Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00386 007330 13615947 na godz. na dobę w sumie
Dwa kroki w przyszłość - ebook/pdf
Dwa kroki w przyszłość - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 386
Wydawca: Harlequin Polska Język publikacji: polski
ISBN: 9788323876823 Rok wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> romans
Porównaj ceny (książka, ebook (-8%), audiobook).

Kilka lat temu Judd uratował młodziutką Christabel przed utratą zdrowia, a może nawet życia. Poczuł się odpowiedzialny za jej los, dlatego zawarł z nią fikcyjne małżeństwo. W ich posiadłości życie toczy się ustalonym rytmem, każdy z domowników zna swoje miejsce, a na straży tego spokoju stoi opanowany i skryty Judd. Niedoświadczona Christabel nie śmie mu wyznać, że jest w nim od dawna zakochana.Tę sielankową atmosferę mąci kilka niezwykłych wydarzeń. Najpierw przyjazd filmowców z Hollywood, potem brutalne morderstwo w najbliższej okolicy. Od tej pory nic już nie będzie takie samo, a najgłębszej przemianie ulegną relacje Judda z Christabel…

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

S BEST SELLERS Tytuł oryginału: Lawless Pierwsze wydanie: MIRA Books, 2003 Redaktor prowadzący: Mira Weber Korekta: Graz˙yna Ordęga ã 2003 by Diana Palmer ã for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 2007 Powieść Lawless ukazała się w roku 2004 pod tytułem Dwa kroki w przyszłość Wszystkie prawa zastrzez˙one, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V. Wszystkie postacie w tej ksiąz˙ce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – z˙ywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe. Znak graficzny BESTSELLERS jest zastrzez˙ony. Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa, ul. Rakowiecka 4 Skład i łamanie: COMPTEXTÒ, Warszawa Printed in Spain by Litografia Roses, Barcelona ISBN 978-83-238-1751-2 ROZDZIAŁ PIERWSZY Tego dnia w południowym Tekasie nawet jak na początek września było potwornie gorąco. Chris- tabel Gaines włoz˙yła spłowiałe niebieskie dz˙insy i biały T-shirt z duz˙ym dekoltem. Torbę z ksiąz˙kami niedbale zarzuciła na ramię. Obcisła koszulka uwy- datniała niewielkie, kształtne piersi, a obcisłe spod- nie podkreślały łagodne krągłości młodzieńczej syl- wetki. Lekki wiatr rozwiewał długie, jasne włosy. Kosmyki opadały na szerokie czoło, muskały wyso- kie kości policzkowe i ładnie wykrojone usta. Chris- tabel odgarnęła włosy do tyłu. Wielkie, piwne oczy wyraz˙ały rozbawienie, gdy słuchała jednej ze stu- dentek opowiadającej o wspólnej kolez˙ance. Był nudny, męczący poniedziałkowy poranek. Debbie, z którą Christabel chodziła na kurs komputerowy, ponad jej ramieniem spojrzała nagle w stronę parkingu i gwizdnęła cicho. – Juz˙ wiem, jaki prezent chciałabym dostać na Gwiazdkę – oznajmiła scenicznym szeptem. 5 Ich kolez˙anka Teresa popatrzyła w tym samym kierunku. – No, no – powiedziała z figlarnym uśmiechem i uniosła brwi. – Znacie tego faceta? Zdziwiona Christabel odwróciła się i zobaczyła wysokiego, przystojnego bruneta, zmierzającego ku nim śmiałym krokiem przez trawnik. Elegancka koszula z białej bawełny ozdobiona była pod szyją skromną turkusową zapinką zwaną bolo. Szare spodnie uwydatniały muskulaturę długich nóg. Męz˙czyzna nosił ciemne, ręcznie wykonane buty. Do kieszeni koszuli przypięta była połyskująca w promieniach słońca srebrna gwiazda wpisana w okrąg. Na szczupłych biodrach widniał pas z kaburą, z której wystawał pistolet. Kaliber 45, firma Ruger Valquero zamiast noszonego zwykle automatycznego kolta ACP tego samego kalibru, oddanego teraz do przeglądu. Judd miał dziś trening w swoim klubie strzeleckim. Utarło się, z˙e strzelcy przychodzili na spotkania z własną bronią i w tek- sańskich strojach. – Dziewczyny, co przeskrobałyście? – zaz˙ar- tował jeden z chłopaków, udając zaskoczonego. – Teksańscy Straz˙nicy na tropie przestępcy! Christabel w milczeniu wraz z innymi przy- glądała się nadchodzącemu męz˙czyźnie. Dla niej był najatrakcyjniejszy i najwspanialszy na świecie. Zawdzięczała mu wszystko, co osiągnęła. Dzięki niemu stała się zupełnie inną, o wiele bardziej wartościową osobą. Uśmiechnęła się na myśl o tym, co by powiedziały inne dziewczyny, gdyby wyszło 6 na jaw, jakie więzy łączą ją z przystojnym funk- cjonariuszem. Judd Dunn miał trzydzieści cztery lata. Większą część z˙ycia przepracował w słuz˙bach działających na rzecz wymiaru sprawiedliwości. Od pięciu lat był w kompanii D Straz˙ników Teksasu. Wyznaczono go do awansu na porucznika, lecz odmówił, bo miałby więcej papierkowej roboty, a wolał pracę w terenie. Utrzymywał formę, pracując w stadninie, która była wspólną własnością jego i Christabel. Gdy przejął odpowiedzialność za dziewczynę, liczyła sobie szesnaście wiosen. Posiadłość była zaniedbana, nie przynosiła dochodu, a bankructwo wydawało się nieuniknione. Judd oddalił widmo finansowej ruiny, z czasem wypracował nawet zysk. Przez kilka lat pakował wszystkie swoje pieniądze w nowoczesną hodowlę. Dzięki jego talentowi do interesów i uzdolnieniom informatycznym Chris- tabel zaczęli wychodzić na swoje. Teraz ona mogła studiować informatykę, a Judd pozwalał sobie z rzad- ka na drobne przyjemności. Rok temu na przykład kupił kremowego stetsona, którego teraz zawadiac- ko nasunął na oczy. Naprawdę było mu w nim do twarzy. Wyglądał świetnie. Szkoda, z˙e nieczęsto mogli sobie pozwolić na takie zakupy. Koniunktura się pogorszyła, ceny spadły. Ledwie się odkuli, znów nadeszły cięz˙kie czasy. Kaz˙dy normalny męz˙czyzna z rozbawieniem patrzyłby na jawne oznaki zainteresowania widocz- ne u dwu ładniutkich kolez˙anek Christabel, ale Judd nie raczył ich dostrzec. Miał sprawę do załatwienia 7 i skupił się na niej, zdecydowany doprowadzić rzecz do końca. Ku zdziwieniu pozostałych dziewcząt zatrzymał się obok drobnej Christabel, wziął ją za ramię jak schwytanego przestępcę i powiedział: – Dostaliśmy ofertę. Trzeba pogadać. – Judd, zaraz mam następne zajęcia – odparła. – Zajmę ci tylko chwilę – mruknął i zmruz˙ył oczy, szukając spokojnego miejsca. Koło wielkiego dębu było pusto. – Chodź. Choć niechętnie, poszła za nim i stanęła w cieniu drzewa, a trzy kolez˙anki obserwowały ich z nie- ukrywaną ciekawością. Potem z pewnością urządzą jej drobiazgowe przesłuchanie. – Oczywiście bardzo się cieszę, z˙e przyszedłeś – zapewniła, gdy znaleźli się daleko od ciekawskich uszu – ale mogę ci poświęcić zaledwie pięć minut i... – W takim razie nie marnuj czasu na idiotyczne pogaduszki – wpadł jej w słowo. Mówił niskim, głębokim, przyjemnym dla ucha głosem nawet wówczas, gdy nie chciał się nikomu przypochlebić. Słuchając go, Christabel zawsze czuła miły dreszcz podniecenia. – Dobrze – ustąpiła z westchnieniem i uniosła dłoń. Zobaczył swój sygnet, który zawsze nosiła na serdecznym palcu. Uparła się, z˙e będzie go nosić, chociaz˙ był na nią trochę za duz˙y. – Nikt nie wie. – Zauwaz˙yła jego spojrzenie i obróciła dłoń. – Nie jestem plotkarą. – No pewnie. Kto śmiałby cię o to posądzać? 8 – mruknął, a w głęboko osadzonych, czarnych oczach na moment zabłysły wesołe iskierki. – Mów, co się stało. – Nic złego – odparł, kładąc dłoń na kolbie pistoletu wykonanej z klonowego drewna i opat- rzonej emblematem Teksańskich Straz˙ników. Rusz- nikarz miał tak samo podrasować starego kolta. Pas i kabura Judda zostały wykonane ręcznie z jasnej, wytłaczanej skóry. – Dostaliśmy propozycję od ekipy filmowej. Jej przedstawiciele zrobili w naszej okolicy wstępny rekonesans, szukając rancza pasującego do scena- riusza. U nas bardzo im się podobało. – Ekipa filmowa – mruknęła i zagryzła dolną wargę. – Judd, nie lubię obcych w domu. – Wiem, ale chcemy przeciez˙ kupić kilka ara- bów – przekonywał. – To duz˙y wydatek. Filmowcy zaproponowali trzydzieści pięć tysięcy dolarów za prawo kręcenia u nas przez kilka tygodni. Sporo zyskamy. Wystarczy na modernizację ogrodzenia i nawet na nowy ciągnik. Christabel az˙ gwizdnęła z podziwu. Prawdziwa fortuna! W stadninie wydatkom nie było końca. Psuł się sprzęt, pracownicy z˙ądali podwyz˙ek, pom- pa odmawiała posłuszeństwa i zostawali bez wody, trzeba było płacić weterynarzowi, kupować lekarst- wa, narzędzia, przeprowadzać remonty... Czasami zadawała sobie pytanie, jak by się czuła, będąc zamoz˙ną dziewczyną. Hodowla nalez˙ąca dawniej do wuja Judda oraz jej ojca wciąz˙ nie przynosiła dochodów. 9 – Co się tak zamyśliłaś? – rzucił uszczypliwie. – Czekam na odpowiedź. Pospiesz się, mam pilne śledztwo. – Naprawdę? – Popatrzyła na niego z jawnym zaciekawieniem. – Jakie? – To nie jest odpowiedni moment. – Zmruz˙ył oczy. – Chodzi o niedawne morderstwo, prawda? – nie dawała za wygraną. – Młoda kobieta z Wiktorii znaleziona na dnie rowu z poderz˙niętym gardłem, w samej bluzce, tak? Masz jakiś trop! – Nic ci nie powiem. Christabel zrobiła krok w jego stronę. – Wiesz, kupiłam rano pyszne jabłka. Mam cynamon, brązowy cukier. – Przysunęła się bliz˙ej. – Świez˙e masło. Tortową mąkę. – Przestań! – jęknął. – Wyobraź sobie jabłka zapiekane pod kruszon- ką, spód z pysznego kruchego ciasta, które rozpływa się w ustach... – No dobra, dobra! – wymamrotał, rozglądając się na wszelki wypadek, z˙eby nikt ich nie pod- słuchał. – Była z˙oną ranczera z okolicy. Spraw- dzamy alibi męz˙a. Nie miała wrogów. Sądzimy, z˙e to przypadkowa ofiara. – Brak podejrzanych? – Na razie niestety tak. Mało śladów: jeden włos i kolorowa nitka, która nie pasuje do bluzki ofiary – wyjaśnił i popatrzył na Christabel. – Nic więcej nie powiem, choćbyś obiecała mi następną szarlotkę. 10 – W porządku – odparła, wiedząc, kiedy nalez˙y ustąpić. Popatrzyła na jego urodziwą, pociągłą twarz. – Chcesz, z˙eby ekipa filmowa u nas kręciła, prawda? – spytała przenikliwie. Judd przytaknął, kiwając głową. – W przyszłym tygodniu trzeba zapłacić poda- tek. Brakuje nam około tysiąca dolarów – odparł przyciszonym głosem. – Powinniśmy dokupić pa- szy. Powódź spowodowała duz˙e szkody, mamy za mało siana, kukurydzy, no i lucerny. Silosy zostały juz˙ naprawione, ale w tym roku nic nam to nie pomoz˙e. Na dodatek potrzebujemy więcej odz˙ywek i soli mineralnych dodawanych do paszy. – Szkoda, z˙e nie jesteśmy milionerami. Wiesz co, zgłośmy się do telewizji! Raz po raz ogłaszają nabór do teleturniejów. Moz˙e wygramy mnóstwo forsy? Kupimy nowiutkie traktory, fajną kosiarkę... Wydął wargi i z uśmiechem patrzył na roz- promienioną twarz Christabel. Odruchowo zmie- rzył ją taksującym spojrzeniem i stwierdził, z˙e ma ładną figurę. Poczuł się nieswojo, bo zbyt długo się na nią gapił. – Nie wolałabyś przypadkiem nowych dz˙insów? – zapytał, spoglądając jej w oczy i ruchem głowy wskazując spodnie, mocno juz˙ poprzecierane. – Na uczelni nikt się nie stroi. – Wzruszyła ramionami. – Z wyjątkiem Debbie – poprawiła się, spoglądając na kolez˙ankę ubraną w markową spód- nicę i modny top. – Ale jej starzy są nadziani. – W takim razie co ona robi na wakacyjnym kursie? – zaciekawił się Judd. 11 – Podrywa syna Henry’ego Teslera. – To wasz kolega, tak? – spytał z uśmiechem. Pokręciła głowa. – Wykładowca algebry. – Aha, belfer – mruknął Judd z porozumiewaw- czym błyskiem w oku. – Łebski facet. – Christabel pokiwała głową. – I bogaty. Jego ojciec hoduje konie wyścigowe, ale Henry nie lubi zwierząt, więc został na uczelni i wykłada. – Popatrzyła na duz˙y, praktyczny zega- rek. – O cholera! Spóźnię się na zajęcia. Muszę lecieć! – Dam znać ekipie filmowej, z˙e mogą przyje- chać – zawołał. Odwróciła się i pobiegła za kolez˙ankami zmie- rzającymi w stronę bocznego wejścia do budynku uczelni, ale po kilku krokach zatrzymała się i nie- chętnie odwróciła głowę. – Kiedy mają się pojawić? – Za dwa tygodnie, licząc od soboty. Będą kręcić plenery. Chcą tez˙ omówić zmiany, których trzeba dokonać w domu i na podwórku. To koniecz- ne, z˙eby mogli zainstalować kamery. – Uprzedź ich, z˙e nie wolno stawiać hałaśliwych maszyn koło stajni. Bessie niedługo ma się źrebić! – jęknęła rozpaczliwie. – Wszystko im wyjaśnię. – Świetnie wyglądasz. Nie moz˙na się napatrzyć! – niespodziewanie zmieniła temat, spoglądając na niego z uwielbieniem. – Moja kolez˙anka Debbie chciałaby cię dostać na Gwiazdkę – dodała uszczyp- 12 liwie. Gdy popatrzył na nią z oburzeniem, w jej oczach pojawiły się wesołe iskierki. – Za trzy miesiące Boz˙e Narodzenie. Wiesz co? Jeśli dasz mi w prezencie koszulkę nocną z czerwonej koronki, obiecuję włoz˙yć ją dla ciebie – oznajmiła kpiąco. Starał się trzymać na wodzy bujną wyobraźnię, która od razu podsunęła mu bardzo zmysłowy obrazek. – Jestem od ciebie czternaście lat starszy – przy- pomniał stanowczym tonem. Bez słowa uniosła dłoń z jego sygnetem, więc zgromił ją wzrokiem. – Jeśli się wygadasz... – Przeciez˙ nie jestem plotkarą – wpadła mu w słowo. – Jednak nie ma z˙adnych przeszkód natury moralnej lub prawnej, które uniemoz˙liwiałyby ci oglądanie mojej skromnej osoby w efektownej bie- liźnie, niezalez˙nie od tego, czy ludzie wiedzą o na- szym ślubie, czy tez˙ nie. – Powiedziałem ci to pięć lat temu i dziś mówię tak samo – odparł stanowczo. – Między nami takie rzeczy są nie do pomyślenia. Za dwa miesiące skończysz dwadzieścia jeden lat i będziesz mogła swobodnie dysponować swoją własnością. Oboje podpiszemy stosowne dokumenty i od tego momen- tu pozostaniemy partnerami jedynie w interesach. Christabel była tak podekscytowana tą rozmową, z˙e słowa więzły jej w gardle, lecz przemogła się i rzuciła z błyskiem w oku: – Chcesz mi wmówić, z˙e ani razu nie wyob- raz˙ałeś sobie, jak stoję przed tobą całkiem naga? – spytała zduszonym głosem. 13 Gdyby Judd potrafił zabijać wzrokiem, natych- miast padłaby trupem. Słynął w całym Teksasie z groźnego spojrzenia. Poskromił w ten sposób niejednego przestępcę. Tak patrzył na ojca Chris- tabel, nim rzucił się na niego z pięściami. Obserwowała go ze smutnym uśmiechem. – Jaka szkoda! Tyle wiesz o kobietach, a moja wiedza dotycząca facetów chyba na zawsze pozo- stanie znikoma. Mogę się załoz˙yć, z˙e jesteś czułym i namiętnym kochankiem. Judd zacisnął usta. Patrzył, jakby chciał ją udu- sić. Teraz, natychmiast. – Trudno – perorowała dalej. – Poderwę miłego chłopaka, który nauczy mnie, co i jak. Czasami tak mi jakoś dziwnie, odczuwam mocne mrowienie w całym ciele. Juz˙ on będzie wiedział, w jaki sposób temu zaradzić. Potem wszystko ci opowiem. Ze szczegółami. Przysięgam! – Raz... – mruknął. – Proszę? – uniosła brwi. – Dwa... Zacisnęła dłoń na taśmie ogromnego plecaka. – Posłuchaj no, nie dam się zastraszyć facetowi, który zna mnie od czasu, kiedy nosiłam sukienki z falbankami i skórzane trzewiki... – Trzy! – Poza tym nie obchodzi mnie... – Cztery! Odwróciła się na pięcie i uciekła, nie kończąc zdania. Jeszcze chwila i ta wyliczanka skończyłaby się upokarzającym incydentem. Doskonale pamię- 14 tała, co się działo po wszystkich poprzednich. Judd potrafił zachować się jak potwór. – Nie myśl, z˙e uciekam! – krzyknęła z daleka. – Nie chcę tylko pozbawiać cię złudzeń. Proszę bardzo! Myśl sobie, z˙e panujesz nad sytuacją. Uśmiechając się ukradkiem, wrócił do czarnego dz˙ipa. Pod koniec tygodnia przyłapali zatrudnionego w stadninie Jacka Clarka na kradziez˙y. Wysłany przez nich po zakupy skorzystał z okazji, sprawił sobie markowe buty i kazał je doliczyć do rachunku pracodawców. Christabel miała w ręku dowód, bo zdziwiony kierownik sklepu przysłał jej paragon. Pokazała go Juddowi, co zaowocowało natychmias- towym zwolnieniem Clarka. Christabel nie wspomniała Juddowi o natrętnych zalotach tego drania. Wystarczyło nastraszyć Clar- ka, z˙e Judd o wszystkim się dowie, by niewybredne z˙arty skończyły się jak noz˙em uciął. Kilka dni po wyrzuceniu złodzieja niespodzie- wanie padł na pastwisku niedawno kupiony młody ogier. Christabel podejrzewała, z˙e ktoś maczał w tym palce. Zwierzę było okazem zdrowia, totez˙ Christabel stanowczo odrzuciła sugestię Judda, z˙e stracili konia, bo na łące rosły trujące zioła powodu- jące niestrawność i wzdęcie. Przeciez˙ wtedy pozo- stałe cztery konie takz˙e by zachorowały. Wzięła sobie do serca pogróz˙ki Jacka Clarka, który na odchodnym zapowiedział, z˙e się zemści. Judd dość lekcewaz˙ąco potraktował jej obawy. Powiedział 15 nawet Maud, ich gospodyni, z˙e Christabel szuka sensacji i w ten sposób próbuje zwrócić na siebie uwagę, bo czuje się zaniedbywana z powodu zamę- tu wywołanego przyjazdem ekipy filmowej. Przez te jego kretyńskie pomówienia omal nie dostała białej gorączki, była jednak na tyle przytomna, by wspomnieć o swoich obawach zarządcy Nickowi Batesowi. Poleciła mu tez˙ lepiej pilnować koni. Judd traktował ją czasami jak małe dziecko. Daw- niej się tym nie przejmowała, lecz ostatnio coraz bardziej ją to denerwowało. Minęły dwa tygodnie. W sobotę z samego rana Judd przyjechał do stadniny czarnym dz˙ipem. Obok jego auta zaparkował bordowy van, z którego wysy- pała się gromadka ekscentrycznie ubranych i za- chowujących się ludzi. Byli to przedstawiciele tek- sańskiego komitetu filmowego oraz popularny rez˙y- ser, którego Christabel natychmiast rozpoznała. Nie sądziła, z˙e do ich stadniny zawita taka znakomitość. Wraz z nim przyjechał drugi rez˙yser oraz czterej przedstawiciele ekipy, w tym operator i dźwięko- wiec. Od nich dowiedziała się, z˙e głównego bohate- ra zagra słynny gwiazdor, młody i bardzo przystoj- ny. Niestety, miał blade pojęcia o jeździe konnej. – Z konieczności musimy ograniczyć sceny, w których bohater dosiada wierzchowca – tłuma- czył Christabel roześmiany rez˙yser. – Co gorsza, Tippy Moore równiez˙ nigdy w z˙yciu nie miała do czynienia z tymi zwierzakami. Pewnie widziała ją pani na okładkach kolorowych czasopism. Świe- 16 tna dziewczyna, taka promienna. Mówią o niej ,,świetlik z Georgii’’. To jej pierwszy film kinowy, ale podczas castingu była rewelacyjna. Taka na- turalna. – Przypominam sobie jej zdjęcie w kostiumie kąpielowym na okładce magazynu sportowego. – Judd cmoknął z uznaniem, a jego ciemne oczy zabłysły. – Kaz˙dy facet wie, z˙e to świetna babeczka. Christabel poczuła się nieswojo. Popatrzyła na niego mocno zakłopotana. Niewiele brakowało, z˙eby wybuchła płaczem. Jak śmiał tak się zachwy- cać inną kobietą? Choć był jej męz˙em, zdawał się nie dostrzegać jej kobiecości. Owszem, okazywał jej szczerą sympatię i pobłaz˙liwość, ale nic więcej. Po ślubie nawet jej nie pocałował. Westchnęła cięz˙ko, gdy uświadomiła sobie, z˙e za dwa miesiące ich małz˙eństwo zostanie uniewaz˙nione. Ze wszyst- kich sił próbowała zwrócić na siebie jego uwagę. Posunęła się nawet do stwierdzenia, z˙e kolega ze studiów chce się z nią oz˙enić. Kłamała, a Judd ją na tym przyłapał. Teraz z góry jej nie wierzył i trak- tował wszystkie uwagi z przymruz˙eniem oka. Spog- lądała na jego wysoką postać i urodziwą twarz, zastanawiając się, co by powiedział, gdyby przyszła do gabinetu, gdzie często ślęczał nad ksiąz˙kami, i na przykład zrzuciła ubranie. Przypomniała sobie jednak o przeraz˙ających bli- znach, które zeszpeciły jej plecy, gdy miała szesnaś- cie lat. Ojciec po pijanemu wychłostał ją szpicrutą, kiedy próbowała ratować przed nim ulubionego konia. Przestał się nad nim pastwić, lecz w ataku 17 wściekłości bezlitośnie ukarał córkę. Do dziś na samo wspomnienie czuła okropny ból. W tamten sobotni poranek Judd przyjechał do ojca w inte- resach z San Antonio, gdzie znajdowała się komen- da Straz˙ników Teksasu. Christabel pamiętała wszy- stko jak przez mgłę, ale gdy zamknęła oczy, widzia- ła Judda przeskakującego ogrodzenie koralu i szar- z˙ującego na jej ojca z taką zajadłością, z˙e ten upuścił szpicrutę i zaczął się cofać. Daremnie. Judd rzucił się na niego z pięściami. Wkrótce Tom Gaines lez˙ał w błocie i ledwie dyszał. Judd zamknął go w komórce. Ostroz˙nie wziął dziewczynę na ręce, pocieszał łagodnym szeptem, potem zawołał do Maud, z˙eby wezwała policję i pogotowie. Nie odstępował jej w drodze do karetki i podczas jazdy do szpitala. Schorowana matka Christabel płakała gorzko, gdy mundurowi zabierali męz˙a. Judd był świadkiem na procesie i dopilnował, z˙eby ojciec Christabel trafił do więzienia. Przyrzekł sobie wtedy, z˙e nie pozwoli, by ten okrutnik jeszcze kiedyś podniósł rękę na córkę. Niestety, po głębokich ranach, które zagoiły się dopiero kilka tygodni później, zostały blizny. Nie było wtedy pieniędzy na operację plastyczną i nadal ich brakowało, więc Christabel wciąz˙ miała na plecach białawe pręgi biegnące równolegle od ra- mion do pasa. Tak ją onieśmielały, z˙e mimo odwaz˙- nych deklaracji za nic w świecie nie rozebrałaby się w obecności Judda ani z˙adnego innego męz˙czyzny. Co gorsza, przy Tippy Moore nie miała z˙adnych 18 szans. Judd, jak większość męz˙czyzn, dobrze wie- dział, co to za ślicznotka. Miała twarz anioła i piękne ciało, wprost stworzone do pieszczot, totez˙ Christa- bel o umiarkowanie ładnej buzi w z˙aden sposób nie mogła konkurować ze wschodzącą gwiazdą srebrne- go ekranu. Judd dyskutował z rez˙yserem filmu, Joelem Har- perem, o ujez˙dz˙aniu koni. Postanowili uz˙yć w sce- nach plenerowych najłagodniejszych wierzchow- ców. Zgodzili się ponadto, z˙e zarządca Nick Bates na wszelki wypadek powinien asystować filmow- com podczas zdjęć. – Potrzebna nam będzie ochrona – tłumaczył Harper. – Zamierzam poprosić o pomoc miejscową policję, chociaz˙ pracujemy poza granicami miasta, prawda? – Dobry pomysł. Zwróćcie się do naszych funk- cjonariuszy. Ci, którzy nie będą na słuz˙bie, chętnie tutaj popracują – zaproponował Judd. – Komendant wyjechał, ale jego zastępca Cash Grier na pewno pójdzie wam na rękę. Współpracowałem z nim przez kilka miesięcy w San Antonio. – To pański przyjaciel? Judd mruknął coś niezrozumiale. – Grier nie ma przyjaciół, tylko chłopców do bicia. Christabel wiele słyszała o Cashu Grierze i cza- sami widywała go z daleka, lecz nigdy się z nim nie spotkała twarzą w twarz. Był dla wszystkich zagadką. Chodził w mundurze, ale nosił długie ciemne włosy związane w kucyk. Ostatnio zapuścił 19 tez˙ wąsy i małą bródkę. Wyglądał... groźnie. Odkąd pracował w Jacobsville, przestępczość gwałtownie spadła. Róz˙nie mówiono o jego przeszłości. Chodzi- ły nawet słuchy, z˙e był dawniej płatnym mordercą. – Kopniakiem wyrzucił Terry’ego Barnetta przez okno – przypomniała Christabel. Zdumiony Harper szeroko otworzył oczy. Zo- rientowała się, z˙e wszyscy gapią się na nią i spłonęła rumieńcem. – Terry zaczął tłuc naczynia w kawiarni ze złości na z˙onę, która spotykała się z innym facetem. Ona tam pracowała. Przyłapał gruchającą parkę i dostał szału. Podobno z z˙elaznym rusztem szar- z˙ował na Griera, który zrobił unik, a potem nagle Terry wyleciał przez okno na ulicę. – Christabel gwizdnęła. – W szpitalu załoz˙yli mu trzydzieści szwów. Miał kolegium za obrazę funkcjonariusza. Powaz˙na sprawa. – Rozumiem – mruknął z roztargnieniem Har- per. Zaabsorbowany przygotowaniami do kręcenia filmu nie był stanie skupić się na innych prob- lemach. – Trzeba poszukać firmy cateringowej, która będzie dostarczać jedzenie na plan – wymam- rotał. – Musimy równiez˙ spotkać się z miejscowymi władzami, bo część zdjęć będzie kręcona w Jacobs- ville. – Duz˙o? – spytała zaciekawiona Christabel. – Większość materiału nakręcimy w Hollywo- od, lecz zalez˙y nam na kolorycie lokalnym. Pokaz˙e- my autentyczne wnętrza i plenery, to zawsze robi duz˙e wraz˙enie. 20 – Co to za film? – wypytywała Christabel. – Mo- z˙e pan mi zdradzić? Uśmiechnął się, widząc jej zainteresowanie. Miał dwie nastoletnie córki, które były równie ciekawskie jak ta sympatyczna dziewczyna. – Komedia romantyczna. Modelka przyjez˙dz˙a na Zachód, z˙eby nakręcić tu reklamówkę i zakochu- je się w ranczerze, który organicznie nie znosi modelek – opowiadał chętnie. – Na pewno pójdę do kina – obiecała roze- śmiana. – Mam nadzieję, z˙e co najmniej kilka milionów widzów tez˙ zechce obejrzeć nasz film. – Harper popatrzył na Judda. – Potrzebna mi prognoza pogo- dy. Stracimy fortunę, jeśli rozpoczniemy zdjęcia w niewłaściwym momencie i utkniemy tu na parę tygodni, czekając na dobre światło. Judd kiwnął głową. – Sądzę, z˙e uda mi się zdobyć dla pana długoter- minową prognozę. – Musimy takz˙e odpowiednio wcześniej zareze- tutaj rwować pokoje w najlepszym hotelu, macie. jaki – Nie będzie z tym problemu. Inwazja turystów raczej nam nie grozi – odparł ironicznie Judd. – Z pewnością nie w taki upał – uznał Harper, wachlując się plikiem kartek. – Upał? – spytała Christabel z miną niewiniątka. – Panu jest gorąco? Naprawdę? – Przestań – skarcił ją cicho Judd, widząc, z˙e rez˙yser blednie. 21 – Z˙artowałam. – Skrzywiła twarz. – Stróz˙e pra- wa nie mają poczucia humoru – dodała, zwracając się do Harpera. – Wstrzykują sobie botoks, z˙eby zablokować mięśnie i w kaz˙dej sytuacji zachować kamienną twarz... Robią to równiez˙ ze zwykłej próz˙ności, bo... – Raz – wycedził Judd przez zaciśnięte zęby. – Sam pan widzi! Zero mimiki – dodała rezolut- nie i roześmiała się. – Dwa! Podniosła ręce w geście rezygnacji i ruszyła w stronę domu. Christabel właśnie wyjmowała szarlotkę z pieca, gdy usłyszała warkot silnika. Potem trzasnęły drzwi auta. Judd wszedł do kuchni za Maud, która uśmiechnęła się do niego i podreptała w głąb korytarza, aby wyciągnąć rzeczy z pralki i wrzucić do suszarki. – Upiekłam dla ciebie szarlotkę – zagadnęła przymilnie Christabel, podtykając mu blaszkę pod sam nos. – Na przeprosiny. Westchnął cięz˙ko, nalał sobie kawy, podsunął krzesło i usiadł przy małym kuchennym stole. – Kiedy wreszcie dorośniesz, rozrabiako? – za- pytał zatroskany. Kątem oka zerknęła na swoje zakurzone buty i poplamione dz˙insy. Fakt, biegała po domu i obe- jściu zaniedbana jak mały urwis. Włosy zaplecione w warkocz na pewno były okropnie potargane, a niesforne kosmyki otaczały zarumienioną twarz. 22 Nie musiała zerkać na z˙ółtą, bawełnianą bluzkę z krótkimi rękawami, by wiedzieć, jak bardzo po- gnieciona jest ta, poz˙al się Boz˙e, kreacja. Christabel machnęła ręką; prasowanie na niewiele by się zdało, po co zatem zawracać sobie tym głowę. Judd natomiast jak zwykle był ubrany schludnie i zgodnie z obowiązującą modą. Dz˙insy lez˙ały na nim jak ulał. Wyczyszczone buty lśniły niczym lustro. Biała koszula była oczywiście porządnie wyprasowana, a węzeł granatowego krawata z dyskretnym dese- niem po prostu nieskazitelny. Skórzany pas skrzy- piał cicho, gdy Judd zakładał nogę na nogę, a kolt ACP kaliber 45 złowieszczo przesuwał się w kabu- rze. No tak... Christabel wiedziała, z˙e prapradziadek Judda był rewolwerowcem, następnie Straz˙nikiem Te- ksasu, a potem skończył studia prawnicze na Harvardzie i rozpoczął praktykę w San Antonio. Został wziętym adwokatem. Judd uchodził za najszybszego strzelca w północnym Teksasie. W południowej części stanu palmę pierwszeństwa dzierz˙ył Marc Brennon, jego przyjaciel i kolega z pracy. Obaj wygrywali zawody organizowane przez kluby strzeleckie. Często trenowali w miej- scowym klubie, zapraszani przez ich przyjaciela Teda Regana. Składka członkowska wynosiła sto dolarów i była zbyt wysoka dla policjantów i straz˙- ników. Szczęśliwie dla obu mistrzów były najemnik Eb Scott prowadził w Jacobsville prywatną aka- demię szkolącą ochroniarzy i antyterrorystów. Miał tam doskonałą strzelnicę i udostępniał ją bezpłatnie 23 wszystkim policjantom i straz˙nikom, którzy chcieli doskonalić swoje umiejętności. Dzięki przyjacio- łom Marc i Judd często trenowali. – Nadal jesteś taki szybki? – zapytała Christabel, krojąc szarlotkę. – Jasne, ale nie wspominaj o tym Harperowi – mruknął ponuro. Odwróciła głowę i zerknęła na niego przez ramię. – Boisz się, z˙e zachwycony twoimi umiejętnoś- ciami da ci rolę? Nie chciałbyś zagrać w filmie? – Oboje mamy na to równie wielką ochotę, prawda, słonko? – odparł kąśliwie, mimo woli podziwiając figurę Christabel. Obcisłe dz˙insy i opięta bluzka świetnie ją podkreślały. – Nie mów głupstw – mruknęła. – Ja w filmie! Śmieszne! – Znieruchomiała, patrząc na swoje dło- nie. – Chyba tylko w horrorze. Najlepiej w kos- tiumie kąpielowym, filmowana od tyłu. Oboje zamilkli. Połoz˙yła kawałek ciasta na talerzyku, dodała widelczyk i podała Juddowi. Chwycił ją za rękę i zmusił, z˙eby usiadła mu na kolanach. – Posłuchaj mnie – zaczął niskim, łagodnym głosem, którym mówił do wystraszonych dzieci. – Kaz˙dy ukrywa jakieś blizny. Nie wszystkie są widoczne, ale wszyscy je mają. Męz˙czyzna, który cię pokocha, nie będzie zwracał uwagi na kilka białych pasków na twoich plecach. Pochyliła głowę, z˙eby ukryć wraz˙enie, jakie robiła na niej jego bliskość. Lubiła charakterystycz- ną dla niego korzenną woń balsamu po goleniu, 24 ubrania pachnącego czystością, delikatny zapach skórzanego pasa i kabury. – Skąd wiesz, z˙e są białe? – zapytała. Spojrzał z wyz˙szością, a potem niespodziewanie rozluźnił krawat i rozpiął kilka górnych guzików koszuli, odsłaniając tors porośnięty gęstymi, wi- jącymi się, ciemnymi włosami. Wcześniej widy- wała go juz˙ obnaz˙onego do pasa i zawsze była zakłopotana. Zsunął z ramienia koszulę i śniez˙nobiały pod- koszulek, odsłaniając bark, ze skórą mocno pomar- szczoną w jednym miejscu. Białe smugi biegły promieniście. – Strzelba, kaliber dwadzieścia dwa – mruknął, biorąc Christabel za rękę. – Dotknij. Palce miała lodowate. Drz˙ały, gdy opuszkami muskała bliznę na ciepłym, muskularnym ramieniu Judda. – Zagojone – powiedziała zduszonym głosem. – Bez śladu? – pytał dalej. – Niezupełnie. – Uśmiechnęła się do niego. – Nie sądzę, z˙eby twoje blizny wyglądały tak źle jak moja – dodał. – Zapnij mi koszulę. Przejęta i wzruszona spełniła prośbę. Nadal uśmiechała się szeroko. – Niesamowite. – Co? – Po raz pierwszy siedzę na twoich kolanach. Dawniej to było nie do pomyślenia – odparła. – Nikomu nie pozwalam na taką poufałość. – Spojrzał na nią z dziwnym wyrazem twarzy. 25 Przygryzała wargi, gdy zapinała guzik kołnie- rzyka. – A nie boisz się, z˙e zacznę cię rozbierać? Zadrz˙ał, ale gdy na niego spojrzała, przybrał niewzruszony wyraz twarzy. – To by ci nie wyszło na dobre – ostrzegł. – Dlaczego? – Nawet gdyby udało ci się zdjąć ze mnie ubranie, nie wiedziałabyś, co dalej. – Kpiąco uniósł brew. Dobiegł ich donośny łoskot. Oboje zwrócili głowy ku drzwiom. Stała w nich Maud, niezdarnie przytrzymując brzegi fartucha, z którego wysypywały się na podłogę ziemniaki. – Co ci jest? – zapytał ponuro Judd. Maud wybałuszała na nich oczy wielkie jak spodki. – Aha, rozumiem. – Jedna dłoń Christabel spo- czywała na ramieniu Judda, druga na węźle krawata. – Pomyślała, z˙e cię rozbieram. W porządku, Maud. Nie ma powodów do okazywania zgorszenia – do- dała, pokazując sygnet. – Przeciez˙ jesteśmy małz˙eń- stwem. Pamiętasz? Judd z godnością popatrzył na Christabel, pod- niósł ją ostroz˙nie, zsunął ze swoich kolan i posadził na podłodze. Rozparł się na krześle i doprowadził koszulę do porządku. – Pokazywałem jej swoje blizny – wyjaśnił Maud, która zbierała kartofle, gryząc się w język, z˙eby nie palnąć jakiegoś głupstwa. Niewinne wyjaś- nienie skwitowała tłumionym chichotem. 26 – Daj spokój, Maud – oburzyła się Christabel, wstając z podłogi. – Naprawę nie miał z˙adnych głupich myśli i chciał mi tylko pokazać blizny. Maud z zapałem pokiwała głową i zabrała się do obierania kartofli. Ubawiona zerknęła z ukosa na Judda, który zamarł z porcją szarlotki nadzianą na widelczyk, groźnie marszcząc brwi. – Jasna sprawa – przytaknęła ochoczo. – Nie denerwuj mnie. Mam broń – ostrzegł, mruz˙ąc oczy. – Ja tez˙ – odparła, wyciągając przed siebie rękę z noz˙em do obierania ziemniaków. Uniosła brwi. Judd gapił się spode łba na Maud, a potem na uśmiechniętą od ucha do ucha Christabel. – Juz˙ wiem, kto tę małą nauczył głupich od- zywek – burknął. – Przemawia przez niego zazdrość, poniewaz˙ brak mu poczucia humoru – uznała złośliwie Chris- tabel. Judd obrzucił ją karcącym spojrzeniem i zajął się szarlotką. ROZDZIAŁ DRUGI Wieczorem Judd ruszył w drogę powrotną do Wiktorii, gdzie miał swoje mieszkanie. Christabel długo nie mogła zasnąć. Martwiła ją dziwna reakcja Judda na wiadomość, z˙e wśród ekipy filmowej znajdzie się Tippy Moore. To przykre, z˙e tak go zafascynowała kobieta znana wyłącznie z praso- wych fotografii. I co z tego, z˙e dziś trzymał Chris- tabel na kolanach, próbując ją pocieszyć. Mówił szczerze, lecz obeszło się bez czułych wyznań. Zero osobistego zaangaz˙owania. Ani razu nie zdarzyło mu się dotknąć jej w sposób... nieco lubiez˙ny, choć czasami próbowała go sprowokować. Wróciła myślą do tamtej feralnej soboty. Ów dzień stał się punktem zwrotnym w jej z˙yciu. Czuła wtedy paniczny strach i okropny ból... Lez˙ała na wyschniętej, ubitej ziemi w zagrodzie dla koni. Cierpiała męki... Nagle ojciec przestał ją bić. Chciała wstać, ale zabrakło jej sił. Trzasnęły drzwi auta. Ktoś ukląkł przy niej. 28 – Christabel, słyszysz mnie? – Krzyk Judda wdzierał się natarczywie w uszy. Uniosła powieki. Tylko odrobinę. Widziała jak przez mgłę, lecz pamiętała, z˙e jedynym człowie- kiem uz˙ywającym tego imienia jest Judd Dunn. Inni mówili na nią po prostu Crissy. – Tak? – Nie poznała swego głosu. Był słaby, zduszony. Raził ją blask słońca, więc nie otwierała szerzej oczu. – Muszę wziąć cię na ręce, skarbie, ale uprze- dzam, z˙e będzie bolało – powiedział cicho. – Zaciś- nij zęby. – Gdzie... tata? – Zamknięty w komórce. Szeryf juz˙ tu jedzie. – Nie! Chcecie go aresztować? A stadnina? Kto ją poprowadzi? Mama jest chora, ja ledwie z˙yję... Trzeba doglądać koni. Nie mogą zostać bez opieki – rozpaczała. Nadal była w szoku po przez˙ytym wstrząsie i cierpieniu, które spadło na nią tak nieoczekiwanie. Tom Gaines, jej ojciec, po pijanemu stawał się agresywny i nie pierwszy raz zaatakował najbliz˙szych. Ellie, matka Christabel, stała się in- walidką po tym, jak w ataku pijackiej furii mąz˙ zepchnął ją ze schodów. Mimo natychmiastowej operacji Ellie nie odzyskała pełnej sprawności. Na domiar złego miała tez˙ chore płuca. – Zadbam o wszystko. Będę dozorował i swo- ją, i waszą część stadniny – oznajmił stanowczo Judd, idąc w stronę domu. – Nie ruszaj się, skar- bie. Słyszysz? Przysadzista, otyła i obdarzona bujnym biustem 29 Maud łamała ręce na werandzie. Z rozwianymi włosami wybiegła im naprzeciw. – Moje biedactwo! – szlochała. – Judd, wyjdzie z tego, prawda? – Jasne. Ale Tomowi nie popuszczę. Jeśli nawet mała nie złoz˙y oficjalnej skargi, przysięgam, z˙e sam to zrobię. Niska, szczupła kobieta w starej, wyblakłej po- domce, mocno utykając, wyszła na werandę. Łzy spływały jej po policzkach, gdy patrzyła na córkę. – Wracaj do łóz˙ka, Ellie – namawiał łagodnie Judd. – Christabel wyzdrowieje. Zaopiekuję się nią. – Gdzie Tom? – spytała drz˙ącym głosem Ellie. – Zamknąłem go w szopie – odparł nieprzyjaz- nym tonem. – Bogu dzięki! – Zacisnęła powieki i oparła się o kolumienkę werandy. – Maud, zabierz ją do domu. Powinna lez˙eć w łóz˙ku. Cholera jasna! Zaraz zemdleje! – krzyknął i pomaszerował w stronę nadjez˙dz˙ającej karetki. Za nią pędził na sygnale radiowóz. Ledwie samochód zahamował z piskiem opon, szeryf wyskoczył i pod- biegł do Judda. – Co się stało? – krzyknął, zerkając na okrwa- wione plecy Christabel. – Znowu Tom – mruknął wrogo Judd, czekając, az˙ sanitariusze przygotują sprzęt. Sam ułoz˙ył Chris- tabel na noszach. – Znęcał się nad klaczą. Okładał ją szpicrutą. Christabel próbowała go powstrzymać. Hayes Carson skrzywił twarz. Był szeryfem od pięciu lat i widział liczne ofiary bójek, ale na widok 30 tej dziewczyny przez˙ył szok. Miała zaledwie szes- naście lat, była szczupła i drobna, powszechnie lubiana przez mieszkańców Jacobsville i okolic. Chętnie piekła ciasta na aukcje dobroczynne, wpa- dała z kwiatami do starych ludzi, którzy nie wy- chodzili z domu, po szkole zanosiła ciepłe posiłki niepełnosprawnym. Miała wielkie serce i pogodny charakter. Na samą myśl, z˙e Tom Gaines podniósł na nią rękę i bez litości okładał szpicrutą, nawet doświadczonemu glinie, takiemu jak Hayes Carson, robiło się niedobrze. – Gdzie on jest? – rzucił oschle. Judd ruchem głowy wskazał komórkę, nie od- rywając wzroku od zalanej łzami twarzy Christabel. Nie szlochała, tylko płakała bezgłośnie, a jemu serce się krajało. – Key pilnuje drzwi. – Spojrzał Hayesowi prosto w oczy. – Trzymaj drania pod kluczem, bo jeśli wyjdzie, chyba go zabiję. – Dopilnuję, z˙eby wyznaczono bardzo wysoką kaucję – obiecał szeryf. – Zabieram go. Jest pijany? – Juz˙ wytrzeźwiał – odparł Judd. – Teraz płacze. Przykro mu. Zawsze się kaja. – Połoz˙ył Christabel na noszach i zwrócił się do sanitariuszy: – Jadę z nią. Ani myśleli się sprzeciwiać. Judd Dunn budził respekt nawet wówczas, gdy był spokojny i od- pręz˙ony, a co dopiero w gniewie. Gdy wsiadł do karetki, zdjął kapelusz, rzucił go na podłogę, odgarnął gęste, ciemne włosy i otarł spocone czoło. Popatrzył w błyszczące od łez oczy Christabel. 31 – Judd – szepnęła ochrypłym głosem, nim sani- tariusz dał jej zastrzyk przeciwbólowy. – Zaopiekuj się mamą. – Dobra – odparł, ściskając jej rękę. Jego twarz nie wyraz˙ała z˙adnych emocji, ale oczy nadal płonę- ły gniewem. – Zostaną mi blizny. – Spojrzała na niego py- tająco. – Niewaz˙ne – wykrztusił z trudem. Zacisnęła powieki. Wszystko będzie dobrze. Judd o to zadba. Dotrzymał słowa. Minęło pięć lat, a on nadal zajmował się wszystkim. Do niedawna Christabel nie miała z tego powodu z˙adnych wyrzutów sumie- nia, lecz ostatnio spojrzała na sytuację pod innym kątem. Judd wziął na siebie pełną odpowiedzialność za konie oraz wszystkich ludzi, którzy przy nich pracowali. Jak równiez˙ za Christabel. Ojciec zmarł na atak serca wkrótce po aresztowaniu. Krótko po maturze straciła matkę. Została jej tylko Maud, z którą dzieliła dom. Judd spędzał u nich Święto Dziękczynienia i Boz˙e Narodzenie. Kiedy Judd się z nią oz˙enił, Christabel była świadoma tego, z˙e go nie pociąga. Nie miał ochoty na prawdziwie intym- ny związek z młodziutką z˙oną. Jasno i wyraźnie dał jej to do zrozumienia. W tym roku został przeniesiony do Wiktorii, gdzie przejął dowodzenie miejscową jednostką. Nie- co wcześniej jego przyjaciel Marc Brennon oz˙enił się z Josette Langley. Mniej więcej w tym samym 32 czasie Cash Grier objął stanowisko zastępcy szefa policji w Jacobsville. Marc szybko zrezygnował z pracy zawodowej, bo Josette oznajmiła, z˙e ocze- kuje dziecka. Osiadł na stałe w swojej posiadłości i zajął się hodowlą. Judd często odwiedzał Bren- nonów, lubił bardzo ich synka Christophera. Christabel westchnęła. I cóz˙ z tego, z˙e dziś wieczorem Judd tak miło ją potraktował? Z ponurą miną przypomniała sobie, jaki był spokojny, nawet wtedy gdy wziął ją na kolana. Wyrównany oddech, normalny puls... Rozpromienił się za to wyraźnie, słuchając o Tippy Moore. Z uśmiechem pręz˙ył tors niczym tokujący głuszec. Judd nigdy nie unikał kobiecego towarzystwa, natomiast Christabel nie miała w sprawach dam- sko-męskich z˙adnego doświadczenia. Jakoś nie by- ło okazji, z˙eby je gromadzić. Judda otaczała aura prawdziwego światowca, którą niektóre dziewczy- ny natychmiast wyczuwały. Jak na przykład Deb- bie, kolez˙anka Christabel ze studiów. Po krótkiej obserwacji oceniła, z˙e Judd musi być świetnym kochankiem. Jej zdaniem złamał wiele kobiecych serc. Christabel nie wiedziała, co o tym myśleć. Gdy jeszcze za z˙ycia matki próbowała ją podpytać o te sprawy, usłyszała w odpowiedzi, z˙e Judd ma dość taktu, z˙eby nie afiszować się kochankami w obecno- ści wraz˙liwej i niewinnej szesnastolatki. Tym bar- dziej nie pozwalał sobie na to po sekretnym ślubie. Robiło jej się cięz˙ko na sercu, kiedy myślała, z˙e Judd zapewne wiele razy złamał małz˙eńską 33 przysięgę wierności. Pobrali się z rozsądku, ale mimo wszystko taka obietnica powinna być do- trzymana. Z drugiej strony jednak patrząc na sprawę realnie, Christabel nie miała prawa wymagać, aby Judd tak długo unikał towarzystwa kobiet. Mimo to cierpiała, gdy wyobraz˙ała go sobie w łóz˙ku z jakąś atrakcyjną dziewczyną. Potrafiła się nawet z tego powodu popłakać. Jej buntownicza natura i chłopięcy styl bycia od dawna martwiły matkę, która ustawicznie marudzi- ła, z˙e córka powinna zadbać o siebie i skupić się na pracach domowych zamiast biegać za źrebakami i ujez˙dz˙ać konie. Christabel nie zwracała uwagi na jej marudzenie i robiła swoje. Czuła, z˙e musi przejąć choćby małą część odpowiedzialności za stadninę, więc przed lekcjami, po szkole i w week- endy pomagała przy koniach. Judd najpierw zarea- gował na tę sytuację jawnym zdumieniem, a potem czułą pobłaz˙liwością. Na swój sposób był do niej bardzo przywiązany, lecz nie tak, jak by tego chciała. Miała złe prze- czucia w związku z przyjazdem ekipy filmowej i obawiała się niekorzystnych zmian w i tak niewe- sołym z˙yciu. Judd powtarzał, z˙e w listopadzie za- mierza wystąpić z wnioskiem o uniewaz˙nienie ich małz˙eństwa. A jeśli zakocha się na zabój w słynnej modelce o międzynarodowej sławie, którą uwiel- biali niemal wszyscy męz˙czyźni? Christabel wcale by się nie dziwiła, gdyby wpadł w oko królowej wybiegów. Był przeciez˙ wyjątkowo przystojny. Niespokojnie wierciła się na łóz˙ku. Zdesperowa- 34 na w końcu przykryła głowę poduszką. Później będzie się martwić tymi sprawami. Wkrótce czekał ją końcowy egzamin. Jeśli dobrze pójdzie, w ponie- działek będzie miała w ręku upragniony licencjat z informatyki. Ostatni egzamin! Jak mogła o tym zapomnieć! Sięgnęła po budzik i przestawiła o go- dzinę do tyłu. Szybka powtórka z samego rana dobrzej jej zrobi. Po ostatnich zajęciach i egzaminie wróciła na ranczo i wpadła w wir codziennych obowiązków. Zajęła się ukochaną klaczą – tą samą, którą dawno temu ocaliła przed brutalnością pijanego ojca. Gdy po skończonej pracy ruszyła w stronę domu, usły- szała z oddali warkot samochodowego silnika. Maud wybrała się do sklepu, więc Christabel wybiegła na werandę, z˙eby zobaczyć, kto przyjechał. Zdziwiła się, widząc czarno-brązowy radiowóz policji z Jacobsville. Wysoki, przystojny męz˙czyzna w mun- durze, z długimi, gęstymi włosami związanymi w kucyk odwrócił się, słysząc jej kroki i podszedł do schodów. Dłoń oparł na kaburze automatycznego pistoletu kaliber 45. W policyjnym pasie były tez˙ specjalne zaczepy na pałkę, zapasowy magazynek, miotacz gazu, latarkę i nóz˙. Christabel domyśliła się, z˙e to Cash Grier, za- stępca komendanta policji. Po chwili uznała, z˙e mają z Juddem wiele wspólnego. Ta sama efektyw- ność działania i kamienna twarz. Coś ją podkusiło, z˙eby podnieść ręce do góry i zawołać: 35 – Przyznaję się! Jestem winna! Napadłam na bank. Forsę ukryłam w stajni. Śmiało, niech mnie pan aresztuje! Zatrzymał się i uniósł brwi. Kąciki ładnie wy- krojonych ust drgnęły lekko. Miał gęste wąsy i małą bródkę. Ciemne oczy lśniły w śniadej, poznaczonej bliznami twarzy. – Dobra. Ktoś tu chyba trafi do pudła. Uśmiechnęła się i od razu wyładniała. Wytarła brudne ręce w mocno sfatygowane dz˙insy i wyciąg- nęła dłoń na powitanie. – Witam. Jestem Christabel Gaines. Wszyscy oprócz Judda nazywają mnie Crissy. Uścisnął jej rękę i powiedział: – Ciekawe, jak się do pani zwraca? – Po prostu Christabel. Zero polotu. Poczucia humoru tez˙ nie ma – odparła z westchnieniem. – Skoro nie przyjechał tu pan, z˙eby mnie aresz- tować, czemu zawdzięczam tę wizytę? Granica przebiega trzy kilometry stąd. Tam się kończy pańska jurysdykcja – przypomniała. – Szczerze mówiąc, szukam Judda – odparł rozbawiony. – Zostawił mi wiadomość. Wiem, z˙e przyjez˙dz˙a do was ekipa z Hollywood. Mają kręcić film i chcą, z˙eby moi ludzie po słuz˙bie pracowali u nich jako ochroniarze. Sam zgłosił- bym się na ochotnika, ale rez˙yser natychmiast zaproponowałby mi główną rolę. Na wypadek gdyby to pani umknęło, chciałbym podkreślić, z˙e jestem zabójczo przystojny – dodał z szerokim uśmiechem. 36 Przez chwilę milczała zbita z tropu, a potem wybuchła śmiechem. – Pani tez˙ gra w tym filmie? – spytał przyjaźnie, a ona kiwnęła głową. – Jasne. Krzak bzu rosnący przy schodach na werandę. Obawiam się, z˙e charakteryzacja potrwa cały dzień. Cash zachichotał. Miła i na dodatek bardzo ładna, pomyślał. Natychmiast ją polubił. Od dawna nie zdarzyło się, aby dziewczyna zauroczyła go od pierwszego wejrzenia. – Nazywam się Cash Grier i jestem zastępcą komendanta policji – przedstawił się. – Pani się na pewno domyśliła. Co mnie zdradziło? Juz˙ wiem! Radiowóz! – Jasne! Superauto – przyznała. – Świetny mo- del, naprawdę. – Podejrzewamy, z˙e wszystkie panny na niego lecą. Chłopcy z patroli po prostu nie mogą się opędzić – paplał trzy po trzy. – Fajnie wyglądam w radiowozie, co? – dodał chełpliwie. – To niech pan wsiądzie – zaproponowała, mru- z˙ąc ciemne oczy. – Wykluczone – zaprotestował. – Dla kobiet to zbyt wielka pokusa. – Stopniowo będę panią oswa- jać z tym widokiem. – Uniósł brwi. – Podobno nad filiz˙anką kawy tez˙ nieźle się prezentuję – dodał znacząco. – W porządku. Chętnie popatrzę. Nim weszli do środka, przed dom zajechała furgonetka prowadzona przez Maud. Gospodyni 37
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Dwa kroki w przyszłość
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: