank w Nowej Południowej Walii. – Jego siostra, Gina, jest moją najlepszą przyjaciółką. Wspólnie uzgodnili, że mogę tu zamieszkać. Długa podróz˙ 9 Jake zmarszczył czoło, po czym wzruszył ramionami. – W takim razie zapraszam. Zmieścimy się. Jego przyjaciółka prychnęła niezadowolona. Mattie otworzyła usta, zamknęła je, znów otworzyła. Nie mia- ła ochoty szukać nowego lokum, a Jake z blondynką wyniosą się za kilka dni. – Jest pan pewien? Nie chciałabym przeszkadzać. – Nie proponowałbym, gdybym nie był pewien. Zresztą i tak większość czasu spędzam poza do- mem. – Uśmiechnął się do swojej przyjaciółki. – Hej, Ange, jedźmy do miasta i pozwólmy... – Przeniósł wzrok na Mattie. – Jak się pani nazywa? – Matilda Carey. Ale proszę do mnie mówić Mattie. – Chętnie. – Uścisnął jej dłoń. – Jake Devlin. – Miło mi. – A tyś co za jeden? – Jake popatrzył na małego mieszańca teriera, którego tuliła do piersi. – To Brutus. Jake roześmiał się. – O tak, wygląda bardzo groźnie... Pomóc ci z wno- szeniem rzeczy? Zaskoczyła ją uprzejmość Jake’a, a także wyraz zło- ści na twarzy jego towarzyszki. – Dziękuję, nie trzeba. Mam tylko kilka walizek i klatkę z kanarkiem. – Z kanarkiem? – Pokręcił z niedowierzaniem głową. Zamierzała wyjaśnić, że odziedziczyła kanarka po babci, ale ponownie rozproszył ją widok wspaniale umięśnionej klatki piersiowej. – Mieliśmy wyjść, Jake – wtrąciła Ange. – To co, wezmę torebkę... Mattie odprowadziła ich wzrokiem, po czym weszła do mieszkania. Okropna muzyka wciąż grała, choć już 10 Barbara Hannay nieco ciszej. Mattie wyłączyła sprzęt, następnie minęła stolik, na którym stały kieliszki oraz butelka z resztką wina, i udała się do kuchni. Zlew zawalony był brud- nymi naczyniami. Na końcu korytarza znajdowała się łazienka; na podłodze leżały mokre ręczniki oraz czarne koronko- we figi. Mattie, która nieraz wynajmowała do spółki mieszkanie, była przyzwyczajona do takich widoków; jej współlokatorki zwykle nie grzeszyły zamiłowa- niem do porządku. Nie bardzo więc rozumiała, dlacze- go akurat te majtki tak ją przygnębiły. Pchnęła drzwi pierwszego pokoju; była to sypialnia z szerokim łóżkiem, oczywiście nieposłanym. Wymię- te prześcieradło i pusta butelka szampana na stoliku nocnym wiele mówiły o tym, co się tu wczoraj działo. Mattie wycofała się pośpiesznie i ruszyła na poszu- kiwanie drugiej sypialni. Po chwili ją znalazła; pokój był sporo mniejszy i okna nie wychodziły na zatokę, ale panował tu porządek. Skinęła z zadowoleniem głową. Gdyby sama dokonywała wyboru, pewnie zajęłaby właśnie ten pokój, a większy z piękną panoramą zo- stawiła dla gości. Nie żeby spodziewała się ciągłych odwiedzin. Od czasu do czasu wpadnie Gina z Tomem, no i rodzice, którzy przeżyli szok, kiedy usłyszeli o jej planach. Inni przyjaciele o niczym nie wiedzieli. Usta- liła z Giną, że tak będzie lepiej. Wiele myślała o przeprowadzce do Sydney. Obie z Giną uznały, że jeśli zostanie w Willowbank, to po pierwsze, plotkom nie będzie końca, a po drugie, Gina przytłoczy ją swoją nadopiekuńczością. Czyli lepiej, jeśli Mattie na rok zniknie. Oczywiście wiedziała, że może doskwierać jej samotność. Ta jedna sprawa trochę niepokoiła panią psycholog, która bada- Długa podróz˙ 11 ła jej motywację. Ale Mattie przekonała ją, że lubi swoje towarzystwo. Jako autorka i ilustratorka książek dla dzieci mnóstwo godzin spędzała zatopiona w pracy. – Masz partnera? Chłopaka? – pytała psycholożka. Nie, od trzech lat nie była z nikim związana, ale nie chciała o tym rozmawiać. – A jeśli za miesiąc lub dwa spotkasz kogoś? – ciąg- nęła psycholożka. – Ciąża w znacznym stopniu ograni- czy twoje życie towarzyskie. Mattie wzruszyła ramionami. Od dłuższego czasu nie prowadziła żadnego życia towarzyskiego. – To tylko rok – zauważyła. – Będziesz potrzebowała wsparcia. – Rodzice dziecka będą mnie odwiedzać. Z resztą przyjaciół i rodziną będę w kontakcie telefonicznym lub mejlowym. Nie wspomniała, że nikogo nie prosiła o wsparcie. To Matilda Carey wszystkim zawsze biegła na ratunek, natomiast sama nigdy nie zwracała się o pomoc. Było kilka minut po północy, kiedy usłyszała otwie- rające się drzwi i odgłos kroków na posadzce. Spodzie- wała się usłyszeć również szepty lub śmiech, ale jedy- nie rozległ się łoskot i ciche przekleństwo, jakby ktoś się o coś potknął. Potem znów kroki i wreszcie szum wody w łazience. Po paru minutach kroki skierowały się do sypialni Jake’a. Mattie przykryła głowę podusz- ką. Wolała nie wiedzieć, co się tam dzieje. Nazajutrz zmywała po śniadaniu, kiedy do kuchni wszedł Jake. Nieogolony, o zaczerwienionych oczach, wyglądał jak niedźwiedź cierpiący na ból głowy. – Dzień dobry. –Mattie uśmiechnęła się przez ramię. 12 Barbara Hannay Odpowiedział jej krótki pomruk. – Herbata jest jeszcze ciepła... Skrzywiwszy się, Jake popatrzył na lśniący czystoś- cią stół i blaty. – Gdzie zaparzacz do kawy? Mattie sięgnęła do górnej szafki. – Umyłaś go? Całą kuchnię wyszorowałaś... – Zajęło mi to dosłownie chwilę. Jake z posępną miną potarł ręką czoło. Może na- prawdę boli go głowa? Mattie chciała zaproponować, że usmaży jajecznicę na bekonie. Zwykle solidne śnia- danie pomaga na kaca. Ugryzła się jednak w język. Coś jej mówiło, że Jake wścieknie się, usłyszawszy taką propozycję. Zresztą niech Ange się o niego zatroszczy. To znaczy, kiedy wstanie, bo pewnie wciąż śpi. – Nie będę ci przeszkadzać – rzekła Mattie. – Jadę do miasta. Jestem umówiona. – Ja też. Była zaskoczona, że Jake udziela jej jakichkolwiek informacji. – Okej. Powodzenia. Wzruszywszy ramionami, odwrócił się i skupił na parzeniu kawy. Mattie opuściła kuchnię. Co z tego, że jej współlokator jest gburem? Za parę dni zniknie z jej życia. Nie muszą się do siebie uśmiechać. Przechodząc koło otwartych drzwi sypialni, znów zobaczyła zmiętą pościel. Czym prędzej odwróciła wzrok; nie chciała podglądać Ange. Tylko że... Ponownie zerknęła na łóżko. Nie, nie pomyliła się. Łóżko było puste. Ange nie nocowała z Jakiem, co pewnie tłumaczy jego podły humor. ROZDZIAŁ DRUGI Kobieta w domu opieki uśmiechnęła się do Jake’a. – Tędy, panie Devlin. Roy już nie śpi. Jest bardzo przejęty pana wizytą. Idąc wąskim korytarzem, Jake czuł nieprzyjemny ucisk w sercu. W powietrzu unosił się szpitalny zapach, a na ścianach wisiały obrazy przedstawiające kwiaty, motyle i misy z owocami. To nie jest dobre miejsce dla Roya, który uwielbiał otwarte przestrzenie, konie, eu- kaliptusy. Mijając kolejne drzwi, Jake widział siwych starusz- ków, którzy spali w łóżkach lub kiwali się w fotelach, i jego uczucie przygnębienia rosło. Cierpiał na myśl o tym, że tak wspaniały facet jak Roy Owens, który całe życie spędził na farmach, na stare lata osiadł w domu opieki. Od ostatniej wizyty Jake’a upłynęło sześć miesięcy; w tym czasie Roy zmienił się niemal nie do poznania. Silny umięśniony gość, którego Jake ubóstwiał w dzie- ciństwie, przeistoczył się w bladego kruchego staro- winę. Lata temu Roy pracował jako zarządca należącej do Devlinów farmy położonej w północnej części stanu Queensland. Jeszcze kilka lat temu był silny jak dąb i o głowę wyższy od ojca Jake’a. To on nauczył Jake’a jeździć konno, łowić ryby, łapać cielaki, szukać złota. 14 Barbara Hannay W nocy, siedząc przy ognisku, opowiadał chłopcu fascynujące historie. Nikt nie wiedział tyle co Roy o nocnym niebie, o miejscowych tradycjach i przygo- dach pierwszych osadników. Dziesięcioletni Jake wie- rzył, że Roy Owens jest najmądrzejszym człowiekiem na świecie. Roy wszystko potrafił: chwytać byki, odnajdować zaginionych turystów, piec w ognisku pyszne podpło- myki. Jego najważniejszą cechą była cierpliwość. Bez względu na to, jak ciężko pracował, zawsze miał czas dla samotnego chłopca, którego rodzice ciągle zajęci byli hodowlą bydła, tresurą koni wyścigowych lub ży- ciem towarzyskim. Kiedy Jake spytał rodziców, dlaczego wysłali Roya do domu opieki w Sydney, ci stwierdzili, że niestety nie mieli wyjścia. Roy potrzebował stałej opieki me- dycznej. – A chociaż go odwiedzacie? – Kochanie, przecież wiesz, że jesteśmy potwornie zapracowani – odparła matka. – Ale jak tylko znajdzie- my czas, na pewno się do niego wybierzemy. Do tej pory czasu nie znaleźli. Usiłując zdławić łzy, Jake wszedł do malutkiego pokoiku, w którym czekał na niego jego stary przyjaciel. – Jake, chłopcze! Jak miło cię znów widzieć! – Uśmiechnięty staruszek chudą ręką poklepał stojące obok krzesło. – Siadaj. Zaraz nam przyniosą drobny poczęstunek. No, opowiadaj o Mongolii. W przeciwieństwie do wielu osób, które pytały Ja- ke’a o pobyt w Mongolii, Roy słuchał z autentycznym zainteresowaniem. Wiedział, że dla Mongołów konie są równie ważne jak dla mieszkańców australijskiego pustkowia. I że zarówno na farmach w Australii, jak Długa podróz˙ 15 i na mongolskim stepie, dzieciaki uczą się jazdy konnej niemal od niemowlęctwa. Opowiadając o życiu w Mongolii, Jake nagle uświa- domił sobie, że ich role się odwróciły. Dziś on snuje opowieści, a Roy słucha. Dwie godziny później wyło- nił się na powietrze, cały czas jednak dręczyło go po- czucie, że zawiódł przyjaciela. Mattie wróciła od lekarza w doskonałym nastroju. Zamrożone zarodki Giny i Toma trafiły już do kliniki; za dwa tygodnie ona sama rozpocznie przyjmowanie hormonów. Jeśli szczęście jej dopisze, w ciągu miesią- ca powinna zajść w ciążę. Gina i Tom byli cudownymi ludźmi, którzy jak ma- ło kto zasługiwali na to, by mieć dziecko. Zakochali się w sobie jako nastolatki i z każdym dniem ich miłość rosła. Prowadzili farmę nad brzegiem Willow Creek; w ich domu zawsze czekał na gości dzbanek herbaty i świeżo upieczone ciasto. A na końcu korytarza znaj- dował się pomalowany na żółto i biało pokoik dla dziec- ka, o którym oboje marzyli. Mattie spotkała się z przyjaciółką tego dnia, kiedy ta dowiedziała się, że czeka ją histerektomia. Siedziała skulona w kącie, zanosząc się płaczem, zupełnie jakby ktoś umarł. I w pewnym sensie tak było: Gina właśnie żegnała się z myślą o dziecku. Mattie wiedziała, jaki to dla Giny straszny cios. Przed laty, bawiąc się lalkami w domku na drzewie, obie lubiły wyobrażać sobie, jak w przyszłości będą wyglądały ich rodziny. Mattie jako jedynaczka uważa- ła, że wystarczy jej dwójka dzieci, natomiast Gina, któ- ra pochodziła z licznej rodziny, upierała się przy pię- ciorgu. Jej mężem zawsze miał być Tom. A tu nagle 16 Barbara Hannay okazało się, że nawet jedno dziecko nie wchodzi w grę. Niedługo później Mattie, która po przykrym rozstaniu z narzeczonym straciła nadzieję na założenie rodziny, wpadła na pomysł, jak pomóc przyjaciółce. Urodzi za nią. Zostanie surogatką. To idealne roz- wiązanie. Gina z Tomem będą mieli dziecko, a ona zrobi coś pożytecznego, co w dodatku pozwoli jej zapomnieć o rozstaniu. Wszyscy na tym skorzystają. Postanowiła czym prędzej przedstawić Ginie swój plan. Przyjaciele zaprosili parę osób na niedzielny lunch. Kiedy goście wyszli, Mattie została dłużej. Myła kie- liszki, Gina wstawiała naczynia do zmywarki, Tom układał na stosie drewno. W pierwszej chwili Gina jej nie zrozumiała. – Mogłabym urodzić wasze dziecko. Jako surogat- ka – wyjaśniła Mattie. Szok na twarzy Giny szybko ustąpił miejsca pod- nieceniu. Ale kiedy zobaczyła minę męża, jej entuz- jazm przygasł. – To niesamowite poświęcenie, Mattie – zauważył Tom. – Na pewno wszystko przemyślałaś? Przez dzie- więć miesięcy nosiłabyś cudze dziecko. – Nie cudze. Wasze. Dziecko moich przyjaciół. Tom uśmiechnął się nieporadnie i przeczesał ręką swoje rude włosy. – Jakoś nie umiem sobie wyobrazić, aby ktoś inny niż Gina miał urodzić moje dziecko. Nawet tak bliska nam osoba jak ty. Ta rozmowa odbyła się pół roku temu. Więcej nie poruszali tematu. Mattie była zawiedziona, że przyja- ciele nie zaakceptowali jej pomysłu. Urodzenie dziec- ka nadałoby sens jej życiu. Po rozstaniu z Pete’em
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Długa podróż
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: