Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00380 005847 14492893 na godz. na dobę w sumie
Dodatkowe lata. Łatwe ćwiczenia na pełną sprawność ciała i umysłu w każdym wieku - ebook/epub
Dodatkowe lata. Łatwe ćwiczenia na pełną sprawność ciała i umysłu w każdym wieku - ebook/epub
Autor: , Liczba stron: 255
Wydawca: Vital Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-8168-007-3 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> poradniki >> zdrowie
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Czy życzenia „Sto lat” nie są zarazem przekleństwem?

Wraz z postępami medycznymi długość naszego życia nieustannie się zwiększa. Dlaczego zatem wiele osób w zaawansowanym wieku nie potrafi się cieszyć dodatkowym czasem, jaki otrzymały? Powodem są dolegliwości nierozerwalnie łączone z jesienią życia. Jak przekonuje ta książka, każdy z nas może ich uniknąć!

Stawy nie muszą skrzypieć ani strzykać!

Autorzy przetestowali prezentowane przez siebie porady na własnej skórze. Dzięki nim poznasz proste ćwiczenia do codziennego wykonywania. Będziesz mógł z nich skorzystać dosłownie wszędzie – w domu, pracy, jak i podczas podróży. Będziesz wykonywać energetyczne przysiady relaksacyjne określane mianem „Stretchingu totalnego” oraz pracować z powięziami. Przeprowadzisz medytację nerwu błędnego oraz doznasz głębokiego, regenerującego relaksu poprzez medytację.

 

Podaruj sobie dodatkowe lata życia w pełni zdrowia!

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:



Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej... Redakcja: Mariusz Warda Skład: Aleksandra Lipińska PRojekt okładki: Aleksandra Lipińska tłumaczenie: Sylwia Grodzicka iluStRacje: © Wolfgang Pfau and Francesco Iorio Wydanie I BIAŁYSTOK 2019 ISBN 978-83-8168-007-3 Tytuł oryginału: Bonusjahre: Durch Bewegung, Meditation und Elastizität in ein erfülltes und gesundes Leben Copyright © 2017 by Piper Verlag GmbH, München/Berlin © Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Vital, Białystok 2017 All rights reserved, including the right of reproduction in whole or in part in any form. Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być powielana ani rozpowszechniana za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych bez pisemnej zgody posiadaczy praw autorskich. Książka ta zawiera porady i informacje odnoszące się do opieki zdrowotnej. Nie powinny one jednak zastępować porady lekarza ani dietetyka. Jeśli podejrzewasz u siebie problemy zdrowotne lub wiesz o nich, powinieneś skonsultować się z lekarzem zanim rozpoczniesz jakikolwiek program poprawy zdrowia czy leczenia. Dołożono wszelkich starań, aby informacje zaprezentowane w tej książce były rzetelne i aktualne podczas daty jej publikacji. Wydawca i autor nie ponoszą żadnej odpowiedzialności za jakiekolwiek skutki dla zdrowia mogące wystąpić w wyniku stosowania zaprezentowanych w książce metod. 15-762 Białystok ul. Antoniuk Fabr. 55/24 85 662 92 67 – redakcja 85 654 78 06 – sekretariat 85 653 13 03 – dział handlowy – hurt 85 654 78 35 – www.vitalni24.pl – detal strona wydawnictwa: www.wydawnictwovital.pl Więcej informacji znajdziesz na portalu www.odzywianie24.pl PRINTED IN POLAND Spis treści Przedmowa ............................................................................. Frank Elstner 7 ROZDZIAŁ 1 Medytacja nerwu błędnego .................................................. 17 Pacjenci ze statku ● szpitala „Helgoland” podczas wojny w Wietnamie ● Odruch ratu- jący życie: Uciskanie oczu ● Włóczęga: Nerw błędny jest wszędzie ● Krok w krok: Układ współczulny oraz układ współczulny ● Służą nie tylko do myślenia: nerwy czaszkowe ● „Ładunek allostatyczny”: Gdy stres nie ma końca ● Medytacja: powrót do łona mat- ki ● Zasada Stradivariusa: Muzyka i medytacja ● Oskar z klasztoru ● Uderzyć we wła- ściwy ton: jak działa muzyka ● Medytacja dla oczu: one to mają nerwy ● Medytacja nerwu błędnego: najlepszy środek antystresowy ● I sen staje się prostszy ROZDZIAŁ 2 Elastyczność: energetyczny drogowskaz dla świata przyrody i człowieka ........................................................... 73 ● Życie w takcie: rytmiczny odmach ● Skutki grzechu zaniedbania: Dlaczego siedzenie wpędza nas w chorobę ● Tajemniczy Mr. I. ● Rytuał bociana ● Eleganckie wejście: „swi- ng Obamy” ● Buty na obcasie: Niedoceniane niebezpieczeństwo ● Powięzi: Chwilowa moda czy źródło uzdrowienia? ● Spław drewna w górach albo: Wnioski Viktora Schau- bergera Spirala życia ● Gdy brak nam odmachu: Bolesny zespół kompresji ● Praktyka: Pierwsza pomoc dla barku oraz górnej połowy ciała ● Przy zerwaniu ścięgna prostownika milkną bębny ● Nieco praktyki: Dynamiczne rozciąganie z odmachem: Ćwiczenia ● Pre- mia spełnionych lat dzięki elastyczności ● Nieco praktyki: Sprawdź swoją elastyczność ROZDZIAŁ 3 Energia czerpana z przysiadu w kucki ................................... 131 Prawidłowy przysiad w kucki, ● „Potęga kucania” przeciw bólom pleców ● „Rodeo pleców” jako rytuał antystresowy ● Kobieca przypadłość: Choroba zwyrodnienio- wa stawu kolanowego ● Kilka słów na temat prawidłowego wypróżniania: Przysiad w kucki a wizyta w toalecie ● Historia sedesu ● W jaki sposób pasta do zębów wychodzi z tubki? ● Przewlekłe zaparcia i ich skutki ● Gdy lekarz na ostrym dyżurze musi iść do toalety ● Przysiad w kucki a ciąża i poród ROZDZIAŁ 4 Jogging powięzi: Bieganie z turbonapędem efektu katapulty ..... 167 Strzał ostrzegawczy: O tym jak Frank Elstner zaczął biegać ● Na jedwabnych niciach: Wypadek Güntera Trauba ● Moderator jako pełnomocnik do spraw popularnego sportu ● Jogging to żadna frajda czyli: Biegają nie ci, co powinni ● Opadanie na pięty: odpalamy efekt katapulty ● Spiralny jogging ● Idealna sekwencja wykony- wanych ruchów ● W trybie turbo: Kilka wariantów dla zaawansowanych ● Skoki na skakance trenują powięzi ● Po programie obowiązkowym, czas na program dowol- ny: Ćwiczenia poprawiające wytrzymałość oraz koordynację ● Rowerek dla powięzi w domu ● Cudowna lekkość bytu: Skoki na trampolinie ● W rytmie: Taneczny jog- ging ● Na zakończenie: Daj upust radości ROZDZIAŁ 5 W formie dzięki dobrej wytrzymałości: Trenujemy serce i układ krążenia ..................................................................... 211 Życie z pulsometrem? ● Odpowiednia prędkość: „Trening martwej przestrzeni” ● W podróży z maską nurkową ● W wodzie: Wodny jogging z maską nurkową ● Ćwiczenia dla początkujących ● Co dzieje się, gdy nie robimy zupełnie nic? ● Serca z Framingham ● Spadek po Theodorze Roosevelcie ● Szybkie serce, wolne serce ● Co powinieneś wziąć sobie do serca ROZDZIAŁ 6 Do tego się przyzwyczaj: Siła rytuałów ...................................... 227 Reguła Hebba ● Rytuał, który do mnie pasuje ● Cały dzień bez stresu: Plan na 24 godziny ● Rytuał siły energii ● Rytuał wiszącego mostu ● Lepsze niż jakakolwiek dieta: Powolne przeżuwanie zamiast łapczywego połykania ● Rytuał płetwonogów ● Przyjemność nocnego spoczynku: Nerw błędny jako środek nasenny Posłowie ................................................................................. 243 Dodatek .................................................................................. 254 Podziękowanie O Autorach ............................................................................. 255 Przedmowa Moje biuro znajduje sie w samym centrum Baden-Baden w zabyt- kowym budynku, który wyróżnia się wysokimi sufitami. Jednak o ile takie typowe dla starego budownictwa wysokie sufity są bar- dzo ładne, powodują jednocześnie, że każdy, kto chce wejść do mojego znajdującego się na drugim piętrze biura, musi wcześniej pokonać wiele schodów. Nie, w budynku nie ma żadnej windy. Trzeba korzystać ze schodów. Wspomniana klatka schodowa dostarczyła mi wielu ciekawych obserwacji: gdy nadchodzą goście, mogę już z  góry przekonać się, jak mniej więcej będzie wyglądała zaplanowana rozmowa. Niektórzy koledzy są dynamiczni i w biegu pokonują dwa, trzy schodki naraz – ludzie ci wpadają do mojego pokoju, wymachu- ją mi przed nosem biznesplanami i rzucają wieloma pomysłami, a w myślach są już na następnym spotkaniu; najczęściej rozmowa z takimi ludźmi trwa krótko. Ale są też powolni, którzy tak czy owak przychodzą spóźnieni i mimo to wspinają się powoli, krok po kroku, do góry. Po drodze przyglądają się dokładnie każdemu schodkowi, a przy okazji podziwiają jeszcze ze spokojem wiszące na klatce schodowej obrazy. Od razu wiem, że wizyta tych ludzi trochę potrwa... Wreszcie są jeszcze ci niewytrenowani, czyli tacy, którzy na początku rozglądają się zagubieni po klatce schodowej w nadziei, że być może gdzieś znajduje się jednak jakaś winda. Rozczarowani podejmują wyzwanie ekspedycji na górę i  nie- 7 8 chętnie zaczynają wspinać się po schodach. Od czasu do czasu zatrzymują się zdyszani i rzucają badawcze spojrzenie ku górze: jak długo potrwa jeszcze ta cała tortura? Dla nich każdy scho- dek jest wyzwaniem, a każdemu kolejnemu krokowi towarzyszy nasilające się stopniowo dyszenie – od razu wiem, że również i ta rozmowa się przeciągnie. Mój rozmówca musi przecież najpierw uspokoić swój puls... Wyjątki jedynie potwierdzają tę regułę. Jednak pewien gość, który odwiedził mnie latem 2016 roku, wywarł na mnie silne wrażenie, ponieważ poruszał się po scho- dach wykonując jedyne w swoim rodzaju zwroty. Niekiedy mia- łem wrażenie, że pomylił krok, a co najmniej raz przestraszyłem się, że w ogromnej klatce schodowej może stracić najpierw rytm i orientację, a potem równowagę. Przyznaję, że na ten widok nie umiałem i nie chciałem ukryć uśmiechu. Jednocześnie ogarnął mnie jednak niepokój, ponieważ akurat z tym mężczyzną chcia- łem napisać książkę o sprawności fizycznej. „No tak, pomyślałem, będzie się działo”. Mężczyzna, który odwiedził mnie tamtego letniego dnia, był le- karzem specjalizującym się w profilaktyce oraz medycynie sporto- wej i nazywał się profesor Gerd Schnack. Dotychczas opowiedział mi o wielu swoich spostrzeżeniach oraz ćwiczeniach. Przybliżył mi też zalety ruchów zgodnych z naturą w odróżnieniu od tych, które są niezgodne z naturą, i z pasją podzielił się ze mną wiedzą o odprę- żającym przysiadzie w kucki, a także wprowadził mnie w arkana joggingu powięzi. Sam wypróbowałem większość z jego rad. Wiele z nich faktycznie bardzo szybko zadziałało. Na niektóre efekty mu- siałem poczekać nieco dłużej, natomiast przy niektórych ćwicze- niach do dzisiaj nie jest dokładnie tak jak się tego spodziewałem. Jednak w końcu i to się zmieni; najważniejsze, aby znajdować się w ruchu (w międzyczasie spróbowałem nawet zastosować teorię Hebba przy tresowaniu mojego psa. Muszę przyznać, że pierwsze Dodatkowe lata Przedmowa 9 wyniki były naprawdę zachęcające...). Gdy mówimy o „premii lat”, to razem z moim współautorem Gerdem Schnackiem mamy na myśli spełnione lata życia: są to te dodatkowe lata, które możemy przeżyć, jeżeli zasłużymy sobie na premię. Wszyscy wiemy i wystar- czająco często słyszeliśmy, co musimy uczynić dla osiągnięcia tej premii: musimy jeść, najlepiej zdrowo, musimy się ruszać, najlepiej codziennie, musimy ograniczyć, a najlepiej pozbyć się zupełnie na- bytych przyzwyczajeń. Jak stwierdził kiedyś pewien aktor, Martin Held: „Chociaż nikt tego nie chce, każdy będzie w końcu stary”. I miał rację. Wydaje mi się, że aktorzy zmagają się ze starzeniem o wiele ciężej niż większość innych ludzi. Z jednej strony, że chcą wciąż dostawać nowe role, z drugiej zaś, ponieważ permanentnie odgrywają ludzi, którzy znajdują się na różnych etapach życia. Może się zdarzyć, że taki aktor w  najnowszym odcinku serialu Tatort gra brutalnego szefa klanu, a w innym programie, zrealizo- wanym w klimacie lat 50., wciela się w rolę niezdarnego, młodego kochanka. Takie podwójne życie z pewnością wywołuje szczególny rodzaj schizofrenii. O tym, że „Starzenie się nie jest dla tchórzy”, wiedział już Chri- stoph Wilhelm Hufeland, lekarz domowy Goethego, który miał też pod swoją pieczą wiele innych sław, takich jak Fryderyk Schiller czy Johann Gottfried Herder. Jeżeli ten cytat kojarzy ci się z kimś innym, wówczas jest mi niezwykle miło, ponieważ w takim razie prawdopodobnie masz na myśli mojego przyjaciela, Joachima „Blacky” Fuchsbergera, który obchodził się ze swoją starością w sposób godny podziwu i nie miał nic wspólnego z tchórzem. Bądźmy szczerzy: każdy, kto ma już na karku 50, 60 lub – jak my – 70 czy wręcz 80 lat – z pewnością wie, czym jest złe sa- mopoczucie. Na starość rzadko kto jest wolny od różnych przy- padłości. A jednak możemy coś z tym zrobić: możemy stworzyć dla siebie korzystne przesłanki i wykorzystać własne możliwości, 10 czym zwiększymy nasze szanse na premię. Wprawdzie nie jeste- śmy w stanie wyeliminować wszystkich rodzajów ryzyka (jeżeli w niewłaściwym momencie znajdziemy się w pobliżu spadającej z dachu cegły, nie pomoże nam nawet najlepsza sprawność fizycz- na), jednak na szczęście coś takiego zdarza się niezbyt często: dane statystyczne dowodzą, iż kobieta, która ma dzisiaj 65 lat, swobodnie dożyje osiemdziesiątego piątego roku życia. Jedno- cześnie dzisiejsi sześćdziesięciopięciolatkowie powinni postarać się, aby zaoszczędzić możliwie jak najwięcej pieniędzy, aby móc hucznie obchodzić swoje osiemdziesiąte urodziny. Naturalnie nie ma na to żadnej gwarancji, nikt za nic na świecie nie może zagwarantować nam beztroskiej i zdrowej starości. Jednak jeżeli posłuchasz rad Gerda Schnacka, niewykluczone, iż uda ci się pozbyć niektórych mniejszych lub większych dolegliwości, a  być może niektóre problemy w ogóle się u ciebie nie pojawią. Bardzo byśmy się z tego ucieszyli, przecież między innymi właśnie dlatego napisaliśmy tę książkę. Dzięki swojej niewyczerpanej wiedzy Gerd Schnack może wytłumaczyć nam wiele procesów, jakie mają miejsce w naszym organizmie, oraz w zrozumiały sposób wyjaśnić wpływ tych procesów na naszą sprawność fizyczną, a także dokładnie wytłu- maczyć, co możemy zrobić, aby pozbyć się codziennych dolegliwości. W porównaniu z wieloma orędownikami sprawności fizycznej, mój współautor ma jedną ogromną zaletę: nie jest żadnym teoretykiem. To człowiek, który żyje zgodnie z głoszonymi przez siebie zasadami, nawet jeżeli osobiście muszę przyznać, że niekiedy wygląda przy tym kuriozalnie (tak między nami: nawet dzisiaj, gdy tylko nikt nie widzi, ja też skaczę po schodach...). Gerd Schnack ma już ponad osiemdziesiąt pięć lat, jednak z powodzeniem można by go uznać za sześćdziesięciolatka. Po raz pierwszy wziął udział w moim programie Menschen der Wo- che piątego maja 2007 roku. Dodatkowe lata Przedmowa 11 Temat wieczoru: „Schudnij, nic nie robiąc!”. Świetny temat. Świetny gość. Okazją do zaproszenia Schnacka do mojego progra- mu była informacja, iż pewne badanie wykazało, że Niemcy zbyt mało się ruszają i za dużo jedzą. W niespełna dziesięć lat później ukazały się wyniki kolejnego badania, w którym uczeni doszli do przerażającego wniosku, że w  tym temacie absolutnie nic się nie zmieniło, wręcz przeciwnie: Niemcy ruszają się jeszcze mniej niż dawniej. Osiemdziesiąt procent respondentów nie wykonuje żadnej pracy, która wymaga intensywnego wysiłku fizycznego, a trzydzie- ści dwa procent w swoim czasie wolnym nie podejmuje jakiejkol- wiek aktywności fizycznej (raport DKV „ Jak zdrowi są Niemcy?”). Wniosek, jaki wypływał z badania był następujący: Ponad połowa Niemców za mało się rusza. I to pomimo tego, że myśleliśmy, iż z czasem wszyscy dowiedzieli się już, jak ważna jest dla nas aktyw- ność fizyczna (nawiasem mówiąc: mężczyźni i kobiety są jednako- wo niemrawi, w tym przypadku płeć nie robi żadnej różnicy). Jednak w naszej książce nie chodzi tylko o zdrowie i spraw- ność fizyczną. Nie chcieliśmy przedstawić w niej po prostu kilku ćwiczeń, lecz poświęciliśmy w niej sporo miejsca ich podstawom teoretycznym. Gdy wiemy, jakie działanie i  dlaczego wywiera na nas dane ćwiczenie, być może staniemy się przez to bardziej zmotywowani do podejmowania rozsądnej formy wysiłku, niż gdyby miało to miejsce w przypadku zwykłego mechanicznego naśladowania kolejnych ruchów. Książka, którą napisaliśmy, nie jest żadnym medycznym podręcznikiem, lecz zbiorem naszych osobistych porad, które przejęliśmy od najlepszego z możliwych mistrza, czyli samej natury. Jak do tego doszło? Być może wyja- śni to kilka krótkich zdań na nasz temat. Przyszedłem na świat 19 kwietnia 1942 roku. Jednak ujrzałem go z dość ograniczonej perspektywy, ponieważ od urodzenia miałem tylko jedno zdrowe oko. Od samego początku wpłynęło to na moje widzenie prze- 12 strzenne. Jednak z czasem, gdy dwa razy z rzędu próbujemy wy- ważać otwarte drzwi, za trzecim razem zaczynamy już bardziej uważać. Moim największym wrogiem w czasach młodości były skrzynki na listy, które wszędzie wisiały dość nisko. Tych z prawej strony nie zauważałem prawie nigdy i to im zawdzięczam dość często podbite oko. Jednak w końcu, jak każdy, nauczyłem się prawidłowego szacowania odległości, dzięki czemu zaczęło wy- starczać mi tylko jedno oko. Tym, co zatrzymało mnie na drodze do zrobienia kariery w sporcie, była moja matka. Jako artystka o bogatej wyobraźni dla każdej dyscypliny sportowej, nawet ta- kiej, która nie leżała w  kręgu moich zainteresowań, malowała w swojej głowie najbardziej przerażające scenariusze. A co jeżeli jakiś narciarz przez przypadek staranuje twarz jej syna lub pił- ka do gry w siatkówkę czy futbolówka z impetem grzmotnie go w zdrowe oko? Co mogłoby się stać, gdyby eksplodowała jakaś piłka lekarska? Obawiała się, że uprawianie sportu będzie kosz- towało mnie moje jedno jedyne sprawne oko. Z  tak strachliwą matką nie mogłem stać się naturalnie ani sportowym asem, ani osiągnąć prawdziwej sprawności fizycznej. Koledzy z klasy zauważali moją chorobę zwłaszcza na lekcjach wuefu. Podczas kompletowania składu drużyny nigdy nie powo- ływano mnie jako pierwszego. Wprost przeciwnie, często druży- na traktowała mnie jako karę, którą musiała ponieść. Cóż, dosyć tego narzekania. Niemniej jednak, pomimo mojego ograniczo- nego pola widzenia, zostałem niezłym graczem w  ping-ponga – co być może wynikało również stąd, iż żaden z przeciwników nie potrafił odczytać z mojego spojrzenia, w jakim kierunku wła- ściwie celowałem. Za to, że nie zostałem mistrzem olimpijskim, winę ponosi wyłącznie moja matka. Jednocześnie to również dzięki niej zrobiłem zupełnie inną karierę, w  dziedzinie, która lepiej odpowiadała moim zainteresowaniom oraz skłonnościom. Dodatkowe lata Przedmowa 13 Zostałem spikerem radiowym, moderatorem i  dziennikarzem. Wszystko zaczęło się od pracy dla SWF w Baden-Baden: do swo- jej audycji radiowej zatytułowanej Bambi nadawca poszukiwał dziecka, które mówiłoby literackim językiem niemieckim. Mat- ka zgłosiła moją kandydaturę, ja odegrałem na castingu sarenkę i natychmiast zorientowałem się, że oto odnalazłem mój świat. Następnie wziąłem udział w wielu audycjach dla dzieci, kontynu- ując przy tym naukę w szkole. Wkrótce otrzymałem ofertę z Ra- dia Luxemburg, gdzie spędziłem następnych osiemnaście lat. Po- byt w małym, a jednocześnie pełnym życia i międzynarodowym sąsiednim kraju, był dla mnie fascynujący oraz bardzo owocny. Nigdy nie udzielałem się zbytnio w życiu politycznym, również dlatego, że jako dziecko musiałem bardzo często się przeprowa- dzać: urodziłem się w Linzu, zostałem ochrzczony w Wiedniu, po czym wyjechałem do Berlina, tam też poszedłem do pierwszej klasy, potem kolejna szkoła – w Kolonii, dalej Rastatt i Baden- -Baden... Nic dziwnego, że przy tym całym krążeniu tam i z po- wrotem nie interesowałem się zanadto polityką, a w szkole byłem raczej przeciętnym uczniem. Pomimo to później zarządzałem jedną z najpopularniejszych w  Europie stacji radiowych, czyli Radiem Luksemburg, gdzie stworzyłem kompetentny zespół redakcji informacyjnej. Jednym z powodów, dla których poświęciłem się temu zadaniu z ogrom- nym zaangażowaniem, była oddalona o około 10 000 kilometrów krwawa konfrontacja sił, czyli wojna w Wietnamie. Wojna ta w dramatyczny sposób zmieniła również życie Gerda Schnacka. Mój współautor walczył podczas niej z potwornymi skutkami działań wojennych, służąc jednak nie jako żołnierz, lecz lekarz na „białym statku nadziei”, jak Wietnamczycy nazywali niemiecki statek szpital, który w latach 1966–1972 stacjonował u wybrzeży ich kraju. Niemcy nie chcieli brać udział w wojnie 14 jako sprzymierzeniec USA i nieśli w niej wyłącznie pomoc huma- nitarną. Wykorzystywali w tym celu pancernik „Helgoland”, któ- ry krążył tam i z powrotem między Cuxhaven a Helgolandem, a który został zastąpiony później przez krążownik „Bunte Kuh”. W roku 1966 statek został przejęty przez Niemiecki Czerwony Krzyż, który przebudował go na pływający szpital. Jak dotąd była to największa akcja humanitarna, jaką Niemcy przeprowadziły na jakimkolwiek obszarze działań wojennych. Jako szef oddziału chirurgicznego, Gerd Schnack spędził na pokładzie statku całe dwa lata. W Da Nang, dużym mieście na terenie dawnego Wiet- namu Południowego, lekarze zajmowali się przeważnie cywilny- mi ofiarami wojny: ludźmi zranionymi przez miny, granaty oraz bomby z napalmem. Często byli to ludzie bardzo ciężko ranni, a wśród nich nierzadko małe dzieci z poparzoną skórą i zmasa- krowanymi buziami. Na huśtającym się statku zoperowano łącz- nie 11 000 osób, a lekarze pracowali aż do całkowitego wyczerpa- nia. Nawet jeżeli nie udało się im uratować wszystkich rannych, „Helgoland” oraz jego lekarze, pielęgniarki oraz opiekunowie okazał się najlepszą kliniką w Indochinach. Psychiczne obciąże- nie służb medycznych było ogromne, codzienny kontakt z często w przerażający sposób okaleczonymi ciałami dawał się wszystkim we znaki. Symbolem tamtej wojny stało się zdjęcie małej dziew- czynki, Kim Phuc, która biegła zupełnie naga i płakała. Chwilę wcześniej trafiła ją bomba z napalmem. W 2002 roku Kim Phuc była gościem w moim programie Menschen der Woche. Zapyta- łem ją, jak się wtedy czuła, gdy biegnąc w strachu o własne życie, została przy tym przez kogoś obcego sfotografowana. Kim Phuc odpowiedziała mi, że fotograf Nick Ut natychmiast zabrał ją do szpitala i że zawdzięcza temu człowiekowi życie. Podczas wojny w Wietnamie zginęło od dwóch do czterech milionów Wietnamczyków. Ludność cywilna stanowiła 75 pro- Dodatkowe lata Przedmowa 15 cent wszystkich ofiar. Podczas swojej codziennej pracy na stat- ku szpitalu, Gerd Schnack, pochłonięty walką o życie każdego człowieka, często zadawał sobie pytanie: jak to możliwe, że przez tak długi czas temu małemu krajowi udawało się stawiać opór tak przeważającej sile przeciwnika? Przecież północnowietnamskie oddziały ulegały siłom amerykańskim pod wszystkimi wzglę- dami. Jaki był przepis na sukces partyzantów? Do tego pytania wrócimy nieco później. Po zakończeniu służby na „białym statku nadziei” Gerd Schnack powrócił do Niemiec. Droga życiowa przywiodła go do Hamburga, gdzie kontynuował studia w zakresie chirurgii ręki. W tamtym okresie z żalem doszedł do wniosku, że jako lekarz często przychodził z pomocą zbyt późno; nierzadko operowani przez niego pacjenci przegrywali wyścig z chorobą i, o ile w ogó- le, udawało im się wyzdrowieć jedynie z  najwyższym trudem. Gerd Schnack dostrzegł w tym miejscu sposób, w jaki mógłby ludziom skuteczniej pomóc: profilaktykę. Schnack opracował swoją metodę przede wszystkim z myślą o pewnej grupie zawo- dowej, u której schorzenia związane z napięciem i zużyciem mię- śni, ścięgien oraz stawów są na porządku dziennym: chodzi tutaj o zawodowych muzyków. Dni robocze muzyków uczestniczących w  programach tele- wizyjnych naznaczone są długim czekaniem, próbami ustawie- nia świateł, sprawdzaniem akustyki. Często całymi godzinami po prostu siedzą w garderobie. Innego losu doświadczają nato- miast członkowie małych i  dużych orkiestr, którzy nierzadko ćwiczą przez wiele godzin z rzędu. Dwie trzecie muzyków cierpi z tego powodu na typową chorobę zawodową muzyków orkie- strowych. Chodzi tutaj nie tylko o uszkodzenia słuchu (chociaż w miejscu pomiędzy sekcją instrumentów perkusyjnych a sekcją dętą poziom emisji akustycznej jest z  pewnością nie mniejszy 16 niż w bezpośrednim sąsiedztwie startującego Jumbo Jeta), lecz również o  skrajnie nienaturalną pozycję, którą wymuszają na nich instrumenty muzyczne. Problem ten jest szczególnie do- brze znany skrzypkom, którzy prawie zawsze cierpią z powodu nadmiernego napięcia mięśni oraz bólu stawów. Gerd Schnack dość wcześnie zauważył, że w takich przypadkach nie wystarczy wdrożenie nawet najbardziej obszernego programu poprawiają- cego sprawność fizyczną. Efektywna pomoc wymaga sięgnięcia do mechaniki ludzkiego ciała – co wyjaśnia też, dlaczego z poko- rą powinniśmy zastosować się do praw natury. Jednak wymaga to od nas przede wszystkim zrozumienia tych praw oraz zasad. Pi- sząc „my” mam tutaj na myśli nie ekspertów czy naukowców, lecz ciebie i mnie. Jest to również jeden z powodów, dlaczego razem z Gerdem Schnackiem chciałem napisać tę książkę. Pragnąłem dowiedzieć się, co sprawia, że świat jest jedną całością. A przede wszystkim, w jaki sposób wiedza może do pewnego stopnia po- móc ci zachować sprawność nawet w podeszłym wieku. Goethe napisał już dwieście lat temu: „Tak zwane zdrowie może istnieć wyłącznie w stanie równowagi przeciwstawnych sił, tak samo jak podnoszenie ma miejsce dzięki dominacji jednej siły nad drugą”. Zdrowie znaczy o wiele więcej niż to, że nie czujemy się chorzy, nie odczuwamy żadnych bólów pleców i cieszymy się sprawnym trawieniem. Jest to stan, w którym możemy aktywnie cieszyć się i kształtować nasze życie. A któż z nas by tego nie chciał? Frank Elstner Dodatkowe lata ROZDZIAŁ 1 Medytacja nerwu błędnego 17 Medytacja nerwu błędnego 19 ~ Frank Elstner Wszystko musi znajdować się w  stanie równowagi. Aby samemu móc wprowadzić się w taki stan, musimy znaleźć odpowiedni stosunek między napięciem a odprężeniem. Dla osiągnięcia odprężenia najlepiej nadaje się medytacja. Profesor Schnack po raz pierwszy zetknął się z tym zagadnieniem w Wietnamie. Zgodnie z  tym, co mi pan opowiedział, od tamtej pory temat tego sposobu osiągania wewnętrznej równowagi nie opuścił już nigdy. Dlaczego? ~ Profesor Gerd Schnack Ponieważ z całą pewnością to medytacja przyczyniła się w dużym stopniu do tego, że tamci udręczeni wojną, przemocą oraz głodem ludzie pozostawali niesamowicie opanowani nawet w najtrudniejszych okolicz- nościach. Nie potrafię zapomnieć tamtej dużej tolerancji na ból, którą mogłem zaobserwować nawet u dzieci. Do dzisiaj mam przed oczami dwóch spokojnych i  zrelaksowanych chłopców, którzy siedzieli w  naszej poczekalni. Badanie rentgenowskie wykazało u nich liczne zranienia odłamkami w całej jamie brzusznej, co musiało sprawiać im niewyobra- żalny ból. Tymczasem tamte dzieci znosiły swoje cierpienie bez mrugnięcia okiem... Widzę też pewną młodą kobietę z licznymi pęknięciami górnego i dolnego odcinka kończyny 20 dolnej. Pacjentka znajdowała się w stanie tak silnego szoku, że pielęgniarkom ledwo udawało się utrzymać ją w miejscu. Tamta kobieta nie miała pojęcia, co się z nią dzieje. Z powo- du licznych złamań oraz wspomnianego szoku nie operowa- liśmy jej natychmiast, lecz chcieliśmy najpierw przy pomocy specjalnego zabiegu ustabilizować jej ramiona i nogi. Polega- ło to na przymocowaniu ciężarków, które mają unieruchomić problematyczne części ciała. Wkrótce potem pilnie wezwano mnie na oddział intensywnej terapii, gdzie ujrzałem ją, jak czołga się w moim kierunku po podłodze. Kobieta ciągnęła za sobą wszystkie przymocowane przez pielęgniarki obciążni- ki. Zoperowałem u niej trzy rozległe złamania jednocześnie. Jednak po operacji kobieta nadal znajdowała się w stanie szo- ku. Ciągle zrywała z siebie bandaże, przez co w jednej nodze natychmiast doszło do ciężkiej infekcji – nogę tę musiałem później amputować. ~ F.E: Nie brzmi to jak historia o sukcesie... ~ G.S: A jednak! Gdy stan szoku wreszcie minął, tamta kobieta stała się uosobieniem spokoju. Wszystkie jej rany całkowicie się zagoiły i to bez żadnych komplikacji. Wkrótce mogła sa- modzielnie wstawać z łóżka i była jedną z naszych najmilszych oraz najbardziej przyjaznych pacjentek. Zapisała się sercach wszystkich naszych pielęgniarek. Domyślam się, że na „Hel- golandzie” wszyscy byliśmy wystawieni na ogromne fizyczne i wręcz skrajne psychiczne obciążenia. Dookoła panowała woj- na, w każdej chwili można było samemu dostać kulką. Do tego wszystkiego długa kolejka półmartwych ofiar wojennych, wiele ciężko rannych dzieci, a to wszystko na jednym wąskim statku, na którym bez wątpienia ciągle mniej lub bardziej trzęsło. Dodatkowe lata Medytacja nerwu błędnego 21 ~ F.E: Jak dobrze był wyposażony statek „Helgoland”? ~ G.S: Bardzo dobrze. Poza tym nawiązaliśmy współpracę z amerykańskimi statkami szpitalami, „Repose” oraz „Sanc- tuary”. Kooperowaliśmy z  ich chirurgami plastycznymi, neurochirurgami i tak dalej, ponieważ wszystkie statki armii amerykańskiej dysponowały oddelegowanymi specjalistami oraz bardzo nowoczesnym sprzętem. ~ F.E: Ranni w wojnie na Ukrainie, w Syrii, w Afganistanie lub innych rejonach z pewnością ucieszyliby się, gdyby mieli do dyspozycji podobny szpital. Jednak z drugiej strony w takich miejscach muszą panować częściowo nieludzkie warunki. ~ G.S: Zwłaszcza gdy do takiego szpitala zostanie przywiezio- nych trzydziestu ciężko rannych naraz, czego wielokrotnie doświadczyłem na statku „Helgoland”. Naprawdę operowa- liśmy dniem i nocą, pracowaliśmy bez przerwy, co, mówiąc szczerze, naturalnie pozostawiło na mnie pewne ślady. Po upływie jednego roku nie czułem już zapachu świeżej krwi rannej osoby. Ktoś musiał mnie zastąpić. Następnie przez pewien czas pracowałem jako chirurg na ostrym oddziale w portowym szpitalu w Hamburgu. Jednak tak naprawdę los umęczonych wojną mieszkańców Południowej Azji nigdy nie przestał mnie prześladować, dlatego niebawem ponownie wróciłem do Wietnamu, gdzie spędziłem kolejny rok. Jako szef oddziału chirurgicznego na statku „Helgoland” praco- wałem łącznie dwa lata. Pod wpływem tych wszystkich wstrząsających wydarzeń, jakie miały miejsce w  Wietnamie, na początku lat siedem- dziesiątych wziąłem udział w  realizowanym przez bawar- 22 ską telewizję programie o  medytacji. Miałem tam okazję przeprowadzić dyskusję z  sinologiem, profesorem Paulem Ulrichem Unschuldem. Od tamtej pory temat medytacji nie opuścił mnie już nigdy, zgromadziłem na ten temat wszelkie możliwe informacje i przeczytałem wszystko, co mogłem tyl- ko o tym znaleźć. Niektóre materiały – na przykład pewien opublikowany w Medical Tribune artykuł o wypadku w Roc- ky Mountains – zainspirowały mnie do wyciągnięcia nowych wniosków. Oto co wydarzyło się w Rocky Mountains: Pewien amerykański lekarz znajduje w  wysokich górach leżącego na ziemi alpinistę. Serce mężczyzny uderza 200 razy na minutę, a nieznajomy skarży się na bóle w piersiach, „na- padową tachykardię”, czyli częstokurcz serca. Mój kolega po fachu nie ma pod ręką żadnych środków medycznych, jednak wtedy przypomina sobie o tak zwanym odruchu oczno–ser- cowym, który pojawia się wtedy, gdy uciskamy gałki oczne lub naprężamy mięśnie oka. Reakcja ta, podobnie jak w przy- padku każdego innego odruchu, nie podlega naszej woli. Co się wtedy dzieje: częstość pracy serca wyraźnie spada, podob- nie jak ciśnienie krwi. Nasz lekarz testuje zatem działanie wspomnianego odruchu u alpinisty: przez kilka minut lekko uciska mu oczy. I rzeczywiście – po krótkim czasie puls nie- znajomego spada o połowę do poziomu stu uderzeń na minu- tę, ból serca słabnie, a mężczyzna może bez niczyjej pomocy zejść z powrotem do doliny. Jakiś czas później opowiedzia- łem tę historię pewnej anestezjolożce z Berlina. Kobieta od- powiedziała mi, że spotkała się już z podobnymi sytuacjami wielokrotnie, ponieważ gdy okuliści operują pacjentów i nie- ustannie wywierają dłońmi ucisk na ich oczy, ona musi skraj- nie uważać na możliwość spadku ciśnienia krwi u pacjenta, które podnosi wtedy przy pomocy mocnego zastrzyku. Dodatkowe lata Medytacja nerwu błędnego 23 ~ F.E: I jaki wniosek wyciągnął pan na podstawie tej historii? ~ G.S: Pomyślałem sobie, że odruch, który podczas operacji oczu stanowi właściwie niepożądaną komplikację, jest tym, czego pilnie potrzebujemy w  codziennych sytuacjach stre- sowych. Dostrzegłem w  nim prostą możliwość odzyskania spokoju. W uproszczeniu: uciskanie oczu wysyła wegetatyw- nemu układowi nerwowemu sygnał do spowolnienia rytmu pracy serca, co sprawia, że bóle serca ustępują. Wegetatywny układ nerwowy steruje całkiem sporą ilością ważnych życio- wych funkcji – rytmem pracy serca, ciśnieniem krwi, trawie- niem, metabolizmem, a  nawet układem odpornościowym, oprócz tego weryfikuje, czy nasze narządy funkcjonują pra- widłowo; jednym słowem – wpływa na czynności, na które w zasadzie nie możemy wpływać przy pomocy własnej woli. Dlatego ten rodzaj układu nerwowego nazywamy „autono- micznym”, co można przetłumaczyć jako: „niepodlegającym naszej woli”, czyli mimowolnym. ~ F.E: Jak mamy to sobie konkretnie wyobrazić? ~ G.S: Weźmy taki oto przykład. Budzi się pan rano i chce pan wstać z łóżka. Naturalnie w tej fazie mobilizacji z jednej stro- ny pański układ nerwowy z czołowego płatu mózgu wysyła odpowiednie impulsy do działania. Część z nich ma charak- ter niekontrolowany, a część działa przy uwzględnieniu we- getatywnego układu nerwowego z  układem współczulnym jako nerwem przewodzącym wspomniane bodźce, który uru- chamia funkcjonowanie ważnych narządów, zwiększa tempo pracy serca do koniecznego poziomu, podnosi ciśnienie krwi, intensyfikuje oddychanie i napina wszystkie mięśnie. Jednak 24 równocześnie wyłącza te funkcje, które nie są potrzebne dla mającego nastąpić zwiększenia wydajności organizmu, czy- li pracę żołądka i jelit, wątroby, trzustki, nerek oraz całego układu moczowo-płciowego. Impulsy te są przewodzone między innymi przez dwie wiązki nerwów – jedną z  nich nazywamy układem współ- czulnym, drugą zaś - układem przywspółczulnym. Byłoby naprawdę wspaniale, gdybyśmy przy pomocy e-maili, które wysyłamy tymi dwiema wiązkami nerwów do naszego ciała tam i z powrotem, byli w stanie wywierać wpływ na nasze ciało w jakiś sposób. Z  tego względu przyjrzyjmy się teraz dokładniej układo- wi przywspółczulnemu. Układ przywspółczulny reguluje te raczej spokojne czynności naszego ciała, podczas gdy układ współczulny chętnie sieje panikę, każe naszemu sercu walić jak opętane i odpowiada przeważnie za to, że człowiek zaczyna uciekać i przestaje się nad wszystkim tak bardzo zastanawiać. Najważniejszym nerwem układu przywspółczulnego jest tak zwany nerw błędny, czyli X nerw czaszkowy. Jest to zarazem największy spośród wszystkich nerwów układu przywspół- czulnego. Nerw błędny kontroluje 75 procent całego układu przywspółczulnego. Wychodzi z pnia mózgu, czyli z obszaru, jaki znajduje się między szpikiem kostnym a mózgiem i niby „błądzi” po całym naszym ciele, stąd też jego nazwa. W języku łacińskim słowo nerw błędny oznacza „wędrujący”. ~ F.E: Tyle że w naszej książce chcemy zająć się sposobem, w jaki nasi czytelnicy mogą sprawić, że przeżyją kilka dodatkowych zdrowych lat. W  jakim stopniu pomoże im w  tym wiedza o układzie współczulnym oraz układzie przywspółczulnym? Dodatkowe lata Medytacja nerwu błędnego 25 ~ G.S: Uzyskaniu kilku lat premii sprzyja jednakowy sto- pień zaangażowania układu współczulnego oraz układu przywspółczulnego, co oznacza, że między nimi ma panować swego rodzaju równouprawnienie. Jednak nasz styl życia, jego szybkość, gwałtowna dominacja techniki, jednostron- ny rodzaj ruchu – wszystkie te rzeczy aktywują wyłącznie współczulny układ nerwowy, czyli tę część układu nerwowe- go, która wprawia nas w stan pobudzenia i zdenerwowania. Jednocześnie układ przywspółczulny pozostaje zupełnie bezczynny. A jeżeli powiem panu teraz, że układ przywspół- czulny określa się również jako nerw spokoju, wówczas bę- dzie mógł pan sam odpowiedzieć sobie na pytanie, czy nasz traktowany skrajnie po macoszemu nerw spokoju może pra- widłowo spełniać swoją funkcję. ~ F.E:...Raczej nie?! koherencja układ współczulny – napięcie układ przywspółczulny – odprężenie Możemy być zdrowi wyłącznie w warunkach równowagi między układem współczulnym a układem przywspółczulnym. 26 ~ G.S: Zgadza się. Z  punktu widzenia psychologii choroby uwarunkowane stresem, na które cierpi taki wielu ludzi, wy- nikają z przeważającej nierównowagi pomiędzy układ współ- czulnym a układem przywspółczulnym. ~ F.E: Za co odpowiadają oba te układy? Który zajmuje się czym? ~ G.S: Już mówię: • Serce: układ współczulny zwiększa pojemność minutową ser- ca, przyspiesza pracę serca, zwiększa kurczliwość oraz nasila stan pobudzenia. Układ przywspółczulny zmniejsza pojem- ność minutową serca, zwalnia pracę serca, redukuje kurczli- wość oraz osłabia stan pobudzenia. • Oddychanie: układ współczulny rozszerza oskrzela, układ przywspółczulny zwęża oskrzela. • Całkowita przemiana materii: układ współczulny zwiększa poziom całkowitej przemiany materii, układ przywspółczul- ny zmniejsza poziom całkowitej przemiany materii. • Żołądek i jelita: układ współczulny hamuje pracę tych narzą- dów, układ przywspółczulny wspiera pracę żołądka i jelit. • Trzustka: układ współczulny hamuje funkcje wydzielnicze trzustki, czyli sekrecję ważnych substancji, układ przywspół- czulny nasila funkcje wydzielnicze tego narządu. • Gruczoły potowe: układ współczulny odpowiada za zimny, lepki pot, układ przywspółczulny za pot ciepły i wodnisty. • Oczy: układ współczulny powoduje rozszerzenie źrenic, układ przywspółczulny – zwężenie źrenic. • Pęcherz moczowy: układ współczulny dba o trzymanie mo- czu, napięcie mięśni zwieracza, układ przywspółczulny zaś reguluje oddawanie moczu i rozluźnienie zwieracza. Dodatkowe lata
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Dodatkowe lata. Łatwe ćwiczenia na pełną sprawność ciała i umysłu w każdym wieku
Autor:
,

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: