Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00049 005152 14820666 na godz. na dobę w sumie
Duśka - ebook/pdf
Duśka - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 138
Wydawca: Nowy Świat Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-7386-380-4 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> sztuka >> kino i teatr
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).
Książka Hanny Karolak nie jest przyczynkiem do biografii, a raczej hagiografii – jak w wypadku Matki Boskiej Trafankowskiej można by powiedzieć. Nie jest także wywiadem rzeką ani historią zmagań z chorobą. Czym więc jest opowieść Hanny Karolak? To szczególny portret aktorki, próbujący wyjaśnić fenomen Darii Trafankowskiej, powszechnie znanej siostry oddziałowej z serialu na „Dobre i na złe”, pocieszycielki strapionych i charyzmatycznej kobiety. Hanna Karolak odwołuje się do słów ks. Jana Twardowskiego, które w pełni oddają istotę Duśki: „tak złota/że niepozorna/tak słowna, że cicha/tak cudowna, że zwyczajna”. Autorce udała się rzecz niebywała, stworzyła intrygujący obraz osoby niezwykłej unikając przy tym banalnej laurkowatości. Za sprawą licznych anegdot, zaskakujących przygód i fantastycznego poczucia humoru głównej bohaterki książkę czyta się z zapartym tchem jak najlepszą powieść. Ze wstępu do drugiego wydania czytelnik dowie się także, co działo się przez pięć lat wokół Darii Trafankowskiej od czasu jej odejścia. OD AUTORKI Wybitnych, utalentowanych aktorów spotykamy w życiu i na scenie często. Pamięć o nich jest ulotna, jednak niezwykłych ludzi, którzy jak Duśka świecą szlachetnym blaskiem spotyka się bardzo rzadko. Są jak talizman, którym chcemy się nawzajem obdarowywać. Książkę o kimś tak niezwykłym, a może tylko zwyczajnie dobrym, chciałoby się trzymać pod poduszką i kiedy już nam życie zbrzydnie otworzyć pierwszą lepszą stronę, przeczytać parę zdań i zasnąć z krzepiącym uczuciem, że może być inaczej. HANNA KAROLAK – autorka esejów, wywiadów, felietonów i reportaży literackich. Publikowała m.in. na łamach „Nowych Książek”, „Tygodnika Kulturalnego”, „Przeglądu Kulturalnego” i „Zwierciadła”. Zainicjowała cykl wywiadów zatytułowany List otwarty do aktora. Owocem jej podróży do Skandynawii stał się cykl korespondencji oraz napisana z mężem książka o Bornholmie. Opublikowała rozmowy JESZCZE JEST CZAS... (2005), których kontynuacją stał się cykl spotkań „na żywo” pt. Idąc. Członek Stowarzyszenia Dziennikarzy, czynny uczestnik Sekcji Krytyków Teatralnych w Związku Artystów Scen Polskich. Za swoją działalność otrzymała w 2009 r. medal „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”.
Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Hanna Karolak DU(cid:285)KA opowie(cid:286)ć o Darii Trafankowskiej WYDAWNICTWO NOWY (cid:285)WIAT WARSZAWA 2010   W ci(cid:261)gu tych pi(cid:266)ciu lat jakie min(cid:266)ły od pierwszego wydania „Du(cid:286)ki,” od czasu do czasu słysz(cid:266) trzepot skrzydeł. Rozgl(cid:261)dam si(cid:266) wtedy bacznie bo wiem, (cid:298)e to Anioł przysłany od Dusi. Z kim mnie dzi(cid:286) skojarzy? Bo zgodnie z Dusin(cid:261) teori(cid:261) na ramieniu ka(cid:298)dego z nas przysiada od czasu do czasu Anioł Kojarz(cid:261)cy i prowadzi nas do miejsc, w których wła(cid:286)nie powinni(cid:286)my si(cid:266) znale(cid:296)ć. Pewnego dnia przysiadł na ramieniu Pana Kamila, szefa wydawnictwa „Nowy (cid:285)wiat”. Przypomniał on sobie wtedy ukłucie (cid:298)alu, gdy czytał gł(cid:266)boko poruszony (cid:286)wie(cid:298)o wydan(cid:261) „Du(cid:286)k(cid:266)” i z typowym odruchem zawodowej zazdro(cid:286)ci westchn(cid:261)ł: Dlaczego ta ksi(cid:261)(cid:298)ka nie trafiła do mojej oficyny? Anioł wyra(cid:298)nie (cid:298)achn(cid:261)ł si(cid:266) na te (cid:298)ale i spytał: – No i? Co zamierzasz? Wtedy Pan Kamil bezwiednie szepn(cid:261)ł: – Nowe wydanie „Du(cid:286)ki” uka(cid:298)e si(cid:266) na naszych łamach. Co obiecał skrzydlatemu posła(cid:276)cowi, to uczynił. Anioł odetchn(cid:261)ł z ulg(cid:261) i odleciał dalej pełnić swoj(cid:261) powinno(cid:286)ć. Zadumała si(cid:266) natomiast autorka stoj(cid:261)c wobec napisania nowego wst(cid:266)pu. – Co mog(cid:266) dodać do tego, co tyle razy powtarzałam? (cid:297)e ta ksi(cid:261)(cid:298)ka nie jest portretem aktorki, (cid:298)e nie jest to tak(cid:298)e wywiad rzeka ani przyczynek do biografii, a tym bardziej nie jest to historia heroicznej walki o (cid:298)ycie, bo Du(cid:286)ka wyrok losu kwitowała pogodnym stwierdzeniem: – Skoro spotyka to tylu innych ludzi, dlaczego nie miałoby spotkać mnie. Czym wi(cid:266)c jest? Prób(cid:261) dotarcia do istoty zjawiska jakim była Du(cid:286)ka, z jej dobroci(cid:261), czuło(cid:286)ci(cid:261) dla (cid:286)wiata, zjawiska które łatwiej wyrazić w poezji ni(cid:298) w banalnych słowach wst(cid:266)pu. Czy nie wystarczyłoby wi(cid:266)c powtórzyć motta do pierwszego wydania, autorstwa ksi(cid:266)dza Twardowskiego? „tak złota, (cid:298)e niepozorna/ tak niebieska, (cid:298)e szara/ tak słowna, (cid:298)e cicha/ tak pierwsza, (cid:298)e ostatnia/ tak cudowna, (cid:298)e zwyczajna (…) Nie, bo kiedy rodziła si(cid:266) ta ksi(cid:261)(cid:298)ka, kiedy wybierałam motto, które miało być niespodziank(cid:261) dla Du(cid:286)ki, Daria jeszcze z nami była. Ale czy naprawd(cid:266) jej nie ma? W mieszkaniu Filipa, kierowcy który woził Du(cid:286)k(cid:266) na plan serialu „Na dobre i na złe” le(cid:298)y w(cid:286)ród pami(cid:261)tek, materialny znak jej obecno(cid:286)ci: poduszka, któr(cid:261) Daria podkładała sobie pod głow(cid:266) w przerwach mi(cid:266)dzy zdj(cid:266)ciami, gdy ju(cid:298) naprawd(cid:266) (cid:298)le si(cid:266) czuła, a któr(cid:261) Filip po jej odej(cid:286)ciu zabrał nikogo nie pytaj(cid:261)c o zgod(cid:266). Na biurku w gabinecie doktora Trettera stoi zdj(cid:266)cie Du(cid:286)ki w piel(cid:266)gniarskim czepku, co dzisiaj wypatrzyłam ogl(cid:261)daj(cid:261)c kolejny odcinek. Na hasło Du(cid:286)ka o(cid:298)ywiaj(cid:261) si(cid:266) fryzjerki w zakładzie na Orlej, gdzie Daria przychodziła si(cid:266) czesać. Bo wraz z ni(cid:261) wsród r(cid:266)czników i suszarek pojawiał si(cid:266) kawałek sło(cid:276)ca. Ka(cid:298)dy miał swoj(cid:261) Du(cid:286)k(cid:266). A Du(cid:286)ka miała swoj(cid:261) Orl(cid:261). I na tej Orlej została. Z inicjatywy mieszka(cid:276)ców skwer koło domu Dusi, gdzie chodziła na spacery z małym Witem, gdzie rzucała patyki psu, gdzie martwiła si(cid:266) i cieszyła z kim(cid:286), kto przysiadaj(cid:261)c si(cid:266) do niej na ławce opowiadał, o swoich kłopotach i rado(cid:286)ciach, ten skwer, gdzie wybrzmiały ju(cid:298) wszystkie Dusine rozmowy, w pi(cid:266)ć lat od chwili gdy przeniosła si(cid:266) na wiecznie zielone ł(cid:261)ki, z namaszczenia władz Rady Miasta nosi jej imi(cid:266). To nie przypadek, (cid:298)e Du(cid:286)ka jest patronk(cid:261) tego miejsca. Mieszkanie na Orlej zawsze było przytuliskiem dla tych, którzy stracili dach nad głow(cid:261). Du(cid:286)ka brała ich za r(cid:266)k(cid:266), otwierała drzwi i serce, rozkładała materac i sma(cid:298)yła nale(cid:286)niki. Daria była wspaniał(cid:261), nie do ko(cid:276)ca docenion(cid:261), nie do ko(cid:276)ca wykorzystan(cid:261) aktork(cid:261). Ale była przede wszystkim człowiekiem. Pami(cid:266)ć o artystach jest ulotna, ale pami(cid:266)ć o kim(cid:286), kto jako człowiek l(cid:286)nił czystym (cid:286)wiatłem jest jak talizman, którym chcemy si(cid:266) dzielić. Ta (cid:286)wiadomo(cid:286)ć przełamuje smutek , zawarty w słowach motta do drugiego wydania, równie(cid:298) autorstwa ksi(cid:266)dza Jana, którego tytuł brzmi nieodwołalnie „BYŁA(cid:285)” Była(cid:286) taka zwyczajna rozbawione włosy w ogrodzie nad porzeczk(cid:261) z jednym listkiem twarz nic o tym nie wiedziała(cid:286) i ja nie wiedziałem (cid:298)e mo(cid:298)na si(cid:266) tak widzieć ju(cid:298) ostatni raz Jak powiedziała Anka, przyjaciółka Darii, Du(cid:286)ka jest po prostu prezentem od Pana Boga. Telegramem dla nas, (cid:298)e warto być dobrym a(cid:298) do naiwno(cid:286)ci. Ona po prostu spadła nam z nieba. Mo(cid:298)e dlatego t(cid:266)sknota za Du(cid:286)k(cid:261) jest z roku na rok wi(cid:266)ksza. Tej t(cid:266)sknocie wychodzi naprzeciw nasza ksi(cid:261)(cid:298)ka, wydanie drugie, niepoprawione. Joanna Szczepkowska po odej(cid:286)ciu Du(cid:286)ki pisała: „(…) Mo(cid:298)e trzeba zacz(cid:261)ć my(cid:286)leć o umieraniu tak, jak si(cid:266) my(cid:286)li o rodzeniu? Jaka to ró(cid:298)nica w gruncie rzeczy? Dwa najwa(cid:298)niejsze (cid:286)wi(cid:266)ta w (cid:298)yciu. Dwie granice, za którymi jest tajemnica. Umieraj(cid:261)cy z godziny na godzin(cid:266) staj(cid:261) si(cid:266) m(cid:261)drzejsi. Czas dla nich jest długi jak dla motyla. Jeden dzie(cid:276) jak całe (cid:298)ycie. Ka(cid:298)dy oddech cenny. Mo(cid:298)e od umieraj(cid:261)cych nale(cid:298)y uczyć si(cid:266) (cid:298)ycia. Niech Daria b(cid:266)dzie pierwsza.” Wiedz(cid:261)c, (cid:298)e koledzy organizuj(cid:261) charytatywny koncert, by zdobyć fundusze na ratowanie jej (cid:298)ycia, w jednej z ostatnich rozmów powiedziała trze(cid:296)wo i pogodnie: Bardzo bym chciała, (cid:298)eby te pieni(cid:261)dze, których ja ju(cid:298) pewnie nie zd(cid:261)(cid:298)(cid:266) wykorzystać posłu(cid:298)yły innym. Mo(cid:298)e uda si(cid:266) nawet zało(cid:298)yć fundacj(cid:266). Nikt nie chciał wtedy wierzyć, (cid:298)e to rodzaj ostatniej woli Dusi Po jej odej(cid:286)ciu koledzy wrócili do tej rozmowy. I tak po trzech latach zgodnie z wol(cid:261) Du(cid:286)ki Fundacja powstała. A (cid:298)e Du(cid:286)ka nieustannie nam co(cid:286) podpowiada, gdy Dorota Landowska, dzi(cid:286) prezes fundacji, robiła porz(cid:261)dki w szafie, nagle spadła jej na głow(cid:266) koronkowa sukienka, któr(cid:261) kiedy(cid:286) dostała od Darii. Wystarczyło pój(cid:286)ć wyznaczonym tropem. Na pokazie charytatywnym „Sukienka”, inicjuj(cid:261)cym działalno(cid:286)ć fundacji czterna(cid:286)cie gwiazd filmu i estrady zaprezentowało na wybiegu czterna(cid:286)cie swoich najbardziej ulubionych kreacji, które przeznaczyły na aukcj(cid:266) maj(cid:261)c(cid:261) na celu zasilenie fundacji. – Dla Du(cid:286)ki – mówi(cid:261) rozja(cid:286)niaj(cid:261)c si(cid:266) całe w u(cid:286)miechu. I tak mo(cid:298)na by długo. A wystarczy si(cid:266)gn(cid:261)ć po nowe wydanie „Du(cid:286)ki”, by zobaczyć na jej stronach osob(cid:266) z niezwykłym poczuciem humoru, dystansem do siebie, zdoln(cid:261) dzielić si(cid:266) najbardziej osobistymi prze(cid:298)yciami. Nic z tych anegdot, niewiarygodnych opowie(cid:286)ci nie straciło atrakcyjno(cid:286)ci. Przeciwnie, zwierzenia z udanych i nieudanych romansów, z pora(cid:298)ek, które mo(cid:298)na było przewidzieć, z nieoczekiwanych spotka(cid:276), które owocowały sukcesami i z takich z których nic nie wynikało, z pomyłek, z przyja(cid:298)ni dozgonnych i przelotnych, wszystko to dzi(cid:286) czyta si(cid:266) z równie zapartym tchem. Jest to lektura pozwalaj(cid:261)ca si(cid:266) wzruszyć, zadumać, spojrzeć z optymizmem na (cid:298)ycie, nawet w najbardziej pochmurny dzie(cid:276), kiedy (cid:286)wiat wydaje si(cid:266) beznadziejny. Wszystkie nitki prowadziły mnie do spotkania z Du(cid:286)k(cid:261), wszystkie (cid:286)cie(cid:298)ki, choć oddalone w czasie, splatały si(cid:266) bez naszej wiedzy. Dlatego w bardzo osobistym posłowiu do pierwszego wydania „Du(cid:286)ki” pisałam: kiedy w czerwcu 2003 roku wyrzuciłam z siebie pomysł napisania tej ksi(cid:261)(cid:298)ki, czułam si(cid:266) jakbym wreszcie po przenoszonej ci(cid:261)(cid:298)y miała urodzić długo oczekiwane dziecko. Mimo to, gdy dzi(cid:286) zagl(cid:261)dam do swojej ksi(cid:261)(cid:298)eczki, zadaj(cid:266) sobie pytanie: Czy ja na pewno znałam bohaterk(cid:266)” Du(cid:286)ki”, czy ja j(cid:261) sobie po prostu wymy(cid:286)liłam? Z t(cid:261) dedykacj(cid:261) oddaj(cid:266) drugie wydanie „Du(cid:286)ki” w Pa(cid:276)stwa r(cid:266)ce. Niech j(cid:261) sobie ka(cid:298)dy z czytelników wymy(cid:286)li. HANNA KAROLAK   KOGO BARDZIEJ KOCHASZ? Wiedziała, (cid:298)e nie mo(cid:298)e si(cid:266) do tego przyznać. Nikomu. To była jej tajemnica. Tym staranniej jej strzegła, im cz(cid:266)(cid:286)ciej powtarzały si(cid:266) pytania: „Kogo bardziej kochasz, mam(cid:266) czy tat(cid:266)?” Mała dziewczynka odpowiadała grzecznie: „Tak samo”. Od pocz(cid:261)tku wiedziała, (cid:298)e tat(cid:266) kocha bardzo, a mam(cid:266) tak sobie. I (cid:298)e nie mo(cid:298)e si(cid:266) do tego przyznać nikomu. Nawet samej sobie. Mama była pi(cid:266)kna. Miała wielkie błyszcz(cid:261)ce oczy, czarne włosy, du(cid:298)y biust, szczupł(cid:261) tali(cid:266). Du(cid:286)ka słyszała, jak doro(cid:286)li mówili: „Wypisz, wymaluj Claudia Cardinale! I taki sam włoski, nieokiełznany temperament”. Gdy tata wychodził do pracy, mama otwierała okno i krzyczała na całe osiedle: „A szalik? Znów zapomniałe(cid:286)!” Litania (cid:298)alów i utyskiwa(cid:276) odbijała si(cid:266) echem w otwartych oknach s(cid:261)siadów. Du(cid:286)ka zawsze wtedy zatykała uszy. Tata przy(cid:286)pieszał kroku i szybko znikał za rogiem kamienicy. Z czasem wychodził do pracowni coraz wcze(cid:286)niej. Nastawiał budzik na pi(cid:261)t(cid:261) rano, kiedy Du(cid:286)ka jeszcze spała. „Wszystko przez ten temperament mamy” – my(cid:286)lała cz(cid:266)sto i powtarzała swoj(cid:261) ulubion(cid:261) wyliczank(cid:266): mama kocha tat(cid:266), tata kocha mam(cid:266), mama i tata kochaj(cid:261) Du(cid:286)k(cid:266). To była prawda. W gł(cid:266)bi szuflady ze starymi listami le(cid:298)y szkic na po(cid:298)ółkłym kartonie. Zanim Du(cid:286)ka przyszła na (cid:286)wiat, mama narysowała sobie córeczk(cid:266). Spod burzy loczków wyłania si(cid:266) twarz dziewczynki u(cid:286)miechni(cid:266)tej jak aniołki na pocztówkach. Miała być podobna do Shirley Temple. Wszystkie mamy chciały, (cid:298)eby ich córeczki były podobne do Shirley Temple. Kiedy Du(cid:286)ka była mała, jej kr(cid:266)cone loczki wprawiały w zachwyt s(cid:261)siadki. Ale nagle włosy przestały si(cid:266) kr(cid:266)cić. Odt(cid:261)d mama po(cid:286)wi(cid:266)cała godziny, by główk(cid:266) Du(cid:286)ki otaczała aureola loków. Kr(cid:266)ciła proste włosy córki na niezliczone ilo(cid:286)ci wałków, rozczesywała i układała misternie, a(cid:298) spod maminego grzebienia wyłaniała si(cid:266) fryzura małej gwiazdki. Du(cid:286)ka cierpliwie poddawała si(cid:266) tym zabiegom. A(cid:298) kiedy(cid:286) zdarzył si(cid:266) dramat. Wielki dramat małej dziewczynki. * Du(cid:286)ka milknie. Znów wraca uczucie bezradno(cid:286)ci. Drzazgi, która utkwiła w pami(cid:266)ci dziewczynki, Siostra Oddziałowa ze szpitala w Le(cid:286)nej Górze nie jest w stanie wyj(cid:261)ć. Du(cid:286)ka starannie miesza sałatk(cid:266) z kalafiora, sieka czosnek, rozciera rokfor, dodaje majonez. Jeszcze tylko koperek, po który Jasiek biegał do Hali Mirowskiej. „Czujesz, jak pachnie?” – pyta. Ale w pokoju unosi si(cid:266) zapach bezdennego (cid:298)alu. * Jest uczennic(cid:261) II c. Dzi(cid:286) wieczorem idzie z klas(cid:261) pierwszy raz do teatru. Od rana my(cid:286)li tylko o tym. I tylko o tym my(cid:286)li mama Du(cid:286)ki. Co znów szykuje – w najlepszej wierze? Wyjmuje od(cid:286)wi(cid:266)tne sukienki, wyci(cid:261)ga wyj(cid:286)ciowe lakierki. Ale najwa(cid:298)niejsze s(cid:261) włosy. Zaczyna si(cid:266) nieustaj(cid:261)cy rytuał. Mama jest niezadowolona. „Ten przedziałek z boku jest bez sensu. Zrobimy na (cid:286)rodku” – mówi. „Nie, te(cid:298) niedobrze. Zaczeszemy do góry i zwi(cid:261)(cid:298)emy wst(cid:261)(cid:298)k(cid:261)”. – „Wst(cid:261)(cid:298)ka jest nieuprasowana? Nie szkodzi, wł(cid:261)cz (cid:298)elazko” – mówi mama. Du(cid:286)ce robi si(cid:266) słabo. Za dziesi(cid:266)ć minut dzieci wychodz(cid:261) spod szkoły. Nie mog(cid:261) czekać. Dlaczego nie tupie nog(cid:261), nie ucieka? Zaczarowana przez wró(cid:298)k(cid:266) Grzeczna Dziewczynka. Nagle tata, nieoceniony tata, łapie Du(cid:286)k(cid:266) za r(cid:266)k(cid:266). Niezawi(cid:261)zana wst(cid:261)(cid:298)ka wlecze si(cid:266) po podłodze. „Mo(cid:298)e jeszcze zd(cid:261)(cid:298)ymy, nie płacz, có-reczko”. Pod szkoł(cid:261) nie ma nikogo. Tata zatrzymuje taksówk(cid:266). Je(cid:298)d(cid:298)(cid:261) od teatru do teatru. Portierzy rozkładaj(cid:261) r(cid:266)ce. „Wycieczka? Do nas przychodzi du(cid:298)o wycieczek. Zreszt(cid:261) spektakl ju(cid:298) si(cid:266) zacz(cid:261)ł”. W ko(cid:276)cu tata na otarcie łez wybiera jak(cid:261)(cid:286) sztuk(cid:266). Chyba dla dorosłych? Nic nie rozumiałam, nic nie widziałam, tylko chlipałam i chlipałam. Co mnie obchodziła sztuka! Chciałam być z dziećmi, z pani(cid:261), czekać z zapartym tchem, (cid:286)ciskaj(cid:261)c z emocji r(cid:266)k(cid:266) przyjaciółki, a(cid:298) podniesie si(cid:266) kurtyna, wej(cid:286)ć razem w (cid:286)wiat, w którym wszystko jest mo(cid:298)liwe. (cid:297)adna chusteczka nie mogła otrzeć Dusinych łez. Nic nie mogło zast(cid:261)pić rozognionych policzków kole(cid:298)anek, wspólnych chichotów, bicia brawa na wyprzódki, kto gło(cid:286)niej. Chyba od tego wieczoru na pytanie, kogo kocha bardziej, Du(cid:286)ka coraz mniej pewnie odpowiadała: „Tak samo”. A (cid:298)e bardzo chciała „tak samo”, odt(cid:261)d tym nadmiarem uczucia zacz(cid:266)ła obdzielać cały (cid:286)wiat. I mo(cid:298)e tej nocy postanowiła te(cid:298), (cid:298)e jej miejscem na ziemi b(cid:266)dzie teatr. Miejsce, w którym jest si(cid:266) zawsze razem, razem prze(cid:298)ywa premierow(cid:261) trem(cid:266), razem dzieli sukces, nawet je(cid:286)li w trzecim akcie wypowiadało si(cid:266) tylko jedno zdanie. Odt(cid:261)d zespół, grupa, przyjaciele to był jej (cid:298)ywioł, jej aura, jej tlen. Ale ta niespełniona historia o nieudanej wyprawie – dzi(cid:286) ju(cid:298) to wie – jest tak(cid:298)e opowie(cid:286)ci(cid:261) o tym, jak kochała j(cid:261) mama, choć własn(cid:261) miar(cid:261) mierzyła t(cid:266) miło(cid:286)ć. Dla niej niewa(cid:298)na była wycieczka, teatr, klasa. Dla niej wa(cid:298)ne było, (cid:298)eby Du(cid:286)ka wygl(cid:261)dała jak królewna, jej mała królewna. Jest rok 95. Królewna jest za gruba. Zaczyna ka(cid:298)dy dzie(cid:276) od otwarcia zeszytu w kratk(cid:266). „Ach, jaka jestem fantastyczna!” – wpisuje du(cid:298)ymi literami, bo bez wpisania si(cid:266) nie liczy. „Schudłam pi(cid:266)ć kilo” – pisze dalej, choć waga od tygodnia ani drgnie. Ale na tym polega trening afirmatywny. Du(cid:286)ka wierzy, bo my(cid:286)li pozytywnie. Du(cid:286)ka – Polyanna, która gra w zadowolenie, Du(cid:286)ka Amelia, która ulepsza (cid:286)wiat. Du(cid:286)ka, która zamienia ciemno(cid:286)ć w jasno(cid:286)ć. Mija kolejnych osiem lat. Du(cid:286)ka jest gwiazd(cid:261) serialu. Udziela tylko trzech wywiadów na tydzie(cid:276) dlatego, (cid:298)e op(cid:266)dza si(cid:266) od dziennikarzy. Siostra Danuta z Le(cid:286)nej Góry jest szczupła i pełna uroku. Doktor Tretter wie, (cid:298)e z t(cid:261) kobiet(cid:261) zwi(cid:261)(cid:298)e swoje losy. Na dobre i na złe. Siostra Oddziałowa godzi si(cid:266) na (cid:286)lub. (cid:285)lub nie bez komplikacji. Jak wszystko w (cid:298)yciu Du(cid:286)ki. Ale przecie(cid:298) Du(cid:286)ka wierzy, (cid:298)e wszystkie (cid:286)cie(cid:298)ki da si(cid:266) wyprostować. Wi(cid:266)c spokojnie parzy herbat(cid:266). I prostuje. Sobie i innym. ANGA(cid:297) W BARZE MLECZNYM Na MDM-ie, obok restauracji Szanghaj, jest bar mleczny. Tam, na pi(cid:266)terko Du(cid:286)ka chodzi czasem z mam(cid:261) na (cid:286)niadanie. Idzie jak na (cid:286)ci(cid:266)cie. Z góry wyobra(cid:298)a sobie nienawistny smak zupy mlecznej. Mama zamawia jak(cid:261)(cid:286) biał(cid:261) kleist(cid:261) papk(cid:266), wi(cid:266)c Du(cid:286)ka, choć jest grzeczn(cid:261) dziewczynk(cid:261), wierzga i płacze. (cid:297)adn(cid:261) miar(cid:261) nie mo(cid:298)e przełkn(cid:261)ć choćby ły(cid:298)ki. Łzy lec(cid:261) do talerza, ły(cid:298)ka l(cid:261)duje na podłodze. Towarzystwo przy stoliku obok zerka z zaciekawieniem na dziewczynk(cid:266). Du(cid:286)ka ma sze(cid:286)ć lat i nie interesuje jej zamieszanie, jakie wzbudza wokół. Broni si(cid:266) przed kolejn(cid:261) porcj(cid:261) kleistej brei. „Chyba znale(cid:296)li(cid:286)my nasz(cid:261) bohaterk(cid:266)!” – wykrzykuje jaka(cid:286) obca pani. Du(cid:286)ka nie wie, (cid:298)e w tym momencie re(cid:298)yser, Jadwiga (cid:297)ukowska, anga(cid:298)uje j(cid:261) do jednej z głównych ról w filmie Dziatki Niejadki. Tak spełnia si(cid:266) hollywoodzki sen mamy dziewczynki, ci(cid:261)ganej bezlito(cid:286)nie na wszystkie mo(cid:298)liwe zdj(cid:266)cia próbne, dzi(cid:286) zwane castingiem. Ku satysfakcji Du(cid:286)ki – bez rezultatu. Du(cid:286)ka ma osiem lat. Idzie ulic(cid:261) Chłodn(cid:261), gdy zatrzymuje si(cid:266) obok niej jaki(cid:286) du(cid:298)y samochód. „Kino, kino objazdowe!” – krzycz(cid:261) dzieci. Tłumek ciekawskich g(cid:266)stnieje. Na jednej ze (cid:286)cian starej kamienicy Du(cid:286)ka ogl(cid:261)da siebie po raz pierwszy. Dzieci (cid:286)miej(cid:261) si(cid:266), gdy mała dziewczynka stroi dziwaczne miny, nie chc(cid:261)c przełkn(cid:261)ć ani k(cid:266)sa. Na Du(cid:286)ce nie robi to (cid:298)adnego wra(cid:298)enia. Zapami(cid:266)tała tylko, (cid:298)e pan, który grał razem z ni(cid:261), nazywał si(cid:266) Mieczysław Pawlikowski. Rok 75. Du(cid:286)ka ma dwadzie(cid:286)cia jeden lat. Jest studentk(cid:261) Wy(cid:298)szej Szkoły Teatralnej w Łodzi. Mówi(cid:261) na ni(cid:261) „nasza Jane Fonda”. Przed chwil(cid:261) sko(cid:276)czyła film Wła(cid:286)nie o miło(cid:286)ci Juliusza Janickiego. Kr(cid:266)cony metod(cid:261) paradokumentaln(cid:261) opart(cid:261) na improwizacji, co Du(cid:286)ka uwielbia, w fantastycznym klimacie kina czeskiego, ze (cid:286)wietn(cid:261) ekip(cid:261). Z głow(cid:261) w chmurach jedzie na wakacje. Kto(cid:286) co(cid:286) mówi o zdj(cid:266)ciach do filmu Agnieszki Holland, kto(cid:286) proponuje próbne zdj(cid:266)cia. Du(cid:286)ka woli bezkresne włócz(cid:266)gi po zielonych ł(cid:261)kach, jest szcz(cid:266)(cid:286)liwa, troch(cid:266) zakochana i ani my(cid:286)li przerywać sobie wakacyjny sen. Ale zaczynaj(cid:261) przychodzić telegramy. „Wracaj. Zdj(cid:266)cia próbne”. Co jest? Nie chce jechać na (cid:298)adne zdj(cid:266)cia próbne! Wreszcie łapie j(cid:261) telefon od rodziców: „Została(cid:286) wybrana przez Agnieszk(cid:266) Holland do głównej roli w jej filmie Zdj(cid:266)cia próbne. Przyje(cid:298)d(cid:298)aj natychmiast”. Gdyby nie upór rodziców, ten wa(cid:298)ny debiut filmowy przeszedłby Du(cid:286)ce koło nosa. Na planie jest super. Agnieszka ma 24 lata. Tylko trzy lata wi(cid:266)cej ni(cid:298) Du(cid:286)ka. Mo(cid:298)e dlatego tak im si(cid:266) (cid:286)wietnie pracuje. Krytyka przyjmuje film znakomicie. Po latach Agnieszka Holland w wywiadzie-rzece po(cid:286)wi(cid:266)conym jej twórczo(cid:286)ci powie o Du(cid:286)ce par(cid:266) ciepłych słów. Ale bywa, (cid:298)e rewelacyjne propozycje przechodz(cid:261) mimo. Schloendorff kr(cid:266)ci gło(cid:286)n(cid:261) powie(cid:286)ć Güntera Grassa Blaszany b(cid:266)benek. Ta wiadomo(cid:286)ć elektryzuje całe polskie (cid:286)rodowisko. Daniel Olbrychski jest wybrany do jednej z głównych ról. Nie jest jeszcze obsadzona rola matki małego Oskara, bodaj najwa(cid:298)niejsza w filmie. Propozycj(cid:266) zagrania tej roli, na któr(cid:261) z zapartym tchem czekaj(cid:261) najlepsze polskie aktorki, otrzymuje Daria Trafankowska. Zawrót głowy? Pewnie tak, ale jak zawsze z dystansem. Du(cid:286)ka nie jedzie na zdj(cid:266)cia. Powód banalny. Typowy w PRL-u: nie dostaje na czas paszportu. Jak to przyjmuje? „Normalnie. Jestem chyba impregnowana na takie sytuacje” – mówi. To nie jest tak, (cid:298)e mi si(cid:266) nic nie nale(cid:298)y, nie, ale dlaczego akurat miałoby si(cid:266) tylko mnie nale(cid:298)eć? Gdy przychodzi choroba, nie mówi z pretensj(cid:261) do Pana Boga: Dlaczego wła(cid:286)nie mnie musiało to spotkać, dlaczego wła(cid:286)nie ja? – A dlaczego nie ja? – odpowiada sobie. Poczucia własnej warto(cid:286)ci nie buduje na sukcesie ani na kl(cid:266)sce. Prze(cid:298)ycia z dzieci(cid:276)stwa wzbudziły w niej ostro(cid:298)no(cid:286)ć. Gdzie(cid:286) na dnie kiełkowała (cid:286)wiadomo(cid:286)ć, jak wiele rzeczy jest wzgl(cid:266)dnych, jak łatwo przekroczyć granice, gdy si(cid:266) czego(cid:286) zanadto chce. I nauczyła si(cid:266) nie chcieć „zanadto”. TRAUMA U CIOCI DANY Jeszcze dzi(cid:286) słyszy swój szloch. Czuje ciepłe usta mamy na swoich małych r(cid:261)czkach, łez. Mama kl(cid:266)czy przed Du(cid:286)k(cid:261). Płacz(cid:261) obie. Dobrym, wilgotnych od maminych oczyszczaj(cid:261)cym płaczem. W mieszkaniu wujka i cioci Dany, w pi(cid:266)knej pozna(cid:276)skiej kamienicy, jest długi korytarz. Du(cid:286)ka stoi z mam(cid:261) tu(cid:298) za drzwiami. Jeszcze nie zdj(cid:266)ła płaszczyka. Wracaj(cid:261) prosto z radia, gdzie mama, Krystyna Trafankowska, pracuje jako spikerka. To ona zorganizowała udział Du(cid:286)ki i jej małych kuzynów w konkursie recytatorskim wierszy Jana Brzechwy. Ewa i Kasia, Maciek i Jureczek razem z Du(cid:286)k(cid:261) za(cid:286)miewali si(cid:266) przy Pchle Szachrajce i martwili, (cid:298)e Pan Indyk z ulicy Wolskiej nie ma własnych kaloszy. Ale teraz Du(cid:286)ka my(cid:286)li ju(cid:298) tylko o tym, (cid:298)e za chwil(cid:266) zajrzy do tajemniczych pokoi cioci Dany, które nosz(cid:261) ekscytuj(cid:261)ce nazwy, a nade wszystko do Czarnego Pokoju, który kiedy(cid:286) nale(cid:298)ał do ojca dziewczynki. Jednak mama, zdyszana, pyta z marszu cioci(cid:266) Dan(cid:266): „Słuchała(cid:286) relacji z konkursu?” „Tak – odpowiada ciocia Dana machinalnie – ale wydaje mi si(cid:266), (cid:298)e twoja Darunia nie zdobyła (cid:298)adnego miejsca”. Nie wie, w jaki sposób znalazła si(cid:266) nagle na ko(cid:276)cu długiego korytarza. Pami(cid:266)ta tylko mocne uderzenie. Nie chce uwierzyć, (cid:298)e była to dło(cid:276) matki. Po chwili mama jest przy niej. Łapie j(cid:261) na r(cid:266)ce. Wie, (cid:298)e uderzyła swoje małe dziecko. „Dusie(cid:276)ko, moja mała córeczko, przebacz mi.” Du(cid:286)ka wie, (cid:298)e mama nie chciała sprawić jej bólu. Wi(cid:266)c dlaczego? Pod(cid:286)wiadomie czuje, (cid:298)e mama czekała na sukces swojej Małej Królewny. (cid:297)e była go pewna. I wie, (cid:298)e to niedobra pewno(cid:286)ć. „Po godzinie okazało si(cid:266), (cid:298)e wygrałam ten konkurs – dodaje Du(cid:286)ka – ale nie pami(cid:266)tam, (cid:298)ebym si(cid:266) cieszyła”. Wi(cid:266)c z mam(cid:261), szalon(cid:261), nieobliczaln(cid:261), kochaj(cid:261)c(cid:261) bezrozumnie mam(cid:261) były kłopoty. Mo(cid:298)e to odt(cid:261)d Du(cid:286)ka nie przepada za konkursami. Jest to co(cid:286), co j(cid:261) zawstydza. Je(cid:286)li ona wygra, kto(cid:286) przegra. „Dziewczyno, przecie(cid:298) to taki zawód” – mówi(cid:261) kole(cid:298)anki. Gdy (cid:286)wiadomi jej wyczucia re(cid:298)yserzy pytali o rad(cid:266), jak(cid:261) aktork(cid:266) z jej rocznika wybrałaby do roli w filmie, który maj(cid:261) w planach, Du(cid:286)ka rzetelnie odpowiadała: „Mo(cid:298)e Ew(cid:266) Błaszczyk, mo(cid:298)e Joasi(cid:266) (cid:297)ółkowsk(cid:261)”. Mało któremu przeszło wówczas przez my(cid:286)l, (cid:298)e równie (cid:286)wietnie zagrałaby to sama Du(cid:286)ka. Ale zdarzały si(cid:266) na szcz(cid:266)(cid:286)cie wyj(cid:261)tki. Dwa razy zagrała u swego m(cid:266)(cid:298)a, Waldemara Dzikiego. Ale ani razu nie był to jego wybór. Pierwszy raz w filmie obsypanym potem nagrodami – Cudowne dziecko. Dziki szukał aktorki do roli matki młodziutkiego bohatera. Był ju(cid:298) zdecydowany, bodaj na Joasi(cid:266) (cid:297)ółkowsk(cid:261). Wtedy wkroczył producent kanadyjski filmu, Rock Demers, który powiedział, (cid:298)e zupełnie nie rozumie, dlaczego Waldek nie zaproponował mnie tej roli. Sam widział mnie kilka razy na scenie i wydałam mu si(cid:266) najodpowiedniejsza. Drugim razem, gdy Waldek miał zrealizować dla Teatru Telewizji legendarny spektakl Dwoje na hu(cid:286)tawce, ani mu w głowie było obsadzić mnie w głównej roli. I wtedy wymógł na nim t(cid:266) decyzj(cid:266) Romek Wilhelmi, który chciał, (cid:298)ebym mu partnerowała. Nie my(cid:286)l(cid:266), (cid:298)eby Waldek mnie nie cenił, ale jako(cid:286) oboje nie lubili(cid:286)my wprowadzania klimatów rodzinnych do działa(cid:276) zawodowych. Jako temat pracy dyplomowej Daria Trafankowska wybrała teatr Andrzeja Wajdy. Praca została bardzo dobrze oceniona, jedyne zastrze(cid:298)enie dotyczyło braku wywiadu z Mistrzem. „Ale przecie(cid:298) gdybym poprosiła go o spotkanie – odpowiedziała Du(cid:286)ka – pomy(cid:286)lałby niechybnie, (cid:298)e w ten sposób chc(cid:266) załapać si(cid:266) na jak(cid:261)(cid:286) rol(cid:266)!” – „A nie chciałaby pani?” – spytała zdziwiona komisja. Du(cid:286)ka oblała si(cid:266) p(cid:261)sem, jednak sytuacja, w której re(cid:298)yser mógłby powzi(cid:261)ć cie(cid:276) podejrzenia co do jej intencji, wydawała jej si(cid:266) niestosowna. Nie chcieć niczego zanadto. Tak w (cid:298)yciu, jak w zawodzie. Bo przecie(cid:298) (cid:298)ycie i tak obdarzy j(cid:261) tym, co najlepsze. Du(cid:286)ka w to wierzy. I to jej wystarcza. I powolutku si(cid:266) sprawdza. Jako studentka szkoły filmowej otrzymała ufundowan(cid:261) specjalnie dla niej przez dziekana Jana Rybkowskiego nagrod(cid:266) Srebrnej Ryby dla najzdolniejszej studentki wydziału aktorskiego. Tym milsz(cid:261), (cid:298)e przyznawan(cid:261) przy udziale studentów re(cid:298)yserii, choć bardziej presti(cid:298)owa była oczywi(cid:286)cie nagroda I stopnia Prezesa Radiokomitetu za Polskie drogi, któr(cid:261) Du(cid:286)ka jeszcze jako studentka III roku otrzymała razem z Bardinim, Fronczewskim, Zapasiewiczem, Jankowsk(cid:261)-Cie(cid:286)lak. Nie odebrała jej osobi(cid:286)cie tylko dlatego, (cid:298)e miała wła(cid:286)nie „najwa(cid:298)niejsze” na uczelni artystycznej zaj(cid:266)cia z wojska i nie było mowy, (cid:298)eby je opu(cid:286)cić. Ka(cid:298)dy by si(cid:266) w(cid:286)ciekł, Du(cid:286)ka to przełkn(cid:266)ła. Ale po latach tłustych przyszły lata chude, mało kto ju(cid:298) pami(cid:266)tał o studenckich sukcesach Du(cid:286)ki, o znakomitych rolach dyplomowych, o teatralnych kreacjach młodej aktorki Darii Trafankowskiej w Teatrze Narodowym, o przechowywanej do dzi(cid:286) w szufladzie depeszy z gratulacjami od Adama Hanuszkiewicza, jej pierwszego dyrektora, za rol(cid:266) Marysi w Weselu, zagran(cid:261) ju(cid:298) pod inn(cid:261) batut(cid:261) w Teatrze Powszechnym. Nie procentowała te(cid:298) zagrana niebanalnie w tym teatrze, znakomicie przyj(cid:266)ta przez recenzentów i publiczno(cid:286)ć pami(cid:266)tna rola Iwony, ksi(cid:266)(cid:298)niczki Burgunda, w której obsadził j(cid:261) Zygmunt Hübner. Przyszedł czas na granie szarych myszek. „Gdzie jest powiedziane, (cid:298)e musz(cid:266) być gwiazd(cid:261)” – powtarzała. I bez cienia goryczy grała to, co jej przypadło w udziale. Tyle (cid:298)e wci(cid:261)(cid:298) wyjmowała mały zeszyt w kratk(cid:266), zapisuj(cid:261)c projekcj(cid:266) innego wariantu losu, kariery. Zwłaszcza, gdy nagle załamało si(cid:266) tak(cid:298)e (cid:298)ycie osobiste. KTO TO JEST? TA DZIEWCZYNA B(cid:265)DZIE MOJ(cid:260) (cid:297)ON(cid:260)! „Stop! Zatrzymaj klatk(cid:266). Jeszcze raz!” – student wydziału re(cid:298)yserii pochyla si(cid:266) z uwag(cid:261) nad stołem monta(cid:298)owym. Z kadru patrzy dziewczyna. „Paweł, chod(cid:296) bli(cid:298)ej – woła koleg(cid:266). – Widzisz t(cid:266) dziewczyn(cid:266)? Ona zostanie moj(cid:261) (cid:298)on(cid:261)!” – „Cha, cha, cha! – ryczy Paweł. – Uwa(cid:298)aj! Nic z tego nie b(cid:266)dzie! To jest Du(cid:286)ka, po(cid:298)eraczka serc. Chłopaków to ona wsysa i wypluwa – Paweł Danielewski drwi wyra(cid:296)nie z przyjaciela. – „Ty j(cid:261) znasz?” – „Nie tylko j(cid:261) znam, nie tylko si(cid:266) z ni(cid:261) przyja(cid:296)ni(cid:266), ale jeszcze studiuje ze mn(cid:261) na równoległym roku!” Ten jeden dzie(cid:276) zaj(cid:266)ć zmienił (cid:298)ycie Dzikiego. (cid:285)ci(cid:286)lej, dwadzie(cid:286)cia minut zaj(cid:266)ć. Chłopcy z pierwszego roku re(cid:298)yserii ogl(cid:261)dali i analizowali absolutoryjne filmy swoich starszych kolegów. Jednym z nich był film Jerzego Ridana, który trwał owe dwadzie(cid:286)cia minut, a który dostał ju(cid:298) par(cid:266) nagród na festiwalach i był pokazywany studentom jako tak zwany wzorzec z Sévres. Film, w którym zagrała Du(cid:286)ka nie podejrzewaj(cid:261)c brzemiennych skutków tego wydarzenia, nosił tytuł Anioły pod choink(cid:261). Wtedy to Waldemar Dziki postanowił, (cid:298)e ten Anioł zasi(cid:261)dzie przy jego stole. Wi(cid:266)c Dziki chodził za Du(cid:286)k(cid:261) przez dwa tygodnie i obserwował, czy ów (cid:298)ywy „wzorzec z Sévres” mie(cid:286)ci si(cid:266) istotnie w spektrum jego marze(cid:276), czy to, co zobaczył na ekranie, sprawdza si(cid:266) w rzeczywisto(cid:286)ci. (cid:297)yła tym cała filmówka, tylko jedna Du(cid:286)ka nie miała o niczym zielonego poj(cid:266)cia. Po dwóch tygodniach podszedł. „Chciałem ci powiedzieć, (cid:298)e zostaniesz moj(cid:261) (cid:298)on(cid:261), najlepiej wi(cid:266)c, je(cid:286)li od razu si(cid:266) do mnie wprowadzisz.” – „Jaki(cid:286) idiota” – pomy(cid:286)lała i odwróciła si(cid:266) na pi(cid:266)cie. Był pa(cid:296)dziernik, rok akademicki dopiero si(cid:266) zaczynał, Du(cid:286)ka nie znała Dzikiego, tak jak nie znała wielu innych studentów. Po dwóch tygodniach podszedł znów i powiedział: „Dostałem paczk(cid:266) od babci. Przyjd(cid:296) dzisiaj do mnie na kolacj(cid:266)”. Jak si(cid:266) okazało, paczki od babci z Gda(cid:276)ska były słynne w całej szkole. Na Wybrze(cid:298)u mo(cid:298)na było kupić od marynarzy rzeczy, o których w Łodzi si(cid:266) nie (cid:286)niło: such(cid:261) krakowsk(cid:261), słoiczki z rybami, cudowny wiejski chleb, który babcia przysyłała zawini(cid:266)ty w wilgotn(cid:261) szmatk(cid:266). Ta wspaniała staruszka, prababcia Wita, (cid:298)yje do dzi(cid:286), ciesz(cid:261)c si(cid:266) zdrowiem i miło(cid:286)ci(cid:261)! Owoce babcia wysyłała ekspresem albo „podawała” przez znajomych, (cid:298)eby dotarły (cid:286)wie(cid:298)e i (cid:298)eby jej wnuk miał fantastyczn(cid:261) wy(cid:298)erk(cid:266)! Przez kolejne trzy tygodnie Dziki codziennie mówił: „Przyjd(cid:296) wreszcie na t(cid:266) kolacj(cid:266)”, ja mówiłam: „Dobrze, dobrze” i nie przychodziłam. Dziki zapadł si(cid:266) w sobie, zapu(cid:286)cił brod(cid:266), miał coraz wi(cid:266)kszy zarost. „Cholera – pomy(cid:286)lałam – mo(cid:298)e on rzeczywi(cid:286)cie czeka na mnie z t(cid:261) kolacj(cid:261)?” Zacz(cid:266)łam w ko(cid:276)cu wypytywać Danielewskiego, jaki jest ten Dziki. – „Fajny facet, starosta roku, super!” Du(cid:286)ka z przyjaciółk(cid:261) Jol(cid:261) Buszko (zwan(cid:261) Buszk(cid:261)), która niedługo potem została (cid:298)on(cid:261) Danielewskiego, mieszkały w akademiku, Dziki – w wynaj(cid:266)tym na Piotrkowskiej mieszkaniu. Którego(cid:286) dnia przyjechała do Łodzi Ewa Demarczyk. „Idziemy” – zdecydowały jednomy(cid:286)lnie. Koncert z bisami sko(cid:276)czył si(cid:266) dobrze po północy. W drodze powrotnej do akademika Buszka zobaczyła (cid:286)wiatła w oknach Dzikiego. – „Spójrz na ostatnie pi(cid:266)tro – powiedziała. – Mo(cid:298)e on na ciebie rzeczywi(cid:286)cie czeka z t(cid:261) kolacj(cid:261). Co ci szkodzi sprawdzić?” – „Nie wygłupiaj si(cid:266), jest pierwsza w nocy.” – „No to co? Poczekam tu na ciebie 10 minut. Jak nie zejdziesz, znaczy, (cid:298)e została(cid:286) na kolacji”. Id(cid:266) na t(cid:266) gór(cid:266), stukam, drzwi si(cid:266) otwieraj(cid:261) natychmiast. „No – mówi Dziki – ju(cid:298) herbat(cid:266) trzy razy podgrzewałem. (cid:285)ci(cid:261)gaj buty. Wstawiam wod(cid:266).” Dla niego było oczywiste, (cid:298)e ja tu przecie(cid:298) mieszkam. Wchodz(cid:266) do pokoju, a tam rzeczywi(cid:286)cie stoi kolacja. Wszystko nakryte na dwie osoby, dwa talerzyki, dwie fili(cid:298)anki, pokrojona kiełbasa, pomidorki, pieczywo nakryte serwet(cid:261). Zd(cid:266)białam! Zrozumiałam, (cid:298)e tak musiało być co wieczór. Szykował kolacj(cid:266) na dwie osoby, rano sprz(cid:261)tał, i tak na okr(cid:261)gło. To mi zaimponowało. Ali(cid:286)ci nie zostałam na noc! Obiecywał wprawdzie, (cid:298)e mnie nie tknie, (cid:298)e ma du(cid:298)e łó(cid:298)ko, (cid:298)e nie ma sensu, (cid:298)ebym wracała tak pó(cid:296)no. „Wykluczone. Jutro rano mam szermierk(cid:266), musz(cid:266) zabrać kostium z akademika.” – „To pojedziemy teraz po ten kostium taksówk(cid:261)”. – „Nie ma mowy.” Potem mi powiedział, (cid:298)e ten mój opór potraktował jako swoj(cid:261) straszn(cid:261) kl(cid:266)sk(cid:266)! Nie wiedziałam wtedy, (cid:298)e Dziki miał dopiero 19 lat. Był najmłodszy z roku, ale wygl(cid:261)dał powa(cid:298)nie i zachowywał si(cid:266) powa(cid:298)nie. I tak par(cid:266) tygodni chodzili(cid:286)my na spacery, ogl(cid:261)dali(cid:286)my filmy, uczestniczyli(cid:286)my w obchodach Dni Szkoły, na których dostałam Srebrn(cid:261) Ryb(cid:266). A(cid:298) którego(cid:286) dnia wzi(cid:266)łam z akademika swoj(cid:261) poduszk(cid:266) i wprowadziłam si(cid:266) do Dzikiego. Na całe 15 lat. Potem było huczne wesele, które przeszło do kroniki szkolnych imprez. A potem? * Jasiek, partner Du(cid:286)ki, podaje pierogi ze szpinakiem. „Jedzcie, póki gor(cid:261)ce. S(cid:261) pyszne”. Wyznaje ze wstydem, (cid:298)e nie robił ich sam, chocia(cid:298) dla Du(cid:286)ki jest gotów zrobić wszystko. „Polubiłem nawet szpinak”. Du(cid:286)ka nie od razu dojrzała do nowego zwi(cid:261)zku. Długo bolała utrata czego(cid:286), co miało być na całe (cid:298)ycie. Na dobre i na złe. Przecie(cid:298) nizała koraliki wspólnych godzin, dni i miesi(cid:266)cy z coraz wi(cid:266)ksz(cid:261) wpraw(cid:261). Ale sznurek p(cid:266)kł. Wszystko si(cid:266) rozsypało. Jak(cid:261) byli par(cid:261)? Fantastyczn(cid:261) – mówili przyjaciele. „Jak dwa golomby” – dopowiadał ich kolega Peter Wajda, pasierb Marty Meszaros. SYNDROM MARCHEWKI Na szcz(cid:266)(cid:286)cie kolejka jest mała. W dziale kosmetycznym Galerii Centrum zapach dobrych perfum daje Du(cid:286)ce przyjemne uczucie rozlu(cid:296)nienia po całym dniu zdj(cid:266)ciowym. „Podaruj sobie odrobin(cid:266) luksusu” - szepcze do siebie, zdecydowana na jakie(cid:286) małe szale(cid:276)stwo. Ale na razie szale(cid:276)stwo widzi w oczach panienki za lad(cid:261). Od czasu serialu Na dobre i na złe przyzwyczaiła si(cid:266) do ró(cid:298)nych reakcji, najcz(cid:266)(cid:286)ciej sympatycznych. To miły aspekt popularno(cid:286)ci, którego do(cid:286)wiadcza coraz cz(cid:266)(cid:286)ciej. Ale twarz dziewczyny t(cid:266)(cid:298)eje jakim(cid:286) dziwnym napi(cid:266)ciem. Du(cid:286)ka ju(cid:298) otwiera usta, by poprosić o make-up Diora, gdy słyszy wypowiedziane rw(cid:261)cym si(cid:266) głosem nieoczekiwane wyznanie: „Pani uratowała mi (cid:298)ycie”. Du(cid:286)ka nie zwykła bagatelizować takich wyzna(cid:276), ale ani w z(cid:261)b nie mo(cid:298)e sobie przypomnieć twarzy dziewczyny czy choćby miejsca, w którym los mógł je zetkn(cid:261)ć. – To pani słowa pozwoliły mi przetrwać najtrudniejsze chwile – ci(cid:261)gnie szczupła blondynka z nieco dziecinn(cid:261) afektacj(cid:261). Du(cid:286)ka zastanawia si(cid:266), gdzie i kiedy powiedziała co(cid:286), co miało tak wielkie znaczenie dla tej kobiety. Dziewczyna przychodzi jej z pomoc(cid:261). Z bezładnie wypowiadanych zda(cid:276) wynika, (cid:298)e to udział Darii w emitowanym przed laty programie Wojciecha Eichelbergera Okna tak znacz(cid:261)co wpłyn(cid:261)ł na jej (cid:298)ycie. Udział, który w samej Du(cid:286)ce wzbudził tyle w(cid:261)tpliwo(cid:286)ci. Tytuł Rozstania w odniesieniu do rozpadu zwi(cid:261)zku dwojga ludzi zapowiadał jak(cid:261)(cid:286) gł(cid:266)bsz(cid:261) refleksj(cid:266), zmieniony w ostatniej chwili na Rozwód wydał si(cid:266) jej zbyt trywialny, zbyt dosłowny. Ale, co wstyd przyznać, nie bez znaczenia była wysoko(cid:286)ć honorarium. Przy finansowej mizerii, jakiej wówczas do(cid:286)wiadczała aktorka, kwota 400 złotych wydała si(cid:266) Du(cid:286)ce niebagatelna. Tak wi(cid:266)c nie wycofała si(cid:266), jak postanowiła w pierwszym odruchu. Dzi(cid:286) okazało si(cid:266), jak wielkie znaczenie miała jej decyzja, jak zbawienne stały si(cid:266) dla innej kobiety jej zwierzenia, choć przez moment ich (cid:298)ałowała. Mimo wrodzonej empatii jako(cid:286) wstyd jej było, (cid:298)e nieoczekiwanie dla siebie „p(cid:266)kła”. (cid:297)e te kameralne, delikatne pytania tak silnie poruszyły bolesne wspomnienia. Ekspedientka w dziale kosmetycznym nie tylko nagrała program, ale, jak mówi, odtwarzała go setki razy. „Moja kaseta jest kompletnie zjechana, mo(cid:298)e mogłaby mi pani po(cid:298)yczyć to nagranie?” – pyta nie(cid:286)miało. Ale Du(cid:286)ka audycji nie nagrała. Była nawet zdziwiona, (cid:298)e tak wiele osób dzwoniło do niej po tym nocnym programie. I nagle dzi(cid:286) te spontaniczne i bez w(cid:261)tpienia szczere wynurzenia. „Ja si(cid:266) strasznie du(cid:298)o od pani nauczyłam, bardzo du(cid:298)o zrozumiałam. Byłam wtedy w kompletnej depresji. Pani słowa, wci(cid:261)(cid:298) na nowo odtwarzane, stały si(cid:266) dla mnie rodzajem terapii”. Bo gdy Du(cid:286)ka mówi z ekranu, ka(cid:298)dy z widzów czuje si(cid:266) tak, jakby mówiła wprost do niego. Dwie kobiety patrz(cid:261) sobie w oczy. W spojrzeniu dziewczyny daje si(cid:266) wyczytać wszystko, co było ich wspólnym losem, wspólnym doznaniem. Jakby na moment zamieniły si(cid:266) rolami. To s(cid:261) te nieliczne chwile, gdy odczuwa si(cid:266) rado(cid:286)ć współistnienia, niewa(cid:298)ne po której stronie ekranu. Dla Eichelbergera natomiast znamienna stała si(cid:266) opowie(cid:286)ć Du(cid:286)ki o marchewce. „Syndrom marchewki”, jak potem go nazwał, wprowadził jako stały element wykładów dla swoich studentów. Du(cid:286)ka nie pami(cid:266)ta ju(cid:298), w jakim momencie programu przestała mówić o swoim zwi(cid:261)zku z Dzikim, a przeszła do relacji mi(cid:266)dzy rodzicami. Czy miała (cid:286)wiadomo(cid:286)ć, (cid:298)e na mał(cid:298)e(cid:276)stwie jej i Waldka zaci(cid:261)(cid:298)yły długo piel(cid:266)gnowane stereotypy? Jednym z nich było przekonanie, (cid:298)e wszyscy m(cid:266)(cid:298)czy(cid:296)ni s(cid:261) tacy jak jej ojciec. Znacznie pó(cid:296)niej zrozumiała, (cid:298)e s(cid:261) ró(cid:298)ni. I długo l(cid:266)kała si(cid:266), (cid:298)eby nie popełniać bł(cid:266)dów mamy. I wylewała dziecko razem z k(cid:261)piel(cid:261). Ale o marchewce zacz(cid:266)ła mówić bezwiednie, nieoczekiwanie dla samej siebie. Jakby chciała podzielić si(cid:266) zdumieniem, (cid:298)e czego(cid:286) nie rozumie. Bezradno(cid:286)ci(cid:261) wobec własnej niewiedzy. Bo jak wytłumaczyć histori(cid:266) z marchewk(cid:261)? Mimo przeprowadzki rodziców na Ursynów, tata odwiedzał nas codziennie. W drodze z pracy przyje(cid:298)d(cid:298)ał na Orl(cid:261) i wyr(cid:266)czał mnie, w czym mógł. Chodził na spacer z Witem, zostawał, gdy miałam prób(cid:266), a Dziki siedział na planie, pilnował szczepie(cid:276) małego. Gotowałam mu wi(cid:266)c przynajmniej zup(cid:266), do której wkładałam mnóstwo marchewki, wiedz(cid:261)c, (cid:298)e marchew uwielbia. Którego(cid:286) dnia przeprosiłam go, (cid:298)e dzi(cid:286) nie zd(cid:261)(cid:298)yłam kupić marchewki i zupa nie b(cid:266)dzie mu pewnie smakować. „To cudownie, Dusie(cid:276)ko – powiedział tata z entuzjazmem. – Nienawidz(cid:266) marchwi, jadłem j(cid:261) przez całe (cid:298)ycie, bo mama uwielbiała marchewk(cid:266)!” Złapałam si(cid:266) za głow(cid:266). „Trzydzie(cid:286)ci lat nie powiedziałe(cid:286), (cid:298)e nie znosisz marchwi?” Tata zamilkł, a mnie to pytanie wydało si(cid:266) nagle niestosowne. Ju(cid:298) gdy taty nie było na (cid:286)wiecie, je(cid:296)dziłam do mamy z obiadami. I starałam si(cid:266) niemal do ka(cid:298)dej zupy dodać du(cid:298)o marchewki. Którego(cid:286) dnia mama powiedziała: „Córeczko, czy musisz dodawać do ka(cid:298)dej zupy t(cid:266) marchew? Mam ju(cid:298) jej serdecznie do(cid:286)ć. Jadłam j(cid:261) całe (cid:298)ycie tylko dlatego, (cid:298)e tata uwielbiał marchew”. Nie powiedziałam ani słowa. Zostałam do ko(cid:276)ca stra(cid:298)nikiem tej tajemnicy, nie mog(cid:261)c jednak wyj(cid:286)ć ze zdumienia. No bo jak? Czy oni si(cid:266) kochali, czy nie kochali? Przecie(cid:298) to bez sensu nie umieć sobie powiedzieć tak prostych rzeczy. Z jednej strony w tym (cid:286)miesznym bezsensownym po(cid:286)wi(cid:266)ceniu musiała być miło(cid:286)ć, ale z drugiej – jak wielka bariera dzieliła tych dwoje kochaj(cid:261)cych si(cid:266) ludzi! Ju(cid:298) nigdy si(cid:266) nie dowiem, dlaczego z tak(cid:261) pokor(cid:261), samozaparciem i obrzydzeniem przełykali dzie(cid:276) w dzie(cid:276) t(cid:266) nienawistn(cid:261) marchewk(cid:266)? Moi Rodzice. Wiem, jakie drogi przywiodły ich do siebie. Wiem, z jakich korzeni wyro(cid:286)li. Piel(cid:266)gnuj(cid:266) wa(cid:298)ne i mniej wa(cid:298)ne rodzinne sagi i anegdoty. Piel(cid:266)gnuj(cid:266) je tak(cid:298)e dla Wita. Ale czy na pewno wiem o nich wszystko? Du(cid:286)ka wyjmuje stare zdj(cid:266)cia, albumy, listy, małe karteczki kre(cid:286)lone czule w po(cid:286)piechu. Zwłaszcza t(cid:266) ostatni(cid:261) od ojca, wysłan(cid:261) do nich w czasie wakacji: „Pomalowałem wam mieszkanie. Jad(cid:266) do Poznania odwie(cid:296)ć wujka do szpitala. Kocham was. Janusz”. Ale ju(cid:298) nie dojechał. MADAME BOVARY Du(cid:286)ka pami(cid:266)ta, (cid:298)e ka(cid:298)dego dnia, gdy wracała ze szkoły, mieszkanie było przemeblowane. W panice szukała poło(cid:298)onej par(cid:266) godzin wcze(cid:286)niej ksi(cid:261)(cid:298)ki, która, jak si(cid:266) okazało, wyparowała z biurka, by znale(cid:296)ć si(cid:266) na najwy(cid:298)szej półce regału. W dodatku mama nie mogła zrozumieć, dlaczego jej kolejna fantastyczna roszada nie wzbudza entuzjazmu rodziny. To prawda, miała niezwykle rozwini(cid:266)te poczucie estetyki, tyle (cid:298)e w Du(cid:286)ce rosło nieustaj(cid:261)ce poczucie destabilizacji i zagro(cid:298)enia. Gdy mama zaczynała parzyć herbat(cid:266), trwało to mniej wi(cid:266)cej dwie godziny. Gdy wreszcie nakryła do stołu, wylewała herbat(cid:266) do zlewu, bo była ju(cid:298) zimna i bez aromatu. Je(cid:286)li udało jej si(cid:266) zrobić zakupy, to ju(cid:298) nie zd(cid:261)(cid:298)yła zrobić obiadu. W ten sposób kładła si(cid:266) spać najwcze(cid:286)niej koło czwartej rano. Kiedy kto(cid:286) z mam(cid:261) Du(cid:286)ki chciał si(cid:266) spotkać koło pi(cid:261)tej po południu, najbezpieczniej było wyznaczyć spotkanie na dwunast(cid:261) w południe. Takich historii mo(cid:298)na opowiadać setki. Dzi(cid:286) Du(cid:286)ka wie, (cid:298)e to wszystko zacz(cid:266)ło si(cid:266) z chwil(cid:261) przeprowadzki do Warszawy. W Poznaniu mama była popularn(cid:261) aktork(cid:261) i równie popularn(cid:261) spikerk(cid:261). Miała tam grono wielbicieli i przyjaciół. W Warszawie stała si(cid:266) nikim. Tu głównie hodowała frustracje. Tu stała si(cid:266) osob(cid:261) niezno(cid:286)n(cid:261). Tata natomiast dostał w Warszawie na tyle dobr(cid:261) prac(cid:266), (cid:298)e przeniósł si(cid:266) do stolicy bez wahania. Najwi(cid:266)ksz(cid:261) rywalk(cid:261) mamy była „elektroflokacja”. Du(cid:286)ka wiedziała tylko tyle, (cid:298)e to jaka(cid:286) specjalna wynaleziona przez tat(cid:266) technika nadruku, dzi(cid:266)ki której orzeł na sztandarach jest taki puchaty, a emblematy na koszulkach aksamitne i przytulne. Bo tata był pasjonatem tego, co robił. Rok mieszkali(cid:286)my osobno, ale ojciec zacz(cid:261)ł słać błagalne listy, (cid:298)e rodzina musi być razem, no wi(cid:266)c przyjechały(cid:286)my. I mama w tej Warszawie nie dostała si(cid:266) ani do telewizji, ani do teatru. Kiedy(cid:286) potrafiła być jak taran, tu zabrakło jej siły przebicia. Inne miasto, inni ludzie, inne układy. Nie umiała pracować w taki desperacki, bezwzgl(cid:266)dny sposób, jak tego wymagała Warszawa. To spowolnienie reakcji było być mo(cid:298)e ucieczk(cid:261) od narzucanego jej tempa, tak ró(cid:298)nego od tego, jakie panowało w „uło(cid:298)onym” Poznaniu. Czasami jednak doprowadzała nas wszystkich do rozpaczy. Budzik zadzwonił o 3.30. Choć to głucha noc, tata i Du(cid:286)ka podrywaj(cid:261) si(cid:266) na równe nogi. Jest rok 68. W szarej PRL-owskiej rzeczywisto(cid:286)ci wyjazd do Londynu, to jak surrealistyczna wyprawa Alicji na drug(cid:261) stron(cid:266) lustra. Samolot odlatuje o 7.30. Na Ok(cid:266)ciu trzeba stawić si(cid:266) do odprawy trzy godziny wcze(cid:286)niej. Nie ma zmiłuj si(cid:266). A mama? Spokojnie oddaje si(cid:266) porannej toalecie, układa coraz wymy(cid:286)lniejsz(cid:261) fryzur(cid:266), przepakowuje niesko(cid:276)czon(cid:261) ilo(cid:286)ć kreacji i z niezm(cid:261)con(cid:261) pogod(cid:261) ducha rzuca pod adresem taty: „Januszku, uspokój si(cid:266)”, podczas gdy ojciec miota si(cid:266) jak oszalały po mieszkaniu. Wreszcie zdesperowany wybiega do miasta w poszukiwaniu taksówki, której złapanie o tej porze graniczy z cudem. Wuj w Londynie wybiera si(cid:266) ju(cid:298) pewnie powoli na Heathrow, by za trzy godziny zagarn(cid:261)ć w obj(cid:266)cia rodzin(cid:266) zza „(cid:298)elaznej kurtyny”. Jest siódma, dawno po odprawie, Du(cid:286)ka płacze, za 20 minut odlatuje samolot, a wraz z nim marzenia o cudownych angielskich prezentach, które czekaj(cid:261) w kolorowych witrynach londy(cid:276)skich sklepów. Mama, starannie umalowana, mama, któr(cid:261) Du(cid:286)ka w tym momencie ma ochot(cid:266) udusić, z godno(cid:286)ci(cid:261) schodzi z walizkami. „Jedziemy” – mówi władczym tonem, choć wła(cid:286)ciwie nie ma ju(cid:298) po co. Dziewi(cid:266)tnastowieczna bohaterka, Madame Bovary, zatopiona w swoim (cid:298)yciu wewn(cid:266)trznym, zamkni(cid:266)ta w wykreowanym (cid:286)wiecie, w którym czas płynie inaczej. Przyje(cid:298)d(cid:298)aj(cid:261) na lotnisko. I có(cid:298) si(cid:266) okazuje? Samolot miał awari(cid:266) i odleci z czterogodzinnym opó(cid:296)nieniem. „I po co były te nerwy, Januszku?” – mówi, patrz(cid:261)c na tat(cid:266) z politowaniem. Kiedy indziej, z równym spokojem (cid:298)(cid:261)da, by maszynista zatrzymał mi(cid:266)dzynarodowy ekspres do Berlina, bo mama wła(cid:286)nie musi wysi(cid:261)(cid:286)ć. Po prostu odprowadzała jad(cid:261)c(cid:261) do Poznania babci(cid:266) i si(cid:266) zagadała. „To przecie(cid:298) drobiazg, prosz(cid:266) pana, ka(cid:298)demu mo(cid:298)e si(cid:266) zdarzyć, nie b(cid:266)d(cid:266) jechać do Berlina”. (cid:297)e bez biletu, czy bez paszportu? O tym nawet nie pomy(cid:286)lała. I takie historie zdarzały si(cid:266) mamie notorycznie. Z tak(cid:261) mam(cid:261) tata (cid:298)ył przez trzydzie(cid:286)ci lat. A z jak(cid:261) si(cid:266) o(cid:298)enił? ANTYGONA WRACA DO POLSKI Jest rok 45. Do Rzeszy wkraczaj(cid:261) alianci. Niespełna szesnastoletnia Krystyna staje przed swoj(cid:261) matk(cid:261). „Wracam do Polski – mówi. – Tam został Jerzy, mój brat. Musz(cid:266) go odnale(cid:296)ć”. Nikt nie ma w(cid:261)tpliwo(cid:286)ci, (cid:298)e to zrobi. W rodzinie Antoniewskich było ich czworo: Irena, Hanka vel Sabina, Jerzy i najmłodsza Krystyna, mama Du(cid:286)ki. Du(cid:286)ka usiłuje to wszystko poukładać. Babcia z córkami została wywieziona na roboty w gł(cid:261)b Niemiec. Sp(cid:266)dziły tam ponad dwa lata. Sabina, która była czarn(cid:261) owc(cid:261) w rodzinie, miała romans z (cid:298)ołnierzem austriackim i zaszła w ci(cid:261)(cid:298)(cid:266). Powiedziała do mamy: „Je(cid:286)li urodzi si(cid:266) dziewczynka, b(cid:266)d(cid:266) j(cid:261) wychowywać, je(cid:286)li chłopiec – to go oddam”. Urodził si(cid:266) chłopczyk. Sabina go rzeczywi(cid:286)cie zostawiła. Małym Wojtkiem zaj(cid:266)ła si(cid:266) babcia. Teraz trzy siostry jednakowo zachłystuj(cid:261) si(cid:266) nagle odzyskan(cid:261) wolno(cid:286)ci(cid:261). Wolno(cid:286)ć – wi(cid:266)c prawo wyboru. Irena bez namysłu wybiera Pary(cid:298), tam te(cid:298) zamieszka, Hanka – Londyn. Babka z małym Wojtusiem postanawia zostać w Niemczech. Wydawało si(cid:266) oczywiste, (cid:298)e najmłodsza Krystyna nie zostawi matki. Zanim o(cid:286)wiadczyła, (cid:298)e wraca do Polski, poprzedniej nocy miała sen. (cid:285)niła jej si(cid:266) góra ognia. Po jednej stronie tej góry stał Jerzy, po drugiej ona. Do ko(cid:276)ca (cid:298)ycia uwa(cid:298)ała, (cid:298)e to wła(cid:286)nie wtedy został rozstrzelany. Nikt dot(cid:261)d nie przenikn(cid:261)ł mrocznej tajemnicy: dlaczego Jerzy, który działał w gł(cid:266)bokiej konspiracji, został stracony w Rosji jako oficer niemiecki? Nigdy nie udało si(cid:266) odnale(cid:296)ć (cid:298)adnych papierów. Ale na te refleksje Krystyna b(cid:266)dzie miała czas du(cid:298)o pó(cid:296)niej. Na razie fałszuje metryk(cid:266), wsiada do bydl(cid:266)cego wagonu i odbywa podró(cid:298) trwaj(cid:261)c(cid:261) wiele dni i nocy. Zdana na głód, na wi(cid:261)zk(cid:266) słomy do spania, ze (cid:286)mierdz(cid:261)cymi machork(cid:261) (cid:298)ołnierzami jedzie do Jerzego, jedzie do Polski. Tyle (cid:298)e nikt na ni(cid:261) w Polsce nie czeka. Mama. Pełna kontrastów, nieobliczalna mama. Madame Bovary czy heroiczna Antygona? Tak czy inaczej, postać (cid:298)ywcem wyj(cid:266)ta z dobrej literatury. Jak si(cid:266) w tym nie pogubić, jak zło(cid:298)yć w cało(cid:286)ć elementy tej układanki? Mama wymykała si(cid:266) wszelkim definicjom. Gdy odnalezienie Jerzego okazało si(cid:266) niemo(cid:298)liwe, zaj(cid:266)ła si(cid:266) losem niechcianego Wojtusia. Zacz(cid:266)ła słać do babki listy: „Przyje(cid:298)d(cid:298)ajcie, kraj jest pi(cid:266)kny, wszystko si(cid:266) odbudowuje”. Pisała tak uparcie, (cid:298)e babcia z Wojtusiem, którego przez ten czas rozpu(cid:286)ciła niemiłosiernie, przyjechała do Polski. Mama szukała Hanki-Sabiny przez Czerwony Krzy(cid:298), potem odnalazł si(cid:266) brat taty, wujek Zbyszek, i wspierał j(cid:261) w tych poszukiwaniach na tyle intensywnie, (cid:298)e wreszcie odnale(cid:296)li ciotk(cid:266) Hank(cid:266) w Anglii, w miejscowo(cid:286)ci Derby. Hanka vel Sabina wyszła za m(cid:261)(cid:298) za majora lotnictwa Lachowicza i odci(cid:266)ła si(cid:266) od polskiej rodziny. Po czterech latach wymiany listów i telegramów mi(cid:266)dzy mam(cid:261) a Sabin(cid:261), ciotka zmi(cid:266)kła. Wojtek wyl(cid:261)dował w Anglii maj(cid:261)c lat szesna(cid:286)cie. Ale ju(cid:298) na dworcu zacz(cid:266)ły si(cid:266) kłopoty. Gdy poci(cid:261)g zatrzymał si(cid:266) na stacji, Wojtek pró-bował otworzyć okno. A (cid:298)e nie mógł sobie z tym poradzić, zbił niechc(cid:261)cy szyb(cid:266). Zanim wi(cid:266)c wpadł w obj(cid:266)cia rodziny z odzysku, zgarn(cid:266)ła go angielska policja. Godziny sp(cid:266)dzone na posterunku zwarzyły nastrój powitania. Nie było wesela. Ju(cid:298) na policji odbyła si(cid:266) stypa. Pogrzebano na wieki mit szcz(cid:266)(cid:286)liwej rodziny. Bo tak ju(cid:298) było do ko(cid:276)ca, mimo wysiłków obu stron. Wojtek wrócił do Polski, ale tu te(cid:298) si(cid:266) nie odnalazł. I nie kto inny, jak moja mimozowata mama, ko(cid:276)czy swoj(cid:261) opowie(cid:286)ć Du(cid:286)ka, zajmowała si(cid:266) nim a(cid:298) do (cid:286)mierci. Bo Wojtek nie na(cid:298)ył si(cid:266) długo. A po drodze nie omin(cid:266)ło go ani wi(cid:266)zienie, ani zakład dla nerwowo chorych. Konsekwencja smutnego wojennego losu. I ten balast wzi(cid:266)ła na swoje barki mama. Wi(cid:266)c b(cid:261)d(cid:296) tu m(cid:261)dry: jaka była mama? Swoj(cid:261) drog(cid:261), kim była babcia, (cid:298)e wszystkie córki od niej uciekały? Du(cid:286)ka pami(cid:266)ta tylko, (cid:298)e babcia robiła fantastyczne ruskie pierogi. I to wszystko, co o niej wie. A kiedy mama spotkała si(cid:266) z ojcem? Mama Du(cid:286)ki po powrocie z Niemiec postanowiła kontynuować przerwan(cid:261) w czasie wojny edukacj(cid:266). Była najmłodsza w klasie. Najstarsza była Danuta, siostra taty, która w czasie okupacji siedziała rok w wi(cid:266)zieniu za działalno(cid:286)ć konspiracyjn(cid:261). Od razu si(cid:266) polubiły. Spotykały si(cid:266) bez przerwy w mieszkaniu cioci Dany, razem si(cid:266) uczyły, razem plotkowały. Którego(cid:286) dnia wszedł przystojny młody człowiek. „Poznajcie si(cid:266), to mój brat Janusz” – powiedziała Dana. I była to miło(cid:286)ć od pierwszego wejrzenia. Tat(cid:266) poraziła kwintesencja kobieco(cid:286)ci, która emanowała z mamy Du(cid:286)ki. Krystyna dorabiała sobie wówczas w aptece i wyczuwaj(cid:261)c znakomicie, (cid:298)e surowe, ascetyczne ł(cid:261)czniczki, sanitariuszki i konspiratorki maj(cid:261) wreszcie ochot(cid:266) przeobrazić si(cid:266) w luksusowe seksbomby jak poczwarki w motyle, zacz(cid:266)ła produkować kremy. I dziewczyny na punkcie tych kremów zwariowały. Chc(cid:261)c nie chc(cid:261)c mama musiała stać si(cid:266) ich (cid:298)yw(cid:261) reklam(cid:261), co oczywi(cid:286)cie (cid:286)wietnie jej si(cid:266) udało. Sama uwielbiała pacykować si(cid:266) kosmetykami, malować, przebierać. Uczesana, zadbana, pachn(cid:261)ca; ol(cid:286)niewała wszystkich wokół. Zawsze modna, osi(cid:261)gała to niezwykle prostymi sposobami. T(cid:266) sam(cid:261) sukienk(cid:266) codziennie ozdabiała inaczej: tu haft angielski, tu nobliwy (cid:298)abot, tu kokardka, tam falbanka, sprawiaj(cid:261)c wra(cid:298)enie, (cid:298)e wci(cid:261)(cid:298) wkłada now(cid:261) kreacj(cid:266). Tata był oszołomiony tym bogactwem wdzi(cid:266)ku i fantazji, które mu przypadło w udziale. Róg obfito(cid:286)ci, embarras de richesse. I to oszołomienie towarzyszyło mu z ró(cid:298)nym nat(cid:266)(cid:298)eniem przez całe trzydzie(cid:286)ci lat. PIERWSZY SERIAL DU(cid:285)KI – PANI KRYSIA KUPUJE KALAFIORY „Główk(cid:266) troszk(cid:266) w prawo. O, bardzo dobrze! U(cid:286)miech do obiektywu!” Sesja zdj(cid:266)ciowa jak zwykle udana. Fotoreporter Henryk Matuszewski nie musi si(cid:266) specjalnie nagimnastykować. Pani Krysia gra jak z nut. „(cid:297)eby wszystkie modelki tak czuły obiektyw” – wzdycha z uznaniem. Pani Krysia nobilituje radosn(cid:261) estetyk(cid:266) PRL-u. Czytelniczki Expressu Pozna(cid:276)skiego nie mog(cid:261) doczekać si(cid:266) nast(cid:266)pnego odcinka. Czyj był pomysł pierwszego prasowego serialu zatytułowanego Dzie(cid:276) powszedni pani Krystyny, dzi(cid:286) ju(cid:298) nikt nie pami(cid:266)ta, ale wiadomo, (cid:298)e był to strzał w dziesi(cid:261)tk(cid:266). Dyskretna propaganda sukcesu. Du(cid:286)ka miała wówczas niewiele ponad trzy lata. Ale ju(cid:298) wiedziała, (cid:298)e musi udawać. Udawać, (cid:298)e (cid:286)pi, bo pod zdj(cid:266)ciem ma si(cid:266) ukazać podpis: „Jak tu przerwać ukochanej córeczce słodki sen?” Udawać, (cid:298)e jest straszliwie głodna, choć pół godziny temu zjadła ogromne (cid:286)niadanie, by uwiarygodnić podpis pod zdj(cid:266)ciem: „Pora nakarmić głodn(cid:261) córeczk(cid:266)”. Du(cid:286)ce to udawanie nawet si(cid:266) podobało. Zwłaszcza, (cid:298)e w nagrod(cid:266) dostawała czekolad(cid:266). Wcze(cid:286)niej udawała mama: (cid:298)e si(cid:266) budzi, (cid:298)e si(cid:266) ubiera, (cid:298)e wkłada po(cid:276)czoszki. Potem mama myła Du(cid:286)ce bu(cid:296)k(cid:266) i z(cid:261)bki, wkładała sukieneczk(cid:266) i paltko i obie wybierały si(cid:266) na Je(cid:298)ycki Rynek. „Trzeba sprawdzić, ile dzi(cid:286) kosztuj(cid:261) kalafiory” – pisał pan redaktor pod zdj(cid:266)ciem, wi(cid:266)c mama pochylała si(cid:266) nad biał(cid:261) główk(cid:261) dorodnego kalafiora. Przy cukierkach niestety nie mo(cid:298)na si(cid:266) zatrzymywać; cukierki s(cid:261) niezdrowe i wzorcowa mama nie karmi swojej córeczki słodyczami, od których psuj(cid:261) si(cid:266) z(cid:266)by. Bo Pani Krysia była bohaterk(cid:261) pozytywn(cid:261), jak przystało na serial socrealistyczny, choć dialogi oscylowały mi(cid:266)dzy Tr(cid:266)dowat(cid:261) a Niewolnic(cid:261) Isaur(cid:261). Serialowa Pani Krysia była te(cid:298) oczywi(cid:286)cie kobiet(cid:261) (cid:286)wiatow(cid:261) i wyedukowan(cid:261), wi(cid:266)c wchodziła do galerii, zatrzymywała si(cid:266) przy rze(cid:296)bach, kupowała czasopisma, wreszcie na do widzenia po ka(cid:298)dym odcinku u(cid:286)miechała si(cid:266) do obiektywu, a pod zdj(cid:266)ciem ukazywał si(cid:266) obiecuj(cid:261)cy podpis: „Dla uroczej buzi nigdy nie zabraknie u nas miejsca”. Popularno(cid:286)ć, jak(cid:261) dawał pierwszy serial, mama dzieliła z Du(cid:286)k(cid:261). Po ka(cid:298)dym takim odcinku czytelniczki na wyprzódki biegły do fryzjera, by uczesać si(cid:266) tak jak Pani Krysia, odwiedzały ten sam bazarek, kupowały te same pisma, przyszywały takie same falbanki i tak samo tresowały swoje dobrze uło(cid:298)one córeczki. Zagadkowa Madame Bovary, heroiczna Antygona w konwencji reality show poczuła si(cid:266) w swoim (cid:298)ywiole. Niestety, nad głow(cid:261) Pani Krysi zbierały si(cid:266) czarne chmury. Do(cid:286)ć maj(cid:266)tni w Poznaniu rodzice stracili wszystko przy wymianie pieni(cid:266)dzy. To jedno z wielu bolesnych do(cid:286)wiadcze(cid:276) naiwnych inteligenckich rodzin rzuconych na szerokie wody socjalistycznej „transformacji”. A tata Du(cid:286)ki był naiwny wyj(cid:261)tkowo. Zrobił wi(cid:266)c tak fatalny interes, (cid:298)e musiał sprzedać pi(cid:266)kne pozna(cid:276)skie mieszkanie i kiedy mama wróciła ze szpitala, gdzie przele(cid:298)ała z powodu choroby i rekonwalescencji dobrych par(cid:266) tygodni, rodzice byli ju(cid:298) bezdomni. Mama nigdy nie mogła tego ojcu wybaczyć, choć to nie on powinien być adresatem tych pretensji. Ale jak miała nie być roz(cid:298)alona? Pozbawiona dachu nad głow(cid:261), skazana na tułaczk(cid:266) po kuzynach i znajomych, wreszcie na koniecz
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Duśka
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: