Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00556 007461 13583505 na godz. na dobę w sumie
Do dwóch razy sztuka - ebook/pdf
Do dwóch razy sztuka - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 386
Wydawca: Harlequin Polska Język publikacji: polski
ISBN: 9788323876786 Rok wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> romans
Porównaj ceny (książka, ebook (-8%), audiobook).

Wszyscy w okolicy wiedzieli, że Jason Donovan ma trudny charakter i niewyparzony język, a kobiety traktuje niezbyt poważnie. Jednak Kate durzyła się w Jasonie niemal od dziecka, choć on zawsze traktował ją jak młodszą siostrę. Może nawet nie zauważył, że wyrosła na piękną kobietę? Kate nie ma żadnego doświadczenia w sztuce uwodzenia, dlatego zamiast snuć wyrafinowaną intrygę, stawia na szczerość. Jej taktyka okazuje się skuteczna. Między nią a Jasonem wybucha płomienny romans, ale jak to w życiu, chwile wielkiego szczęścia przeplatają się z niespodziewanymi i dramatycznymi wydarzeniami...

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

BEST SELLERS Prze³o¿y³a: Prze³o¿y³a: Prze³o¿y³a: Weronika ¯ó³towska Tytuł oryginału: Diamond Spur Pierwsze wydanie: Popular Library, 1988 Redaktor prowadzący: Mira Weber Korekta: Graz˙yna Ordęga ã 1988 by Susan Kyle ã for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 2007 Wszystkie prawa zastrzez˙one, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V. Wszystkie postacie w tej ksiąz˙ce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – z˙ywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe. Znak graficzny BESTSELLERS jest zastrzez˙ony. Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa, ul. Rakowiecka 4 Skład i łamanie: COMPTEXTÒ, Warszawa Printed in Spain by Litografia Roses, Barcelona ISBN 978-83-238-1747-5 ROZDZIAŁ PIERWSZY Dorodne, rozłoz˙yste dęby ocieniały siedzibę Donavanów, chroniąc ją przed upałem teksańskiego południa. Imponujący, jasnoz˙ółty murowany dom w hiszpańskim stylu stał wśród pastwisk ogrodzo- nych drucianymi płotami, z dala od drogi biegnącej przez całą posiadłość, na końcu zakurzonego kręte- go podjazdu. Kate Whittman cieszyła się, z˙e za- miast prowadzić auto, jedzie na łagodnym koniu otrzymanym od Jasona. W tej części teksańskiego okręgu San Frio od wielu tygodni panowała susza, więc koń, który poruszał się wolniej od samochodu, wzbijał znacznie mniejszy obłok kurzu. Donavanowie dotąd nie utwardzili nawierzchni. W posiadłości liczącej tysiące hektarów gotówka zawsze szła na zakup bydła, a nie na modernizację dróg. W czasie obecnego zastoju, gdy ceny produ- któw rolnych spadły tak bardzo, natomiast odsetki od kredytów nadal pozostawały wysokie, trzeba było przedsiębiorcy o talentach i zmyśle hand- lowym Jasona Donavana, z˙eby trzymać w szachu bezwzględnych wierzycieli. 5 Spojrzenie zielonookiej Kate pobiegło w dal az˙ po horyzont. Wiedziała, z˙e trwa spęd bydła. Na tak wielkim obszarze musiał odbywać się jednocześ- nie w kilku rejonach. Do kaz˙dego z nich przy- dzielano grupę pracowników wraz z nadzorcą, a Jason objez˙dz˙ał konno najwaz˙niejsze miejsca i miał oko na wszystko. Podczas spędu zawsze zdarzały się wypadki. Wprawdzie złamania, opa- rzenia, zwichnięcia i otarcia to na ranczu normalna rzecz, ale podczas spędzania i znakowania bydła zazwyczaj zdarzały się wypadki powaz˙niejsze. Tym razem sam szef doznał powaz˙nego szwanku podczas spotkania oko w oko z rozwścieczonym zwierzakiem o długich rogach. Zarządca wymknął się ukradkiem i pojechał po Kate. Zawsze posyłano po nią, gdy Jason był ranny, poniewaz˙ nikomu oprócz niej nie pozwalał się do siebie zbliz˙yć. Ufał Kate, a ona nie przejmowała się jego humorami. Równiez˙ tylko ona dawała sobie radę, ilekroć wpa- dał w furię. Westchnęła ponuro, wspominając, ile razy prze- mierzała tę krętą drogę. Nie była dziewczyną Jasona. Szczerze mówiąc, ledwie zauwaz˙ał, z˙e jest kobietą. Przyjaźniła się z Gene’em, młodszym z Donavanów, oraz z ich gospodynią Sheilą na długo przedtem, nim połączyła ją z Jasonem osob- liwa zaz˙yłość. U jej zarania stała przedziwna awantura, która zdarzyła się pewnej nocy, kiedy to Jason pił na umór. Wprawdzie z nikim, nawet z Kate, nie był naprawdę blisko, lecz ona zyskała niedostępne innym przywileje. Opiekował się nią jak starszy brat, co prawda niekiedy czynił to dosyć 6 obcesowo. Rzecz jasna, zdaniem Kate powinien darzyć ją całkiem innym uczuciem. Ale czy tego moz˙na wymagać od mizantropa i odludka? Kate odrzuciła na plecy długi warkocz. Była szatynką, a jej włosy miały głęboki odcień gorzkiej czekolady. Poprawiła się w siodle i zaraz skrzywiła się, bo zaczepiła nogawką dz˙insów o coś ostrego. Sama zaprojektowała i uszyła te spodnie. Oby tylko się nie rozdarły, bo chciała je zaprezentować wraz z całą kolekcją w zakładach odziez˙owych, gdzie pracowała. Solidnie się nad nią napracowała i miała cichą nadzieję, z˙e kupią wszystko na pniu. Teraz nie stać jej było nawet na mały kawałek płótna, poniewaz˙ w domku, który dzieliła z matką, z˙yło się biednie. Nie chciała, z˙eby Jason o tym wiedział. Własnych zmartwień miał az˙ nadto, więc niech się z nimi boryka... o ile po raz kolejny ujdzie z z˙yciem, dodała w duchu ze zgryźliwą irytacją. Cóz˙, jeśli chodzi o rany i wszelkie inne obraz˙enia, Jason był po prostu niemoz˙liwy. I nigdy z własnej woli nie wzywał lekarza. Gdyby Kate nie inter- weniowała, kurowałby się domowymi sposobami, i to jedynie w przypadku groźnej infekcji. Teraz jednak sprawa musiała być powaz˙na, skoro Gabe, jego rządca, odwaz˙ył się podczas spędu opuścić posterunek i ruszył po Kate, ryzykując, z˙e szef dostanie szału. Nikt by nie zgadł, z˙e w obecności Jasona i ona traciła pewność siebie. Trochę się go bała. W koń- cu skończył juz˙ trzydziestkę i był od niej starszy o dziesięć lat. Nauczyła się jednak ukrywać swoją niepewność. Zmarszczyła ciemne, wąskie brwi, 7 zastanawiając się, czy tym razem zrobił sobie powaz˙ną krzywdę, choć zawsze twierdził, z˙e ma twardą skórę. Był niezwykle przystojny, jak zgod- nie twierdziły wszystkie niezamęz˙ne panie z okrę- gu San Frio. Szkoda, z˙e uchodził za wroga kobiet. Ciekawe, jak przy takim nastawieniu zamierza postarać się o spadkobiercę posiadłości od ponad stu lat nazywanej Diamentową Ostrogą. Gdyby coś się stało Jasonowi, jego młodszy brat, Gene, na pewno nie poradziłby sobie z uporządkowaniem rodzinnych finansów. Jason Donavan przejął Diamentową Ostrogę po śmierci ojca. Gene był drugim spadkobiercą i współwłaścicielem. Stary J. B. Donavan utonął przed ośmiu laty, gdy pewnego wiosennego ranka wylała rzeka Frio, ale niezwykłą nazwę posiadłość zyskała duz˙o dawniej. Był rok 1873. Weteran wojny domowej Blalock Donavan zaryzykował w San Antonio i siadł do pokera. Rozgrywka trwała całą noc. Jeden z graczy przypłacił ją z˙yciem, bo oszukiwał. Młody Blalock Donavan, były sierz˙ant armii konfederatów pochodzący z okręgu Calhoun w stanie Georgia, podczas ostat- niego rozdania dostał królewską karetę i wygrał. W puli było między innymi sto jankeskich dolarów gotówką i złoty, wysadzany diamentami wisiorek w kształcie ostrogi, który postawił pe- wien kompletnie zgrany młodzian, ufny w jego moc, bowiem jak twierdził, był to rodzinny amulet przynoszący szczęście. Znajdował się tam takz˙e notarialny akt własności duz˙ego, ale podupadłego rancza w teksańskim okręgu San Frio. Zuboz˙ałemu 8 sierz˙antowi zdało się to prawdziwym sezamem. Posiadłość w tamtych czasach nie miała nazwy, a miejscowi zwali je ranczem Bryana od imienia dawnego właściciela. Blalock Donavan zgarnął wszystko, co wynikało z dokumentów, a takz˙e co jeszcze dało się zgarnąć, w tym działkę obfitującą w srebro. Dochody z niej zainwestował w teksańs- ką posiadłość, którą nazwał, jakz˙eby inaczej, Dia- mentową Ostrogą. I tak juz˙ pozostało. Donavano- wie od stu trzydziestu lat byli jej właścicielami. Jasnozielone oczy Kate złagodniały, gdy na werandzie dostrzegła kobietę pochyloną nad misą. Donavanowie nalez˙eli do najbogatszych teksańs- kich właścicieli ziemskich, a Jason bez trudu mógł sobie pozwolić i na terenowego mercedesa, i na nowiutkie sportowe auto. Urządzony cennymi an- tykami dom przypominał muzeum stylowych wnętrz. Meble i bibeloty pochodziły z całego świata. Jason chętnie podejmował gości i organi- zował pękała w szwach, kuchnia wyposaz˙ona była we wszelkie nowoczesne urządzenia, ale gospodyni Sheila Ja- mes jak za dawnych lat robiła domowe przetwory. Sheila była podporą Diamentowej Ostrogi. Chodziły słuchy, z˙e do szaleństwa kochała J. B. Donavana, lecz ten zniechęcił się do kobiet, gdy Nell, jego z˙ona, rzuciła go, pozostawiając z dwo- ma synami. Zmienił się, zaczął pić na umór, zdarzało się, z˙e stawał się wręcz przeraz˙ający. Podobno nawet Sheila strasznie się go bała, lecz przez wzgląd na chłopców nie odeszła, jako z˙e zastępowała im matkę. Była stanowcza, a do ludzi Spiz˙arnia huczne bankiety. 9 miała wyjątkową cierpliwość. Nie brakowało jej tez˙ uporu i wytrwałości, skoro bez szemrania znosiła napady furii i długotrwałe stany złego humoru J. B. Donavana. Jason miał je po ojcu, ale Kate nawet w najgorszych chwilach umiała prze- mówić mu do rozsądku. W okolicy z˙artowano na ten temat, lecz nie w obecności Jasona. Siedząca na werandzie Sheila podniosła wzrok. Jej ulubiona huśtawka kołysała się leniwie. Niebie- skie oczy pojaśniały, gdy ujrzała Kate. – Posłałam po ciebie Gabe’a – oznajmiła. – Nie masz mi tego za złe, prawda? Gdybym nie wzięła sprawy w swoje ręce, Jason umarłby z upływu krwi i rozłoz˙yłby się na naszych oczach, bo pracownicy tak się go boją, z˙e nie odwaz˙yliby się pogrzebać trupa. Sheila zamilkła i przerwała na moment obiera- nie zielonej fasolki. Trzymała misę na kolanach okrytych jaskrawym fartuchem w zielono-z˙ółtą kratę. Krótkie włosy przyprószone siwizną zwilgo- tniały od potu. Była po pięćdziesiątce i wyglądała na swoje lata. Ludzie się z nią liczyli. Nawet Jason z˙ywił dla niej pewien szacunek, ale gdy wpadał w złość, nie potrafiła mu się przeciwstawić. – Powinnaś sama go opatrzyć – zakpiła Kate. – Och, nie miałam pod ręką strzelby, z˙eby unieszkodliwić drania – zadrwiła. – Wiem od Gabe’a, z˙e Jason sam zatamował krwotok i zaban- daz˙ował ranę, ale gdy się ruszył, ponownie zaczął krwawić. Niestety trzeba będzie załoz˙yć szwy. – Dobra, zobaczę, co da się zrobić. Jest tam, gdzie zostawił go Gabe? 10 – Pewnie tak. Stokrotne dzięki, z˙e tu przyje- chałaś. Kate z uśmiechem popatrzyła na swego wierz- chowca. – Staromodny środek transportu, prawda? Mog- łam jechać konno albo iść piechotą. Mama wzięła samochód, bo robi zakupy. – Mogłaś przyjechać z Gabe’em, ale wolałaś nie ryzykować, bo robi do ciebie słodkie oczy, co? Kate skinęła głową. Miała dwadzieścia lat, ale jej doświadczenie w sprawach damsko-męskich było znikome, głównie ze względu na wpojone przez rodziców zasady. Oboje byli staroświeccy, wierzący i dość surowi. Ojciec juz˙ nie z˙ył, ale matka trzymała ją krótko i zasięgała opinii Jasona, ilekroć jakiś chłopak proponował randkę, co zda- rzało się ogromnie rzadko. Te konsultacje były dla Kate bardzo denerwujące, ale matka uwaz˙ała Ja- sona za wyrocznię i patrzyła w niego jak w obraz. Jej zmarły mąz˙ był zarządcą w posiadłości Dona- vanów, więc Jason czuł się odpowiedzialny za jego owdowiałą z˙onę i córkę. – Gabe jest sympatyczny, ale nie zamierzam się z nim wiązać. Chcę być projektantką mody – powiedziała Kate. – Minie wiele lat, nim zacznę myśleć o małz˙eństwie. Sheila pokiwała głową. Jej zdaniem Kate i Jason tak dobrze się dogadywali, bo obojgu zalez˙ało na niezalez˙ności. Jason raczej nie będzie juz˙ szukać z˙ony, dotkliwie się bowiem sparzył, adorując tam- tą paskudną babę z Marylandu, która rzuciła go, bo wolała zostać gwiazdą filmową. 11 – Na obiad fasolka? – zapytała Kate, chcąc zmienić temat. – Aha. Z ostrą salsą. Kate raz jej spróbowała. Sheila nie z˙ałowała ostrych przypraw. Wyrazy współczucia dla Ja- sona. – Dlaczego właśnie salsa? – Bo Jason mi podpadł, więc musi dostać na- uczkę. Rano ledwie przekroczył próg, zaczął się pieklić, z˙e przełoz˙yłam jego dz˙insy, a potem klął jak szewc, bo jest rzekomo uczulony na proszek, w którym je uprałam. Twierdził równiez˙, z˙e źle posłałam mu łóz˙ko. – Sheila zacisnęła wargi. – Wprawdzie jeszcze tego nie oznajmił wszem i wobec, ale jego zdaniem odpowiadam za wszyst- kie choroby i klęski z˙ywiołowe na tym świecie. Kate pokiwała głową i wybuchnęła śmiechem. – Powinnaś nasypać mu okruchów na prze- ścieradło. Niech się pomęczy. – Spokojna głowa, zemszczę się. Jason uwiel- bia ciasto z wiśniami. Nigdy więcej mu go nie upiekę. Na próz˙no się odgraz˙ała. Wiadomo, z˙e gdy Jasonowi zachce się placka z wiśniami, tak długo będzie się przymilać, az˙ gospodyni się złamie i ukręci ciasto. Kłócili się niemal codziennie, ale szybko zapominali o pogróz˙kach. – No dobrze, postaram się doprowadzić go do porządku, z˙ebyś miała się na kim mścić. – Jeśli uda ci się go tu zwabić, z˙eby opatrzyć ranę, dam ci mój antyseptyk. Strasznie piekący! Kate z uśmiechem wystawiła kciuk do góry 12 i odjechała. Gdy znalazła się na wąskiej, wyboistej ściez˙ce biegnącej między pastwiskami, ogarnęła ją znajoma nerwowość. Wściekły Jason nie był mi- łym rozmówcą. Kate trochę się go lękała, chociaz˙ maskowała swoje obawy i wolała się do nich nie przyznawać. Był niesłychanie męski, nie ukrywał swoich wad i mało się przejmował, co inni o nim pomyślą. Mówiąc delikatnie, nie nadawał się na dyplomatę, a mniej delikatnie – był kompletnie pozbawiony taktu. Kate wytarła dłonie o nogawki dz˙insów i po- prawiła wysuniętą zza paska bluzkę w bladonie- bieski wzór. Z daleka słyszała niski, głęboki głos komenderujący po angielsku i po hiszpańsku. Ja- son znał świetnie oba języki. Większość pracow- ników zatrudnionych na ranczach w okolicach San Frio pochodziła z Meksyku, totez˙ właściciele i za- rządcy musieli być dwujęzyczni. Kate zeskoczyła z konia, przywiązała go do barierki zagrody i ruszyła piechotą, skubiąc ner- wowo koniec długiego warkocza. Jej włosy sięgały do pasa, kiedy je rozpuściła. Twarz miała owalną i szczupłą, duz˙e zielone oczy z długimi rzęsami, nos prosty, ładnie zarysowane usta, wysokie kości policzkowe. Nie wydawała się szczególnie ładna, ale brak urody nadrabiała innymi zaletami. Była z˙yczliwa ludziom i wyjątkowo uczciwa. Z daleka dostrzegła Jasona opartego o drew- nianą barierkę. Nonszalancka poza pasowała do jego niewymuszonej elegancji. Obserwował ja- snowłosego, mocno zbudowanego Gabe’a. Znaj- dowała się w połowie drogi, gdy odwrócił głowę 13 i spojrzał w jej kierunku. Poczuła na sobie bystre spojrzenie ciemnych oczu. Zawsze pierwszy orien- tował się, z˙e Kate jest w pobliz˙u. Spostrzegła, z˙e oszczędza prawe ramię. Świet- nie wyglądał, gdy miał na sobie spłowiałe dz˙insy i znoszony czarny kapelusz. W skórzanych butach o podniszczonych cholewkach i w zakurzonej płóciennej koszuli wyglądał jak przystojny de- sperado. Moz˙e się podobać, uznała Kate. Niestety, uro- dziwa twarz zwykle była ponura, a z ust często padały ostre słowa. Jason miał ciemne oczy i śniadą skórę. Był wysoki i szczupły, więc pierwsze wraz˙enie bywało mylące, ale mięśnie miał potęz˙ne. W czarnym kapeluszu nasuniętym na czoło wydawał się groźny. Kate podeszła bliz˙ej. – Zastanawiałem się, czemu Gabe tak nagle zniknął – mruknął Jason z wyraźnym teksańskim akcentem. – Chyba brak nam rąk do pracy, skoro trzeba było ściągać tu nawet krawcową. – Nie jestem krawcową, tylko projektantką mo- dy – z wyszukaną grzecznością i miłym uśmie- chem sprostowała Kate. – Nawiasem mówiąc, jeśli trzeba, chętnie pomogę. Przypomnę, z˙e tata był u ciebie zarządcą i wszystkiego mnie nauczył. Jason poweselał, ukradkiem przyglądając się jasnej cerze Kate i jej długim rzęsom. – Wiem, ale to zbyt cięz˙ka praca. Straszne z ciebie chucherko. Zaraz się zmęczysz, kochanie – mruknął kpiąco, ale w sumie zabrzmiało to sympatycznie. 14 Ucieszyła się, słysząc czułe słówka, ale tego nie okazała, choć serce zakołatało jej z radości. – Ramię ci krwawi – powiedziała, ruchem głowy wskazując poczerwieniały rękaw koszuli. – Naprawdę? – Powinien to zobaczyć lekarz – ciągnęła, nie zwaz˙ając na jego kpiący ton. – Zwykłe draśnięcie. Nie warto zawracać tym głowy doktorowi Harrisowi – odparł chwacko. – Jeśli nie pojedziesz, przez cały dzień będę tu stać z gołą głową, az˙ dostanę udaru – odparła z bolesnym westchnieniem. – Wiem, z˙e nawet nie spojrzysz, gdy stracę przytomność i upadnę na ściez˙kę, bo robota czekać nie moz˙e. Będziemy więc mieli dwa trupy, ja skonam od słońca, a ty z upływu krwi. Dwa trupy, dwie trumny, ostatnia zapisana kartka w kalendarzu... – zakończyła z tra- giczną nutą. Jason nadal zachował ponurą minę, ale przy- słuchujący się rozmowie Gene, młodszy z braci Donavanów, nie wytrzymał i parsknął śmiechem. Odkąd poślubił Cherry Mather, zawsze był rados- ny jak szczygiełek, za to Jason tylko przy Kate z rzadka się uśmiechał. – Nie mam czasu – burknął. – Jestem pewna, z˙e znajdziesz chwilę – odparła stanowczo. Połoz˙yła dłonie na biodrach i zrobiła krok w jego stronę. Od razu poczuła, z˙e reaguje na bliskość Jasona. Zawsze się w nim kochała, lecz ostatnio w jego obecności popadała w miły, a zara- zem przeraz˙ający i dziwny błogostan. 15 Nie miała pojęcia, z˙e on tak samo reaguje na nią. Mała Kate, dotąd traktowana jak młodsza siost- rzyczka, sprawiała teraz, z˙e robił się nerwowy i poirytowany. Z tego powodu ostatnio jej unikał. No i proszę, ledwie przyjechała, wytrąciła go z równowagi. Tylko tego mu brakowało. – Wierz mi, ramię jest w porządku – rzucił ostrzejszym tonem, niz˙ zamierzał, bo jej zuchwała poza podkreślała zalety pełnej pokus sylwetki: kształtny biust pod cienką tkaniną bluzki, szczupłą talię zaznaczoną skórzanym paskiem, przyjemnie zaokrąglone biodra oraz długie, zgrabne nogi w dopasowanych dz˙insach. Na szczęście Kate zajęła się oglądaniem krwa- wiącego ramienia, więc nie spostrzegła, z˙e Jason gapił się na nią. Odpięła guzik przy mankiecie, z˙eby podwinąć rękaw koszuli. – Jak ci to sprawia przyjemność, moz˙esz się awanturować do woli. Mnie to nie przeszkadza. – Nadrabiała miną, poniewaz˙ nawet tak niewinne dotknięcie sprawiło, z˙e drz˙ała. – Kupię ci lizaka, jeśli dasz się zawieźć do lekarza. Jak zwykle rozbroiła go kpiącym tonem. Za- chichotał, spoglądając na jej ciemną głowę, i dał za wygraną. W przeciwieństwie do niego była pogod- na. Cieszyła się z˙yciem, stanowczo preferowała optymizm. Natomiast dla pesymisty Jasona szklanka była zawsze w połowie pusta i tylko Kate potrafiła go rozśmieszyć. Bez wątpienia miał do niej słabość. Ostroz˙nie podwinęła rękaw, odsłaniając czarny, bardzo kosztowny i skomplikowany zegarek na 16 przedramieniu porośniętym ciemnymi włosami. Pod oliwkową skórą rysowały się mięśnie. Wkrót- ce ukazała się przesiąknięta krwią lniana chustecz- ka opatrzona w rogu monogramem JED – Jason Everett Donavan. – Jeśli to jest małe draśnięcie, to ja się nazy- wam Michael Jackson – mruknęła i krzywiąc się, odwinęła bandaz˙. Nad łokciem była głęboka rana. Kate podniosła wzrok i popatrzyła w ciemne oczy Jasona. Miał je po swych przodkach Hiszpanach i potrafił tak nimi spojrzeć, z˙e z trudem trzymała się na nogach. – Cześć, Michael, ale się zmieniłeś. Znowu operacja plastyczna? – mruknął kpiąco. – Trzeba załoz˙yć szwy – stwierdziła Kate. – Bandaz˙owanie nic nie da. Rana jest zbyt głęboka. – Nieprawda, ale dla świętego spokoju pozwo- lę ci się połatać – westchnął trochę zły. – Musielibyśmy wrócić do domu, a tam czeka Sheila z okropnie piekącym antyseptykiem – drwi- ła bez ogródek. – Obudziłeś w niej mordercze instynkty. Z drugiej strony doktor Harris to czło- wiek łagodny, muchy nie skrzywdzi. Jedź do niego, wybierz mniejsze zło. – Cholera jasna! Nie umrę z powodu małego krwawienia – odparł zniecierpliwiony, mierząc spojrzeniem podwładnych, którzy z zainteresowa- niem obserwowali tę scenkę. Tylko czekał, az˙ któryś się odezwie. – Oczywiście! A gangrena to dla ciebie pestka, tracąc cierpliwość, tak? – rzuciła wojowniczo, bo kończyły jej się argumenty. Alez˙ z niego 17 uparciuch! – Wolisz stracić ramię, niz˙ pojechać do lekarza? – Dobrze powiedziane, panno Kate – wtrącił siedzący na płocie dwudziestoletni Red Barton, dobry pracownik ze skłonnością do alkoholu, przez którą parę razy stracił juz˙ pracę. Ledwie zatrudnił się w Diamentowej Ostrodze, uratował Jasona przed wielkim grzechotnikiem, co oznacza- ło, z˙e zostanie u Donavanów do końca z˙ycia. Kate wiedziała, z˙e ponury jak noc Jason długi wdzięcz- ności traktuje z nalez˙ną powagą. – Gangrena to okropność – ciągnął. – Najpierw robią się takie czerwone paski, potem zielenieją, az˙ wreszcie mięso gnije i odpada. – Wzdrygnął się, robiąc wielkie oczy i wymownie gestykulując. – Zamknij dziób, Barton! – krzyknął Jason. – Nie potrzebuję rady od faceta, który przez gapiostwo przebił sobie stopę kolcem wielkiego kaktusa! – Zgadza się, ale trafiłem w końcu do lekarza. – Jasne – przytaknął Jason. – Na noszach i w karetce. – Szczegół. Mało waz˙ne – odparł pogodnie Barton. – Oto kolejny powód, z˙ebyś pojechał z własnej woli – powiedziała Kate konspiracyjnym szeptem. – Twoi pracownicy pękną ze śmiechu, kiedy sani- tariusze będą cię nieść. Jason miał wściekłą minę, bo czuł, z˙e został zapędzony w kozi róg. Zerknął na Bartona, który uśmiechał się niezwykle tajemniczo, a potem na wpatrzoną w niego Kate. 18 – Wygrałaś – rzucił ponuro. – Pan się nie boi, szefie! Znieczulają przed zabiegiem! – krzyknął za nim Barton. – Juz˙ ja cię znieczulę po powrocie, jeśli nie zrobicie wszystkiego, co na dziś zaplanowałem – odciął się Jason. – Hej, Gabe! – zawołał do jasnowłosego olbrzyma, który osłonił dłonią ucho. – Zapamiętam to sobie. Gabe odpowiedział ukłonem, który kaz˙dego poirytowanego faceta doprowadziłby do furii. Oczy Jasona zabłysły. Zrobił krok w stronę zarządcy. – Młody i głupi. – Kate zastąpiła mu drogę. – Oni wszyscy są jeszcze mocno niedojrzali. Zmarszczył brwi i popatrzył na nią pociem- niałymi oczyma. – Tak samo jak ty, maleńka. – Racja, wapniaku. Chociaz˙ jak dobrze się zastanowić, to nie jesteś jeszcze taki stary. Powiem więcej, trzydziestka brzmi nawet nieźle. Przed tobą jeszcze kawał z˙ycia. – I kto to mówi! Dwudziestoletnia smarkula roztrząsa kwestie wieku. – Kpiąco uniósł brew. – Mam prawie dwadzieścia jeden – poprawiła, rzucając mu wymowne spojrzenie. – Tyle samo co Gene. – No właśnie. Gene... – Spojrzał na nią ponuro. – Tamci na pewno się nie wyrobią, jeśli zostaną sami. Gdybym dał radę zmusić Gene’a, z˙eby robił, co do niego nalez˙y, miałbym przyzwoity zysk. Cholera jasna, dlaczego nadal się wygłupia z tym malowaniem? Goni za mrzonkami, a ja za niego haruję. 19 – Gene nie jest małym chłopcem – przypo- mniała, gdy szli do wielkiego, czarnego forda bronco. – To dorosły męz˙czyzna, ma z˙onę... – Trafił swój na swego – przerwał opryskliwie Jason. – Cherry nie potrafi nawet zagotować wody na herbatę. Według niej z˙ycie małz˙eńskie polega na oglądaniu seriali i chodzeniu w papilotach. – Ma dopiero osiemnaście lat. – Próbowałem uświadomić szczeniakom, z˙e pospieszyli się z tym ślubem. Otworzył drzwi od strony pasaz˙era i zdrową ręką pomógł Kate wsiąść, bo podwozie było wy- sokie. Nim zdąz˙yła zaprotestować, wskoczył za kierownicę. Mimo kontuzji świetnie sobie radził. Z zaciekawieniem przyglądała się wnętrzu auta. Elektrycznie opuszczane szyby, nawigacja sate- litarna, stereofoniczne radio, odtwarzacz kaset i płyt kompaktowych, dwie skrzynie biegów, au- tomatyczna i ręczna. Z matką miała na spółkę starego forda, prosty model bez z˙adnych bajerów. W porównaniu z nim samochód Jasona to szczyt luksusu. Fotele w pokrowcach z drogiej tkaniny były niezwykle wygodne. – W tym stanie nie powinieneś prowadzić – oznajmiła stanowczo. – Nikt mnie nie będzie wozić, chyba z˙e na cmentarz – odciął się natychmiast. Gdy ruszyli, chciał sięgnąć po papierosa, ale zranioną ręką nie zdołał utrzymać kierownicy. – Cholera jasna! – Wydawało mi się, z˙e rzuciłeś – mruknęła Kate. – Owszem – przytaknął, uśmiechając się niepe- 20 wnie. – Wytrzymałem tydzień. W ubiegłym mie- siącu tez˙ rzucałem. Co trzy tygodnie próbuję ze wszystkich sił. Komu innemu na pewno by się do tego nie przyznał, pomyślała Kate. Wciąz˙ nie mogła zro- zumieć, jak to się stało, z˙e ją jedną dopuścił do takiej poufałości. Najwyraźniej uznał, z˙e nie stano- wi dla niego zagroz˙enia. Z kaz˙dym rokiem ogar- niała ją z tego powodu coraz większa irytacja, bo nie raczył nawet zauwaz˙yć, z˙e stała się kobietą. Tak, lecz parę lat temu Jason znienawidził kobiety, a stało się to przez tę przybłędę ze Wscho- du. Przyjechała w odwiedziny do sąsiada, a Jason zakochał się w niej do szaleństwa. Kupił pierś- cionek i zamierzał się oświadczyć, ale ślicznotka nagle oznajmiła, z˙e jedzie do Hollywood, z˙eby grać w filmie i robić karierę. Próbował jej to wyperswadować, ale go nie słuchała. Ze śmiechem odparła, z˙e facetów takich jak on moz˙e mieć na pęczki, a kontrakt z wytwórnią filmową to praw- dziwa gratka. Inaczej mówiąc: spadaj, głupku. Jason trzy dni pił na umór, co przeszło do miejs- cowej legendy, poniewaz˙ do tej pory był zde- klarowanym abstynentem. Niechęć do alkoholu pozostała mu z dzieciństwa, bo J.B. Donavan po pijanemu stawał się agresywny i znęcał się nad synami. Frank Whittman był zarządcą w posiadłości Donavanów oraz ich najbliz˙szym sąsiadem, co stwarzało okazję do częstych kontaktów, ale w tamtych latach Kate rzadko miała do czynienia z Jasonem, poniewaz˙ dzieliła ich spora róz˙nica 21 wieku. Lepiej znała Gene’a, z którym chodziła do szkoły i często pomagała mu w angielskim. Kiedy zwierzył się jej z gehenny, jaką wraz z bratem przez˙ywał z powodu ojca, zrozumiała niedomó- wienia związane z domem Donavanów, a takz˙e ogarnęło ją współczucie, co dało zupełnie nie- zwykłe owoce. Otóz˙ pewnego popołudnia, tuz˙ po rozstaniu z niedoszłą narzeczoną, pijany jak bela Jason wyszedł ze swego gabinetu, klnąc przy tym pas- kudnie. Na jego widok ogarnęło ją zdumienie, kiedy bowiem go spotykała, zawsze był trzeźwy i opanowany. – Aha, nasza mała korepetytorka – wybuchnął urągliwym śmiechem i popatrzył na Kate z taką pogardą, z˙e wystraszony i zakłopotany Gene bez- skutecznie próbował go wepchnąć do gabinetu. – Nie wierzę, z˙e podczas tych milutkich spotkań uczysz mego brata tylko angielskiego. Co mu jeszcze tłumaczysz? – Daj spokój, Jay – mitygował Gene, o pół głowy niz˙szy i znacznie słabszy od ubranego w dz˙insy, nieogolonego brata. – Przestań czepiać się Kate. – Z˙adna kobieta nie będzie mi się plątać po domu! Nawet twoja! – wybuchnął Jason. Czarne oczy lśniły groźnie, a pociągła twarz przypominała kamienną maskę. Kate nie dała się zwieść ani zastraszyć. Widzia- ła zbolałego człowieka. Miała wyjątkowy dar em- patii wobec cierpiących. Złość, wybuchowy tem- perament, nawet pijaństwo, były to jedynie pozory. 22 Czy Gene nie rozumie, z˙e Jason ma złamane serce i odczuwa straszliwy ból? Zdawało jej się, z˙e patrzy na ranne zwierzę, które boi się, z˙e zostanie dobite. Nie zwaz˙ając na ukradkowe znaki Gene’a, który chciał, z˙eby zniknęła jak najprędzej, podeszła do Jasona i wzięła go za rękę. – Cicho bądź. Uspokój się – powiedziała łagod- nie, jakby mówiła do niesfornego kotka. – Jesteś zmęczony. Musisz się połoz˙yć. Gene pobladł, był bowiem pewien, z˙e brat ją uderzy. Niespodziewanie rysy Jasona złagodniały. Oszołomiony alkoholem pokornie jak baranek po- szedł za Kate do swego gabinetu. – Gene, poproś Sheilę, niech zaparzy duz˙o kawy, dobrze? – poleciła, ruchem głowy dając znak, z˙eby się zmył. – Pewnie. Juz˙ idę. Popędził do kuchni, a Kate zamknęła drzwi gabinetu i zachęciła Jasona, z˙eby wyciągnął się na kanapie. Z jej pomocą ułoz˙ył się wygodnie. Sie- działa obok i smukłymi palcami głaskała jego potarganą czuprynę. Przemknęło jej przez myśl, z˙e na swój sposób jest bardzo urodziwy, chociaz˙ to surowe piękno. Miał regularne rysy, wyrazisty podbródek uparciucha, pięknie wykrojone usta. – Wiem, co czujesz. Zaledwie parę miesięcy minęło od śmierci taty – mówiła cicho i łagodnie. – Świata za nim nie widziałam. Tylko jemu zalez˙a- ło, z˙ebym była sobą. Nie chciał, z˙ebym wyszła za mąz˙ dla pieniędzy albo prestiz˙u. Kochał mnie taką, jaką jestem. – Jason słuchał uwaz˙nie. – Po jego 23 śmierci myślałam, z˙e ból nie skończy się nigdy, ale z wolna, dzień po dniu, jakoś doszłam do równo- wagi. I ty w końcu się otrząśniesz. Pewnego dnia nie będziesz w stanie przypomnieć sobie, jak ona wyglądała. Jason chwycił dłoń gładzącą delikatnie jego wilgotne brwi. – Ile masz lat? – spytał nagle. – Osiemnaście – powiedziała z uśmiechem. – Bardzo mądra z ciebie osiemnastka, maleńka – odparł trochę bełkotliwie, lecz nadal mierzył ją badawczym spojrzeniem. – A gdybym z rozpaczy zapił się na śmierć? Co ci do tego? – Po śmierci taty bardzo pomogłeś mamie i mnie. Troszczysz się o nas – wyjaśniła przyjaz- nym tonem. – Myślałam więc o tobie. Wydaje mi się, z˙e nikt nie zdaje sobie sprawy, jak bardzo czujesz się oszukany... – Nieprawda! – przerwał oschle. – Z˙adnej cholernej babie nie pozwolę się nad sobą past- wić. Z˙adnej! – Naturalnie. – Ścisnęła mocno jego dłoń. – Je- steś tylko przepracowany, zaharowujesz się na śmierć. Potrzebujesz trochę czasu, z˙eby uporząd- kować swoje z˙ycie. Co powiesz na krótki wyjazd? Tydzień, moz˙e dwa? Gene mówi, z˙e w ogóle nie odpoczywasz. Na wakacjach zaokrąglą ci się po- liczki, bo z nudów zaczniesz jeść trzy razy dzien- nie. Poznasz nowych ludzi, a to prawdziwa atrak- cja dla twojego zgryźliwego umysłu. Będziesz katalogować ich wady i... – Zamknij dziób, smarkulo, albo kaz˙ę cię wy- 24 rzucić za drzwi – przerwał z z˙artobliwym błyskiem w oku. – Wiesz co? Odwaz˙na jesteś. – Marzę, by zostać treserką tygrysów... A po- waz˙nie mówiąc, ktoś musiał cię powstrzymać, bo stałeś się groźny nie tylko dla otoczenia, ale równiez˙ dla samego siebie. No i padło na mnie, niebogę, bom najmniejsza, najmłodsza i nie wiem, co ryzykuję. Nie sądzisz, z˙e przydałby ci się talerz pysznej zupki i ohydna aspirynka? Jason wybuchnął śmiechem, i w tym momencie Gene i Sheila weszli do gabinetu. Najpierw osłu- pieli, a potem nie kryli rozbawienia. Tak się zaczęła osobliwa, pełna dziwnego uroku zaz˙yłość. Odtąd Kate zajmowała się Jasonem, ilekroć za- chorował, był ranny albo wszczął bójkę. Odstawił alkohol, ale prześladowały go wypadki i kontuzje, a wtedy nieodmiennie wzywano Kate. Jason od- wdzięczał się za jej pełną dowcipnych uszczyp- liwości troskę w sposób dość zaskakujący, a nie- kiedy nawet kłopotliwy. Kate została obdarzona nieco grubiańską, ale szczerą braterską serdecznością, przez co znalazła się pod stałym nadzorem. Jason samowolnie wziął na siebie rozmaite obowiązki, co wcale nie było jej w smak. Zmusił Kate i jej matkę do przyjęcia pieniędzy na wykup gruntów, które dawniej dzier- z˙awił Frank Whittman, i sam zadbał o wszystkie formalności. Załatwił Mary Whittman pracę w miejscowych zakładach odziez˙owych. Kontro- lował randki Kate i sprawdzał nielicznych wiel- bicieli, by się upewnić, z˙e nie naduz˙yją jej za- ufania. Bywała na niego wściekła, ale wszystko 25 obracała w z˙art, bo miał przeciez˙ dobre intencje i w ten sposób okazywał, z˙e mu na niej zalez˙y. Gdy zaczęła się nim interesować jako męz˙czyz- ną, zwiększył dystans, wyczuwając subtelną zmia- nę w jej nastawieniu. Kate ze stanu swoich uczuć, jak i z odmienionych zachowań Jasona zdała sobie sprawę zaledwie przed miesiącem, ale po przeana- lizowaniu ich wzajemnych stosunków doszła do wniosku, z˙e wszystko to zaczęło się gdzieś przed rokiem. Wtedy właśnie Jason przestał za nią pode- jmować decyzje, poza jednym wyjątkiem. Posta- wił stanowcze weto, gdy wybierała się do Atlanty, by studiować projektowanie mody. Tłumaczył, z˙e jest potrzebna matce, a Atlanta lez˙y zbyt daleko. Są przeciez˙ studia zaoczne. Obiecał, z˙e takie znajdzie, i mimo jej protestów dotrzymał słowa. Kate uczyła się wieczorami i niedługo miała wreszcie uzyskać dyplom. Pracowała w dziale spodni zakładów odziez˙o- wych, gdzie wszywała podszewki. Jej matka była szwaczką w dziale koszul. Kate lubiła swoje zaję- cie, wiązało się bowiem z szyciem ubrań. Na razie jednak nie było popytu na rzeczy z podszewką, więc kierowniczka wysłała ją na urlop, z˙eby nie siedziała bezczynnie. – Chyba powinnaś być w pracy – mruknął po chwili Jason. – Nie ma dla mnie zajęcia. Mama robi popraw- ki w partii koszul przysłanej z filii w Ameryce Środkowej. Otworzyli ją w ubiegłym roku. – Naprawdę odpowiada ci ta praca? – Jason zerknął na nią z ukosa. 26 – Interesuje mnie wszystko, co się łączy z prze- mysłem odziez˙owym. – Domyślam się, z˙e nadal chcesz postawić na swoim i zostać projektantką mody – dodał kpiąco. – Dlaczego miałabym rezygnować? Trzeba mieć wielkie marzenia i plany. – Spojrzała na Jasona. – Ty mierzysz wysoko. – Bo mam większe moz˙liwości niz˙ inni. – Skrzywił się, kręcąc kierownicą. – Cholera, ale boli! – Daj mi prowadzić. – Nie rób ze mnie inwalidy. – Jesteś uparty jak muł. – Ciągle mi to powtarzasz. Poprawił się w fotelu, a Kate poczuła woń skóry i tytoniu, która zawsze go otaczała. Nie zdjął kapelusza. Dopiero teraz spostrzegła, jak bardzo jest zniszczony i wyblakły. – Czemu nie kupisz sobie nowego stetsona? – Tez˙ pomysł! Po tylu latach nareszcie się do mnie dopasował – zaprotestował ze świętym obu- rzeniem. – Trzeba lat, z˙eby kapelusz przybrał właściwy kształt. – Nosiłeś go juz˙ wtedy, jak byłam w pod- stawówce. – No właśnie. Dopiero teraz stał się w miarę wygodny. Gdy wielkie auto przejez˙dz˙ało przez stary, drew- niany most, Kate spojrzała na wąską strugę wody płynącą szerokim korytem. Wkrótce spadną desz- cze i niewinne potoczki zmienią się w rwące, głębokie i niebezpieczne rzeki, bo na płaskim 27 terenie porośniętym głównie trawą woda nie ma się gdzie zatrzymać i spływa do naturalnych za- głębień. – Musimy pogadać. Mam nadzieję, z˙e nie za- chęcasz Gabe’a, co? – powiedział nagle Jason. Kate az˙ podskoczyła i utkwiła jasne oczy w jego ponurej twarzy. – Proszę? Nie odrywał wzroku od ciągnącej się po hory- zont prostej drogi do San Frio. – Nie podoba mi się sposób, w jaki ostatnio na ciebie patrzy – oznajmił, rzucając jej dziwnie zaborcze spojrzenie. – Jedno ci powiem: to błąd, z˙e dziś przyjechał do ciebie pod nieobecność twojej matki. Kate nie miała pojęcia, jak zareagować na te insynuacje. Wielce zakłopotana, starała się wy- czuć, dlaczego Jason nagle stał się taki draz˙liwy, poirytowany i... zazdrosny. Serce biło jej jak oszalałe. – Nawet nie wysiadł z cięz˙arówki! – Gabe lubi dziewczyny, a ty ostatnio wyład- niałaś – powiedział, nie patrząc na nią, bo nie chciał, z˙eby wyczytała z jego oczu niepokój spo- wodowany zalotami Gabe’a. – Przestań go kokie- tować. To dobry pracownik, więc chciałbym, z˙eby u mnie został, ale jeśli na serio zacznie się do ciebie przystawiać, z miejsca go zatłukę. Kate osłupiała. Niezdolna wykrztusić słowa, wpatrywała się w Jasona jak urzeczona. To nie były czcze pogróz˙ki. Zamiast leniwej teksańskiej wymowy słyszała twardy, władczy ton. 28 Po minucie odzyskała głos i zdrowy rozsądek. – Chyba zauwaz˙yłeś, z˙e przyjechałam konno. – I co z tego? – Zmarszczył brwi. – Wolałam nie wsiadać z nim do auta – tłuma- czyła z wymuszonym uśmiechem. – Ubzdurał sobie, z˙e jest mną zainteresowany, ale mu przej- dzie. W ubiegłym miesiącu jego wybranką była Betsy Weeks. Typowy lekkoduch. Najchętniej przeskakiwałby z kwiatka na kwiatek, ale nie stanowi zagroz˙enia. – Rozumiem. – Jason zerknął na nią z ukosa. – Nawiasem mówiąc, sama potrafię radzić so- bie z facetami, którzy się do mnie przystawiają. – Aha, chyba juz˙ kiedyś mi to mówiłaś – odparł z lekkim rozbawieniem. – Pamiętasz, kiedy to było? Nie podobał się jej ten uśmieszek. Oczywiście, z˙e pamiętała. Jak mogłaby zapomnieć? Przed rand- ką zapewniała matkę, z˙e chłopak, z którym się umówiła, jest w porządku, a potem musiała jak niepyszna w środku nocy dzwonić z ulicznego aparatu, błagając, z˙eby po nią przyjechała. Zamiast Mary Whittman pojawił się Jason Donavan i bez słowa odwiózł Kate do domu. Niefortunny a- dorator przez kilka dni chodził z podbitym okiem, a potem zaciągnął się do marynarki. Ta afera miała fatalny wpływ na z˙ycie towarzyskie Kate. Miejscowi chłopcy dobrze znali Jasona i gdy rzecz się rozniosła, trzymali się na dystans, a Kate z konieczności wszystkie wieczory spędzała w do- mu. Między nią i Jasonem nic nie było, lecz z jego zachowania wnioskowano, z˙e jest inaczej. 29 Zastanawiała się, czy Jason zdaje sobie sprawę, jakie skutki pociągają za sobą jego dyktatorskie zapędy i co o tym myślą ludzie. A moz˙e wcale o to nie dbał? Tak, był despotyczny, ale to przyjaźń, a nie... Mniejsza z tym. Zerknęła na niego trochę za- kłopotana. – Posłuchamy muzyki? – spytała nadąsana. – Jasne, skarbie. Jak rozumiem, koniec dys- kusji. Wybierz stację. ROZDZIAŁ DRUGI Doktor Harris był niskim, korpulentnym okular- nikiem. Znał Jasona Donavana jak zły szeląg, więc na jego widok uśmiechnął się z rezygnacją, załoz˙ył piętnaście szwów, dał zastrzyk przeciwko tęz˙cowi i wysłał pacjenta do domu. Za jego plecami wy- mienił z Kate porozumiewawcze spojrzenie. – Widzisz, jakie to proste – powiedziała, gdy zatrzymali się obok forda bronco. – Kilka szwów i po krzyku. Moz˙esz wracać do pracy. Jason nie odpowiedział. Z niezmąconym spoko- jem otworzył przed nią drzwi auta, usiadł za kierownicą i zapalił papierosa. San Frio, niewielkie, ospałe teksańskie miasto, mogło się pochwalić pocztą, warzywniakiem, przychodnią lekarską, apteką, lokalnym tygodni- kiem, skromnymi zakładami odziez˙owymi, salo- nem ze sprzętem domowym oraz duz˙ym i znako- micie prosperującym sklepem spoz˙ywczym. Kate podejrzewała, z˙e mieszkańcy San Frio zostawiają tam znacznie mniej pieniędzy niz˙ Donavanowie oraz ich pracownicy, jako z˙e Jason zatrudniał 31 weterynarza, kowala, mechanika, paru księgo- wych, informatyka oraz duz˙ą ekipę zajmującą się wyłącznie zwierzętami. Wzdłuz˙ mocno podniszczonych chodników ro- sły wielkie dęby. Opuszczonych budynków było mniej więcej tyle samo co zamieszkanych. W knajp- kach od pół wieku chłodziły gości te same wen- tylatory zamontowane pod sufitami. Był tez˙ słup ogłoszeniowy, na którym od lat dziewięćdziesią- tych dziewiętnastego stulecia Straz˙nicy Teksasu niezmiennie przyczepiali komunikaty. – Nic się tu nie zmienia – powiedziała z uśmie- chem Kate, obserwując dwu staruszków siedzą- cych przed warzywniakiem na wyplatanych krzes- łach i grających w warcaby. – Jeśli San Frio przetrwa, za sto lat będzie wyglądać tak samo. – I bardzo dobrze – odparł Jason. – Wściekł- bym się, gdyby upodobniło się do wielkiego miasta jak San Antonio. – Co masz przeciwko San Antonio? – Nic, naprawdę nic. Po prostu San Frio bar- dziej mi się podoba. Tu nie ma tłoku. Zapnij pasy. – To przeciez˙ niedaleko. Zaledwie... Umilkła, bo połoz˙ył ramię na oparciu fotela i spojrzał na nią karcącym wzrokiem, lekko wydy- mając wargi. Po jego minie poznała, z˙e jeśli nie spełni polecenia, będą tu stać do zmroku. Wy- trzymała minutę i w końcu sięgnęła po pas. – Tyran i szantaz˙ysta – mruknęła. – Ludzie boją się ciebie niczym dzikiego satrapy. Zauwaz˙y- łeś, jak patrzył na ciebie stary Davis? Rozbawiony Jason spojrzał w stronę warzyw- 32 niaka i uniósł rękę, pozdrawiając staruszka, który odpowiedział identycznym gestem. – Mój dziadek się z nim przyjaźnił – ciągnęła Kate. – Opowiadał, z˙e Davis był w młodości okropnym rozrabiaką. A teraz siedzi na słońcu i gra w warcaby. – Fajnie, z˙e doz˙ył takiego wieku i moz˙e sobie pouz˙ywać z˙ycia. – Dziadek na stare lata najchętniej plótł lassa z końskiego włosia. Twierdził, z˙e są fantastyczne, choć szorstkie w dotyku. – Najlepsze liny robi się z tworzyw sztucznych – odparł rzeczowo Jason. Uruchomił silnik i wrzu- cił wsteczny bieg. – Moz˙e i tak – mruknęła z roztargnieniem Kate, przyglądając mu się uwaz˙nie. Po namyśle uznała, z˙e cechuje go naturalna elegancja. Nie był przy- stojny jak gwiazdor filmowy, ale gdyby zamiast roboczego stroju włoz˙ył garnitur mieszczucha, śmiało mógłby współzawodniczyć z najzamoz˙- niejszymi biznesmenami. Przyłapał ją, jak się na niego gapiła, uniósł brew łobuzerskie spojrzenie spod ronda i rzucił wysłuz˙onego kapelusza. jej – Jesteś zadowolona, z˙e mnie zszyli na okrętkę? – No pewnie. Usadowiła się wygodnie. Wkrótce zostawili za sobą San Frio, więc Jason jak zwykle przyspieszył, choć na wybojach auto trzęsło niemiłosiernie. – Tyle zachodu z powodu takiego drobiazgu. – Ładny mi drobiazg. Dzięki temu rana porząd- nie się zagoi. 33 – Zagoiłaby się i bez twojej interwencji. Nie mam pojęcia, dlaczego wszyscy sądzą, z˙e zaraz umrę, jeśli nie sprowadzą cię na ranczo, ilekroć się skaleczę – mruknął. – Bo dla ciebie kaz˙da rana z wyjątkiem am- putacji to zwykłe skaleczenie. Nie rób z siebie takiego twardziela. Kaz˙dy człowiek ma prawo do chwili słabości. To ludzkie. – Wszystko, co ludzkie, jest mi doskonale ob- ce, dziecinko – zripostował. – Zapytaj moich pracowników w czasie spędu. Kaz˙dy ci powie, z˙e jestem androidem. – Uśmiechnął się i zmienił temat. – Jak twoje studia? – W porządku, wkrótce zrobię dyplom. – Wes- tchnęła. – Nadal uwaz˙am, z˙e na dziennych więcej bym się nauczyła. Przez ciebie nigdy się nie wyrwę z tej naszej prowincji. – Atlanta jest za daleko – tłumaczył z nie- zmąconym spokojem. – Poza tym u nas masz przestrzeń. W Georgii nabawiłabyś się klaustrofo- bii. Za duz˙o budynków i drzew. – Lubię drzewa. Poza tym chciałabym poznać nowych ludzi. – Matka będzie za tobą tęskniła – odparł, pę- dząc opustoszałą drogą. – Wcale nie jest samo- dzielna, choć tak się jej wydaje. Wymaga opieki. – Ja tez˙, przynajmniej twoim zdaniem – odpar- ła uszczypliwie Kate. – Jason, mam tego dość. Przestań traktować mnie jak małe dziecko. Jestem juz˙ dorosła. – A szkoda, bo była z ciebie wyjątkowo mądra dziewczyna. – Nagle spowaz˙niał. – Myślę, z˙e nie 34 zdawałaś sobie sprawy, jak niebezpieczny jestem po pijanemu. – I dobrze, bo pewnie zabrakłoby mi odwagi. – Uśmiechnęła się. – Ktoś musiał się na to zdobyć. Gene był zbyt przeraz˙ony, z˙eby ci pomóc, Sheila niestety tez˙. – Az˙ za dobrze pamiętali pijackie ekscesy oj- ca... – Jason pogardliwie wykrzywił usta. – Bił na oślep. Im bardziej się spił, tym mocniej obrywali- śmy. Ja rzadko piję. – Był wyraźnie zakłopotany. – Zawsze się bałem, z˙e skończę jak on, z˙e kogoś skrzywdzę. Kto wie, co by się stało, gdybym się nie opamiętał dzięki tobie. – Bez obaw. Aniołkiem trudno cię nazwać, ale dobrze z˙yczysz ludziom, a juz˙ z całą pewnością nie jesteś okrutny. – On tez˙ nie był, póki nie zaczął pić – odparł z westchnieniem Jason. – Jesteś szczęściarą, ko- chanie, bo twojego ojca nie ciągnęło do butelki. – Masz rację. I szczęście nadal mi dopisuje. Zastanawiała się, czy Jason wie, co się mówi o jego ojcu. Wszyscy twierdzili, z˙e przed laty okrutnie pobił swoją z˙onę. Pewnie zdarzenie to zatarłoby się w niepamięci, gdyby następnego dnia Nell Donavan nie znikła bez śladu, zostawiając synów na łasce wiecznie pijanego ojca. Zapewne Jason nie wiedział, z˙e Sheila jej o tym wspomniała. Mimo łączącej ich przyjaźni rzadko opowiadał o swoim dzieciństwie. Nieliczne wzmianki o tam- tych czasach Kate uwaz˙ała za dowód prawdziwej zaz˙yłości, poniewaz˙ był wyjątkowo skryty. – Prawdę mówiąc, nigdy się nie bałam, z˙e mnie 35 uderzysz. Nawet wtedy, gdy byłeś pijany. Tamtej nocy równiez˙. – Przejrzałaś mnie wtedy na wylot – odparł z uśmiechem. – Wściekałem się, musiałem wy- glądać jak pijany zbir, ale ty wiedziałaś, z˙e cierpię. Większość ludzi nie potrafi zrozumieć, dlaczego tak się ciskam. Dla nich to jedynie objawy złego humoru. Ty jesteś inna. – Bóg raczy wiedzieć, dlaczego cię polubiłam – odparła pogodnie. – Kiedy ta blond piękność cię sponiewierała, okazało się, z˙e nie masz bratniej duszy. Cóz˙ było robić? – Zabawnie wzruszyła ramionami. – Padło na mnie. – Dała mi niezłą nauczkę – mruknął Jason. – Nigdy o tym nie zapomnę. Cóz˙, byłem zakocha- ny. Ale wreszcie dałem sobie z tym radę. – Nie, nie dałeś, bo pozwalasz, by jedno fatalne doświadczenie decydowało o twoim z˙yciu. Nie wszystkie kobiety są takie interesowne. – Skąd ta pewność? – spytał z goryczą. – Co ty wiesz o tych sprawach? Dotąd kochałaś się wyłącznie w piosenkarzach i aktorach filmo- wych, a na randki chodziłaś z jakimiś chłopacz- kami. Z˙aden z nich nie był prawdziwym męz˙- czyzną. Załoz˙ę się, z˙e nadal jesteś niewinną panienką, co? Kate zacisnęła wargi i ze złością pomyślała, z˙e choć z˙yje w dwudziestym pierwszym wieku, nie potrafi swobodnie dyskutować o tych sprawach. A przeciez˙ we wszystkich kolorowych miesięcz- nikach napisane jest czarno na białym, z˙e trzeba się wyzbyć niepotrzebnych zahamowań. Najwyraź- 36 niej pozostała zacofaną prowincjuszką. Moz˙e to i lepiej? A moz˙e wcale nie? Kto wie? Jednak złość przewaz˙yła nad zaz˙enowaniem, bowiem Jason tym razem naprawdę przesadził. – Nie z własnej woli – warknęła. – Kiedy tylko umawiam się z jakimś fajnym chłopakiem, który to i owo juz˙ wie, ty i mama pilnujecie mnie jak cerbery. – Oskarz˙ycielsko skierowała palec na Jasona. – A raczej umawiałam się, bo od kiedy Baxter Hewett w obawie o własne z˙ycie wstąpił do marynarki, wszyscy tutejsi faceci uznali, z˙e coś do mnie masz, i pomni losu nieszczęsnego kolegi nie zamierzają wchodzić ci w drogę. Dlatego wszyst- kie wieczory spędzam w domu! – Nie wiedziałem – mruknął mocno skonfun- dowany. – A powinieneś! Naprawdę nie rozumiesz, jak to wygląda, kiedy tłuczesz chłopaków, którzy zamierzają mnie uwieść? – Nie chcę, z˙eby cię uwodzili – odparł bez zastanowienia. – Szczególnie jeśli chodzi o takich czarusiów jak Hewett. – Własnym uszom nie wierzę. A co ci do tego, z kim... to zrobię?! – Dobre pytanie. – Skręcił w zakurzoną boczną drogę. – Ale susza... – Aha, temat stał się niewygodny, więc mnie zbywasz. Zawsze tak robisz. – Przyznaj, z˙e to dobry sposób na unikanie awantur. Skoro jednak tak ci na tym zalez˙y, po- słuchaj, co myślę. Wiem, z˙e na świecie panuje coraz większa swoboda obyczajów, ale wcale mi 37
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Do dwóch razy sztuka
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: