Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00405 005621 13095056 na godz. na dobę w sumie
Dobrana para - ebook/pdf
Dobrana para - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 236
Wydawca: Harlequin Polska Język publikacji: polski
ISBN: 9788323875642 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> romans
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Czy z dwojga samotników może być dobrana para? Ich bliscy mają nadzieję, że tak. Bardzo by chcieli, żeby Kevin po latach poświęconych wychowywaniu młodszego rodzeństwa wreszcie ułożył sobie życie. Pragnęliby również, by June, zdeklarowana przeciwniczka małżeństwa, zmieniła w tej sprawie zdanie. Okazji do bliższego poznania się nie brakuje...

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Czy z dwojga samotników mo(cid:359)e być dobrana para? Ich bliscy maj(cid:263) nadziej(cid:277), (cid:359)e tak. Bardzo by chcieli, (cid:359)eby Kevin po latach po(cid:331)wi(cid:277)conych wychowywaniu młodszego rodze(cid:312)stwa wreszcie uło(cid:359)ył sobie (cid:359)ycie. Pragn(cid:277)liby równie(cid:359), by June, zdeklarowana przeciwniczka mał(cid:359)e(cid:312)stwa, zmieniła w tej sprawie zdanie. Okazji do bli(cid:359)szego poznania si(cid:277) nie brakuje... 7 7 5 8 7 3 S K E D N I T A V 0 M Y T W Ł Z 9 9 8 A N E C 7 0 / 2 0 2 R N , 02-OR.indd 1 02-OR.indd 1 12/15/06 2:46:34 PM 12/15/06 2:46:34 PM Dobrana para Marie Ferrarella dla ka(cid:380)dej kobiety, ka(cid:380)dego dnia(cid:8230) Wi(cid:281)cej informacji znajdziesz na www.harlequin.com.pl Marie Ferrarella Dobrana para Tłumaczyła Anna Sosnowska Harlequin. Każda chwila może być niezwykła. Czekamy na listy Nasz adres: Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa 12, skrytka pocztowa 21 Marie Ferrarella Dobrana para Toronto • Nowy Jork • Londyn Amsterdam • Ateny • Budapeszt • Hamburg Madryt • Mediolan • Paryż Sydney • Sztokholm • Tokio • Warszawa Tytuł oryginału: he Bride Wore Blue Jeans Pierwsze wydanie: Silhouette Books, 2003 Redaktor serii: Barbara Syczewska-Olszewska Opracowanie redakcyjne: Katarzyna Leżeńska Korekta: Ewa Długosz-Jurkowska © 2003 by Marie Rydzynski-Ferrarella © for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 2007 Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie. Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V. Wszystkie postacie w tej książce są ikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych czy umarłych – jest całkowicie przypadkowe. Znak irmowy Wydawnictwa Harlequin i znak serii Harlequin Orchidea są zastrzeżone. Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa, ul. Rakowiecka 4 Skład i łamanie: Studio Q, Warszawa Printed in Spain by Litograia Roses, Barcelona ISBN 978-83-238-2875-4 Indeks 378577 ORCHIDEA – 132 Rozdział 1 Pora spojrzeć prawdzie w oczy. Kevin Quintano westchnął ciężko i odstawił na miejsce oprawioną w ramki rodzinną fotograię. Powróciły wspo- mnienia. Niemal słyszał śmiech, który im towarzyszył, kie- dy robili to zdjęcie. Tego dnia Jimmy odbierał dyplom ukoń- czenia akademii medycznej. Byli jeszcze wtedy w komplecie: Alison, Lily, Jimmy i on. Tęsknił za nimi. Brakowało mu ich głosów, a nawet nieustających sprze- czek, którymi młodsze rodzeństwo nieraz doprowadzało go do szału. Oddałby wiele, by móc mieć ich znowu przy sobie. Bez nich nic nie było już takie samo. Przychodziły dni, kiedy cisza panująca w gwarnym nie- gdyś domu stawała się nie do zniesienia. Najgorsze jednak było poczucie osamotnienia. Można by sądzić, że w wieku trzydziestu siedmiu lat, kiedy po raz pierwszy w życiu nadarza się ku temu okazja, wrzuci wreszcie na luz. Zwłaszcza że miał w tej chwili tyle pieniędzy, by móc bez przeszkód korzystać z wszelkich do- brodziejstw świata.  Marie Ferrarella Problem w tym – myślał Kevin, wlokąc się do kuchni, by zrobić sobie lunch, na który nie miał najmniejszej ochoty – że wcale mu na tym nie zależało. Wino, kobiety i śpiew? To nie dla niego. Jedyne, czego pragnął, to jak najwięcej zajęć. Uwielbiał życie, które nie pozostawiało mu chwili na spo- kojny oddech. Wlepił wzrok w opróżnioną niemal do cna lodówkę. No tak. Znów zapomniał zrobić zakupy. Dotychczas wyręczała go w tym Lily. Sam był zazwyczaj zbyt zajęty, by zaprzątać sobie głowę takimi drobiazgami. Tak wyglądało jego życie, odkąd skończył siedemnaście lat i z dnia na dzień został matką i ojcem dla dwóch sióstr i brata. Tylko dzięki twórczym przeróbkom, jakim poddał swój akt urodzenia, udało mu się zostać oicjalnym opieku- nem trójki osieroconego rodzeństwa. I na co mu przyszło po dwudziestu latach? Pozbawiony własnego potomstwa, bez kochającej go kobiety u boku, ma ostry syndrom pustego gniazda. Z pewnością jest ciężkim przypadkiem, bo jak inaczej wy- tłumaczyć decyzję o sprzedaży interesu? Nathan i Joey, prze- konywali go, że taka zmiana zdecydowanie poprawi mu na- strój i wyrwie z chwilowego otępienia. W przypływie słabości uległ ich namowom i pozbył się swojej irmy taksówkowej. Fir- my, która niejednokrotnie pomogła jego rodzinie przetrwać ciężki kryzys. Tylko dzięki niej mieli co włożyć do garnka. To ona pozwoliła Kevinowi zaciągnąć kredyt na studia medyczne Jimmy’ego. Nie chciał, by brat rozpoczynał życie zawodowe od spłacania państwu kolosalnego długu, przejął więc jego wszel- kie zobowiązania inansowe. Nic dziwnego, że w dniu rozdania dyplomów rozpierała go duma i radość. Dobrana para  Nieco później przedsiębiorstwo taksówkowe pomogło zdo- być wykształcenie najmłodszej z rodzeństwa, Alison. Została pielęgniarką. Kiedy rodzina odkryła niebywały talent kulinar- ny Lily, dochody z irmy Kevina po raz kolejny okazały się nie- zastąpione. Wkrótce Lily zostanie właścicielką swojej pierwszej restauracji. A co on z tego wszystkiego ma? Nic. Lata zaciągania i spłacania pożyczek i pusty dom. Troje najważniejszych lu- dzi w jego życiu po prostu odeszło. Zostawili go, po kolei wynosząc się do jakiejś zabitej dechami dziury na Alasce. Do Hadesu. Trudno o bardziej stosowną nazwę. Niech to diabli! Pierwsza wyjechała z domu Alison. Musiała odbyć staż w małej, oddalonej od cywilizacji mieścinie. Tak się złożyło, że Hades potrzebował w tym czasie pielęgniarki. Dziewczy- na zdobyła jednak w Hadesie nie tylko uprawnienia zawo- dowe, ale i nowe miejsce na ziemi oraz Jean Luca, mężczy- znę swego życia. Pewnego dnia Jimmy pojechał odwiedzić siostrę i przepadł na wieki. Stracił nie tylko głowę, ale i serce. Bardziej niż sielski krajobraz pokochał April Yearling, wnuczkę kierowniczki lo- kalnej poczty. Tak się złożyło, że w okolicy brakowało lekarza. Tym sposobem Jimmy odnalazł swoje prawdziwe powołanie. Lily zawędrowała do Hadesu, by leczyć złamane serce. Mroźna Alaska wydawała jej się jedynym miejscem, w któ- rym mogłaby ochłonąć po zerwanych zaręczynach. Zamie- rzała spędzić tam tylko dwa tygodnie. Przez jakiś czas Kevin łudził się, że dla niej sprawa z Alaską okaże się tylko przygodą. Lily była spontaniczna i raczej zmien- na w nastrojach. Obawiając się zranienia, zazwyczaj ostrożnie  Marie Ferrarella lokowała uczucia. Tymczasem tam, na końcu świata zaangażo- wała się na serio. Kiedy z nią ostatnio rozmawiał, przebąkiwa- ła coś o fatalnym jedzeniu w Hadesie i o upatrzonym miejscu na restaurację. Nauczony doświadczeniem, Kevin natychmiast rozpoznał symptomy. Podobnie jak wcześniej Alison i Jimmy, Lily zamierzała osiąść na Alasce na stałe. Od wyjazdu młodszej siostry Kevin nie potraił znaleźć so- bie miejsca. Zapewne dlatego był taki podatny na sugestie Na- thana i Joey’a. Właściwie wystawił irmę na sprzedaż tylko po to, by zorientować się, ile jest warta. Wcale nie chciał się jej po- zbywać. Niespodziewanie pojawiła się jednak wyjątkowo ko- rzystna oferta. Gdyby ją odrzucił, koledzy zwątpiliby w jego władze umysłowe i wysłali go do psychiatry. W ten oto sposób został kandydatem na obiboka, który w żaden sposób nie umie nim być. Od rana przeglądał rubrykę ogłoszeń w lokalnej gazecie. Miał nadzieję odkupić od kogoś interes i zająć się wreszcie czymś innym niż przysparzanie dochodów elektrowni miej- skiej. Pompował w nich niezłą kasę, na okrągło włączając światła w całym domu. – Wiesz, chłopie, czego ci trzeba? – powiedział mu Nathan parę dni temu. – Fajnej kobitki. Ot co. Od razu zapomniał- byś o zgryzotach. Według Nathana fajne kobitki były dobre na wszystko, łącznie z globalnym ociepleniem i inwazją kosmitów. Kevin podchodził to tej kwestii nieco bardziej sceptycznie. Nie wy- obrażał sobie, by lirt z przypadkową ładną buzią miał oka- zać się lekiem na jego problemy. Zresztą sam pomysł nie na- pawał go szczególnym entuzjazmem. U kobiet cenił przede wszystkim wielkie serce, osobowość Dobrana para  i cierpliwość. Kłopot w tym, że wszystkie znajome, które spełniały te kryteria, od dawna żyły w szczęśliwych związ- kach. Zamyślił się, usiłując sobie przypomnieć, kiedy właściwie ostatni raz był na randce z prawdziwego zdarzenia. Nic nie przychodziło mu do głowy. Gdy rozległ się dzwonek telefonu, chwycił słuchawkę, jak- by losy świata zależały od tego, jak szybko odbierze. – Słucham. – Kev? Oczy rozbłysły mu niczym lampki na choince, kiedy roz- poznał głos siostry. Od razu poczuł się lepiej. – Cześć, Lily. Jak się masz? Ostatkiem sił zmusił się, by nie zadać pytania, które upor- czywie cisnęło mu się na usta. Odkąd wyjechała, powtarzał je w myślach jak mantrę: „Kiedy wracasz?”. Nie było sensu pytać. Kevin znał już odpowiedź. Dobrze wiedział, że trudno będzie odwieść siostrę od raz podjętej decyzji. – Świetnie. Czuję się świetnie, Kev. Właściwie to nawet le- piej niż świetnie. Po prostu wspaniale. Radość w głosie dziewczyny mówiła sama za siebie. Lily była zadowolona i szczęśliwa. Z pewnością nie przybiegnie do niego szukać pocieszenia. Koniec marzeń o powrocie sio- stry do domu! – Wychodzisz za mąż, zgadłem? – spytał wyłącznie dla formalności. Na chwilę w słuchawce zapadła głucha cisza. – Rany, niezły jesteś. Skąd wiedziałeś? Kevin roześmiał się mimo woli. – Odbyłem już kiedyś podobną rozmowę. Nawet dwa ra- 10 Marie Ferrarella zy – przypomniał na wszelki wypadek. – Najpierw zadzwo- niła Alison i poinformowała mnie o swoim ślubie z Lukiem. Potem Jimmy oznajmił przez telefon, że przyjmuje posadę lekarza w Hadesie. Zupełnie mimochodem napomknął też coś o rychłej żeniaczce. Skoro Jimmy, wieczny chłopiec i zatwardziały kawaler, oszalał na punkcie uroczej mieszkanki Hadesu, strzała Amo- ra mogła równie dobrze dosięgnąć i Lily. Kevin od dawna przeczuwał, że coś jest na rzeczy. Zwłaszcza po tym, jak sio- stra zadzwoniła do niego tylko po to, by przez pół godziny wyśpiewywać hymny pochwalne na cześć tamtejszego szery- fa, Maksa Yearlinga. Dziwnym zbiegiem okoliczności facet okazał się bratem April, szczęśliwej żony Jimmy’ego. Choć Kevin cieszył się szczęściem Lily, jego serce krwa- wiło. Starał się jednak, by jego głos brzmiał możliwie naj- radośniej. – Rozumiem, że to szeryf jest facetem, który cię uszczę- śliwił? – Nawet nie wiesz, jak bardzo. – Kevin nie przypominał sobie, by kiedykolwiek wcześniej słyszał w głosie siostry tyle satysfakcji. – Nie uwierzyłbyś, gdybym ci opowiedziała, co razem… – Błagam, Lily, tylko bez szczegółów – bronił się Kevin z wymuszonym uśmiechem. – Spokojna głowa. Jeszcze by ci uszy zwiędły – zachicho- tała dziewczyna. – Chciałabym, żebyś przyjechał na ślub. To jeszcze trzy tygodnie, ale poczułabym się lepiej, gdybyś był na miejscu. Max mógłby oicjalnie poprosić cię o moją rękę. Wiesz, wszystko musi być jak należy. Już miał jej przypomnieć, że jak dotąd żaden mężczyzna Dobrana para 11 nawet nie próbował udawać, iż potrzebna mu zgoda brata, by się z nią umawiać. Żaden też nie zagrzał miejsca w życiu Lily. Może dlatego, że od dawna była całkowicie niezależna. Właściwie od zawsze sama decydowała o sobie. – Będę naprawdę dumny, mogąc poprowadzić cię do oł- tarza. Słyszał, jak Lily z drugiej strony chrząka i przełyka ślinę. Nie znosiła rzewnych scen. – Wiem, że nie lubisz zostawiać irmy, ale może Joey albo Nathan mogliby cię zastąpić, kiedy… – To żaden problem – przerwał jej energicznie. – Sprze- dałem ją. Lily zamilkła z wrażenia. Wszystko stało się tak szybko, że nawet nie zdążył im o niczym powiedzieć. Żadne z ro- dzeństwa nie wiedziało nawet, że nosił się z zamiarem sprze- daży, a tym bardziej, że podpisał już dokumenty i Quintano Taxi przestało istnieć. – Lily, jesteś tam? – Tak, jestem. Chyba coś nie tak z połączeniem. Wydawa- ło mi się, że powiedziałeś… Nie chciał, żeby powtórzyła to na głos. Nie wiedzieć cze- mu wolał nie słyszeć komentarzy rodzeństwa na temat tego, co zrobił. Wydawało mu się, że trudniej będzie mu pogodzić się z faktami, jeśli dopuści którekolwiek z nich do głosu. – Nie przesłyszałaś się. – Ale dlaczego, Kevin? Ostatnia rzecz, na jaką miał w tej chwili ochotę, to ro- dzinna dyskusja o decyzji, którą podjął w stanie chwilowego zaćmienia. Najpierw musi dojść do siebie po rewelacjach Li- ly. Później będzie myślał o interesach. 12 Marie Ferrarella – Wydawało mi się, że to właściwa decyzja – powiedział i szybko zmienił temat. – Mówisz, że to już za trzy tygodnie, tak? Strasznie mało czasu. Musisz mieć mnóstwo spraw na głowie. – Owszem – westchnęła na myśl o tym, ile jeszcze zosta- ło do zrobienia. – Wyobrażam sobie – odrzekł Kevin. Już wiedział, co ze sobą zrobić. Miał zajęcie na co najmniej trzy nadchodzące tygodnie. – Przyda ci się pomoc. Przyjadę wcześniej. – Wcześniej? To znaczy kiedy? O ile go słuch nie mylił, w ciągu dwóch minut rozmowy udało mu się dwa razy zaskoczyć Lily. – Będę najszybciej jak się da. Nie mam teraz zbyt wiele do roboty – dodał i już szedł w stronę szaki, w której trzymał książkę telefoniczną. – Zarezerwuję lot i oddzwonię do cie- bie, dobrze? – Dobrze – wymamrotała Lily nieco spłoszona. – To na razie. Cześć. Oszołomiona Lily pozwoliła słuchawce wysunąć się z ręki i opaść na widełki. Odwróciła się powoli, stawiając czoło ro- dzinie, która w komplecie stawiła się w przychodni, by przy- słuchiwać się rozmowie. Oprócz Alison i Jimmy’ego, którym towarzyszyli współmałżonkowie, przyszli także June Yearling i Max. Choć formalnie nie należał jeszcze do rodziny, chciał być ze wszystkim na bieżąco. Brat i siostra przyglądali się Lily, wyraźnie rozczarowani, że sami nie zdążyli porozmawiać z Kevinem. Stojący najbliżej Jimmy zagapił się na telefon – jeden z nielicznych aparatów w mieście wyposażonych w klawia- Dobrana para 13 turę zamiast obrotowej tarczy – w końcu podniósł wzrok na siostrę. – Rozłączyłaś się – stwierdził z wyrzutem. – To on się rozłączył – sprostowała Lily, wpatrując się tępo w słuchawkę. Max podszedł do niej zaniepokojony. – Co jest, Lily? Wasz brat nie przyjeżdża? Potrząsnęła głową. Sprzedał irmę. To koniec. Wierzyć się nie chce. Prędzej by się spodziewała, że ktoś ukradnie Księżyc i wystawi go na aukcji, niż że jej brat zdecyduje się pozbyć swoich ukocha- nych taksówek. – Przyjeżdża, jak najbardziej – uspokoiła Maksa, zerkając na zebranych. – No to o co chodzi? – nie ustępował. – Kevin sprzedał irmę. – Że co, proszę? – Jimmy omal się nie przewrócił z wraże- nia. Siedem lat z rzędu jeździł w wakacje na jednej z taksó- wek. Poczuł się, jakby umarł mu ktoś z rodziny. – Sprzedał irmę – powtórzyła Lily, odwracając się, by spojrzeć na brata. Wciąż skołowana, wykonała nieokreślony gest w powietrzu. – Twierdzi, że to słuszna decyzja. Spoglądała to na siostrę, to na brata, w oczekiwaniu, że któreś z nich wyjaśni jej coś, o czym najwyraźniej nie wie- działa, i pomoże jej połapać się w sytuacji. June Yearling wzruszyła lekko ramionami, zastanawiając się, o co tyle szumu. Ludzie codziennie sprzedają i kupują irmy. Sama niedawno sprzedała swoją. Jako była właścicielka jedyne- go w promieniu stu pięćdziesięciu kilometrów warsztatu samo- chodowego mogła powiedzieć, że sprzedała go, bo w pewnym momencie wydało jej się to jedynie słuszną decyzją. 14 Marie Ferrarella – Pewnie rzeczywiście tak sądzi – zwróciła się do narze- czonej brata. – Może poczuł nagłą potrzebę, żeby coś zmie- nić w swoim życiu, i doszedł do wniosku, że sprzedaż irmy to jedyny sposób. Lily westchnęła. Takie zachowanie zupełnie nie pasowa- ło do Kevina. Nigdy wcześniej nie działał impulsywnie. Dla- czego z nimi tego nie przedyskutował? Spojrzała na Alison i Jimmy’ego. Wyglądali na równie zszokowanych jak ona. – Ale on miał tę irmę od zawsze – mruknęła wyjaśnia- jąco. June przypomniała sobie, co czuła, podjąwszy decyzję o sprzedaży warsztatu. – Zawsze to kawał czasu – zauważyła. – Może potrzebował odmiany. Może doszedł do wniosku, że ma za dużo na gło- wie i… – przygryzła wargę, uprzytomniwszy sobie, że właś- ciwie mówi o sobie, a nie o Kevinie. – To znaczy… przepra- szam, lepiej trzymajmy się faktów. Max roześmiał się, z rozbawieniem potrząsając głową. Ju- ne mogła sobie mieć twarz aniołka, ale z pewnością nie mia- ła anielskiego charakteru. – Gdybyś zawsze tak trzeźwo myślała – oznajmił – nie sprzedałabyś warsztatu Haley’owi i nie porwałabyś się na zarządzanie rodzinną farmą. Rodzinną farmą! Szumne określenie! June zmarszczyła brwi i spojrzała na swoje dłonie. – Znudziło mi się zmywanie smaru – odparła naburmuszo- na, patrząc z wyrzutem na brata, którego w skrytości serca ubó- stwiała. – Kobieta ma chyba prawo dbać o swoje dłonie? – A czy ja mówię, że nie? – bronił się Max z miną niewi- niątka. Dobrana para 15 Alison wyglądała na zatroskaną. – Myślisz, że Kevin cierpi na kryzys wieku średniego? – zwróciła się do Jimmy’ego. Domysły żony wyraźnie rozbawiły Luca, który od począt- ku bardzo polubił szwagra. – Chyba trochę na to za wcześnie. Ma dopiero trzydzieści siedem lat – zaprotestował z uśmiechem. June rzuciła mu szybkie spojrzenie. Może i była najmłod- sza z całego towarzystwa, niemniej kwestię wieku traktowała nadzwyczaj poważnie. – Jak dla mnie, to już początki wieku średniego. Chyba że wasz brat planuje dożyć setki. Jimmy uśmiechnął się. Przypomniał sobie obietnicę, jaką Alison wymogła na starszym bracie tuż po pogrzebie ojca. – Z tego co wiem, zamierza żyć wiecznie. – W takim razie macie rację. Trzydzieści siedem lat to sta- nowczo za wcześnie na początki starości– odrzekła June bez przekonania, po czym omiotła wzrokiem rodzeństwo Kevina i z charakterystyczną dla młodego wieku bezpośredniością po- stanowiła dolać oliwy do ognia. – Nie rozumiem, czemu się tak dziwicie. W końcu wszyscy spakowaliście manatki i zostawili- ście go samego. Zabrzmiało to niemal jak oskarżenie. Lily i Jimmy spoj- rzeli po sobie niepewnie. – Żadne z nas tego nie planowało – zaprotestowała Alison w imieniu całej trójki. June wzruszyła ramionami. Musiała wracać do pracy. Ro- bota sama się nie zrobi. Czekały na nią niewydojone krowy i rozklekotany traktor, który przeklinała, ilekroć próbowała zrobić z niego użytek. 1 Marie Ferrarella – Nie planowaliście, ale tak wyszło. Pewnie doszedł do wniosku, że najwyższa pora zacząć wszystko od nowa. – Dla niego to nie będzie zaczynanie od nowa – wtrącił Jimmy, przyglądając się June z namysłem. – Będzie musiał zacząć wszystko od zera, bo nigdy tak naprawdę nie miał własnego życia. Był tak pochłonięty nami, że nie starczało mu ani czasu, ani energii, żeby zająć się samym sobą. – No i zagadka rozwiązana – oznajmiła June triumfalnie. – Wasz brat dojrzał do tego, by zadbać wreszcie o siebie. – Ale to jakoś tak dziwnie pomyśleć, że nie ma już naszych taksówek, prawda, Jimmy? – poskarżyła się Alison, szukając potwierdzenia u brata. – Nawet bardzo – zgodził się Jimmy. June podeszła do drzwi i położyła rękę na klamce. – Kevin z pewnością czuje się równie dziwnie ze świado- mością, że mieszkacie na drugim końcu świata – rzuciła na odchodne. – Muszę wracać do pracy. Na razie. Max pokręcił głową i przytulił Lily w geście pocieszenia. Chciał, by znikło czające się w jej oczach poczucie winy. – Zawsze mówiłem, że June jest najpogodniejszą osobą w rodzinie – zażartował, próbując rozładować atmosferę. Jimmy spoglądał w zadumie na drzwi, które zamknęły się już za szwagierką. Ostatni raz Kevin przyjechał na Alaskę dwa lata temu na jego ślub z April. Zaledwie dwudziesto- letnia June wydawała się wtedy za młoda. Teraz to zupełnie co innego… – Myślę, że moglibyśmy to wykorzystać. Może udałoby się nam odwrócić uwagę Kevina od tego, co go gryzie. – Co wykorzystać? O czym ty mówisz? – gorączkowała się Lily, nie nadążając za bratem. Dobrana para 1 Alison w lot pojęła, o co mu chodzi. – Powiemy mu, że June potrzebuje pomocy. No wiecie, że trzeba ją podnieść na duchu i rozweselić – tłumaczyła, uśmiechając się do swoich myśli. – To genialny pomysł. Ke- vin jest w swoim żywiole, gdy trzeba kogoś pocieszyć. Fa- cet jest wprost stworzony do rozwiązywania cudzych prob- lemów. Na pewno połknie haczyk. Tak naprawdę to pewnie brakuje mu nie tyle nas, ile naszego bagażu zmartwień. – Nie przypominam sobie, żeby odziedziczył nas z jakim- kolwiek bagażem – parsknęła Lily urażona. Jimmy posłał starszej siostrze wymowne spojrzenie. – W twoim przypadku, moja droga siostro, to był cały składzik. – Odezwał się pogromca serc niewieścich, co to nigdy nie wypłakiwał się bratu w mankiet – odparowała z triumfal- nym uśmieszkiem. Max roześmiał się, zamykając przyszłą żonę w mocnym uścisku. – Powoli zaczynam rozumieć, jaką rolę pełni Kevin w tej rodzinie. Pilnuje, żebyście się nie pozabijali. Lily przestała udawać obrażoną i cmoknęła narzeczone- go w policzek. – Zawsze podejrzewałam, że ty i Kevin macie ze sobą coś wspólnego. Ty też pilnujesz porządku. Max doskonale znał się na ludziach. Jego intuicja okazała się bardzo przydatna w początkach znajomości z Lily, choć bywały chwile, gdy całkowicie wątpił w swą znajomość ludz- kich emocji. Tę dziewczynę niełatwo było rozgryźć. – Pilnuję porządku w mieście i dbam o bezpieczeństwo 1 Marie Ferrarella każdego obywatela z osobna, ale nawet do głowy by mi nie przyszło ciebie, kochanie. Jeszcze mi życie miłe. – Możemy być spokojni – obwieścił Jimmy z kamienną miną. – To będzie bardzo udane małżeństwo. Nauczony doświadczeniem, natychmiast uchylił się przed nadlatującą komórką siostry. Z pewnością sięgnąłaby celu, gdyby nie Max, który zawczasu, chwycił narzeczoną za rękę. – Jestem tego więcej niż pewien – poparł przyszłego szwa- gra. – Będziemy nad tym usilnie pracować. W oczach Lily zatańczyły wesołe ogniki, mimo że próbo- wała przybrać groźną minę. Rozdział 2 Kevin rozglądał się wśród pasażerów. Jego samolot wylą- dował w Anchorage jakieś piętnaście minut temu, ale czas wlókł się niemiłosiernie. Zdawało mu się, że tkwi na lotnisku znacznie dłużej niż kwadrans. Mniej więcej całą wieczność. Dopiero przyleciał, a już tęsknił za Seattle. Wydało mu się to dziwne, tym bardziej że jego rodzinne miasto nigdy nie należało do specjalnie urokliwych. Z drugiej strony jednak, Kevin nie lubił zmian i jak ognia unikał wielkich wyzwań, choć oczywiście za nic nie przyznałby się do tego otwarcie, nawet przed rodzeństwem. Zaczynał jako zwykły kierowca taksówki. Harował jak wół, brał nadgodziny i odkładał każdy grosz, by w końcu – podpierając się kredytem i pieniędzmi z funduszu powier- niczego, jaki zostawili mu rodzice – odkupić irmę przewo- zową, kiedy wystawiono ją na sprzedaż. Mieli wtedy tylko trzy samochody, inwestycja była więc ryzykowna. Kevin był jednak święcie przekonany, że to jedy- na szansa, by zapewnić godną przyszłość trójce rodzeństwa, które mogło przecież liczyć tylko na niego. A teraz? Robi- ło mu się przykro, kiedy o tym myślał. Nie było już nikogo, 20 Marie Ferrarella kto musiałby na nim polegać. Nie był potrzebny ani rodzi- nie, ani nawet swoim podwładnym, bo przecież nie miał już podwładnych. Nie czuł się dobrze z tą wolnością. Jeśli o niego chodziło, wolność wydawała się wartością znacznie przereklamowaną. Poirytowany, zerknął na zegarek. Lot z Seattle miał nie- wielkie opóźnienie. Prywatny samolot, który miał go za- brać z Anchorage do Hadesu, spóźniał się jeszcze bardziej. W każdym razie nigdzie w zasięgu wzroku nie było widać ani jego brata, ani żadnej z sióstr. Może coś się wydarzyło i nie mogą go odebrać? Może znów zasypało jakiegoś górnika w kopalni i całe miasto zaangażowa- ło się w akcję ratowniczą? Nie byłby to pierwszy raz. Nie chciało mu się pomieścić w głowie, że jego rodzeń- stwo upiera się, by mieszkać na tym odludziu. Przecież mo- gliby wszyscy wrócić do Seattle. Rozejrzał się za wypożyczalnią samochodów. Była koń- cówka lata. O tej porze roku śniegi nie zasypywały jeszcze szos. Droga do Hadesu powinna być przejezdna. W najgor- szym wypadku, jeśli nikt się po niego nie zjawi, wypożyczy wóz i dotrze do miasteczka na własną rękę. Potrzebna mu tylko jakaś mapa albo chociaż informacja, w którą stronę się kierować. Zawsze był dumny ze swojej orientacji w terenie. Miał nadzieję, że rekompensowało to choćby w niewiel- kim stopniu jego fatalną nieumiejętność nawiązywania, tu- dzież podtrzymywania kontaktów towarzyskich. Nie opa- nował też nigdy trudnej sztuki konwersacji. W rozmowach z ludźmi zawsze wolał słuchać niż mówić. Alison powiedzia- ła kiedyś, że wytwarzało to wokół niego aurę tajemniczości. On sam sądził, że jest po prostu nieśmiały. Dobrana para 21 – Kevin? Głos, który rozległ się tuż za jego plecami, wydał mu się ob- cy. Odwrócił się i obrzucił wzrokiem drobną sylwetkę. Dziew- czyna miała na sobie roboczą koszulę z podwiniętymi ręka- wami i wyjątkowo znoszone dżinsy, które wyglądały jakby odziedziczyła je po starszym bracie. Mogły też być dowodem na to, że właścicielce ubyło ostatnio sporo kilogramów. Jej nie- prawdopodobnie błękitne oczy sprawiły, że poczuł się bardziej samotny niż kiedykolwiek wcześniej. Włosy w kolorze słońca zaplotła w pojedynczy warkocz. Skromna fryzura nadawał jej opalonej twarzy niemal idealny kształt serca. Ależ tak! Nagle go olśniło. Kiedy widział ją po raz ostatni, była jeszcze dzieckiem. Miała zaledwie dwadzieścia lat. Od tego czasu jej rysy na- brały większej wyrazistości. Dwa lata uczyniły ją zdecydo- wanie dojrzalszą. Pozbawiona makijażu, raczej zaniedbana, i tak była naj- bardziej uroczą młodą dziewczyną, jaką kiedykolwiek w ży- ciu spotkał. – June? Jej uśmiech pojawił się i zgasł niczym błyskawica pod- czas letniej burzy. Kevin przypomniał sobie opowieści, jakie krążyły na jej temat. „Kiedy już June z kimś się zaprzyjaź- ni – zdradził mu swego czasu Jimmy – to jest to przyjaźń na śmierć i życie. Można na niej wtedy polegać bez zastrzeżeń. Z drugiej strony, wcale niełatwo się do niej zbliżyć. Jest bar- dzo ostrożna w kontaktach z ludźmi”. June uścisnęła mocno jego dłoń. Nawet nie zdążył się zo- rientować, że to on pierwszy wyciągnął rękę na powitanie. – Cześć. Kazali mi po ciebie przyjechać. Właściwie to ka- 22 Marie Ferrarella zali nam – poprawiła się, wskazując stojącą nieopodal blon- dynkę. Przyglądała mu się badawczo z przechyloną na bok głową. Nie była do końca pewna, czy Kevin pamięta jej koleżankę. Zastanawiała się, czy powinna dokonać ponownej prezen- tacji. Kevin nie miał jednak większych kłopotów z rozpozna- niem towarzyszki June. Sydney Kerrigan była żoną miejsco- wego lekarza. Tego samego, który przekonał Jimmy’ego do osiedlenia się na Alasce i który wcześniej ściągnął do Hade- su Alison. Shayne Kerrigan był więc poniekąd sprawcą całe- go zamieszania. Właściwie to nie do końca. Ostatecznie jego najmłodsza siostra pojechała na drugi koniec kraju za Lukiem, które- go poznała – żeby było śmieszniej – w jednej z taksówek Quintano Taxi. Znalazła przy nim swoje miejsce w świecie. Jeśli zaś chodzi o brata, czynnikiem decydującym okazała się April. Pozostając na Alasce, zarówno Alison, jak i Jim- my, kierowali się bardziej motywami uczuciowymi niż za- wodowymi. Wyglądało więc na to, że miłość rządzi światem. Szkoda tylko, że nie jego światem. Nie były mu dane porywy serca. Dawno temu dokonał wyboru. Postawiony przed ultimatum, nie zastanawiał się ani przez chwilę. Kobieta, która żądała, by zrezygnował dla niej z rodziny, zostawił dom i rodzeństwo, niewarta była zachodu. Nie było nad czym deliberować. Czasami po prostu do- kuczała mu samotność i tyle. Zwłaszcza ostatnio, po tym, jak z bólem serca uświadomił sobie, że najlepsze lata życia ma już za sobą.
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Dobrana para
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: