Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00036 007002 14665495 na godz. na dobę w sumie
Dramat polityczny - ebook/pdf
Dramat polityczny - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 196
Wydawca: Self Publishing Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-272-3965-5 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe >> powieść
Porównaj ceny (książka, ebook (-8%), audiobook).

Jacek Narbutowicz syn szefa regionu partii 'Wolność i Solidarność' staje u wrót politycznej kariery i pierwszej niezwykłej miłości. Czy Polska jest warta poświęceń? Co jest prawdziwe? Czy i ile można wybaczyć, sobie, innym? Książka daje odpowiedzi na te wszystkie pytania. Odpowiedzi nie proste ale prawdziwe, takie jakie daje życie...

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

2 1. Polska! Polska! Tłum falował a wraz z nim Jacek. Niebieskie powietrze zdawało się być przesy- cone słońcem i emocją. Polska! Polska! Ludzie unosili dłonie z palcami ułożonymi w charaktery- styczny znak zwycięstwa. Obok mężczyzna w średnim wieku, w podniszczonej lekkiej kurtce, oku- larach w grubych oprawkach, z niezbyt przytomnym wzrokiem. Z prawej strony Jacka jakiś łysy je- gomość zapalczywie krzyczał, pocąc się jednocześnie niemiłosiernie. Słońce wydobywało kolory z potoku biało–czerwonych flag. Polska. Niezwyciężona. Może czasami pokonana, ale zawsze wsta- waliśmy z kolan – myślał Jacek. Serce w nim rosło. Na scenę wszedł jakiś kombatant. Szare spodnie, ciemnogranatowa marynarka, przepasany biało-czerwoną szarfą. Na głowie miał beret, najwyraźniej wojskowy z jakimiś emblematami i odznaczeniami. Jacka od sceny dzieliło kilkana- ście metrów, może trochę więcej. – Zebraliśmy się tutaj, żeby dać wyraz naszej miłości do ojczyzny – powiedział starszy pan do mikrofonu. Teraz wyraźnie było widać jego białe jak śnieg włosy i nieco zaczerwienioną od upału twarz. Było gorąco. Ile mogło być stopni? Dwadzieścia pięć? Trzydzieści? Może powyżej trzydziestu. Tłum stojąc w strumieniach słońca, zaczynał spływać potem. Ale to było nie ważne. – Razem. Tylko razem możemy uratować nasz kraj! – rzucił mężczyzna ze sceny. – Razem! Razem! Razem! – wiwatował tłum. Jacek podniósł prawą dłoń do góry w geście zwycięstwa. Razem! Razem! Boże, nareszcie ra- zem. Nareszcie ludzie się przebudzą i zrozumieją. Zrozumieją, że nie można stać z boku, że wystar- czy aby dobrzy ludzie nic nie robili, a zło zaleje dom. Ich wspólny dom. Polskę. Polska to było coś, dla czego warto było żyć. Warto żyć i działać. Upokarzana przez wieki, zapomniała o dniach swojej świetności. O czasach gdy wiele znaczyła w Europie, gdy kwitła jej gospodarka i siła polityczna. Dwaj chłopcy stojący między nim a wielkim drzewem rosnącym na placu trzymali długi transparent z napisem „Razem zwyciężymy dla Polski”. Właśnie tak – pomyślał Jacek. Właśnie tu rodzi się na nowo – Polska. Coś drgnęło w jego sercu. Czuł, że odnajduje swoją ścieżkę w życiu. W życiu, które może stać się czymś więcej aniżeli zdobywaniem pożywienia i pieniędzy. Może stać się służbą idei, walką o ojczyznę. – A teraz moi mili zaśpiewajmy hymn – powiedział ze sceny siwowłosy mężczyzna w średnim Nienagannie skrojony szary garnitur, jakaś dostojność bijąca z jego postawy, ton głosu, który w niewiadomy sposób niósł ze sobą pewność i spokój. I te oczy, szaroniebieskie, tak dobrze Jackowi znane. Jego ojciec był zawsze dla niego wzorem. Niemal niedościgłym przykładem do naśladowa- nia. Utrzymujący rodzinę w trudnych czasach, zawsze niezłomnie walczący o wolność i solidar- ność. „Wolność i Solidarność” – czyż to nie jakiś niezwykły zbieg okoliczności, że teraz tak nazywa się ich partia? Partia ludzi normalnych. Partia ludzi, którzy kochają ojczyznę i wielkie wartości. Jego ojciec. Właściwie to od zawsze żył w jego cieniu. W cieniu człowieka niezłomnego, który ni- czym to wielkie drzewo obok, dawał pewność i spokój. Nie godził się na kompromisy i układy. Tak, płacił za to cenę. W domu często go nie było. Zabierali go co jakiś czas. Ale ojciec zawsze miał cel. Cel, który nie schodził mu z oczu. Cel, który teraz wreszcie, w wolnej ale jeszcze osłabionej Polsce wieku. 1 mógł się zrealizować. – Jeszcze Polska nie zginęła – śpiewali wszyscy. Głos pieśni uświęcał ludzi, stawał się modlitwą i wyznaniem. – Póki my żyjemy. – Przeszłe i przyszłe pokolenia, łączyły się w tej pieśni w całość. Tworzyły naród, który od tysiąca lat budował państwo nad Wisłą. – Z ziemi włoskiej do Polski – śpiewał Jacek całym gardłem. Harcerze, emeryci, robotnicy i ci na scenie, wszyscy stali na baczność. – Polska! Polska! – Złączym się z narodem – wybrzmiało ostatecznie. Rzęsiste brawa. Znowu rozległy się okrzyki: Kiedy wreszcie przyjdzie? Kiedy wejdzie na scenę? Przecież oni wszyscy tutaj na niego właśnie czekali. On był uosobieniem ich dążeń. To pod jego przewodem szli po wolną i prawdziwie, nie tak jak teraz, niepodległą Polskę. Jacek przemykał wzrokiem po scenie. Jej tło stanowiła wielka biało- czerwona flaga. Przed nią siedziały trzy rzędy osób, po lewej stronie kilku kombatantów. Boże jak gorąco – pomyślał. Niebo zdawało się coraz intensywniej niebieskie. Nie było na nim żadnej, choć- by najmniejszej chmury. Nieliczne gołębie siedzące na reprezentacyjnym budynku poczty jakby za- tapiały się w rodzącej się spiekocie. – Jak pan myśli, chyba zaraz wyjdzie? – rzucił łysy spocony mężczyzna z prawej. Rudawy wąs, kamizelka w kolorze moro i wymięte spodnie. – Zaraz wyjdzie – odpowiedział jak echo Jacek. I rzeczywiście. Niczym spod ziemi, z lewej strony po schodach, lekko i sprężyście niemal wbiegł na podest sceny. Jak zwykle. Wysoki, uśmiechnięty, nienagannie zbudowany. Włosy jeszcze ciem- ne, uczesane w przedziałek, na skroniach jedynie noszące znaki dostojeństwa wieku. Twarz wyraź- na, zdecydowana a jednocześnie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki potrafiąca tchnąć do- brocią i optymizmem. Dająca wiarę we własne siły i w to, że każdy cel jest możliwy do osiągnięcia. Stanisław Rybczyński podszedł do mikrofonu. – Witajcie – powiedział i uniósł obie dłonie. – Stanisław! Stanisław! Stanisław! – odpowiadał tłum. Jeśli ktoś mógł podźwignąć Polskę z kry- zysu w jakim się znalazła, jeśli ktoś mógł wyprowadzić kraj z tej matni ciemnych interesów, nie- udolności i zwykłego tumiwisizmu, to mógł być tylko on. Tylko Stanisław Rybczyński. Jego uśmiech, jego wiara, ogień w jego ciemnych piwnych oczach przemawiał do każdego. Przynajmniej do każdego na placu – uzupełnił w myślach Jacek. – Moi kochani, zebraliśmy się tutaj, żeby pokazać. Żeby pokazać naszym wrogom. Tym, którzy nie kochają Polski, że Polska ma się dobrze! – Polska! Polska! – odpowiadał tłum. – Drodzy rodacy. Koleżanki i koledzy. Droga młodzieży – tu Rybczyński spojrzał na zastęp mło- dych harcerzy. – Tu dzisiaj znowu zaczynamy budować Polskę. Wszyscy jak tu jesteśmy. Udowad- niamy. Że mamy po co żyć. Że kochamy swoją ojczyznę. Że jest nas tak wielu! I rzeczywiście, plac mieścił co najmniej trzy tysiące osób, co jak na średniej wielkości miasto było wynikiem deklasującym wszelkie inne manifestacje. Jacek rozejrzał się dookoła. Morze głów. Morze głów – mówił do siebie i jakaś nadzieja wlewała się coraz silniej w jego serce. Uśmiech sam zakwitał na twarzy. – Ten rząd. Ten rząd przeniewierców, chce sprzedać naszą ojczyznę! – kontynuował Rybczyński. – Nie mają szacunku dla niczego. Dla żadnych wartości. Ci ludzie, nie waham się tego powiedzieć, naszą ojczyznę, niszczą! – Nie pozwolimy! Nie pozwolimy! – dało się słyszeć z głośników i natychmiast zostało pod- chwycone przez tłum. Ojciec Jacka stał kilka metrów na prawo od Rybczyńskiego patrząc spokoj- 2 nie na nasycone słońcem i emocjami zbiorowisko ludzi. – Ten rząd musi odejść. To my musimy go obalić! – zaakcentował Rybczyński. – Ale aby to osią- gnąć. Aby odbudować Polskę, musimy wytężyć siły. Musimy naszej ojczyźnie złożyć ofiarę pracy i działania. Musimy być ofiarni, bo Polska jest tego warta! Tłum skandujący: „Polska! Polska!”, kołysał się jak wzburzone morze. Ktoś wystrzelił konfetti i jego płatki mieniąc się w słońcu spadały na zebranych. Stojący z flagami powiewali nimi, tak iż miarowo kołysały się one w rytm haseł skandowanych przez ludzi. – Wy jesteście wzorem – mówił dalej Rybczyński. – Jesteście nadzieją. Wszyscy tu, młodzi i starsi, przedstawiciele wszystkich środowisk i zawodów, wszyscy razem jesteśmy nadzieją Polski. Nadzieją na lepszą przyszłość. Nadzieją na Wolność i Solidarność! – Ponownie buchnęły konfetti. Oklaski i skandowane hasło „Wolność!” opływały Rybczyńskiego, który podniósł obie swoje dłonie do góry w geście zwycięstwa. – Wolność! Wolność! – krzyczał z innymi Jacek. Czy mogła być większa nadzieja? Większa od tego człowieka, który stał na scenie? Któremu zaufał jego ojciec i który podźwignął kiedyś całą ich rodzinę, gdy znaleźli się w ciężkiej sytuacji z powodu przekonań politycznych? Wiara i praca – po- wtarzał zawsze Rybczyński. Jacek poczuł jak pod jego pachami robi się niemal namacalnie mokro. Ale nic się nie liczyło. Nie dzisiaj. Nie teraz. Nie w to – jak to nazywał – święto narodu. 3 2. Jeśli są w życiu człowieka chwile, które mogą go porywać, zabierać ze sobą w cudowną podróż, ponad zwyczajność, ponad codzienność, ponad przyziemność. To właśnie teraz jest taka chwila – myślał Jacek i z euforią rozglądał się po otaczających go ludziach. Podskakiwali, klaskali, machali rękami. Nad ich głowami biało-czerwono. Jakaś dziewczyna, albo kobieta – uzupełnił w myśli – stała nieco z przodu po jego prawej stronie. Spadające na ramiona kasztanowe włosy, torebka z ciemnobrązowej krokodylej skóry. Czy on się znał na skórze? Zwłaszcza krokodylej? Ramiona otu- lone bluzką w kolorze słońca i prosta czarna spódnica. Łysy mężczyzna o nalanej twarzy obok, spojrzał na niego. Jacek jakby po chwili dopiero dostrzegł, co ten skanduje. – Zwyciężymy! Zwyciężymy! – dołączył Jacek. Kilkanaście albo może raczej kilkadziesiąt metrów dalej stali gapie. Zatrzymując się i przecho- dząc patrzyli na to święto demokracji. Siwy mężczyzna w wyblakłej zielonej kurtce, kobieta, która zdawała się wyglądać tak szaro, tak iż tylko ostro zarysowane szminką usta rzucały się w oczy. Ja- kiś starszy mężczyzna w tweedowej marynarce, ciemnych brązowych okularach, stał trzymając ręce w kieszeni. Gdyby Jacek potrafił, dłużej zatrzymać na nim swoją uwagę, dostrzegłby z pewnością, iż mężczyzna ten zachowywał się inaczej niż pozostali. Nie tyle był zainteresowany tym, co działo się na scenie, co ludźmi na placu. Dostrzegłby również, że spojrzenia tego mężczyzny momentami biegną tam, gdzie przed chwilą biegły jego własne. Jeszcze raz szukał jej sylwetki. Co za tłok. Jest. Niechcący przechwycił spojrzenie dziewczyny. Uśmiechnął się. Oczywiście nie ustami. To by chyba nie wypadało. Tylko głupcy uśmiechają się do obcych kobiet. W tej ciżbie głosów jego świadomość zaczynała się wbrew jego woli skupiać na jej osobie. Nie reagowała spontanicznie jak inni. Stała zbyt spokojnie. Wszędzie są agenci – pomyślał, ale natychmiast zganił się za tę myśl. Dziewczyna sprawiała wrażenie jakby tłum ją omijał. Może do niej podejść? Ale jak? W końcu jest synem szefa Regionu. Ale czy ona tu przyszła z sympatii dla Wolności i Solidarności, z sympatii dla Polski? I czego właściwie on od niej chciał? – Kochani! – Usłyszał głos swojego ojca dobiegający ze sceny. – Ta manifestacja to nasz kolejny krok. To wyraz naszej determinacji i woli zwycięstwa. Podziękujmy jeszcze raz naszemu przywód- cy, Stanisławowi Rybczyńskiemu za to, że jest tutaj, dzisiaj, z nami. Początkowo Jacek miał wrażenie przesady gdy spotykał się z określeniami Rybczyńskiego jako przywódcy. Czy to nie głupie? – myślał. Przecież to człowiek jak każdy inny. Czy oni nie robią z niego bóstwa? Tak było zanim wszedł w struktury Wolności i Solidarności. Gdy zobaczył jak ważna toczy się walka i jak wielka sprawa się waży, sprawa przyszłości ojczyzny, zrozumiał naturalność i oczywistość nawet takich haseł i okrzyków jak te: „Stanisław Polskę Zbaw”. Polska wymagała zba- wienia. Ale czy jego dziewczyna? Jego? Mimowolnie poszukał jej wzrokiem. Podchodzącego po raz ostatni do mikrofonu Rybczyńskiego żegnały brawa i oklaski. Gdzie ona jest? Jednocześnie wi- dział przystojną postać lidera i odnalazł wzrokiem ślizgającym się miedzy ludźmi zgrabną sylwetkę nieznajomej. – Jeszcze Polska nie zginęła – zawołał na pożegnanie Rybczyński i sprężystym krokiem zszedł ze schodów. Z jego obu boków pojawili się ochroniarze. Ciemne garnitury, ciemne okulary, słuchawki w uchu 4 informujące o zagrożeniach i przynoszące polecenia. Ludzie automaty. Marzenia wszystkich kobiet. Otoczeni nimbem tajemnicy i prawdziwej męskości. Ciche wnętrze ciemnej limuzyny czekało już na Rybczyńskiego, który raz jeszcze odwrócił się i z promienną twarzą pomachał wiwatującym lu- dziom. Niesłyszalne w tumulcie zamknięcie drzwi. Pojazd ruszył. Przyciemnione szyby zabierały gościa z Warszawy. Zostawali sami, z robotą do wykonania. Jacek szukał wzrokiem dziewczyny. Cholera głupi jestem – myślał. Szedł przeciskając się przez rozchodzący się już tłum rozglądając się uważnie. Gdzie ona jest? – Jacek, no i jak było? – Poczuł klepnięcie w prawe ramię. Robert Jackiewicz, dawniej bliski przyjaciel ojca teraz rywalizujący z nim w regionie o wpływy i władzę, stał za nim z szerokim uśmiechem. Ciągle uśmiechnięta jowialna twarz, pięćdziesiąt trzy lata, brzuch wysuwający się ze spodni w opięciu nieskazitelnie białej koszuli zwiastowały jedno – kłopoty. Nie teraz, nie teraz – myślał. Robert nie należał do ludzi, którzy zamieniali z napotkanymi jedno zdanie by pędzić gdzieś dalej. Z jego ust zawsze wylewał się potok słów, żartów, historii i pytań. Ja- cek nigdy nie był pewny czy Robert mówi na serio czy też jedynie planuje coś w tle, używając swo- ich lingwistycznych i towarzyskich talentów do zdobywania przychylności albo przyjaźni. Teraz nie miał czasu ani na jedno, ani na drugie. – Cudownie. Wspaniale co nie? Twój stary rewelacja. Słuchaj widziałeś jaki miał kontakt z ludź- mi? – No – kiwnął głową Jacek szukając niemal rozpaczliwie możliwości wywinięcia się z rozmowy z Robertem. Jackiewicz był drugim pod względem wpływów człowiekiem w regionie. Krążyły słu- chy i chyba nie bezpodstawne, że znacznie mniej ideowym od jego ojca. Ponoć kiedyś byli bardzo blisko. Czy ludzie potrafią być bardzo blisko zawsze? W każdym razie Jacek traktował go z dystan- sem. Widział to i owo, słyszał tu i ówdzie, że Robert znacznie bardziej niż ojciec był człowiekiem pragmatycznym. Czy pragmatycznym znaczy przekupnym? Może nie do tego stopnia. Pragmatycz- nym to znaczy handlującym korzyściami. Załatwiającym sprawy, stanowiska. Nie potrzebował tego. Potrzebował się uwolnić. – Słuchaj Robert, ojciec prosił mnie żebym zaraz po zakończeniu się do niego zgłosił. – Leć leć – uśmiechnięty najszerzej i najszczerzej jak tylko można Robert klepnął go rubasznie po ramieniu. – Leć i pracuj, bo drabina jest wysoka – mrugnął porozumiewawczo okiem. Chrzanić te twoją drabinę – pomyślał Marek. Kolejne kroki i kolejna lustracja dziesiątek poru- szających się postaci. Kobiety, mężczyźni, przejeżdżający przez jezdnię obok autobus. Teraz auto- busy miały klimatyzację. Cholera – zaklął w duchu. Był na siebie zły. Cholera. Szedł szybko. Daw- no minął po swojej lewej stronie scenę i podium wraz z grupą działaczy i ojcem pośrodku nich. Z szybkością komputera porównywał głowy ludzi z wzorcem zapamiętanym w czasie demonstracji: jej włosy, sylwetka. Ten Robert... Poczuł jak przejmuje go gorąco. Jak wsuwa się pod koszulę, mknie skórą pod pachy, rozlewa się po plecach by skroplić się perełkami potu pomiędzy skórą kar- ku a kołnierzykiem. Zacisnął zęby. Szit – rzucił widząc odcinającą się na tle nieba wysoką wieżę Bramy Krakowskiej. Wieża kończyła deptak, po którym wałęsali się tłumnie ludzie. Tylko dlaczego ona ciągle musi być obudowana tymi rusztowaniami? Odwrócił się do tyłu. Poczuł rezygnację. W cieniu po lewej stronie, tuż pod sklepem z garnitura- mi stał starszy mężczyzna w ciemnych okularach. Czy to ten sam, który się gapił na demonstrację wcześniej? Wszystko mi się miesza. Czując, że koszula nieodwołanie domagać się będzie prania, ruszył w przeciwną stronę. Dał spokój. Ludzie tak zawsze robią gdy nie potrafią inaczej. Pewnie nie było mi to pisane – pomyślał. Nawet nie wiedział jak bardzo się mylił. 5
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Dramat polityczny
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: