Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00402 007960 11064445 na godz. na dobę w sumie
Dom na wyrębach - ebook/pdf R
Dom na wyrębach - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 338
Wydawca: Videograf Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-7835-030-9 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> kryminał, sensacja, thriller >> thriller, horror
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Niejeden z nas marzy o wyprowadzce do własnego domu na wsi. Niektórzy realizują swoje plany. Zrealizował je także bohater powieści 'Dom na wyrębach'. Chata z bali, ogień pod kuchenną płytą, cisza za oknami. Idylla? Prawie. Nieznana siła przestawia rzeczy w zamkniętym domu. Mieszkający obok sąsiad okazuje się człowiekiem 'któremu nie udowodniono'. Wokół naiwnego mieszczucha zaczyna zaciskać się pętla... Wartka, trzymająca w napięciu akcja i lekkie pióro Autora sprawiają, że książkę trudno odłożyć przed poznaniem jej zakończenia.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Recenzje na blogach:

wswiecieslow.blogspot.com W świecie słów - horror, kryminał, thriller: Dom na Wyrębach, Stefan Darda

Darmowy fragment publikacji:

Redakcja Dorota Strojnowska Projekt okładki Marek J. Piwko Ilustracja na okładce Dariusz Kocurek Redakcja techniczna Damian Walasek Korekta Zespół Skład i łamanie Grzegorz Bociek Wydanie II, październik 2009 Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA 41 ‑500 Chorzów, Aleja Harcerska 3c tel. 32‑348 ‑31 ‑33, 32‑348 ‑31 ‑35 fax 32‑348 ‑31 ‑25 office@videograf.pl www.videograf.pl Dystrybucja wersji drukowanej: DICTUM Sp. z o.o. 01 ‑942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21 tel. 22‑663 ‑98 ‑13, fax 22‑663 ‑98 ‑12 dystrybucja@dictum.pl www.dictum.pl © Wydawnictwa Videograf SA, Chorzów 2012 © text by Stefan Darda ISBN 978 ‑83 ‑7835 ‑030 ‑9 Dla moich Rodziców Dobrze jest umieć odróżniać życie od procesu powolnego umierania. Marek Leśniewski Przedmowa Życie składa się z chwil. Ulotnych, niezapomnianych, ta‑ kich, których nie chce się pamiętać i takich, które wgry‑ zają się w świadomość, nie mając za żadną cenę ochoty jej opuścić. Pamiętam chwilę, kiedy późną nocą, gdzieś w starym, drewnianym domu na Pojezierzu Łęczyńsko ‑Włodawskim, przy kieliszku wódki, usłyszałem od starszego człowieka opo‑ wieść o młodej, zmarłej przedwcześnie dziewczynie. Została pochowana w białej sukni, a potem, po długim czasie, otwo‑ rzono trumnę i dziewczyna leżała zupełnie niezmieniona przez kilka chwil, dopóki podmuch wiatru nie zamienił jej w proch. Nie mam najmniejszych podstaw, aby twierdzić, że to nieprawda. Mało tego, uważam, że takich niezwykłych, a jednocześnie prawdziwych opowieści są tysiące i mogę tyl‑ ko żałować, że nie uda mi się ich wszystkich poznać. Wielu ludzi pomogło mi czytając, wyrażając swoją opinię o tekście, zachęcając do kontynuowania opowieści. Wszyst‑ kim bardzo dziękuję. Bez Was ta książka by nie powstała. Dziękuję też Portalowi Sukcesu (www.portalsukcesu.pl). To miejsce w sieci, gdzie każdy może spróbować swoich sił 7 na polu artystycznym. Dzięki temu portalowi nabrałem wia‑ ry, że mogę napisać coś, co się spodoba. Zaczęło się od po‑ ezji, a następnym krokiem jest Dom na wyrębach. Przede wszystkim jednak chcę podziękować Panu Maria‑ nowi Łubkowskiemu, który opowiedział mi historię będącą punktem wyjścia do powieści oraz mojej kochanej Siostrze, Urszuli, której uwagi były mi bardzo pomocne. Akcja książki rozgrywa się w głównej mierze w przysiół‑ ku Wyręby na Pojezierzu Łęczyńsko ‑Włodawskim. Tak na‑ prawdę nie ma takiego miejsca. Nie ma też pobliskiego Ko‑ strzewa, a wszystkie osoby pojawiające się w powieści są fikcyjne. Czy jednak opisywane zdarzenia nie mogły się zdarzyć naprawdę? Tego już nie jestem do końca pewien. Brnąc przez nasze chwile, stykamy się czasem z czymś, cze‑ go nie da się wyjaśnić. Tak więc, Drogi Czytelniku, zapra‑ szam Cię do domu na Wyrębach. Usiądź wygodnie w fote‑ lu, włącz dobrą muzykę i… na wszelki wypadek zapal obok świecę. Nigdy nie wiadomo, czy właśnie ona nie jest najlep‑ szą ochroną przed tym, czego nie doświadczyłeś nawet w naj‑ gorszych koszmarach. S.D. Część 1 (lipiec–sierpień 1995) 1. Spojrzenie zza płotu niemal paliło plecy. Nie lubię, gdy ktoś obserwuje z ukrycia, co robię; do tamtego dnia nie wiedzia‑ łem, że kiedy mam dość upału i całonocnej podróży rozkle‑ kotaną furgonetką, to takie podglądactwo irytuje mnie jesz‑ cze bardziej. Odwróciłem się i wyzywająco patrzyłem na mi‑ gocącą zieleń okalającą sąsiednie, oddalone o kilkadziesiąt metrów gospodarstwo. Kiedy, po upływie kilkunastu sekund, już zaczynałem mieć wątpliwości co do swojej intuicji, do‑ strzegłem ledwo zauważalny ruch. Jakaś postać przemknęła w kierunku wejścia do domu. Skrzypnęły drzwi. — Nie ma co — powiedziałem do siebie. — Pięknie się tu wita nowych sąsiadów. Gadanie na głos pogłębiło tylko stan rozdrażnienia. Przy‑ szło mi do głowy, że jeśli tak dalej pójdzie, to wkrótce wylą‑ duję w jakimś bezpiecznym przytułku dla nieszkodliwych wariatów. W końcu minęło już kilka miesięcy od rozwodu, więc powinienem się wreszcie zacząć przyzwyczajać do sa‑ motności. Taszcząc pudła z samochodu do domu, po raz kolejny rozmyślałem o swojej sytuacji. Jeszcze rok temu świetnie ro‑ 11 kujący doktor praw, zięć rektora jednego z najlepszych pol‑ skich uniwersytetów, mógł mieć wszystko, czego tylko za‑ pragnął. Wygodne życie, bezproblemowa habilitacja, ciepła posadka… Pech chciał, że świetnie rokujący doktor zapra‑ gnął wdać się w bliższą interakcję z jedną ze swoich studen‑ tek. Interakcja była szalenie podniecająca do momentu, kie‑ dy późnym wieczorem do gabinetu na wydziale prawa nie‑ spodziewanie weszła jedna z bliskich koleżanek żony. Puf! Podniecenie i kilkunastoletnie małżeństwo w jednej chwi‑ li stały się przeszłością. Może gdyby zdrada nie miała miej‑ sca właśnie tam, może gdyby nie wiązała się z tak wielkim upokorzeniem Moniki, może gdybyśmy dochrapali się choć jednego potomka, może, może… — Było, minęło — rzekłem. Tym razem wydałem z siebie nerwowy chichot. Musi jesz‑ cze chyba upłynąć trochę czasu. Zresztą — nie oszukujmy się — to małżeństwo i tak od kilku lat było tak naprawdę fikcją. Dwoje obcych już sobie ludzi pałętało się po sporym apartamencie, raz po raz wymieniając zdawkowe uwagi na mało znaczące tematy. Fakt, było się do kogo odezwać, ale może czasem lepiej gadać do samego siebie niż rozprawiać o dupie Maryni? Zmęczone ramiona domagały się kilku chwil odpoczyn‑ ku. Upał był nie do zniesienia. Powietrze drgało konwulsyj‑ nie, zawieszone pomiędzy rozpaloną ziemią a słońcem, które akurat w tym dniu postanowiło pokazać, na co je stać. Dusz‑ nej ciszy nie rozpraszał żaden dźwięk, nie licząc leniwie od‑ zywającego się tu i ówdzie szeleszczenia świerszczy. Cóż, li‑ piec roku 1995 był mało łaskawy dla eks ‑mężów dokonują‑ cych przeprowadzki do nowego miejsca zamieszkania. Zamarzyłem o chłodnym piwie. Miałem w samochodzie kilka butelek, jednak dotknięcie jednej z nich rozwiało wszel‑ kie wątpliwości. O chłodnym piwie mogłem zapomnieć, po‑ dobnie jak o zeszłorocznym śniegu. Otworzyłem butelkę, po‑ ciągnąłem kilka łyków ciepłej zupy i popatrzyłem na moją 12 posiadłość, w której zamierzałem spędzić co najmniej kilka najbliższych lat, a — kto wie? — może nawet resztę życia. Parterowy, drewniany dom, zbudowany jakieś dwadzie‑ ścia lat wcześniej, oszalowany był deskami, od których pa‑ skudnie odłaziła jasnobrązowa farba. Eternit na dachu rów‑ nież pozostawiał wiele do życzenia, nie mówiąc już o komi‑ nie, który wręcz błagał o natychmiastową reanimację. Okna za to prezentowały się całkiem przyzwoicie; zdaje się, że po‑ przedni lokator tuż przed opuszczeniem tego świata zatrosz‑ czył się o to, aby przez następnych kilkanaście lat chłód mu zbytnio nie dokuczał. Dodatkowo zabezpieczały je solidne okiennice mocowane śrubami od wewnątrz. Dębowe drzwi wejściowe ozdobione zostały ręcznie wykonanymi, pomalo‑ wanymi na czarno okuciami. „Durkacz najwidoczniej hołdował zasadzie: «Bezpieczeń‑ stwo przede wszystkim»” — pomyślałem. Z zadowoleniem popatrzyłem na porządny, antywłama‑ niowy zamek, który zamontowałem podczas poprzedniego pobytu. Jak widać, nowy mieszkaniec nie pozostaje w tyle. Uśmiechnąłem się do siebie i rozejrzałem dookoła. Przestrzeń wokół domu zdradzała ślady kilkuletniego zaniedbania. Bujne trawy dawno porosły niewielki ogródek i coś, co niegdyś zapewne było trawnikiem. W sadzie roiło się od połamanych gałęzi, porozrzucanych przez wiatr gdzie popadło. Z budynkiem mieszkalnym sąsiadował murowany domek gospodarczy, mający służyć mi w przyszłości za garaż. Całość ogrodzona była starannie ustawionym płotem. Nad zakupem nie zastanawiałem się długo. Syn poprzed‑ niego właściciela nie żądał kokosów; sto pięćdziesiąt milio‑ nów starych złotych (przeliczanie kwot na nowe złote wciąż sprawiało mi spory problem) nie stanowiło wygórowanej kwoty, tym bardziej, że pod odrapanym szalunkiem domu znajdowały się dębowe bale w doskonałym stanie. Prędko do‑ biliśmy targu, ciesząc się, jaki to świetny interes udało nam się zrobić. Ja byłem zadowolony, bo wiedziałem, że trochę 13 pracy i nieco pieniędzy mogą zamienić nędznie wyglądają‑ ce obejście w moją wymarzoną oazę spokoju, spadkobierca natomiast radował się zapewne, że po trzech latach udało mu się wreszcie pozbyć domu w tak mało atrakcyjnej oko‑ licy. Do najbliższej asfaltowej drogi były prawie trzy kilo‑ metry przez las, do sklepu i kościoła — ponad pięć. O tele‑ fonie nie było nawet co marzyć. Jedyną oznaką cywilizacji były stare słupy, dzięki którym energia elektryczna docie‑ rała do dwóch gospodarstw położonych wśród lasów i nie‑ licznych pól. Dam głowę, że po wyjściu od notariusza Józef Durkacz Junior upił się na umór. Wróciłem do pracy. Przenoszenie mojego życiowego do‑ robku zajęło mi ponad połowę dnia. Większość rzeczy umie‑ ściłem na środku największego pokoju. Rozparcelowaniem majątku zamierzałem zająć się następnym razem. Spojrzałem na zegarek. Obie wskazówki przytuliły się do czwórki, więc do wieczora pozostało sporo czasu. Obieca‑ łem, że następnego dnia oddam pożyczone cudo, które sta‑ ło przed domem. Przeszło mi przez myśl, że mógłbym wy‑ ruszyć od razu, jednak mój organizm zaprotestował gwał‑ townie, przypominając, że nie jestem już młodzieniaszkiem. Niechętnie przyznałem mu rację. Dwie noce za kółkiem, bez chwili snu, mogły spowodować problem z dojechaniem do Wrocławia w jednym kawałku. Rozłożyłem na podłodze materac i przykryłem się śpiwo‑ rem. Zdążyłem jeszcze pomyśleć, że nie zazdroszczę face‑ tom siedzącym w tej chwili w dusznych samochodach. Nie udało mi się doprowadzić tej złośliwej myśli do jakiegoś sen‑ sownego końca. Przyjemny chłód i łagodny półcień sprawi‑ ły, że szybko zapadłem w głęboki sen. * * * Było już ciemno, kiedy zamknąłem okiennice, przymo‑ cowałem je od wewnątrz stalowymi śrubami i zamknąłem drzwi mojego nowego domu. Słodki zapach wieczoru, po‑ 14 łączony z odgłosami gorącej nocy, chciało się chłonąć bez końca. Bóg jeden wie, jak bardzo nie miałem ochoty wsia‑ dać do rozklekotanego transita po to, by tak niezwykłą noc spędzić w jego wnętrzu, telepiąc się na drugi koniec Polski. Z żalem wrzuciłem pierwszy bieg. — Jeszcze ci się znudzą te samotne wieczory — pociesza‑ łem się smętnie, włączając radio, w którym akurat Rod Ste‑ wart chrypiał, że dokądś tam żegluje. Pożyczyłem mu po‑ myślnych wiatrów w nadziei, że odwzajemni życzenia. Powoli wytoczyłem się na piaszczystą drogę. Księżyc świe‑ cił tak jasno, że włączenie reflektorów zdawało się być nie‑ potrzebną ekstrawagancją. Po chwili w tylnym lusterku zo‑ baczyłem oddalający się blask sączący się z okna domu mo‑ jego nowego sąsiada. Zastanawiałem się, dlaczego nie używa elektryczności, tylko jednej, co najwyżej dwóch dopalają‑ cych się świec. Miałem nadzieję, że ten facet nie napyta mi biedy. 2. Niecałe dwa tygodnie zajęło mi definitywne zamknięcie moich wrocławskich spraw. Nigdy nie byłem zagorzałym fa‑ nem spędzania czasu w urzędowych ogonkach i tłoczenia się przed okienkami bankowymi. Zniosłem jednak to wszystko mężnie, jak na dużego, czterdziestoletniego chłopca przysta‑ ło. Wciąż miałem przed oczami mój nowy dom na wschod‑ nich rubieżach i ta wizja sprawiała, że zabiegi związane ze zmianą miejsca zamieszkania nie były aż tak bardzo bole‑ sne. Szczerze mówiąc, nie mogłem się doczekać chwili, w któ‑ rej minę tablicę z napisem „Wrocław” i rozpocznę — jak to mówią — nowy rozdział życia. A przyszłość rysowała się w całkiem przyjemnych bar‑ wach. Zdążyłem już przekonać samego siebie, że moje mał‑ 15 żeństwo i tak nie miało perspektyw. Podział majątku prze‑ biegł bez problemów. Oboje byliśmy dorosłymi ludźmi, któ‑ rym nie zależało na rozdmuchiwaniu przeszłości. Z chęcią zrezygnowałem z atrakcyjnego mieszkania w centrum, w za‑ mian za kilkaset tysięcy nowych złotych — większą część oszczędności, które przez czternaście lat udało się nam zgro‑ madzić. Pensje akademickie nie były zbyt wysokie, ale z po‑ czątkiem lat dziewięćdziesiątych z powodzeniem wykorzy‑ stałem szansę, jaką dawał wolny rynek i możliwość inwe‑ stowania na giełdzie. Byłem wdzięczny Monice za to, że pamiętała, kto pomnożył nasze pieniądze na parkiecie. Po‑ rządna z niej kobieta; miałem nadzieję, że uda się jej ułożyć jakoś życie. Pomimo swoich trzydziestu ośmiu lat wciąż była bardzo atrakcyjna. Tym bardziej atrakcyjna, że była córką nie byle kogo. Cóż, świat nie jest idealny. Ostatnie dwa dni spędziłem na odwiedzaniu komisów samochodowych w poszukiwaniu auta odpowiedniego na lubelskie bezdroża. W końcu udało mi się znaleźć pojazd idealnie odpowiadający moim potrzebom — pięcioletniego, czarnego opla fronterę w całkiem przyzwoitym stanie. Od‑ dałem w rozliczeniu mojego dwa lata młodszego golfa. Wreszcie nadszedł czas odjazdu. Trochę wczorajszy po suto zakrapianym wieczorze, spędzonym w towarzystwie najbliższych wrocławskich znajomych, podczas którego obie‑ caliśmy sobie obłudnie, że będziemy w kontakcie, zapako‑ wałem resztę rzeczy do mojego nowego nabytku. Przed wyjazdem postanowiłem złożyć jeszcze jedną wi‑ zytę. — Dzień dobry — rzekłem. — Witaj, Marku — jej głos brzmiał całkiem naturalnie. Jeśli mam być szczery, nie tego się spodziewałem. — Wstąpiłem, żeby się pożegnać — wyrecytowałem wcze‑ śniej przygotowaną kwestię. — Przecież już dawno się pożegnaliśmy — uśmiechnę‑ ła się. 16 Czułem się jak idiota. — Pewnie widzimy się ostatni raz. Chciałem tylko po‑ wiedzieć, że życzę ci jak najlepiej. — Dzięki — odparła. Pojawienie się w tym miejscu nie było chyba dobrym po‑ mysłem. Miałem ochotę rozpłynąć się w powietrzu. Ponie‑ waż to mi się nie udało, zacząłem rozważać, przez które ra‑ mię wykonać w tył zwrot. — No, nie stój tak, wejdź. Kubek gorącej kawy przed po‑ dróżą pewnie dobrze ci zrobi. Wyglądasz, jakbyś wczoraj ob‑ rabował hurtownię z piwem. Jak zwykle Monika niewiele się pomyliła. Z ulgą wsze‑ dłem do naszego… do jej mieszkania. Kawa była świetna i do‑ brze się nam rozmawiało. Prawie tak dobrze, jak kiedyś. W ten właśnie sposób zakończyłem swoją przygodę z Wrocławiem. * * * Dwulitrowy silnik mruczał łagodnie pod maską. Zasta‑ nawiałem się, który to raz w tym roku przemierzam Polskę w poprzek. Pomyliłem rachubę po przekroczeniu dziesiątki, nie kłopotałem się jednak ponawianiem liczenia. Najważniej‑ sze było to, że kolejnej takiej podróży miało nie być, przy‑ najmniej przez jakiś czas. Nie kłopotałem się także dlatego, że ogromną frajdę sprawiało mi prowadzenie mojego nowego auta, za plecami miałem zachodzące słońce, a przed sobą… No właśnie. Nie miałem pojęcia, co było przede mną. Uśmiechałem się do siebie jak urwis, który zamierza spła‑ tać nowego psikusa. Gdyby nie Iwona, która jakiś czas temu zapomniała kluczy i wracając zastała mnie w niedwuznacz‑ nej sytuacji z piersiastą studentką, pewnie oglądałbym teraz grzecznie telewizję lub popijałbym nudną herbatkę z żoną. Jutro poszedłbym do pracy drżąc, żeby nie strzelić jakiejś gafki (zięciowi rektora nie wypada strzelać nawet gafek), nie mówiąc już o poważniejszych wpadkach. Potem wrócił‑ 17 bym, zjadłbym niesmaczny obiad i schował się za monito‑ rem komputera udając, że mam masę roboty. Z mojej „pra‑ cowni” wywabiłaby mnie dopiero czołówka „Wiadomości”. W czasie wakacji zaszalelibyśmy i kopnęli się na Majorkę albo na Kanary, gdzie większość czasu spędziłbym w kli‑ matyzowanym hotelu, nudząc się jak mops i marząc o po‑ wrocie do Polski. Jednym słowem, czekałoby mnie życie jak w Madrycie. I tak aż do usranej śmierci. Moja męska intuicja mówiła mi, że teraz to wszystko się odmieni, że właśnie zaczynam żyć naprawdę — dorosły facet bez zobowiązań, ze sporą ilością gotówki na koncie, w ma‑ łym drewnianym domu na końcu świata. Wyczyny poprzedniego dnia dały znać o sobie i pilnie musiałem poskromić senność. Zatrzymałem się w przydroż‑ nym barze, marząc o dużej czarnej. Nie wiem, jakich sztu‑ czek używają właściciele takich całodobowych spelun, ale zawsze dam się nabrać. Po skosztowaniu burego płynu, za który zapłaciłem jak za kawę w dobrej restauracji, solennie sobie obiecałem, że tym razem to już naprawdę ostatni raz. Kupiłem dwie puszki zimnego Red Bulla — nowości na ryn‑ ku, która miała przepędzić zmęczenie, odpaliłem silnik i po‑ nownie wbiłem się w mrok. Było już dobrze po północy, kiedy nad wschodnim ho‑ ryzontem, dokładnie na wprost mnie, obudził się krwisto‑ czerwony rogal księżyca. Uznałem to za dobry znak, pod‑ głośniłem radio i dodałem gazu. 3. Podróżując z zachodu na wschód, urwałem nocy jakieś dwa‑ dzieścia minut ciemności. Niebo bladło, odkrywając przede mną niezwykły kontur lubelskiej starówki. Po dłuższym za‑ stanowieniu wspaniałomyślnie odpuściłem Hubertowi po‑ 18 budkę przed trzecią. Nie było większych szans na znalezie‑ nie o tej porze czynnego sklepu z materiałami budowlany‑ mi, postanowiłem więc rozprostować nieco kości. Lublin powitał mnie niespodziewanym chłodem. Za‑ parkowałem na placu Litewskim i spacerkiem ruszyłem w kierunku Starego Miasta. Miło było po raz kolejny od‑ dać się wspomnieniom. Minąłem fontannę, w której, pija‑ ny prawie do nieprzytomności, nieomal utonąłem przed piętnastu laty, czcząc w ten sposób obronę pracy magister‑ skiej. Z centralnego punktu placu zniknął radziecki żoł‑ nierz, popularnie zwany Saszą. Miejsce, które zwolnił, po‑ zostawało puste. Na Krakowskim Przedmieściu czuć było delikatny po‑ wiew wielkiego świata. Przyśpieszyłem kroku; nie mogłem się doczekać chwili, kiedy znów zobaczę starówkę. W Lu‑ blinie bywałem dość często, jednak przed każdym wejściem na Stare Miasto czułem lekki dreszczyk ekscytacji. Po przekroczeniu wilgotnej gardzieli Bramy Krakow‑ skiej ujrzałem dobrze znany widok. Obdrapane, zagrzybio‑ ne ściany, szare witryny sklepów, kocie łby, o które można sobie powybijać zęby. Odruchowo przysunąłem się do środ‑ ka ulicy. Zawsze tak robiłem chodząc tędy, podświadomie obawiając się, że jakaś siedemnastowieczna gosposia wyle‑ je mi na głowę wiadro pomyj. Ukryty za gotyckimi murami obronnymi, ruszyłem obrze‑ żami starówki. Wąskimi, zaniedbanymi uliczkami wykona‑ łem obowiązkową rundę śladem moich studenckich czasów. Tu, jak chyba na żadnej innej polskiej starówce, wciąż od‑ czuwało się atmosferę średniowiecznego miasta. Przyszedł mi na myśl Wrocław, który wyglądał zupełnie inaczej, bar‑ dziej po europejsku. A tu wciąż w jednym z podwórek moż‑ na było znaleźć tak zwaną Furtę Gnojną, przez którą wie‑ ki temu wylewano nieczystości poza mury miasta. Może to dziwne, ale ten klimat bardzo mi odpowiadał. Lubelskie Sta‑ re Miasto w dalszym ciągu nie zostało odkryte przez rzesze 19 japońsko ‑niemieckich emerytów, uzbrojonych w cyfrowe ka‑ mery i miniaturowe aparaty fotograficzne. Prawdę mówiąc, niezwykle mnie to cieszyło. Jedną z uliczek dotarłem wreszcie do Rynku. W jego cen‑ tralnym punkcie niewzruszenie stał przysadzisty budynek dawnego trybunału, w którym nie zawahano się nawet osą‑ dzić samego czarta, a niejaki Jan Kochanowski wyzionął ducha przed obliczem Batorego. Przypomniałem sobie też, że — już w czasach współczesnych — w tym budynku kil‑ ku z moich serdecznych kumpli zostało skazanych na pie‑ kło doczesne. Cóż, urząd stanu cywilnego, podobnie jak sąd, wpływa na ludzkie życie i również miewa swoje mrocz‑ ne tajemnice. Obchód zakończyłem na placu Po Farze. Słońce stało już wysoko, ciepłym spojrzeniem ogarniając budzące się ze snu miasto. W dali pojękiwały trolejbusy, z bram zaczęli wyta‑ czać się wymięci pijaczkowie, na znak, że za chwilę sklepy z piwem otworzą swoje gościnne podwoje. Spojrzałem na zegarek i uznałem, że czas wypoczynku przeznaczony dla mojego przyjaciela powoli dobiega końca. 4. Przyciskając klawisz dzwonka przy drzwiach, niemal doro‑ biłem się odcisku na palcu wskazującym. Zaczynałem już bluźnić twierdząc, że biblijne „kołaczcie a otworzą wam” to zwyczajna lipa, kiedy za drzwiami rozległo się miarowe szuranie. Usłyszałem odgłos przekręcanego klucza i moim oczom ukazał się półnagi, potargany stwór. Hubert we wła‑ snej osobie nie wyglądał na specjalnie zachwyconego. — Pojebało cię? — wymamrotał. — Wiesz, kurwa, któ‑ ra jest godzina? Spojrzałem na zegarek. 20 — Piętnaście po piątej. Życie prześpisz — wyszczerzy‑ łem zęby. — Znasz takie powiedzenie: „Gość w dom, Bóg w dom”? — Właź, gościu, bo mi wszystkich sąsiadów pobudzisz — warknął, hamując uśmiech. — A masz jakieś śniadanie? — zapytałem, mijając go w drzwiach. — Nie po to przejechałem taki kawał świata, żeby teraz na głodniaka siedzieć. I kawy dobrej bym się na‑ pił. — Chyba ci pierdolnę na dzień dobry — rzekł. Stary, dobry, poczciwy Hubert. Nic się nie zmienił przez te piętnaście lat. Na studiach nie miał sobie równych w rzu‑ caniu mięsem. Dziwiliśmy się niepomiernie, jakim cudem podczas egzaminów i kolokwiów udawało mu się nie używać „kurwy” zamiast przecinka. Jednak wyglądało na to, że w sy‑ tuacjach stresowych umiał się hamować. Zresztą, w przeciw‑ nym razie nie zostałby chyba jednym z najmłodszych w hi‑ storii profesorów Wydziału Prawa lubelskiego UMCS ‑u. — Miłe powitanie. Mogę dać ci szansę i wejść jeszcze raz — powiedziałem wspaniałomyślnie. — Masz, kurwa, szczęście, że moja Danuśka jest z dzie‑ ciakami u teściów. Ona nie przywitałaby cię tak miło. — Ale może przynajmniej nie stałbym przed drzwiami jak kretyn przez pół godziny — zakończyłem z udawanym przekąsem tę przyjazną pogawędkę. — Idę do łazienki, a ty ogarnij się jakoś, bo nie mogę na ciebie patrzeć. Hubert przewrócił oczami i poczłapał do sypialni. — Ja pierdolę, piętnaście po piątej… Piętnaście po pią‑ tej… rano… w wakacje… — marudził. — Ludzie sumienia nie mają! — ogłosił wreszcie światu i zatrzasnął za sobą drzwi. Nie powiem mu nigdy, jak bardzo się cieszę, że znów bę‑ dziemy się widywać częściej. Miałem wrażenie, że ten facet nigdy mi się nie znudzi. Nawet wtedy, gdy będziemy pra‑ cować razem. 21 — Cóż, jeśli będzie inaczej, to będzie to tylko twoja za‑ sługa — pomyślałem w kierunku sypialni z uśmiechem. — W końcu sam załatwiłeś mi tę robotę. Wyjąłem z torby kosmetyczkę zawiniętą w ręcznik i wsze‑ dłem do łazienki. 5. Długi, gorący prysznic dobrze mi zrobił. Kiedy skończyłem, zapach kawy rozchodził się po całym mieszkaniu. Z kuchni dobiegały odgłosy krzątaniny, a z radia muzyka The Poli‑ ce. Na stole stały dwa kubki z kawą, w garnku gotowały się parówki. Hubert smarował chleb masłem. Kiedy wszedłem, podniósł głowę i zapytał: — Chcesz się trochę przespać? — Bardzo bym chciał, ale nic z tego — powiedziałem, zajmując miejsce przy stole. — Muszę jak najszybciej wyje‑ chać z Lublina i zabrać się do roboty. Wcześniej potrzebu‑ ję jeszcze pokręcić się po sklepach budowlanych. Zanim za‑ cznę myśleć o poważniejszym remoncie, chcę się trochę zo‑ rientować w kosztach. Słuchaj, może podjechałbyś ze mną? Pojęcia nie mam, gdzie można znaleźć takie rzeczy. — Trafiłeś pod właściwy adres, kolego — uśmiechnął się. — Ale póki co, napij się kawy i zjedz coś. Przecież jeszcze przed chwilą wrzeszczałeś, że o niczym innym nie marzysz. — Myślałem, że sam zamierzasz się gościć — odrzekłem. — Nie sądziłem, że taki sknera poczęstuje kogoś śniadaniem, nie mówiąc już o kawie z ekspresu. — Nie znacie dnia ani godziny… — odparł filozoficznie. Dawno nie jadłem tak dobrych parówek. * * * Załatwiliśmy wszystko w niecałe dwie godziny. Okazało się, że jeden ze szwagrów Huberta prowadzi skład budow‑ 22 lany i sklep, w którym można znaleźć to, co potrzebne przy budowie lub remoncie domu. Wczesnym rankiem ruch był niewielki, więc Andrzej oprowadził nas po wszystkich inte‑ resujących mnie stoiskach. Tłumaczył dokładnie, a ja skrzęt‑ nie notowałem słowo po słowie. Wreszcie miałem już orienta‑ cyjny kosztorys i byłem ekspertem w remontowaniu starych, drewnianych domów. Nie przywiozłem z sobą zbyt wielu na‑ rzędzi, toteż dokupiłem od razu trochę brakującego sprzętu, kilkanaście puszek odpowiedniego impregnatu do drewna oraz kilka pojemników z białą farbą emulsyjną do malowa‑ nia wnętrz. Andrzej okazał się po prostu nieoceniony. Gdy‑ by nie on, pewnie spędziłbym w sklepach cały dzień. Kiedy zajechaliśmy przed kamienicę Huberta, powie‑ działem: — Słuchaj, nie było nawet okazji spokojnie pogadać. Może przyjechałbyś do Wyrębów na parę dni, jak tylko tro‑ chę tam ogarnę? — A co, potrzebujesz taniej siły roboczej? — roześmiał się. — Na pewno nie takiej, która dziennie wyżłopie mi co najmniej skrzynkę piwa — odparłem z uśmiechem. — Zobaczymy. Może w przyszłym tygodniu uda mi się wyrwać. Załatwiłeś już wszystko na uczelni? — Prawie. Za dwa tygodnie mam wszystko dopiąć. Jak się do tej pory u mnie nie pojawisz, to wpadnę. Gdzieś tak parę minut po piątej — ostrzegłem lojalnie. — Nawet mnie nie wkurwiaj — znów się roześmiał. — Wejdziesz jeszcze na chwilę? — spytał, otwierając drzwi. Wysiadłem, żeby się pożegnać. Miałem ochotę na następ‑ ną kawę, ale jeszcze większą na to, żeby wreszcie rozpocząć dłubanie przy swoim nowym domu. Kiedy Hubert malał we wstecznym lusterku, zastanawia‑ łem się, czy położy się jeszcze do łóżka. W akademiku zna‑ ny był z zamiłowania do długiego snu, obstawiałem więc, 23 że raczej jeszcze trochę sobie pośpi. Zazdrościłem mu, jak cholera. Miałem ochotę zostać w Lublinie, lecz obowiązki wzywały. Do końca wakacji musiałem przecież skończyć re‑ mont, a lipiec już prawie mi uciekł. Wyjechałem z miasta parę minut po dziesiątej, unika‑ jąc korków. Na zachodzie gromadziły się chmury, które po południu mogły przyciągnąć za sobą burzę. Podążałem na‑ dal na północny wschód, mając nadzieję, że deszcz nie po‑ krzyżuje mi planów. Jak się potem okazało, deszcz w Wyrębach spadł do‑ piero po dwóch tygodniach, jednak moje plany i tak wzię‑ ły w łeb. 6. — Proszę się skupić i jeszcze raz, dokładnie przypomnieć so‑ bie moment wyjazdu. Może jednak zapomniał pan nakręcić śruby mocujące którąś z okiennic od wewnątrz? Policjant przyglądał mi się uważnie znad swojego notat‑ nika. — Nie wiem, ile jeszcze razy będę to panu powtarzał — wytężałem siły, aby mój głos brzmiał jak najbardziej spokoj‑ nie. — Przecież mówiłem już parokrotnie, że niczego nie je‑ stem bardziej pewien. Nie wyjeżdżałem na piętnaście minut, wiedziałem natomiast, że nie będzie mnie przez kilkanaście dni, więc przed wyjazdem dwa razy sprawdziłem, czy dom jest dobrze pozamykany. Wszystkie śruby mocujące okien‑ nice były na swoim miejscu. Policjant nabrał powietrza. — Drzwi również sprawdziłem bardzo starannie — po‑ wiedziałem, zapewne uprzedzając jego pytanie. — Aha… No tak — chrząknął nieco zbity z tropu. — I wracając zastał pan cały dom dokładnie pozamykany? 24 — Tak, panie komendancie. Kiedy tylko zobaczyłem, co się stało, pozamykałem dom i od razu pojechałem do was zgłosić zdarzenie — mówiłem dużymi literami, mając na‑ dzieję, że jednak mi w końcu uwierzy. — Potem wróciłem tutaj i czekałem, aż pan się pojawi. Siedzieliśmy na taboretach, które pozostały jeszcze po po‑ przednim właścicielu. Moje rzeczy, które odjeżdżając pozo‑ stawiłem jak popadnie na środku pokoju, piętrzyły się przy jednej ze ścian, sięgając niemal do sufitu. Komendant, który jeszcze na posterunku przedstawił się jako Ryszard Kościuk, sprawiał wrażenie zakłopotane‑ go. W sumie za bardzo mu się nie dziwiłem. Zapewne jako szef gminnej policji w Kostrzewie nie miał do tej pory stycz‑ ności z takim przypadkiem. — Dobrze — najwidoczniej dał za wygraną. — Podsu‑ mujmy… Jest pan przekonany, że wyjeżdżając zostawił pan dom dokładnie pozamykany… — Nie — wszedłem mu w słowo — jestem tego absolut‑ nie pewien. — Uhm — powiedział znów i coś tam nabazgrał w swo‑ im kajecie. — Jest pan tego pewien. Jest pan również pewien, że nic nie zginęło? — Nic. — Dobrze pan sprawdził? — Bardzo dobrze. Miałem mnóstwo czasu, zanim pan przyjechał — odparłem z przekąsem. — Przez cztery godzi‑ ny zdążyłem wszystko dokładnie obejrzeć. — Staram się panu pomóc. Może darowałby sobie pan te uszczypliwości? — Popatrzył na mnie z nieukrywaną nie‑ chęcią. — Przepraszam — postanowiłem jednak złagodzić ton. Ten wielki facet nie wyglądał na takiego, do którego moż‑ na bezkarnie pyskować przez dłuższy czas. Bystre, ruchli‑ we oczy pociemniały pod gęstymi, zmarszczonymi brwia‑ mi. Odchrząknąłem i ciągnąłem dalej: 25 — Wiem, że to wygląda idiotycznie, ale proszę mnie zro‑ zumieć. Wracam po dwóch tygodniach do własnego domu, drzwi i okiennice są nienaruszone — tłumaczyłem po raz kolejny — natomiast rzeczy, które porzuciłem byle jak, za‑ staję poskładane pod ścianą z pedantyczną dokładnością. Na dodatek nic nie zginęło. Nie potrafię tego wytłumaczyć, dlatego zgłosiłem się do was. — Dobrze, panie… — zajrzał do notatnika — panie Le‑ śniewski. Moje kolejne cierpliwe tłumaczenie chyba trochę go udo‑ bruchało. — Mam tu wszystko zanotowane. — Zamknął notat‑ nik i pomachał mi nim przed nosem. — Postaramy się ja‑ koś to wyjaśnić, choć muszę przyznać, że — delikatnie mó‑ wiąc — sprawa wygląda dość dziwnie. Nie ma szkód zwią‑ zanych z włamaniem, nie ma skradzionych przedmiotów. Jedyny zarzut, który można postawić, to naruszenie ładu… — zająknął się. — Miru domowego — moja wiedza prawnicza na coś się przydała. — Proszę również pomyśleć o tym, że nie będę się teraz czuł tu zbyt bezpiecznie — powiedziałem. — Przecież to się może powtórzyć i tym razem włamywaczowi może nie chodzić o posprzątanie mi mieszkania. Poza tym, teraz przy‑ wiozłem kilka gadżetów, które bardziej mogłyby zaintereso‑ wać złodzieja niż to, co zostawiłem poprzednim razem. — Zrobimy wszystko, co w naszej mocy — wstając, wy‑ powiedział magiczną policyjną formułkę. Prawie usłyszałem, jak taboret odetchnął z ulgą. — W razie czego proszę nas informować. Podejdę jesz‑ cze do pańskiego sąsiada, może on będzie miał coś do po‑ wiedzenia w tej sprawie. Wiedziałem, że pocałuje klamkę. Zaraz po odkryciu ta‑ jemniczego włamania, a potem podczas czekania na poli‑ cję, byłem u sąsiada chyba z pięć razy. Kościuk wrócił po kilku minutach. 26 — Zdaje się, że nikogo nie ma — oznajmił. — Postaram się zastać pana Jaszczuka innym razem. Stałem w drzwiach wejściowych. Podszedł do mnie i uści‑ snął mi rękę. Odprowadziłem go do auta. — Do widzenia panu — rzekł, wsiadając do policyjnego poloneza. — W razie czego proszę dzwonić. — Ciekawe czym? — miałem ochotę spytać, lecz samo‑ chód ruszył i pytanie nigdy nie zostało wypowiedziane na głos. Pomimo że na moim koncie spoczywało sporo pieniędzy, nie zamierzałem kilku tysięcy złotych wydawać na telefon ko‑ mórkowy wielkości i ciężaru pokaźnej walizki. Tym bardziej, że w tej okolicy pewnie i tak nie było przekaźnika. Tak oto zostałem sam na sam z myślami kotłującymi się gorączkowo w głowie. Po jaką cholerę ktoś właził do mojego domu? Po co zadał sobie tyle trudu i — przede wszystkim — jak to zrobił? Piwnicy nie było, niezagospodarowany strych nie miał okien. Jak to się stało, że wyszedł i zostawił dom dokładnie pozamykany? Postałem tak przez chwilę, łapiąc się na tym, że komicznie drapię się w czubek głowy. — Duchy — powiedziałem. — Duchy jak nic. W przedwieczornej ciszy mój głos nie zabrzmiał tak bez‑ trosko, jak planowałem. Z gałęzi drzewa, pod którym sta‑ łem, poderwał się ciemny kształt. Rozpoznałem charakte‑ rystyczną sylwetkę nocnego ptaka — sowy, prawdopodob‑ nie puszczyka. Cień przeleciał bezszelestnie tuż nad moją głową i zniknął w zieleni sadu, pozostawiając po sobie de‑ likatny podmuch powietrza, wyraźnie odczuwalny na od‑ słoniętym karku. W jednej chwili, sam nie wiem dlaczego, przypomniałem sobie, że poprzedni właściciel zmarł w tym domu i jego ciało znaleziono dopiero po pięciu dniach. Dur‑ kacz Junior przed sprzedażą jakoś nie raczył o tym wspo‑ mnieć. Ale za to w pobliskiej gminie, podczas załatwiania spraw meldunkowych, życzliwa pani urzędniczka nie omiesz‑ kała ze szczegółami opisać, w jaki sposób jego ojciec poże‑ gnał się ze światem. 27 Otrząsnąłem się z zamyślenia i pokręciłem z niedowierza‑ niem głową. Dorosły, wykształcony facet, a rozmyśla o du‑ chach tak, jakby one rzeczywiście mogły istnieć. Przecież nigdy w takie głupoty nie wierzyłem i wcale nie miałem za‑ miaru tego zmieniać. Wierzyłem natomiast w to, że czasem ludziom przychodzą do głowy durne pomysły. Tak, wierzy‑ łem w to tak mocno, jak dziewięćdziesięcioletnia babunia w odpust zupełny. — No, panie Jaszczuk — odwróciłem się w kierunku są‑ siedniego gospodarstwa — chyba będziemy musieli poważ‑ nie porozmawiać. 7. Przez następnych kilka dni regularnie zachodziłem do le‑ żącego nieopodal domu. Nikt mi nie otworzył, nie zauwa‑ żyłem też jakichkolwiek śladów obecności gospodarza. Za‑ słony były szczelnie zasunięte, nie mogłem więc zajrzeć do środka. Gdy było już ciemno, ani razu nie widziałem palą‑ cego się światła; szyby patrzyły w stronę moich zabudowań pustymi, czarnymi oczodołami. Mój nowy sąsiad zniknął bez śladu. W tych dniach mój zapał do remontowania domu nieco zmalał. Świadomość, że ktoś buszował w mieszkaniu pod‑ czas mojej nieobecności, odbierała chęć do pracy. Okazało się, że oaza spokoju nie jest tak bezpieczna, jak wydawało mi się na początku. Starałem się jednak mobilizować najle‑ piej, jak potrafiłem. Ciągle wmawiałem sobie, że to z pewno‑ ścią sąsiad, z nieznanych przyczyn, chciał zrobić mi kawał, a po wszystkim zrobiło mu się wstyd i postanowił przez ja‑ kiś czas nie pokazywać się w okolicy. Tłumaczenie nie było zbyt przekonujące, jednak wystar‑ czyło, aby nie spędzać czasu bezczynnie. Pierwszą rzeczą, 28 jaką zrobiłem, było zamontowanie w drzwiach drugiego zamka. Tym razem był to najnowszy model „gerdy”. Sporo kosztował, lecz sprzedawca zarzekał się, że można go otwo‑ rzyć tylko oryginalnym kluczem. Zapewnienia te przyjąłem dość sceptycznie. Powszechnie przecież wiadomo, że na każ‑ dy zamek znajdzie się specjalista. Nie miałem jednak pod‑ staw, aby podejrzewać, że taki fachowiec znajdzie się aku‑ rat w Wyrębach. Jednak na wszelki wypadek przy drzwiach wejściowych umieściłem porządny, stalowy hak, zabezpie‑ czający dom od środka. Kiedy uznałem, że dom jest już bezpieczny, zabrałem się za remont. Zerwałem szalunek, odsłaniając półokrągłe drewniane bale. Po dokładnym ich oczyszczeniu i uzupeł‑ nieniu drobnych ubytków, dwukrotnie zakonserwowałem dom ciemnobrązowym impregnatem. Muszę przyznać, że budynek od razu zaczął wyglądać imponująco. W środku również zadbałem o porządek. Wyniosłem na zewnątrz wszystkie meble, które uznałem za brzydkie lub zbędne. Zostawiłem między innymi starą rzeźbioną sza‑ fę, która zapewne pamiętała czasy międzywojenne, zdobio‑ ny kredens z lustrem, stary stół w kuchni oraz drewnianą ramę łóżka. Sienniki, na których pan Durkacz Senior do‑ konał żywota, rzecz jasna wylądowały przed domem jako pierwsze. Jak dotąd, przez cały czas spałem na podłodze, jednak wielkie łóżko kusiło. Nie mogłem się doczekać, kie‑ dy położę na nim nowy, wygodny materac i wreszcie po‑ rządnie się wyśpię. Wszystkie niepotrzebne rupiecie polałem benzyną i spa‑ liłem. Dom składał się z pięciu pomieszczeń i sieni. Zaraz za drzwiami wejściowymi, po prawej stronie, znajdowało się wejście do przechodniej kuchni, w której z kolei znajdowa‑ ło się wejście do największego pokoju, mającego mi służyć za salon, sypialnię i pracownię w jednym. Na wprost drzwi wejściowych było wejście do niewielkiej łazienki. Po lewej 29 stronie znajdowało się dwoje drzwi; pierwsze z nich prowa‑ dziły do małej spiżarni, natomiast drugie — do niewielkiego pokoiku, który zamierzałem przekształcić w pokój gościn‑ ny. W sieni stała też drabina prowadząca do włazu, za któ‑ rym znajdował się niezagospodarowany strych. Byłem tam kilka razy; jedynym pożytkiem płynącym z tych wycieczek było przeświadczenie, że remont dachu muszę przeprowa‑ dzić w pierwszej kolejności. Spomiędzy niektórych fragmen‑ tów eternitu prześwitywało niebo, a podłoga strychu wyraź‑ nie zdradzała ślady wilgoci. Wewnętrzne ściany domu starannie oczyściłem ze sta‑ rych farb i pomalowałem na biało. Na koniec wyszorowa‑ łem podłogi i umyłem okna. Dom wreszcie nadawał się do mieszkania. Spisałem rzeczy, które powinienem kupić, na początku listy umieszczając armaturę łazienkową. Ta, któ‑ ra pozostała po poprzednim właścicielu, była w opłakanym stanie. Wypisałem też trochę mebli i naczyń. Gdy porządki w domu uznałem za zakończone, zabrałem się za jego otoczenie. Wykosiłem trawę i uporządkowałem sad, paląc postrącane przez wiatr gałęzie. Na pierwszy rzut oka wi‑ dać było, że nowy gospodarz zabrał się ostro do pracy. Ani za dnia, ani nocami nikt mnie nie niepokoił. Co‑ raz rzadziej myślałem o dziwnym incydencie i o sąsiedzie, który zniknął bez śladu. Wiedziałem o nim tylko tyle, że mieszka samotnie obok. Nie miałem pojęcia, w jakim jest wieku. Wyobrażałem go sobie jako starszego człowieka — najpewniej emeryta. Idąc tym tropem, zastanawiałem się, czy przypadkiem, po wysiłku i nerwach związanych z prze‑ rzucaniem moich rzeczy, nie udał się do swojego domu, aby tam spokojnie kipnąć na zawał. Świadomość, że być może w sąsiedztwie od niemal tygodnia rozkłada się trup tajemni‑ czego pana Jaszczuka, nie należała do najprzyjemniejszych. Uznałem jednak, że nie będę informował policji o jego za‑ ginięciu. Byłem przekonany, że przy upałach panujących na przełomie lipca i sierpnia — o ile spełni się mój maka‑ 30 bryczny scenariusz — niedługo poczuję, że mój sąsiad ma się nie najlepiej. W dalszym ciągu, choć nie tak często jak po przyjeździe, zachodziłem na sąsiednie podwórko. Poza tym, nie chciałem nękać gminnych policjantów; i tak pew‑ nie nie wspominali mnie dobrze. Zresztą sam fakt, że przez dwanaście dni żaden z nich nie pofatygował się do Jaszczu‑ ka, aby go wypytać w mojej sprawie, świadczył o tym, że nie potraktowali jej zbyt poważnie. 8. — Pan Maarek Liśnieeewskie? — Listonosz stał za drzwia‑ mi, trzymając w ręku gruby list formatu A ‑5. — We własnej osobie — odparłem. — Mam dlia paana pulicuoony. W pierwszej chwili nie zrozumiałem, o co chodzi. Spoj‑ rzałem jednak na przesyłkę i pojąłem, że ostatnim słowem był wyraz „polecony”. Pomyślałem, że musi minąć trochę czasu, zanim przyzwyczaję się do wschodniego „zaciągania”. Na dodatek wyglądało na to, że miałem przed sobą jednego z mistrzów w tej, powszechnej tutaj, sztuce. — Proszę, niech pan wejdzie — otworzyłem szerzej drzwi. — W taki upał chwila odpoczynku i parę łyków czegoś chłodnego na pewno dobrze panu zrobi. Gdy patrzyłem na mokrą służbową koszulę i strużki potu spływające z czoła mojego nowego znajomego, byłem tego wręcz pewien. Listonosz uśmiechnął się i „pudzinkuoował”. Kiedy mi‑ jał mnie w drzwiach, uznałem, że najprawdopodobniej za‑ pomniał dziś rano użyć dezodorantu, lecz nie przeszkadzało mi to aż tak bardzo. W końcu minęły już prawie dwa tygo‑ dnie od mojego ostatniego kontaktu z żywym człowiekiem, jakim był mający mnie za wariata pan komendant. 31 — Ni buooi si pan tak saam… w śruoodku laasu…? — za‑ gadnął mój gość, nalewając sobie do szklanki chłodne piwo. — Nie ma czego się bać. Cisza, spokój… Nie to, co w mie‑ ście — uśmiechnąłem się. Popatrzył na mnie nieco podejrzliwie. — Nu, muooże, muooże… Na chwilę zapadła niezręczna cisza. — A teen tam… — kiwnął głową w stronę okna, za któ‑ rym stał dom Jaszczuka — niee ma pan z nim prubliee‑ mów? — Dlaczego miałbym mieć problemy? — spytałem nie‑ pewnie. — Aaa… różne rzeeczy ludzie gadaajo. — Pociągnął kil‑ ka łyków. — A dokładniej? Zacząłem żałować, że zaprosiłem go do środka. — Ja tam pluootek puwtaarzał ni beede. — No nic, trudno — odpowiedziałem. — Dużo ma pan jeszcze do rozniesienia? — Na dziisiaj kuooniec — odrzekł, przechylając szklan‑ kę. — Inaaczej bym niee pił. Zaproponowałem kolejne piwo, a potem jeszcze jedno. Po dwóch godzinach listonosz, kiwając się w przód i w tył przed domem, powiedział mi „du widzeenia” i, prowadzony przez rower, zygzakiem opuścił podwórko. Miałem wpraw‑ dzie nadzieję, że nie zechce spróbować, czy może w tym sta‑ nie jechać, lecz w tej chwili nie było to moim największym zmartwieniem. 9. — Czy ja dobrze rozumiem? — mój głos drżał ze zdener‑ wowania. — Był pan u mnie dwa tygodnie temu i wiedząc 32 o tym, że Jaszczuk jest mordercą, nic mi pan nie powiedział?! — zakończyłem niemal krzycząc. — Proszę się uspokoić. — Policjant wyglądał na zasko‑ czonego. — Proszę usiąść. To nie jest dokładnie tak, jak pan mówi… — Jak to uspokoić?! Co niedokładnie?! Do cholery, wiel‑ kie dzięki! A może się go pan boi nawet przesłuchać i dlate‑ go nie pojawił się pan… — Nie ma pewności, że Jaszczuk miał coś wspólnego ze śmiercią tamtej dziewczyny — przerwał mi ostro. — I pro‑ szę się uspokoić, bo w ogóle przestanę z panem rozmawiać. Niech pan nie zapomina, że jest pan u mnie w domu. Byłem wściekły, ale zrozumiałem, że jeśli chcę się czegoś dowiedzieć, to rzeczywiście muszę trochę spasować. Posta‑ nowiłem jednak bardziej zaufać komendantowi, niż pijane‑ mu listonoszowi, który po czwartym piwie zarzekał się, że Jaszczuk z zimną krwią zadźgał swoją byłą narzeczoną i zła‑ pali go chwilę później z zakrwawionym nożem w kieszeni. Usiadłem więc i możliwie najspokojniej powiedziałem: — No więc, słucham… Kościuk sięgnął po paczkę papierosów. — Zapali pan? — Nie, dziękuję. Powie mi pan wreszcie, o co w tym wszystkim chodzi? — Rozumie pan, że ta rozmowa musi pozostać między nami. Nie rozumiałem, ale kiwnąłem głową, byle tylko szyb‑ ciej zaczął. — Facet jakieś trzydzieści lat temu miał postawiony za‑ rzut. — Policjant z wyraźną przyjemnością zaciągnął się dy‑ mem. — Tyle, że nic mu nie udowodnili. — Podobno siedział w więzieniu za morderstwo — po‑ wiedziałem. — Jaszczuk był tymczasowo aresztowany, ale nigdy nie został skazany. Wie pan jak to jest, ludzie różne rzeczy ga‑ 33
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Dom na wyrębach
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: