Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00943 013531 11050791 na godz. na dobę w sumie
Do widzenia - ebook/pdf R
Do widzenia - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 156
Wydawca: Aleksander Sowa Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-272-3839-9 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> inne
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Krótkie i długie. O kobietach, mężczyznach, śmierci, przyjaźni. Każde inne. O miłości, pasji, walce i przeznaczeniu. Historie, które wszystko dzieli ale łączy koniec.

Co się stało w kawiarni pod szkołą filmową? Dlaczego pewien ojciec wspominając szkołę, nie powiedział całej prawdy? Jak to możliwe, że serce może bić po śmierci? Co się stało zanim pilot samolotu Ił-62 Tadeusz Kościuszko 9. Maja 1987 roku nadał komunikat radiowy 'Do widzenia! Cześć! Giniemy!'.

Czy to prawda, że samobójcy pozostają po śmierci z żywymi? I dlaczego bywa, że wysoko nad ziemią czasem milczy radio...

Do widzenia
Czwarty dzień grudnia
Jej ostatnie samobójstwo
Jak słychać?
Tak jest kapitanie!
Syndrom złamanych serc
Ochroniarz
Pół godziny Tadeusza Kościuszki
Pierwszy krok w niebo

Zbiór zawiera nagrodzone pierwszym miejscem w ogólnopolskim konkursie literackim Mój Belfer opowiadanie pt. Tak jest, kapitanie!.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Recenzje na blogach:

czyje.blogspot.com Podwójne życie Aleksandry: "Do widzenia" Aleksander Sowa

Darmowy fragment publikacji:

do widzenia Do widzenia Czwarty dzień grudnia Jej ostatnie samobójstwo Jak słychać? Tak jest, kapitanie! Syndrom złamanych serc Ochroniarz Pół godziny Tadeusza Kościuszki Pierwszy krok w niebo 2 © Copyright by Aleksander Sowa 2013 Okładka: Aleksander Sowa Zdjęcie na okładce: Aleksander Sowa Redakcja i korekta: Łukasz Mackiewicz – eKorekta24.pl ISBN: 978-83-272-3839-9 -- Aleksander Sowa|Self-Publishing www.wydawca.net Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione. Opole, grudzień 2013 r. 3 Do widzenia Zdarzyło się to, kiedy nie miałem pojęcia, co robić z życiem. W jednej z tych studenckich, ciasnych i dusz- nych kawiarń gdzieś nieopodal Krakowskiej Szkoły Filmowej. Był maj, powietrze pachniało uroczo, słońce za oknem przyjemnie paliło w oczy. Włóczy- łem się po mieście zakochany Baczyńskim, Szymbor- ską i Gajcym. Zastanawiałem się wtedy, ja, głupi żół- todziób, dlaczego to Ferdydurke jest szkolną lekturą, a nie Pornografia. Wszedłem tam ugasić pragnienie. Zmrużywszy powieki, oddałem się w nastrój błogi, senny, lecz pozornie niewzruszony. Ten spokój lokalu mego chwilę później zburzyła ona. – Poproszę kawę – rzuciła w kierunku barmana, wchodząc. – Cholerka, pomyliłam godzinę – dodając, błysnęła uroczym uśmiechem. – Egzamin? – Z filmu – odparła, trzymając pomiętą kartę pa- pieru. Włosy spięte w mysi ogonek. Biała koszulka, gra- natowy sweterek, czarna spódniczka do kolan. Wraz z jej wtargnięciem w nasz lokal wlał się przedziwny stan niepokoju. Niewytłumaczalne oczekiwanie na nie wia- domo co, które ma nadejść z nie wiadomo skąd. Ale bez wątpliwości, że przyjdzie. – Rozumiem – barman odparł uprzejmie. – Ile musi pani czekać? – Kwadrans. 4 – A, to akurat na kawę. Po chwili, gdy filiżanka była już pełna, a barman dodał ciepłe „powodzenia”, skierowała się ku nam. Zaznaczyć bowiem muszę naprędce, że oprócz mnie był jeszcze pewien jegomość. Siedział w kącie salki tego absurdalnego lokalu, a oprócz trzech i pół metra dzieliła nas przepaść bezmiaru nieszczęścia. W bezruchu, niczym gad jakiś, obserwowałem ją od początku. Nasze spojrzenia spotkały się wreszcie. Lecz cóż to, znad Gombrowiczowskiej mej barykady nie dość, że nie mogłem dostrzec koloru jej ocząt, to zaraz się też okazało, iż może to dobrze. Oczy nieznanego koloru przeniosła bowiem na biedaka przy drugim stoliku i chyżo ruszyła ku niemu. To mnie zastanowiło. Czym wtedy się kierowała, nie wiem. Może, wybierając, uznała, że czytam? Nie chciała przerywać? Dlatego wybór padł na nieszczę- śnika w kącie? Następne jej słowa miały jednak zdra- dzić powód tej decyzji, pozornie pozbawionej logiki. – Przepraszam – zagaiła. – Poćwiczy pan ze mną? Z pewnością miał po czterdziestce i wyglądał jak łach. Albo jak cielę. Nie żebym poczuł się urażony jej karkołomnym wyborem, ale tak miały się fakty. Uza- sadnione zresztą okolicznościami, o czym później. Dość wspomnieć, że łach siedział sam, przegrany, ze spuszczoną głową, w niewoli czarnych myśli, jakby drzemiąc, i nie wyglądał na szczególnie inteligentnego. – Poćwiczy? – spytał bezmyślnie. 5 W tym powtórzeniu brak było interpunkcji, czego- kolwiek z emocji, chociażby pytajnika, tak zdawał się pochłonięty myślami i wyobcowany. Przysiągłbym, że tak właśnie wygląda człowiek tuż przed samobójczym skokiem z wieżowca, mostu czy skały. – No – mała przytaknęła natychmiast – dialog. Tekst mam. Do egzaminu. – Do egzaminu? – Uhm. Za piętnaście minut. Najlepsi zagrają w filmie. Wyświadczyłby mi pan… – chwilę się waha – wyświadczyłbyś mi przysługę? – Przysługę? – Chciałabym ostatni raz powtórzyć ten dialog. – Dialog? – Tylko raz. Proszę – mała naciska uroczo. Na to mężczyzna odwraca wolno głowę w kierunku toalety, jakby chciał uciec, lecz nie spuszcza wzroku z dziewczyny. W tym ślamazarnym ruchu jest jakiś przymus, niezrozumiała konieczność. – Raz? – Tak. – W porządku. I tym mnie zdziwił, zaskoczył i zaciekawił. Wyglą- dał przecież tak samo jak każdy z nas, chłopców, męż- czyzn w tej przeklętej chwili. Żałośnie i podle. Próba tekstu wydaje się w takich okolicznościach nawet już nie na miejscu, lecz najzupełniej niedorzeczna. Niczym mrożone pomyje pite przez rurkę jak kolorowy drink z parasolką. A jednak zgodził się, co miało w sobie jesz- 6 cze więcej z groteski. Gombrowicz w sam raz, Witkacy na do widzenia. – Zaczyna się tutaj. – Dziewczyna wskazuje palcem tekst cielakowi. – „Artur, to koniec!” – mówi. – A pan… ty czytasz następną linijkę. Okej? – Okej. – To super. Zaczynajmy. Artur, to koniec! – Nie rozumiem. – Ja jestem Julia, a ty jesteś Artur – wyjaśnia nie- szczęśnikowi jak krowie na rowie. – Czytasz kwestię Artura, a ja Julii. I masz powiedzieć – zerka do tekstu – a właśnie, ale heca – uśmiecha się znów – masz po- wiedzieć „nie rozumiem”. – Aha – odpowiada cielak. – Artur, to koniec! – Nie rozumiem. – A do czego sprowadza się nasze życie? – akto- reczka czyta. – Do czego? Po jego słowach dziewczyna przerywa i chwilę pa- trzy w twarz cielakowi. Jego odpowiedź jest jeszcze bardziej bezmyślna. Dziewczę, widać, zapomniało tek- stu i pewnie żałuje wyboru idioty na sparingpartnera do dialogu. Sytuacja z absurdu zmienia się w nie- śmieszną komedię. – Czekaj, czekaj – prosi łacha po chwili – nie pod- powiadaj. – Mmm… – mrucząc pod nosem, widać stara się przypomnieć kwestię. – Do niczego. – Niczego? Nie rozumiem – mówi cielak. 7 Zapada cisza. Słychać tykanie zegara i przecinające ciepłe powietrze łopaty wentylatora pod sufitem. Dziewczyna nagle uświadamia sobie, co wła- śnie się stało. jedynie – A tak, tak, masz rację. To jest powtarzane kilka razy – mówi. Cielak widocznie, spoglądając na kartkę, zapamiętał tekst. Nie był trudny wprawdzie, lecz gość sprawiał pozory muła. – Ja już cię nie kocham – dziewczyna natychmiast dodaje. – Myślałam o tym od dawna, teraz jestem już pewna. Odchodzę. Nie patrz tak na mnie – trajkocze – nie bądź na mnie zły. Przykro mi – dodaje po krótkiej pauzie. Uśmiecha się zadowolona. Już prawie pamięta. Mężczyźnie jednak nie jest do śmiechu. Jego twarz nie zmienia się ani na chwilę. Muł zdaje się nawet nie mrugać oczami. Milczy. Nic dziwnego. Ta próba, lub coś raczej na jej kształt, próba próby, powiedziałbym, nie ma w sobie odrobiny aktorstwa. Dziewoja ledwie nauczyła się tekstu. Nawet nie recytować, a co dopiero grać – myślę. – Wstaję i idę do toalety – aktoreczka, zerkając w tekst, wyjaśnia ciąg dalszy – a kiedy wrócę, mam ci powiedzieć: „Cóż, idę. Dasz mi buziaka?”. – Nie, spadaj – łach odpowiada natychmiast zgod- nie z dialogiem Artura. – No! I to koniec! 8 Następuje chwila milczenia. Aktoreczka się cieszy. Ten patrzy tępo w dziewczynę. Wpatruje się w nią ra- czej jak katatonik. – Niezadowolony, co? – Niezbyt. – Zacznijmy od nowa. Artur, to koniec! – mówi. – A do czego sprowadza się nasze życie? – powtarza, pomijając kwestię mężczyzny. – Ja już cię nie kocham. Myślałam o tym od dawna, teraz jestem już pewna. Odchodzę. Nie patrz tak na mnie – terkocze niczym karabin maszynowy – nie bądź na mnie zły. Przykro mi. Cóż, idę. Dasz mi buziaka? – Nie, spadaj. Dziewczyna kiwa głową w uznaniu jeszcze bardziej zadowolona. Mężczyzna odzywa się własnymi sło- wami: – Znasz tekst. – Dziękuję. Ale brak w nim emocji. Spróbujemy raz jeszcze? – Jeszcze raz? – Tak, proszę. Ostatni. – Ostatni. – Tak. – Dobrze. – Artur, to koniec! – zaczyna, a w jej słowach wreszcie słyszę wypowiedź kobiety odchodzącej od męża albo kochanka. – A do czego sprowadza się na- sze życie? – Z tego zdania przebija jednak sztuczność niczym aspartam zamiast cukru w gazowanych napo- 9 jach. – Ja już cię nie kocham – mówi, lecz teraz jest znów beznadziejnie. – Myślałam o tym od dawna… – Uśmiechnij się. – Co? – Uśmiechnij się – cielak powtarza. – Mam się uśmiechnąć? – Tak. – Ale ona go zostawia, no, tego Artura – wyjaśnia takiej chwili mam imbecylowi. – W cierpliwie uśmiechnąć? – Tak. Siedzi w bezruchu niczym szaleniec jakiś, idiota bezsprzeczny, chory na ławce w parku przed szpitalem dla nerwowo i psychicznie chorych. Potwierdza skinię- ciem głowy. Studentka patrzy z niedowierzaniem na obiekt swojego dziwacznego wyboru. Zastanawiam się, czy teraz żałuje. Trudno opisać jej twarz w tamtej chwili, bo słowo „zaskoczona” zbyt płytko oddaje jej wyraz. Lecz mimo to, ku mej konsternacji, po chwili uśmiecha się, jak obłąkany jej radzi, i zaczyna po raz kolejny: – Artur, to koniec. – Nie rozumiem. – A do czego sprowadza się nasze życie? – Uśmie- cha się dalej. – Do czego? – Do niczego. – Niczego? 10 Dziewczyna skupia wysiłek, by zagrać twarzą, jak jej poradził. I bardzo dobrze. Świetnie jej to teraz wycho- dzi – bestialsko wydaję werdykt. Tym razem w dialogu dostrzegam prawdziwą iskrę. To zaczyna wyglądać realnie – myślę. Tymczasem ona dalej gra wprost fan- tastycznie. – Nie rozumiem. I wtedy. Tamta chwila, kiedy TO właśnie się stało. Powietrze w kawiarni, ruch na ulicach i nawet obroty łopat wentylatora przy lampach zdały się na chwilę ustać. Wpatrzona w jego spojrzenie opętanego twardo utkwione w jej wzroku. Dokładnie wtedy uśmiech spływa z twarzy dziewczyny. Mężczyzna dalej, w tej samej pozie, z niezmiennym wyrazem oblicza wpatruje się w studentkę, z tą jednak różnicą, że… – Ja już cię nie kocham – odpowiada wolno, zupeł- nie inaczej. – Odchodzę – dodaje, zmyliwszy tekst, ale nic to, tym przypadkowym sposobem nadaje swej grze cech niebywałej, wprost fantastycznej wirtuozerii, mógłbym pomyśleć, gdyby nie to, czego świadom by- łem od samego początku. Naraz w jej oczach błyskają łzy jak dwa sztylety. I staje się dla mnie jasne, że budzi się gdzieś głęboko skryta w niej dziewczynka. Że oto ten prosty dialog, to durne: „Artur, to koniec” przypomniało jej coś, co nie jest filmem, ale pewnie ciernistym wspomnieniem. A twarz jej mówi, krzyczy wprost do mnie, że wcale nie zapomnianym. 11 – Myślałam o tym od dawna. – Widzę, że słowa z trudem przychodzą jej przez łzy. – Teraz, teraz jestem już pewna – łka we wciąż niewzruszoną twarz szaj- busa. – Nie patrz tak na mnie! – przerywa nagle, pod- nosząc głos. Słowa dziewczynie zasychają w gardle. Przełyka ślinę. Po chwili dodaje szeptem: – Nie bądź na mnie zły. Lecz zdanie to drży jak most, po którym toczy się opasłe cielsko lokomotywy. Dalej jest tylko rozpacz. I dopada mnie nagle straszna, acz niedorzeczna wątpliwość, że oto może to nie być prawdziwy dialog. Że to tylko świetna gra aktoreczki. A facet gra dobrze, bo jego rolą jest milczeć. To prosta rola przecież. W sam raz dla idioty. Że łzy, pociągnięcia nosem i te jej spojrzenia są udawane. Ale nie. Wiem, że jest inaczej. Zupełnie inaczej. – Przykro mi – kończy scenę. – Cóż, idę. Zawstydzona wyciera łzy i spogląda na mężczyznę. – Muszę lecieć – śmieje się przez płacz. Mężczyzna tymczasem wygląda tak samo jak przed kilkoma minutami. Nie ma w nim ani cienia zaskocze- nia. Nic się nie zmienia. Brak choćby odrobiny szoku. Wciąż tak samo jest niewzruszony. Szok jednak do- pada mnie i barmana. Teraz dopiero dostrzegam, że nie tylko ja TO obserwowałem. Uświadamiam sobie, że dla chłopaka za barem również i ja jestem jak ogniwo jakiegoś łańcucha, jak część tej osobliwej sceny, choć z moich ust nie pada ani jedno słowo. 12 Studentka wstaje, zdziwiona tym, co przeżyła. Uśmiecha się delikatnie, ale widać jest zawstydzona. Wychodzi w pospiechu, chyba w gruncie rzeczy zado- wolona. – Dziękuję – rzuca na pożegnanie. Jej kawa pozostaje nietknięta. Macha nam ręką nie- pewnie, obraca się i znika. Sekundę później zjawia się ktoś, o kim studentka nigdy ma się już nie dowiedzieć. Z łazienki wraca kat łacha. Od początku o niej wie- działem. Wiedzieliśmy wszyscy z wyjątkiem aktoreczki. Słyszeliśmy rozmowę baby z cielakiem, ja zza tarczy mej Pornografii, barman skryty szańcem bufetu. Tym- czasem tamta zbliża się pewnym krokiem do niecieka- wego, spogląda z uśmiechem i wzdycha głęboko. – Cóż, idę. Nie robi to jednak na nikim większego wrażenia, albo wrażenie jest tak duże, że nie potrafimy własnym zmysłom uwierzyć. – Artur, dasz buziaka? – Nie, spadaj. -- Inspirowane filmem On s’embrasse. Reżyseria: Pierre-Olivier Mornas. 13 Czwarty dzień grudnia Spoglądam w kalendarz. Sumienie mnie łaje. Powi- nienem usiąść do klawiatury i pisać. Dziś przecież 4 grudnia, niedziela, we wtorek będzie Mikołaj i zaraz święta. Poza tym dziś mam cholerny deadline. Muszę napisać opowiadanie na konkurs. Nigdy nie lubiłem opowiadań, a tym bardziej konkursów. Do tego temat ma być świąteczny. Znaczy się co – myślę? O karpiach, choince albo kolejny raz wyświetlonym, starym jak arka Noego filmie Kevin sam w domu w Polsatowskim szambie, między reklamami podpasek i zapewnieniami, co jest najlepsze dla mężczyzny? Sam wiem, co dla mnie najlepsze. Nikt nie musi mi tego mówić. Dziś, Święty Mikołaju, chciałbym dostać natchnienie – drwię z siebie, siadając w ulubionym fo- telu zamiast przy biurku. I nie znoszę grudnia i świąt. Cholerna niemoc twórcza. Lenistwo, znaczy się – myślę, spoglądając na czerwoną datę. Czasem pewnie każdy pisarz ma tak jak ja teraz. Pisać. Jak to prosto, słodko i pozytywnie brzmi! Pięcioliterowy czasownik, dwie tylko sylaby. Cholerne narzędzie tortur. Przeklęte uczucie. Dziś nie dam rady – usprawiedliwiam własne „ja”. Wolę się napić. Konkretnie soku z wódką. I to wyłącznie polską. Jest za czyje zdrowie wypić i przy tym okazja na bycie patriotą. Sącząc drinka, przymy- kam powieki. Połączyłem słodki smak lat młodości z gorzkim smakiem wspomnień. 14 Sen przychodzi podstępem. Przynosi bezczelnie re- alną projekcję. Znów mam 20 lat, jeszcze nie palę 20 papierosów dziennie. Siedzę w tym samym fotelu i wiem, że „zapomnieć” to duże słowo, ale proszę wła- śnie o nie… – Tatusiu, na co patrzysz? – Słyszę głos córki. – Na zawody. Mistrzostwa świata w lekkiej atletyce. Jej spojrzenie wędruje na ekran telewizora. Marsz- czy brwi i uważnie patrzy. Chwilę skupia się na sylwet- kach sportowców. – Ja nie lubię atletyki – odpowiada po chwili. – Lekkiej atletyki. – No właśnie. Zresztą nieważne, nie lubię i już. – Dlaczego? – Jest głupia. Sport też. Kiedy biegamy, zawsze przegrywam – odpowiada, wskazując postaci sportow- ców. – Na pewno zawsze? Dziecko zastanawia się chwilę. Widzę w jej rysach cząstkę siebie jak na zdjęciu z dziecinnych lat. We wło- sach dostrzegam chłopaka, jakim byłem, a w zbyt ob- szernych ruchach nieporadność z pierwszych lat pod- stawówki. Tymczasem Magda przechyla główkę z za- interesowaniem. – Masz rację – rezolutnie odpowiada. – Czasem udaje się wygrać. Ale wtedy to też jest głupie. – Dlaczego? – Dlaczego i dlaczego! Przecież to jasne jak słońce – odpowiada, wzruszając ramionkami. – Kiedy prze- 15
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Do widzenia
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: