Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00293 013910 14457826 na godz. na dobę w sumie
Dogonić rozwiane marzenia - ebook/pdf
Dogonić rozwiane marzenia - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 315
Wydawca: Harlequin Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-238-8232-9 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Poruszająca opowieść o tym, jak trudną sztuką jest pogodzenie się z losem, którego czasami nie sposób zmienić.

Każdy dzień Samanthy Friedman jest taki sam. Kiedyś niezależna i odnosząca sukcesy, dziś jest przede wszystkim mamą trójki dzieci. Zajęta wypełnianiem nudnych domowych obowiązków, musi wciąż przypominać sobie, że parę lat temu tego właśnie najbardziej pragnęła. To, co wydawało się spełnieniem marzeń, stało się męczącą codziennością. Odpowiedzialność za podjęte decyzje przytłacza ją coraz bardziej.

Cammy, 17-letnia córka Samanthy, przechodzi okres buntu. Poczucie wyobcowania nasila się, kiedy Cammy dowiaduje się, że została adoptowana. Szuka akceptacji, obracając się w podejrzanym towarzystwie. Wszystkie swoje przeżycia opisuje w dzienniku – poetyckim zapisie bolesnej samotności.

Matka i córka - obce dla siebie, marzą o tym samym. Dla Samanthy ucieczką od rzeczywistości są spotkania z przystojnym nieznajomym, podsycane pragnieniem, by poczuć cokolwiek. Dla Cammy obsesyjne poszukiwania biologicznej matki i wiara, że stworzą udaną rodzinę. W rozpaczliwym buncie sięga po narkotyki i szuka bliskości w przygodnym seksie, by wreszcie nic nie czuć. Punktem zwrotnym dla Samanthy i Cammy okaże się dzień, który miał niczym nie różnić się od poprzednich. Dzień pełen dramatycznych wydarzeń, które zmienią ich życie na zawsze.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Elizabeth Flock , Dogonic rozwia ne marzenia Przełożyła: Małgorzata Borkowska Tytuł oryginału: Sleepwalking in Daylight Pierwsze wydanie: MIRA, 2009 Redaktor serii: Graz˙yna Ordęga Opracowanie graficzne okładki: Robert Dąbrowski Opracowanie redakcyjne: Władysław Ordęga Korekta: Małgorzata Narewska, Władysław Ordęga ã 2009 by Elizabeth Flock ã for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 2011 Wszystkie prawa zastrzez˙one, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie. Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V. Wszystkie postacie w tej ksiąz˙ce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – z˙ywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe. Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa, ul. Starościńska 1B lokal 24-25 Skład i łamanie: COMPTEXTÒ, Warszawa ISBN 978-83-238-8232-9 Nie uprawialiśmy seksu od jedenastu miesięcy. Prawie cały rok. To dłuz˙ej niz˙ trwa rozwój ludzkiego płodu. Pamiętam o tym z dwóch powodów: po pierwsze to była nasza rocznica ślubu, a w rocznicę ślubu seks to pewnik; po drugie następnego wieczoru miał miejsce incydent ze światłem. Czytałam ksiąz˙kę o rodzinie misjonarzy w Af- ryce. W kalendarzu notuję wszystko, co czytam, a w ogóle doskonale pamiętam, jak z˙ałowałam, z˙e to nasza rocznica ślubu, bo akurat dotarłam do bardzo ciekawego rozdziału. Tymczasem musiałam udawać, z˙e nie widzę, jak Bob robi wszystko, czego jego zdaniem oczekuje się od męz˙ów obchodzących rocznicę ślubu. A więc następnego wieczoru byliśmy na piętrze w po- koju, który obok kuchni jest najwaz˙niejszym pomiesz- czeniem w domu. Bob siedział w rogu przy komputerze, szukając na eBayu rakiet tenisowych. – Czemu po prostu nie pójdziesz do sklepu spor- towego? – spytałam go wcześniej. – Szukam starych drewnianych rakiet – odparł, nie podnosząc wzroku. Wzruszyłam ramionami i ponownie zagłębiłam się w lekturze. Pamiętam uczucie zaskoczenia, gdy spojrzaw- szy wokół, uświadomiłam sobie, z˙e nie znajduję się w Kongo w czasach wojny domowej, tylko w swoim ładnym dwupiętrowym domu w dzielnicy North Side w Chicago. Uwielbiam, gdy ksiąz˙ka jest tak dobra, z˙e zapominasz, kim jesteś i gdzie przebywasz. Usłyszałam, jak Bob cięz˙ko wzdycha i odsuwa się od duz˙ego biurka zasłanego zadaniami domowymi dzieci, prośbami o zgodę na udział w wycieczkach, zawiadomie- niami ze szkoły. Wychodząc z pokoju, zgasił światło. Dopiero gdy zawołałam za nim, wrócił je ponownie, mrucząc: i włączył – O, przepraszam. Zapomniałem, z˙e tu siedzisz. Jednak najbardziej dotknęło mnie to, z˙e wcale nie próbował mi nic udowodnić. On naprawdę zapomniał, z˙e byłam razem z nim w pokoju. I to jest właśnie sedno sprawy. Od tamtej pory nie uprawialiśmy seksu. Wiem, z˙e ten incydent ze światłem wydaje się całkiem błahy, ale wszyscy znamy te momenty, gdy miarka się przebrała. Takiej chwili nie da się precyzyjnie określić, wiadomo jednak, z˙e coś się zmieniło, z˙e to ostatnia kropla. Od jakiegoś czasu kaz˙de z nas powoli pogrąz˙ało się we własnym świecie, a ja to po prostu ignorowałam. Az˙ do tej pory. A teraz nie mogę juz˙ tego dłuz˙ej znosić. A przeciez˙ dopiero w zeszłym tygodniu kupiłam maś- lankę do naleśników, które postanowiłam zrobić bez z˙adnego konkretnego powodu. Ot, taka niespodzianka. Uznałam, z˙e chociaz˙ raz mogę zdobyć się na jakiś wysiłek. Kupiłam maślankę, bo wiem, z˙e Bob lubi, gdy naleśniki są treściwsze. Kiedyś mówił o nich ,,bajeranckie naleśniki’’ tonem, który sugerował, z˙e dziękuje mi za pokonanie dodatkowej drogi, gdy takiego wysiłku wyma- 6 gało kupienie czegoś w rodzaju maślanki. Jednakz˙e w ze- szłym tygodniu w ogóle nie zauwaz˙ył, z˙e na śniadanie jemy coś innego niz˙ płatki z zimnym mlekiem, a gdy ostroz˙nie zsuwałam na talerz stos naleśników, machnął niecierpliwie ręką, mówiąc: – Mnie nie dawaj. Na Irving Park są roboty drogowe, więc musimy juz˙ ruszać. Chodźcie, dzieciaki. Nasi ośmioletni synowie, Jamie i Andrew, jeszcze z pełnymi buziami chwycili nagolenniki i korki. Tak bardzo róz˙nią się wyglądem i charakterem, z˙e czasem zastanawiam się, czy faktycznie są bliźniakami. Jamie porusza się powoli i z rozwagą, jakby musiał przemyśleć kaz˙dy krok. Przed śniadaniem porządnie ułoz˙ył sprzęt piłkarski przy drzwiach wyjściowych. Obok postawił tez˙ dwie butelki wody. Pamiętał, z˙eby wziąć dwie, bo Andrew zawsze zapomina o zabraniu swojej. Jamie ma nos pokryty piegami i tak mlecznobiałą skórę, z˙e widać przez nią niebieskie z˙yły. Mam wraz˙enie, z˙e ze swoimi delikatnymi rysami wyrośnie na przystojnego męz˙czyznę. Jest mały jak na ośmiolatka i wiele osób sądzi, z˙e ma rok mniej od brata. Andrew jest masywny i przysadzisty, a jego gęste rude włosy zawadiacko sterczą nad czołem. Jest dokładnie taki, jak zwykle wyobraz˙amy sobie ośmio- letniego chłopca: niechlujny, rozczochrany, czupurny. Kiedy się przewróci i rozetnie wargę, spluwa krwią i gna dalej. Ma kłopoty z koncentracją, ale testy nie wykazały ADHD. Kiedy pojawiają się problemy, Jamie sprawia wraz˙enie skrzywdzonego, natomiast Andrew odchyla gło- wę do tyłu, wywraca oczami i wzdycha, słuchając bezsen- sownych uwag rodziców. Do Andrew nic nie trafia. Do Jamiego trafia wszystko. – Wiesz, które to boisko? – pytam Boba. – Wiem – odpowiada niecierpliwie, lecz zatrzymuje 7 się na ułamek sekundy, wahając się, czy nie powinien jednak sprawdzić. – Tylko pytam. Zmienili je w tym sezonie i jeszcze tam nie byłeś. Chłopcy, wiecie, jak tam dojechać, praw- da? Z parkingu w prawo i w górę, pamiętacie? Pokaz˙cie tacie drogę, dobrze? – Pa, mamo! – woła Andrew. – Zawiąz˙ buty. Bob, kaz˙ mu zawiązać buty, zanim wysiądzie z samochodu, bo się potknie. – Tak, jasne, zawiąz˙ buty – mówi Bob. – Chodźmy, chłopcy. Piłkę ma przyciśniętą do z˙eber, więc gdy upuszcza kluczyki, schyla się po nie jak cięz˙arna kobieta, starając się przy tym nie przekrzywić plastikowej tacki z pącz- kami, które kupiłam im na czas przerwy w treningu. – Nie zapomnij po drodze odebrać rzeczy z pralni – mówię. – Słuchaj... zjesz na obiad stek? Jadę do sklepu. – Dobrze, wszystko mi jedno. Jamie, rusz się – ponag- la syna, stojąc przy garaz˙u. Drzwi z tyłu domu otwierają się na kamienną dróz˙kę, którą ułoz˙yliśmy z Bobem, gdy dwadzieścia lat temu sprowadziliśmy się tutaj. Spłukaliśmy się doszczętnie, lecz byliśmy szczęśliwi, z˙e zamieszkaliśmy w tak obiecu- jącym sąsiedztwie. Wynieśliśmy na zewnątrz radio i włą- czyliśmy jedyną stację, którą udało się złapać. Grali jazz. Zabrakło mi pary gdzieś w połowie pracy, która miała nam zająć jeden dzień, a rozciągnęła się na ponad dwa weekendy, bo kostki, które wybraliśmy, nie pasowały do siebie. Odbywaliśmy niezliczone wędrówki do centrum ogrodniczo-budowlanego i z powrotem. W drugą nie- dzielę lez˙ałam w słońcu na trawie, słuchając Milesa Davisa i Boba, który najpierw pogwizdywał, a potem klął. Pamiętam, z˙e z dziecięcą fascynacją obserwowałam 8 chmury i uśmiechałam się jak ktoś bardzo zadowolony z z˙ycia. Cóz˙, mieliśmy piękny dom, wiał lekki wietrzyk, ja lez˙ałam na terenie, który do nas nalez˙ał, trzymając bose stopy na naszej trawie. Osłoniłam dłonią oczy i patrzyłam na Boba, jak w olbrzymim skupieniu przymierzał kostkę po kostce do płytkich dołków. T-shirt, który miał na sobie, był wtedy jeszcze całkiem nowy. Pochodził z koncertu zespołu Squeeze, który odbył się w kampusie college’u. Nasza druga albo trzecia randka. Drugi rok studiów. College w Bostonie, rok 1981. Nie widziałam wtedy świata poza Bobem. Moim zda- niem był słodki, skoro nie chciał niczego przyśpieszać. Mówił, z˙e jestem inna, a jemu nie zalez˙y na seksie, tylko na ,,przejściu całej drogi’’. Dodawał tez˙, z˙e chce uniknąć tego wszystkiego, co mogłoby popsuć nasz związek. Więc się nie śpieszyliśmy. Chodziliśmy z sobą, ale nie doszło do niczego powaz˙nego. Sypialiśmy ściśnięci na moim pojedynczym łóz˙ku pod fińską kołdrą, otoczeni zapachem chińskich zupek i piwa. Z˙ałowałam, z˙e pocałunki Boba są takie niedbałe i wilgotne, ale z czasem to się poprawi, mówiłam sobie. Nie poprawiło się, jednak uznałam, z˙e w z˙yciu są waz˙niejsze sprawy. Znajomi lubili nasze towarzystwo, bo nigdy nie rzu- caliśmy się na siebie w porywach namiętności, więc osoby samotne nie czuły się przy nas gorsze tylko dlatego, z˙e występowały solo. Dobrze się z nami spędzało czas. Na imprezach rozdzielaliśmy się, z˙eby pogadać to z tym, to z tamtym. Nie musieliśmy ciągle być razem. W gruncie rzeczy całkiem często zdarzało się, z˙e nie widywaliśmy się nawet przez kilka dni, na przykład podczas sesji, choć kaz˙de z nas zawsze wiedziało, gdzie podziewa się drugie. Mieliśmy wiele wspólnego, a nasz związek nie kolidował z nauką. Pochodziliśmy z Chicago, 9 skończyliśmy prywatne licea, byliśmy jedynakami. Lynn, moja przyjaciółka, a takz˙e współlokatorka podczas stu- diów, zaprzyjaźniła się równiez˙ z Bobem. Chodziliśmy na wspólne randki z nią i jej coraz to innymi chłopcami. Kiedy nie miała partnera, Bob umówił ją z Patelem, swoim bliskim kolegą. Niestety Lynn potrafiła być z˙enu- jąco nieprzyjemna, gdy kogoś nie polubiła, a akurat Patel zdecydowanie nie przypadł jej do gustu. Bob zarzekał się, z˙e juz˙ nigdy jej nikogo nie przedstawi, lecz zrobił to, bo go ubłagałam, i w końcu zaskoczyła na Michaela, za którego zresztą w rezultacie wyszła. Bob był ich druz˙bą, a ja pierwszą druhną, i wszystko układało się znakomicie, jak w bajce. My pobraliśmy się, kiedy Lynn i Michael wrócili z podróz˙y poślubnej. Wyobraz˙ałam sobie, z˙e zamiesz- kamy po sąsiedzku, obie z Lynn zrezygnujemy z pracy i zajmiemy się wychowaniem dzieci. Myślałam, z˙e bę- dziemy z Bobem zasypiać wtuleni w siebie, jak to bywało w moim pokoju w akademiku, no i marzyłam o płotku z białych sztachetek. Jednak gdzieś tam w środku zaczęły się pojawiać wątpliwości. Tak naprawdę niepokój ogarnął mnie juz˙ podczas miodowego miesiąca. Na Karaibach byliśmy bardzo szczęśliwi. Jeździliśmy na skuterach wodnych, lataliśmy na spadochronie holowanym za motorówką, razem z innymi nowoz˙eńcami wypływaliśmy oglądać zachody słońca. Zauwaz˙yłam tylko, z˙e zaczyna nam brakować tematów do rozmowy. Zupełnie jakbyśmy mie- li rachunek bankowy z określonym zapasem zdań, a w miarę upływu czasu te nasze oszczędności zaczęły topnieć. Pewnego popołudnia na plaz˙y nagle się zachmurzyło. Zrobiło się ciemno, lunął deszcz. Nie zdąz˙yliśmy uciec do samochodu, więc schowaliśmy się pod parasolem z re- 10 klamą Heinekena. Podczas tropikalnej ulewy parasol okazał się równie nieskuteczny, jak wówczas, gdy miał nas chronić przed rozz˙arzonym do białości słońcem. – Zdenerwowało cię coś? – spytałam. – Tak nagle umilkłeś. – Gdy tylko wzruszył ramionami, a potem spojrzał w niebo, nie ustąpiłam: – Bob, o co chodzi? – Doczekałam się tylko ciszy w odpowiedzi. – Zmarz- łam... Moz˙esz wyjąć z torby zapasowy ręcznik? Zrobił to całkiem mechanicznie. Ręka zgięła mu się w łokciu, zanurzyła w torbie, wyciągnęła ręcznik i wysu- nęła się w lewo w moją stronę. – Nic, tylko... – zaczął z wzrokiem utkwionym w kłę- biące się chmury. – Po prostu... – Czekaj, co po prostu? O czym ty mówisz? Ogarnęła cię panika? Z˙ałujesz, z˙e wzięliśmy ślub? Chodź, okryj się ręcznikiem. – Przysunęłam się bliz˙ej. – Nie jest ci zimno? – Nie, jest dobrze. Nie przejmuj się. – Ale co miało znaczyć to ,,po prostu’’? – Niewaz˙ne, rozumiesz? – W jego głosie było tyle zjadliwości, z˙e się cofnęłam. Byłam młoda i pomyślałam, z˙e wszystko się ułoz˙y. Uznałam, z˙e zwyczajnie wpadł w ponury nastrój. Ostatniego wieczoru poszliśmy do baru na plaz˙y. Zamówiliśmy mnóstwo piwa i kołysząc się do dźwięków gitary hawajskiej, patrzyliśmy na ocean. Bob z piwa przerzucił się na whisky. Wcześniej tylko raz widziałam, jak pije whisky, a zdarzyło się to podczas poz˙egnalnej imprezy na ostatnim roku studiów. Oglądaliśmy zachód słońca. Bob, pobrzękując kostkami lodu, wypił resztę alkoholu, po czym uniósł szklankę, sygnalizując kel- nerowi, z˙e chce następną kolejkę. Poszłam do łazienki, umyłam ręce, spojrzałam w lustro i mruknęłam do siebie: – Chyba popełniłam wielki błąd. 11 Niestety nie miałam nikogo, z kim mogłabym o tym porozmawiać, a przeciez˙ bardzo się zaniepokoiłam. Mar- twiłam się i martwiłam, az˙ wpadłam w taką apatię, z˙e po powrocie do domu jeszcze przez prawie dwa tygodnie odwoływałam spotkania z Lynn i Mikiem. Nie chciałam, by przyjaciółka zorientowała się w sytuacji. Kamienna ściez˙ka nie jest prosta. Chcieliśmy, z˙eby wiła się w stronę garaz˙u niczym miniaturowa z˙ółta bruko- wana droga z ,,Czarnoksięz˙nika z krainy Oz’’. Uwaz˙aliś- my, z˙e tak będzie ładniej. Teraz wszyscy wybieramy prostą drogę przez trawnik. Lynn i Mike kupili dom dwie ulice dalej w naszej pełnej drzew okolicy. Moz˙na tu odnieść wraz˙enie, z˙e mieszka się na przedmieściu, choć od centrum Chicago dzieli nas zaledwie kilka minut. Jedno- i dwupiętrowe domy na naszej uliczce są do siebie bardzo podobne, mają małe kwadratowe trawniki, ganki od frontu, patia, tarasy i trawniki z tyłu. Garaz˙e zaprojek- towane na dwa samochody wychodzą na wąską alejkę. Trzeba uz˙yć klaksonu i machnąć ręką do osoby, która uprzejmie poczeka, az˙ się wyjedzie. Wszyscy mają grille z długimi łopatkami i szczypcami, ceglane kominy, ozdob- ne wianki w zimie, amerykańskie flagi w lecie. W kaz˙dym tygodniu moz˙na się spodziewać trzech lub czterech wizyt skautów, którzy próbują sprzedać papier do pakowania lub prenumeratę jakiegoś czasopisma, rozczochranych dzieciaków z college’u, które chciałyby ocalić planetę, jakiegoś miejscowego gościa, któremu źle się wiedzie, więc chodzi od domu do domu z marnymi grabiami i oferuje wysprzątanie trawnika. Zimą przychodzi odgar- nąć śnieg ze ściez˙ek i chodnika. Pod koniec lat osiemdziesiątych Mike’owi i Bobowi zaczęło ubywać włosów, a przybywać w obwodzie. Bob zaczął nosić okulary, a Mike soczewki kontaktowe. Pew- 12 nego dnia, gdy spojrzałam na męz˙a, stwierdziłam, z˙e wygląda staro. No, moz˙e nie tak staro, ale jednak... staro. Nie sposób było zobaczyć w nim chłopaka, za którego wyszłam. Natomiast i ja, i Lynn trzymałyśmy się w dobrej formie. Zapisałyśmy się do tej samej siłowni na naszej ulicy, gdzie wprowadzono zajęcia z aerobiku, który właś- nie zaczynał zdobywać popularność. Włosy obcięłyśmy, jak miliony innych Amerykanek, na wzór Jennifer Anis- ton. Potem je zapuściłyśmy i wyprostowałyśmy. Jak to zrobiły miliony Amerykanek. – Pa, mamo. – Jamie odwraca się, z˙eby mnie objąć, zanim pogna za Andrew i Bobem na trening. – Dzięki za naleśniki. Kiedy drzwi się zatrzaskują, wylewam resztę ciasta do zlewu i puszczam wodę, z˙eby wszystko spłynęło. Cammy przywlekła się do kuchni. Trze oczy, rozmazując resztki makijaz˙u, którego przed snem nigdy nie zmywa. Trzas- kają otwierane i zamykane drzwiczki szafek. Brzęczą słoiki i butelki na drzwiach lodówki, które popycha stopą. W jednej ręce trzyma mleko, w drugiej miskę z płatkami. – Pachnie naleśnikami. – Wsuwa się na wysoki stołek, pochyla nad płatkami i wiosłuje łyz˙ką, patrząc na rysun- kowe zagadki na pudełku, które przekręca, z˙eby odczytać wypisane na dnie odpowiedzi. Cammy najpiękniej wygląda rano, kiedy jest jeszcze zaspana. Latem oliwkowa cera nabiera ciemniejszego, bardziej południowego odcienia. Ach, ta jej cera, po prostu bez skazy. Cammy jest filigranowa, ma cieniutkie nadgarstki i długą szyję, wydatne wargi, duz˙e piwne oczy. Naturalny kolor jej włosów – teraz są ufarbowane – to głęboki brąz, jak pieczone w karmelu jabłko. Gęste, świetnie się układają. Nosiła je z grzywką, którą przy- strzygała, z˙eby nie wpadała do oczu, tak jak się to dzieje 13 teraz. Nie wygląda na szesnaście lat, przynajmniej dopóki nie nałoz˙y make-upu, który przypomina farbę do malowa- nia twarzy. Cechy nastolatki stają się bardziej widoczne, kiedy się ubierze. Te czarne ciuchy wyglądają jak kostium na Halloween. Kończy płatki, a kiedy podnosi się ze stołka, omal się nie przewraca. Wygląda, jakby składała się z samych kończyn. Ma patykowate nogi o wystających kolanach, jest płaska, a kiedy stoi, nie wie, co ma począć z rękami. Rzęsy ma podkręcone, a zęby proste bez pomocy aparatu ortodontycznego. Teraz przechodzi okres buntu i próbuje zniszczyć wszystko, co jest w niej atrakcyjne. Kurczy się, gdy sądzi, z˙e ktoś na nią patrzy, ogarnia ją przeraz˙enie, kiedy słyszy coś w tym stylu: – No nie, Cammy Friedman? Nie do wiary. Nie widziałam cię od czasu, gdy byłaś taka malutka. Proszę, proszę. W dzieciństwie Cammy lubiła się tulić, jak teraz robi to Jamie. Kiedy była małą dziewczynką, w Dniu Matki zwykle płakałam. Pewnego roku – nie pamiętam, ile lat miała – sądziłam, z˙e Cammy jest z Bobem na dole i przygotowuje dla mnie śniadanie do łóz˙ka, gdy nagle na ramieniu poczułam dłoń. Przełknęłam łzy i odwróciłam się, a wtedy objęła mnie rączkami i poklepała po plecach, powtarzając: – Juz˙ dobrze, mamusiu. A potem cichutko wyszła, z˙ebym mogła wydmuchać nos i przywołać uśmiech na powitanie grudkowatych naleśników wnoszonych po schodach na koślawej wik- linowej tacy ozdobionej bukiecikiem podwiędniętych mleczy, kiwających się w słoiku po dz˙emie. Dziesięć lat później Cammy wzdryga się na myśl o jakimkolwiek kontakcie. Kiedy juz˙ musi się do kogoś 14 przytulić, pochyla się do przodu tak, z˙e tylko jej ramiona stykają się z drugą osobą. Resztę ciała trzyma daleko, jak najdalej. Boba to denerwuje, chociaz˙ tak naprawdę ostat- nio wciąz˙ coś go denerwuje. Patrzymy na wszystko zupełnie inaczej. To znaczy Bob i ja. Ja patrzę na oczy ludzi. Czasami, niezbyt często, ale jednak się zdarza, przypadkiem wychwytuję czyjeś spo- jrzenie i dostrzegam w nim jakąś głębię, coś na kształt porozumienia, jakbyśmy nalez˙eli do tej samej rasy psów. Zazwyczaj są to ludzie, którzy mają takie oczy jak ja, to znaczy szeroko rozstawione, okrągłe, ciemnobrązowe. Kiedy jestem zdenerwowana, ciemnieją jeszcze bardziej, całe upodobniają się barwą do źrenic. Natomiast Bob widzi u ludzi wyłącznie stopy. Kiedy idzie ulicą, patrzy w dół. Najki. Klapki. Buty od Manola Blahnika. Imitacje z sieci Payless. W zimie buty Uggs i L.L.Bean. Kiedy ktoś idzie w butach sportowych, Bob śledzi kaz˙dy jego krok, zupełnie jakby patrzył na piękną kobietę. W rzeczywistości interesuje go siła, z jaką stawiana jest pięta. Cóz˙, ostatecznie studiował medycynę sportową. Kiedy objął stanowisko w firmie Nike, poszliś- my z Mikiem i Lynn na kolację, z˙eby to oblać. Przez jakiś czas pod koniec dnia z radością opowiadał mi o pracy nad udoskonaleniami, dzięki którym nowe pokolenie biega- czy odczuje fantastyczne zmiany na lepsze. Gdzieś w trak- cie tego roku przestał się cieszyć, a zaczął pić. Nie za duz˙o, lecz wystarczająco, z˙eby alkohol uwypuklał jego cyniczne zachowanie. Bob zajmuje się obuwiem sportowym, bo tak to na- zywają w branz˙y, chociaz˙ ja zwykle mówię ludziom, z˙e projektuje tenisówki, choć wiem, z˙e brzmi to całkiem inaczej. Zanim zaczął pracować w słynnym koncernie, nie miałam nawet pojęcia, z˙e istnieje coś takiego jak 15 architektura buta. Oczywiście kiedyś czytałam o począt- kach Nike, o biegaczu, trenerze i gofrownicy, która posłuz˙yła do odlania podeszwy, lecz poza tym byłam całkiem nieświadoma, czego trzeba, z˙eby stworzyć dobry sportowy but. W świecie Boba stopy dzielą się na dwie kategorie: zdrowe i chore. Zdrowe to te, które w naturalny sposób starzeją się w równym stopniu od palców do pięty. Chore to wszystkie pozostałe, a dla Boba większość stóp jest chora. – Kto mógł wpaść na pomysł, z˙eby klapki stały się tak powszechne? – spytał ogłupiałą towarzyszkę podczas szkolnej imprezy charytatywnej. Albo: – Ten facet nie zdaje sobie sprawy, z˙e za dziesięć lat z powodu płaskostopia zostanie pacjentem pediatry – po- wiedział mi, gdy robiliśmy zakupy gwiazdkowe w Old Orchard Mall. A takz˙e: – W idealnym świecie zdelegalizowalibyśmy wysokie obcasy i wszyscy nosiliby obuwie ortopedyczne. To powiedział do dyrektora szkoły po pełnej napięcia rozmowie, podczas której dowiedzieliśmy się, z˙e Cammy znów dostała naganę i ma warunkową zgodę na pozo- stanie w szkole. Dyrektor, pan Black, wygląda, jakby przyszedł na świat w wyniku kleszczowego porodu. Nie znoszę go, głównie zresztą, jak sądzę, dlatego, z˙e on nie znosi mnie. Ani mojej rodziny. To były początki nauki Cammy. Przyszliśmy do dyrek- tora Blacka, z˙eby poprosić o przeniesienie jej do innej klasy, którą prowadziła mniej niecierpliwa nauczycielka. Nim skończyliśmy mówić, pan Black zaczął kręcić głową, po czym uniósł rękę i powiedział: 16
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Dogonić rozwiane marzenia
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: