Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00570 008056 13443077 na godz. na dobę w sumie
Dom marzeń - ebook/pdf
Dom marzeń - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 156
Wydawca: Harlequin Polska Język publikacji: polski
ISBN: 9788323875475 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> romans
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Kiedy doktor Giselle Howard przyjeżdża z Paryża do małego miasteczka w Cheshire, gdzie jej ojciec kupił dom, wcale nie ma zamiaru osiedlić się tam na stałe. Atmosfera angielskiej prowincji, piękno krajobrazu, serdeczność mieszkańców, a przede wszystkim rodzące się uczucie do Marca Bannermana sprawiają jednak, że Giselle staje przed najtrudniejszą decyzją w życiu -wrócić do ukochanego Paryża, czy zostać w Anglii?

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

dla ka(cid:380)dej kobiety, ka(cid:380)dego dnia(cid:8230) Wi(cid:281)cej informacji znajdziesz na www.harlequin.com.pl Abigail Gordon Dom marzeń Tłumaczyła Krystyna Rabińska Droga Czytelniczko! Powitałyśmy juz˙ nowy rok, pora wrócić do zwykłego trybu z˙ycia. A moz˙e takz˙e do swych ulubionych lektur? Oto nasze styczniowe propozycje: Szpital w dz˙ungli (Medical Duo) – David i Solaina uciekają od miłości: oboje uwaz˙ają ją za groźne uzalez˙nienie... Peruwiańska misja (Medical Duo) – Moriah marzy o licznej rodzinie, Blake zaś na myśl o tym dostaje gęsiej skórki. Dom marzeń (Medical) – mało brakowało, a z powodu swej niecierpliwości Marc straciłby ukochaną kobietę. Nowa siła (Medical) – Kat stara się pogodzić miłość do własnego dziecka z uczuciem do męz˙czyzny, który nie jest jego ojcem. Zapraszam do lektury Ewa Godycka Harlequin. Kaz˙da chwila moz˙e być niezwykła. Czekamy na listy! Nasz adres: Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises Sp. z o.o. 00-975 Warszawa 12, skrytka pocztowa 21 Abigail Gordon Dom marzeń Toronto · Nowy Jork · Londyn Amsterdam · Ateny · Budapeszt · Hamburg Madryt · Mediolan · Paryż Sydney · Sztokholm · Tokio · Warszawa Tytuł oryginału: A French Doctor at Abbeyfields Pierwsze wydanie: Harlequin Mills Boon Limited, 2006 Redaktor serii: Ewa Godycka Opracowanie redakcyjne: Piotr Goc Korekta: Urszula Gołębiewska, Ewa Godycka  2006 by Abigail Gordon  for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 2007 Wszystkie prawa zastrzez˙one, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie. Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V. Wszystkie postacie w tej ksiąz˙ce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – z˙ywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe. Znak firmowy Wydawnictwa Harlequin i znak serii Harlequin Medical są zastrzez˙one. Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa, ul. Rakowiecka 4 Skład i łamanie: COMPTEXT , Warszawa Printed in Spain by Litografia Roses, Barcelona ISBN 978-83-238-3802-9 Indeks 325260 MEDICAL – 370 ROZDZIAŁ PIERWSZY Na miejsce aukcji wybrano kryty łupkowym da- chem budynek starych stajni na samym krańcu mias- teczka. Giselle rozejrzała się dookoła i pomyślała, z˙e czuć tu jeszcze koński zapach. Od wyjazdu z Paryz˙a nie opuszczało jej dziwne poczucie nierealności. Co ona robi na tej głębokiej angielskiej prowincji? Odpowiedź była prosta. Oj- ciec, który przez ostatnie dwadzieścia pięć lat miesz- kał ze swoją francuską z˙oną, a jej matką, w Paryz˙u, niespodziewanie oświadczył, z˙e chciałby wrócić na stałe do rodzinnej miejscowości. Ujawnienie przez ojca tego typu pragnień wstrząs- nęło nią, lecz towarzyszące owemu wyznaniu oko- liczności były jeszcze bardziej niewiarygodne. Po pierwsze powiedział jej o swoich planach w dniu pogrzebu Celeste na francuskim cmentarzu, po dru- gie oznajmił, iz˙ dawny przyjaciel zawiadomił go, z˙e dom, w którym mieszkał jako mały chłopiec, właśnie będzie wystawiony na aukcji. Giselle słuchała tego wszystkiego oszołomiona. – Jak moz˙esz myśleć o takich rzeczach! – wy- krzyknęła. – Przeciez˙ dopiero pochowaliśmy maman. – Otóz˙ to – odparł ojciec ze smutkiem. – Nie wyobraz˙am sobie dalszego z˙ycia w Paryz˙u bez niej. Sprowadziliśmy się tutaj, gdy miałaś dwa latka, 6 ABIGAIL GORDON poniewaz˙ Celeste bardzo tęskniła za tym pięknym rodzinnym miastem. Ale teraz, kiedy jej juz˙ z nami nie ma, chciałbym wrócić do Anglii. – Nie moz˙esz jechać na aukcję, tato – zaprotes- towała Giselle i spojrzała na ojca z troską. Miał siedemdziesiąt dwa lata, lecz wyglądał starzej. – Wiele tygodni opiekowaliśmy się razem mamą, jesteś bardzo zmęczony i osłabiony. Nie chciałabym stracić i ciebie – dodała. – W takim razie będziesz musiała mnie zastą- pić. Uczynię cię moim pełnomocnikiem – oświad- czył. Czekając teraz na rozpoczęcie aukcji, Giselle myś- lała, z˙e nie ma ochoty wyprowadzać się z Paryz˙a i zamieszkać w jakiejś zapadłej dziurze, na dodatek w kraju, gdzie bez przerwy pada deszcz. Z drugiej strony, po śmierci matki nie mogła zostawić ojca samego. Wiedziała, z˙e w najbliz˙szych miesiącach będzie mu bardzo potrzebna. W wielkim mieście Giselle czuła się jak ryba w wodzie. Wolne chwile od pracy w szpitalu, gdzie przygotowywała się do zrobienia specjalizacji, spę- dzała, korzystając z wszelkich atrakcji metropolii, restauracji, teatrów, sklepów. Poza tym w Paryz˙u mieszkał Raoul – szarmancki szczupły brunet. Cho- ciaz˙ ostatnio rzadko się widywali. Raoul nie lubił rozmów o chorobach i często namawiał ją, by znalaz- ła sobie jakieś inne, bardziej estetyczne, jak to ujmo- wał, zajęcie. Na opiekę nad matką Giselle wzięła długi urlop bezpłatny i teraz powinna juz˙ być z powrotem na oddziale – na nowo zająć się swą pracą oraz zacząć DOM MARZEŃ 7 organizować sobie z˙ycie. I tak by uczyniła, gdyby ojciec nie zastrzelił jej tym niezwykłym pomysłem. W rezultacie, zamiast z powrotem przy łóz˙kach chorych, znajdowała się teraz w tłumie obcych so- bie ludzi w małej miejscowości w Cheshire i szyko- wała się do wzięcia udziału w aukcji domu noszą- cego nazwę Abbeyfields, nawiązującej do starego opactwa, które w zamierzchłych czasach znajdowa- ło się na terenie posiadłości. Z Paryz˙a ojciec skon- taktował się z agencją nieruchomości i gdy powie- dział jej, jaka jest cena wywoławcza, Giselle była przeraz˙ona. – Stać nas na tyle? – wyszeptała z trudem. – Jeśli nie będzie innego wyjścia – odparł nie- zraz˙ony. Wówczas dotarło do niej, jak bardzo mu zalez˙y na powrocie w rodzinne strony. James Morrison, przyjaciel, który zawiadomił go o tym, z˙e dom jest na sprzedaz˙, prowadził w mias- teczku niewielkie centrum ogrodnicze. Wraz z z˙oną udzielił Giselle gościny. Pracownik agencji pokazał jej dom, potem wrócili do biura omówić szczegóły oferty. Wychodząc, Giselle omal nie zderzyła się w drzwiach z zaaferowanym następnym klientem. Męz˙czyzna, szeroki w ramionach, postawny błę- kitnooki blondyn ze zdrową cerą, ubrany w tweedo- wy garnitur, uśmiechnął się i rzucił w pośpiechu: – Przepraszam... Odpowiedziała mu lekkim skinieniem głowy, zbyt zaabsorbowana myślami o tym, co przyniesie jutro, by poświęcać więcej uwagi nieznajomemu. A jeśli ktoś ją przelicytuje? Agent twierdził, z˙e aukcja wzbudziła 8 ABIGAIL GORDON spore zainteresowanie. Bardzo nie chciałaby wracać do Francji z wieścią, z˙e ktoś inny kupił Abbeyfields. Potoczyła wzrokiem po zebranych i nagle zauwa- z˙yła tego blondyna. Siedział po drugiej stronie przej- ścia i przeglądał katalog nieruchomości wystawio- nych na sprzedaz˙. W pewnej chwili, jak gdyby czując na sobie jej wzrok, uniósł głowę. Ich spojrzenia się spotkały. Tym razem się nie uśmiechnął. Ukłonił się zdawkowo i wrócił do lektury. Giselle nie mogła oczywiście wiedzieć, z˙e Marc Bannerman odwiedził agencję nieruchomości w tym samym celu co ona. On równiez˙ zamierzał kupić Abbeyfields. Dom znajdował się w cichym ślepym zaułku od- chodzącym od głównej ulicy miasteczka, a z okien na piętrze rozciągał się wspaniały widok na okoliczne wzgórza. Doskonale nadawał się i na mieszkanie, i na lecznicę. Wobec liczby mieszkańców w okolicy dotychczasowy lokal wynajmowany na przychodnię był juz˙ zbyt ciasny. rosnącej Kiedy agent powiedział mu, z˙e szykowna kobieta o lśniących jasnobrązowych włosach i ładnej wy- razistej twarzy takz˙e jest zainteresowana kupnem Abbeyfields, pomyślał cierpko, z˙e kolejna mieszkan- ka jakiegoś duz˙ego miasta ulega modzie i postanawia uciec na prowincję. Zazwyczaj nie miał nic przeciwko nowym przyby- szom. Kaz˙dy ma prawo mieszkać, gdzie zechce. Ich miasteczko z domami z kamienia wapiennego, skle- pami od pokoleń prowadzonymi przez te same rodzi- ny, połoz˙one w pięknej dolinie pośród wzgórz, w pe- DOM MARZEŃ 9 wnej odległości od najbliz˙szego większego miasta, to istna oaza spokoju. Idealne miejsce, gdzie Tom i Alice mogą spędzić szczęśliwe dzieciństwo. Jeśli tylko uda mu się kupić Abbeyfields. Giselle wolałaby, by ,,jej’’ dom był licytowany na samym początku. Chciała jak najprędzej mieć za sobą to mało przyjemne doświadczenie, lecz Abbey- fields zajmowało dalekie miejsce na liście, a ona, przysłuchując się bojom o kolejne nieruchomości, odczuwała coraz większą tremę i zdenerwowanie. Tak wiele zalez˙y od powodzenia mojej misji, myś- lała. Ojciec tak bardzo pragnie mieć ten dom, a po miesiącach towarzyszenia matce w powolnym umie- raniu nalez˙y mu się trochę szczęścia. Nagle wszelkie obawy ustąpiły miejsca determinacji. Musi zdobyć Abbeyfields dla niego! Nawet gdyby miała rzucić na szalę wszystkie pieniądze, jakie posiadają, wszystkie co do ostatniego pensa, kupi go. Zauwaz˙yła, z˙e nieznajomy siedzący po przeciwnej stronie sali nie bierze udziału w przetargach. Cieka- we, na którą posiadłość ma chrapkę? Wkrótce miała się dowiedzieć. Kiedy przyszła kolej na Abbeyfields, nie przyłączył się do licytacji i z jakiegoś niezrozumiałego dla niej samej powodu Giselle odczuła ulgę. Chłodne spojrze- nie, jakim ją obrzucił na samym początku, wzmogło jej zdenerwowanie. Instynktownie wyczuła, z˙e daje jej do zrozumienia, iz˙ on jest stąd, natomiast ona jest tu obca. Jednakz˙e gdy kolejni uczestnicy licytacji zaczęli wycofywać się z gry, blondyn przystąpił do ataku. Wkrótce na placu boju zostali we dwójkę, Giselle i on. 10 ABIGAIL GORDON Giselle ogarnęła panika. Jest taki spokojny i opa- nowany, myślała, i równie jak ja zdeterminowany dopiąć swego. Błękitne oczy, które wczoraj rozbłysły na jej widok, teraz parzyły na nią tak lodowato, z˙e najchętniej uciekłaby i schowała się w jakimś bez- piecznym miejscu. I nagle było po wszystkim. Po jej ostatnim ode- zwaniu się zamilkł. Licytator trzykrotnie powtórzył sumę i przybił młotkiem. Dom był ich. Jej i ojca. Klamka zapadła. Z˙egna się z Paryz˙em, lecz mia- ła nadzieję, z˙e nie z Raoulem. Chociaz˙ czy będzie mu się chciało przeprawiać przez kanał, z˙eby spę- dzić z nią kilka chwil na zabitej deskami angielskiej prowincji? Kiedy wychodziła, jej oponent nagle pojawił się przy niej i rzekł: – Gratuluję. Mam nadzieję, z˙e będzie pani szczęś- liwa w Abbeyfields. Giselle zmusiła się do uśmiechu. Miała wraz˙enie, z˙e blondyn wcale jej dobrze nie z˙yczy, z˙e pragnie, by znalazła się jak najdalej stąd. Cóz˙, jeśli tak jest, w tych pragnieniach są zgodni. No i nie udało się, myślał ponuro Marc Banner- man, idąc piechotą do lecznicy. Dzieci tez˙ spotka zawód. Juz˙ się cieszyły, z˙e będą mogły hasać po łąkach wokół Abbeyfields, a tu figa. Poranny dyz˙ur właśnie się skończył i Stanley Pol- lard, teść Marca, oraz Craig Richards, lekarz staz˙ysta, z niecierpliwością czekali na wiadomość, czy się przenoszą, czy nie. W odpowiedzi na ich pytające spojrzenia Marc potrząsnął głową. DOM MARZEŃ 11 – Niestety – rzekł. – Przelicytowała mnie jakaś całkiem obca kobieta, szatynka z pięknymi fiołkowy- mi oczami i pokaźnym kontem w banku. – To pewnie ta sama, która zatrzymała się u Mor- risonów – rzekł Stanley. – James był tu dziś na badaniach kontrolnych i powiedział, z˙e przyleciała z Francji. – Z Francji? – powtórzył Marc. – Od razu wie- działem, z˙e nie jest z tych stron. Nie mówił, jak się nazywa i dlaczego przyjechała az˙ z tak daleka? – Giselle jakaś tam. Zdaje się, z˙e James znał kie- dyś jej ojca. – Ciekawe – wtrącił Craig i wyszczerzył zęby w uśmiechu. – Długo zostanie? – Podobno wyjez˙dz˙a stąd zaraz po zakończeniu aukcji. Wracając do domu, Giselle starała się zmobilizo- wać wszystkie siły, by stawić czoło czekającej ją przyszłości. Powtarzała sobie w duchu, z˙e przeciez˙ Anglia nie lez˙y na końcu świata, komunikacja lot- nicza jest bardzo dobra, poza tym moz˙na przejechać tunelem pod kanałem La Manche i zawsze gdyby zatęskniła za Paryz˙em i za Raoulem, w kilka godzin będzie na miejscu. Ciekawe, jak on przyjmie wieść o mojej przeprowadzce, pomyślała nagle. Doszła do wniosku, z˙e to będzie dobry sprawdzian jego uczuć. Nagle przypomniał jej się nieznajomy męz˙czyzna, którego wyeliminowała z licytacji, i ogarnęły ją wy- rzuty sumienia. Musiała przyznać, z˙e podchodząc i gratulując jej, pokazał klasę. Natomiast ona nie była w stanie wydusić z siebie ani słowa. Było jej głupio, 12 ABIGAIL GORDON z˙e sprzątnęła mu sprzed nosa dom, którego wcale nie chciała. No tak, ale zrobiłam to dla ojca, a on jest najwaz˙- niejszy, usprawiedliwiała się w duchu. Raoul, właściciel butiku w jednej z eleganckich handlowych dzielnic Paryz˙a, wcale nie ucieszył się z wieści, z˙e jego dziewczyna przenosi się do Anglii. Oświadczył bez ogródek, z˙e gdyby chodziło o Lon- dyn, to od czasu do czasu mógłby ewentualnie przy- jechać na jakiś pokaz mody albo podobną imprezę, ale nie miał zamiaru odwiedzać jej w jakimś Che- shire, więc niech lepiej jeszcze raz wszystko dobrze przemyśli i raczej zmieni zdanie. – Wykluczone – oświadczyła beznamiętnym to- nem. – Przynajmniej nie teraz. Po śmierci mamy ojciec mnie bardzo potrzebuje. Moz˙e za kilka miesię- cy, kiedy przyzwyczai się do nowego otoczenia i otrząśnie po jej stracie, będę mogła wrócić. A tym- czasem urządzę się tam, poszukam jakiejś pracy, ale tylko na część etatu, bo nie chcę zostawiać go na całe dnie samego. Obawiam się, z˙e to wszystko nie będzie łatwe. – Przepraszam, klientka czeka – przerwał jej Ra- oul. – Daj od czasu do czasu znać, co u ciebie – do- rzucił. – Odezwę się, jak będę w Londynie... A ja głupia łudziłam się, z˙e mu na mnie zalez˙y, wyrzucała sobie Giselle, opuszczając butik. Paryskie mieszkanie zostało sprzedane, meble za- pakowane w kontener i wysłane do Anglii. Wyraz twarzy ojca, kiedy jechali taksówką z lotniska do DOM MARZEŃ 13 Abbeyfields, rozwiał wszystkie wątpliwości, jakie Giselle miała jeszcze na temat przeprowadzki. – Powiedz – zaczęła – czy kiedykolwiek w prze- szłości chciałeś tu wrócić? – Och tak, wielokrotnie, ale twoja matka bardzo by się martwiła, gdyby się dowiedziała, z˙e poświęci- łem się dla niej. Nie tylko ją dręczyła nostalgia. – Kocham cię, tato – szepnęła Giselle przez ściś- nięte gardło i przysięgła sobie, z˙e nigdy ani słowem, ani czynem nie zdradzi się przed nim, ile ją kosz- towała decyzja o wyjeździe z Paryz˙a. Pracownicy firmy, której powierzyli przeprowa- dzkę, przyjechali przed nimi i czekali na instrukcje, jak rozmieścić poszczególne meble, i przez następ- nych kilka godzin Giselle pracowała bez chwili wy- tchnienia. Tymczasem ojciec chodził po pokojach szczęśliwy jak dziecko, które dostało nową zabawkę. Z tą tylko róz˙nicą, z˙e Abbeyfields nie było dla niego nowe – kryło w sobie wspomnienia, które całe z˙ycie pielęgnował w sercu. – Az˙ do ślubu z twoją matką mieszkałem tutaj z rodzicami – opowiadał. – Po ich śmierci daleki kuzyn odkupił dom i ziemię. Teraz i on, i jego z˙ona takz˙e zmarli, a ja wróciłem na stare śmieci. Ale co będzie z tobą? Czy będziesz tutaj szczęśliwa? – dopy- tywał się. – Mam wyrzuty sumienia, z˙e myślałem wy- łącznie o sobie. Giselle uśmiechnęła się słabo. – Oczywiście, z˙e będę, tato – zapewniła go. I oby tak się stało, dokończyła w myślach. 14 ABIGAIL GORDON Marc słusznie przewidział, z˙e dzieci będą bardzo iz˙ nie zamieszkają w Abbeyfields. zawiedzione, Dziewięcioletni Tom zrobił naburmuszoną minę, na- tomiast sześcioletnia Alice stwierdziła rezolutnie: – A my i tak będziemy się tam bawić. Na łąkach rośnie wysoka trawa, nikt nas nie zobaczy. – To by było bezprawne wkroczenie na czyjś te- ren prywatny, kochanie – wyjaśnił ojciec. Z z˙alem pomyślał, z˙e Amanda wiedziałaby, jak ich pocieszyć. Niestety, matka Toma i Alice, miłoś- niczka koni i brawurowej jazdy, dwa lata temu zginę- ła zrzucona przez wierzchowca i od teraz Marc, wspo- magany przez teściów, sam wychowywał dzieci. – Obiecuję, z˙e znajdę dla nas dom, gdzie będzie mnóstwo miejsca do zabawy – oświadczył. W dniu, gdy do Abbeyfields wprowadzili się nowi właściciele, zobaczył stojący na ulicy samochód fir- my przewozowej, mignęły mu tez˙ zgrabne nogi w dz˙insach, lśniące włosy związane w koński ogon i twarz, którą zapamiętał z aukcji. Jego ciekawość wzmogła się po rozmowie z Jame- sem Morrisonem z centrum ogrodniczego, który uja- wnił, z˙e Giselle Howard występowała jako pełno- mocniczka ojca, wdowca pragnącego odzyskać ro- dzinne gniazdo. – Obawiam się, z˙e to przeze mnie sprzątnięto ci ten dom sprzed nosa, Marc – rzekł – bo to ja zawiado- miłem Philipa, z˙e Abbeyfields jest na sprzedaz˙. Oj- ciec jest w siódmym niebie, za to córka chyba wolała- by zostać we Francji – dodał. Poznawszy kulisy całej sprawy, Marc zaczął jakby
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Dom marzeń
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: