Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00088 006690 15374310 na godz. na dobę w sumie
Dwa lata w Australii - ebook/pdf
Dwa lata w Australii - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 238
Wydawca: Self Publishing Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-272-3796-5 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> przewodniki >> podróże
Porównaj ceny (książka, ebook (-8%), audiobook).

W Ogrodach Botanicznych w Sydney spacerowiczów wita tablica informacyjna: Zapraszamy do naszego parku; prosimy chodzić po trawie i wąchać kwiaty; zachęcamy żeby przytulać się do drzew i rozmawiać z ptakami.

Gdyby ktoś chciał dowiedzieć się, jaka - w dwóch słowach - jest Australia, napis na tablicy w Sydney dobrze to oddaje: to kraj przyjazny człowiekowi. Australijczycy traktują wiele spraw z humorem i przymrużeniem oka. Ponieważ są narodem o krótkiej historii, który wciąż przyjmuje wielu imigrantów, cechuje ich otwartość i duża tolerancja wobec tego co nowe i inne.

Dlatego Australijczyków nie dziwi zbytnio, że przyjezdni kierowcy próbują w ich kraju jeździć pod prąd, zapominając o lewostronnym ruchu. Z natury praktyczni, stawiają przy drogach tablice z przypomnieniem: „Drive on left in Australia”. Inny przykład pragmatyzmu to darmowa kawa przy szosach. Kiedy oczy kierowcy kleją się ze znużenia po setkach kilometrów przejechanych w monotonnym australijskim krajobrazie, można zjechać do jednego z wielu „punktów regeneracyjnych” i napić się kawy. Państwo, fundując kawę, próbuje zapobiec wypadkom drogowym, które wciąż zdarzają się w wyniku zaśnięcia kierowców na długich, monotonnych trasach Australii.

Kawa to osobny rozdział w życiu Australijczyków. Kawa to konieczność, to podstawa, to element od którego trzeba zacząć dzień. Dlatego w miastach o poranku krajobraz zdominowany jest przez przechodniów z brązowymi kubkami w rękach. Co trzeba dodać, kawa jest tu bardzo smaczna. Prawdopodobnie dzięki włoskim imigrantom, którzy przywieźli ze sobą na antypody sztukę parzenia dobrej kawy. Co piją Australijczycy? Do najbardziej popularnych kaw należy flat white, czyli kawa z niedużą ilością mleka i płaską mleczną pianką.

Mieszkańcy Australii są zaradni i przedsiębiorczy. Na ulicach dużych miast nie widać ludzi żebrzących o pieniądze. Kwitnie za to wszelkiej maści street art, od popularnych na Federation Square w Melbourne pokazów akrobacji, przez grę na przeróżnych instrumentach, po występy aktorskie. Występują ludzie w wieku od 9 do 99 lat. Liczy się oryginalny pomysł i umiejętności. Kto potrafi przekonać do siebie publiczność, może liczyć na to, że widzowie sięgną głęboko do kieszeni.

Pragmatyczna natura Australijczyków ma swoje wytłumaczenie: to naród, który siłą własnych rąk musiał podporządkować sobie dziki, nieprzyjazny kawałek ziemi. W trudnych warunkach liczyła się współpraca i szybkie, dobre pomysły. Ta pomysłowość i innowacyjność przetrwała do dziś. Bardzo silny jest w tym kraju także duch pracy zespołowej – widać to na każdym kroku, w przestrzeni zawodowej i prywatnej.

Książka „Dwa lata w Australii” jest opisem wrażeń z ponad 2-letniego pobytu autorki na antypodach. Obserwacje dotyczą wszystkich sfer życia – od tzw. życia codziennego Australijczyka, w którym rolę krytyczną odgrywa piątkowe spotkanie przy piwie ze znajomymi, przez reportaże z podróży po zakątkach kontynentu, po językowe ciekawostki „Ozzie lingo”, wreszcie – po wnikliwą analizę trybu życia misia koali, skrywającego niezwykle interesujące tajemnice.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Ewa Krawiec Dwa lata w Australii Słowo wstępu 3 Zima, czyli lato 4 Supersize me? 41 No dobrze, a skąd w Australii wzięli się ludzie? 55 Proszę Państwa, oto miś 74 Jesień idzie 96 Zima w Australii rozpoczyna się w czerwcu 112 Śladami Jamesa Cooka 119 Stosunki międzynarodowe 140 Wiosna zawsze przynosi zmiany 147 Lato, czyli idą święta 171 4 miliony ludzi, 70 milionów posumów 176 Żyć w Australii 186 Marta 204 No worries 223 Czego nam będzie brakować po powrocie? 235 D w a l a t a w A u s t r a l i i Słowo wstępu Do Australii wybrałam się z Grześkiem – moim mężem – by przeżyć przygodę życia. Chcieliśmy poznać inny kraj, inny rynek, zobaczyć jak ludzie żyją w innym miejscu na Ziemi. Na początku wcale nie wiedzieliśmy, że wybór padnie na Australię. Wiedzieliśmy, że chcemy jechać gdzieś, gdzie mówią po angielsku, aby mieć komfort sprawnej komunikacji i móc podjąć pracę. A więc: Stany? Nie, w Stanach już byliśmy, wiemy czego się spodziewać. Kanada? Miły kraj, ale zimny. Anglia? Tyle tam Polaków, że czulibyśmy się jak w domu. RPA? Trochę się jednak bali- śmy. Została Australia. Czemu nie? Słońce, dzika przyro- da, piękne plaże. Ludzie podobno mili. Pojechaliśmy. W Australii spędziliśmy ponad dwa lata. Był to czas pełen wrażeń. Poznaliśmy wspaniałych ludzi, widzieli- śmy niezwykłe miejsca. W Melbourne uro- dziła się nam córka. Oboje pracowali- śmy, ale również dość intensywnie podróżowaliśmy. Mimo że podró- ży było wiele, zobaczyliśmy tylko część tego wielkiego kraju, wy- spy i zarazem kontynentu, jakim jest Australia. Tą książką dzielimy się naszymi wrażeniami. 3 D w a l a t a w A u s t r a l i i Zima, czyli lato Warszawa-Melbourne Przyleciałam do Melbourne w połowie grudnia. Jest lato, jest słońce, jest pięknie. Podróż trwała w sumie czterdzie- ści godzin. Grzesiek mieszkał w Melbourne już od trzech miesięcy. Pod koniec września zaczął pracę w  australij- skim oddziale fi rmy, w której pracował w Warszawie. Lot był przez Tokio. Już w  samolocie czułam się jak w  Azji. Wszyscy pozdejmowali buty i lecieli w skarpetkach albo w  kapciach. Japonka czekająca obok mnie na toaletę ćwiczyła tai chi. Stewardessy proponowały dwa rodza- je herbat  – green tea albo English tea. Poźniej w  barze w Tokio wiedziałam już, żeby nie prosić o czarną herba- tę, tylko właśnie o English tea. W samolocie widziałam też najmniejsze stopy świata. To były stopy dorosłej Japonki. Środek grudnia w Melbourne - piknik w Ogrodach Botanicznych 4 D w a l a t a w A u s t r a l i i Jeśli mój rozmiar to 40, jej nie mógł być większy niż 30. Jej nierealne butki leżały sobie przy siedzeniu. Ciekawe, co ona sądzi o moich stopach. Gdybym w  Warszawie zobaczyła tylu biegających ludzi, pomyślałabym, że to maraton albo jakaś wielka ak- cja charytatywna. Biega chyba całe Melbourne. O szóstej po południu na ścieżkach wokół Ogrodów Botanicznych jest bardzo gęsto, jest tłok. Biegają pojedynczo, grupka- mi, biegają z wózkami i z dziećmi. Maszerują. Ciągle trudno jest się przyzwyczaić do pełnego słońca w  grudniowe wieczory i  do temperatury plus dwadzieścia stopni. Święta Bożego Narodzenia przy ta- kiej temperaturze będą na pewno ciekawe, a  pierwsza gwiazdka zabłyśnie chyba na krótko przed północą. Dziś w drodze do domu przeleciały nade mną dwie kolorowe papugi. Pierwsza myśl, że skądś uciekły; koloro- we ptaki nie latają przecież po ulicach. Tu latają. Ale obok papug można zobaczyć też mewy, wróble i gołębie. Nie tylko społeczeństwo jest tu międzynarodowe. Kolorowe papugi można zobaczyć i w mieście, i w buszu 5 D w a l a t a w A u s t r a l i i Do czego służą pająki W  Australii brakuje wody. Poziom wody w  zbiornikach retencyjnych Melbourne spada od dwunastu lat i  dziś wynosi 34 procent tego, co było w  1997. George, star- szy Grek, którego poznałam, lecąc samolotem z Sydney do Melbourne, stwierdził, że tak sucho w Australii jeszcze nie było. W październiku, kiedy zazwyczaj pada wiosenny deszcz, tym razem napadało go bardzo mało. George robił w Sydney interesy i wracał do domu, do Melbourne. „Ty też wracasz do domu?” „Nie, ja podróżuję z Warszawy; w Melbourne mieszka mój mąż; na jakiś czas postanowiliśmy się przenieść do Australii”. George, lub po grecku Jeorjos, okazał się bardzo miły i  podwiózł mnie swoim jeepem z  lotniska do centrum Melbourne. – No więc, George, powiedz mi, czy w Australii rze- czywiście są takie straszne pająki. – Pająki? Hehe, nastraszyli cię? Od paru lat nie wi- działem w mieście żadnego pająka. Te naprawdę groźne, jeżeli w ogóle, są raczej poza miastem (in the bush). Jak zobaczysz takiego z czerwonym paskiem na grzbiecie, to uciekaj. Albo najlepiej go wciągnij odkurzaczem, to się udusi. – Wiesz, George, w Polsce jest taki przesąd, żeby nie zabijać pająków, bo zacznie padać deszcz. – Deszcz? Świetnie! Zabijaj wszystkie pająki, wszyst- kie, jakie zobaczysz, OK? 6 D w a l a t a w A u s t r a l i i Proszę założyć kask Co rano ścieżki rowerowe wzdłuż Yarry, głównej rzeki Melbourne, zapełniają się rowerzystami. Dominujący kierunek: city. Na bagażnikach – sakwy z zapakowanymi białymi koszulami. Na głowach – kaski. Rowerami jeżdżą wszyscy, bo jest szybko, zdrowo i wygodnie. Na większo- ści ulic wydzielone są ścieżki rowerowe, a na głównym skrzyżowaniu w mieście zielone światła dla rowerów za- palają się przed zielonym dla samochodów. O piątej po południu zaczyna się odwrót: fala rowerzystów wyjeżdża z city. Drrrrrńńń! Na rowerze obo- wiązuje kask. Za jego brak płaci się mandat 57 dola- rów australijskich Za jeżdżenie bez kasku płaci się mandat w wysokości 57 dolarów australijskich. Kiedyś złapała mnie policja ro- werowa. Wybaczyli mi, bo jestem tu nowa. Ale jednocze- śnie skrzętnie spisali moje dane i już jestem zanotowana 7 Drive on left in Australia D w a l a t a w A u s t r a l i i u policjantki z Chapel Street. Teraz musze zejść z roweru, znaleźć najbliższy sklep rowerowy i  kupić kask. Trzeba jeździć w kasku, bo jest niebezpiecznie i to dla mojego dobra. OK, I’ll do as you say. Thanks, see you. Rowerowi policjanci jeżdżą dwójkami, w niebiesko- -biało-czarnych strojach. Rowery z  apteczkami, okulary przeciwsłoneczne, wszystko gra. Ciekawe, czy w  razie potrzeby mogą wyjąć koguty i jechać na sygnale. Znów będą wakacje Kolejny piękny dzień w Melbourne. Na początku spraw- dzamy w internecie poziom miejskich rezerw wody. 34,8 procent. Przyrosło. Cieszymy się. Jest dwudziesty grud- nia, dziś zaczynają się nasze wakacje. O  tej porze roku sezon wakacyjny zaczynają wszyscy Australijczycy. Lato w pełnej krasie trwa do końca lutego. Od Świąt Bożego Na- rodzenia wszystko nagle spo- walnia, w  mieście jest mniej ludzi i mniej ulicznego ruchu. Grzesiek pojechał rano odebrać samochód, którym od jutra będziemy objeżdżać Wiktorię. Samochód to Toyota Camry i wszystko ma nie tak. Nie ma sprzęgła, kierownica jest po prawej stronie samo- chodu, a  kierunkowskazy po 8 D w a l a t a w A u s t r a l i i prawej stronie kierownicy. Dlatego skręty sygnalizujemy na razie glównie ruchem wycieraczek. Poza tym samo- chód jest w porządku. W porządku są też ceny benzyny: dolar za litr, czyli dwa złote. Gaz jeszcze tańszy, 0,4 dolara, tj. 80 groszy za litr. Phillip Island Parada Pingwinów na Phillip Island Według przewodnika Lonely Planet Phillip Island, leżą- ca 140 km na południowy wschód od Melbourne, jest trochę przereklamowana. Chodzi o pokazy pingwinów – Penguin Parades – którymi wyspa niezmiennie przy- ciąga tłumy turystów. Regularnie, bo codziennie albo co dwa dni, najmniejsze pingwiny świata (długość ciała 30 cm), o zachodzie słońca wychodzą z oceanu i biegną do swoich gniazd na wydmach. Wychodzenie i bieg moż- na oglądać, siedząc na plaży, zakupiwszy wcześniej bilet w kasie. 9 * Ranger to lokalne określenie nadawa- ne pracownikom rezerwatów, kem- pingów i innych podobnych miejsc D w a l a t a w A u s t r a l i i Pingwiny w ciągu dnia pływają i polują na pokarm, na noc wracają się przekimać i odpocząć. My trafi liśmy akurat na porę wylęgu i karmienia młodych, więc nasze pingwiny, po dotarciu do gniazd, dzieliły się jedzeniem ze swoimi małymi. Z pary pingwinów na połów wybiera się zawsze tylko jeden rodzic, a drugi zostaje i ogrzewa młodziaka. Codziennie na zmianę. „Pokaz” był zorganizowany aż zbyt profesjonalnie. Porządku pilnował i  o  pingwinach opowiadał ranger*, było nagłośnienie i  oświetlenie, na pokaz można było kupić bilet zwykły, Premium albo VIP (lepszy widok na pingwiny, własny ranger na cały wieczór), a  zwyczaje pingwinów dokładnie opisano na rozstawionych gę- sto tablicach. Widzów tego wieczoru było przynajmniej kilkuset, a pierwsi pojawili się już na parę godzin przed rozpoczęciem przedstawienia. Najwięcej, co już nas nie dziwi, było Azjatów. Pingwiny ogląda się z trybun ustawionych na plaży. Zdjęć robić nie wolno. Siedząc na tych trybunach, zasta- nawialiśmy się, kogo tego wieczoru będzie więcej – pin- gwinów czy ludzi. I  kto tutaj tak naprawdę przychodzi oglądać show. Parę minut po dziewiątej, już o  zmroku, z oceanu wyszła pierwsza grupa pingwinów i pomknęła przez plażę do gniazd. Potem wybiegła następna. I na- stępna. Niektóre pingwiny przed wyjściem wahały się, jakby nie chciały jeszcze opuszczać wody, chwilę pozwa- lały się poniewierać przez fale, ale w końcu wybiegały na piasek. Po pół godzinie większość pingwinów wyszła z oceanu. Widok rzeczywiście ciekawy. Pingwiny jakby się nie przejmowały ludźmi siedzącymi 20 metrów od nich. Ani tym, że z  widowni dobiegało co sekundę „Oooh...”, „Look there! There!!!...” Jak już każdy powzdychał i  za- 10 D w a l a t a w A u s t r a l i i „Ustąp drogi pingwinom”. Ludzie i zwierzęta w Australii żyją obok siebie i nie przeszkadzają sobie nawzajem pragnął mieć własnego pingwina, w ośrodku z biletami można było kupić pingwinie lody, pingwinie picie i chip- sy, tysiąc gadżetów z pingwinami, a także mięciutkiego pingwina do przytulania w domu. Może się trochę śmiejemy, bo standardy ogląda- nia dzikiej przyrody w Polsce są trochę inne, ale w tym wszystkim nie można odmówić Australijczykom jedne- go: mają bardzo duży respekt dla przyrody i  starają się wpoić go innym. Dzięki temu zwierzęta wokół nich są ufne i  właściwie nie zauważają ludzi. Wracając z  plaży do ośrodka, maszerowaliśmy krok w krok z pingwinami, oddzieleni od nich tylko niskim płotkiem. Pingwiny ak- ceptowały nas jako część otoczenia. Stały, rozmawiały ze znajomymi, czyściły się. Najbardziej sympatyczny widok stanowiły pingwiny idące razem ścieżką, małymi grupka- mi, kiwając się, jakby wracały z imprezy. Współpraca ze zwierzętami naprawdę się ludziom tutaj udała. 11 D w a l a t a w A u s t r a l i i Lekcja surfi ngu Na Phillip Island trudno nie spróbować surfi ngu. To zna- czy Grzesiek nie mógł, ja czekam na lepsze czasy i cie- plejszą wodę. A tak naprawdę – ktoś musi robić zdjęcia ;) Zajrzeliśmy do lokalnej szkoły surfi ngu na Smith Be- ach. Niestety w tym dniu było już za późno na zajęcia, a na jutro jeszcze nikt się nie zapisał; do przeprowadze- nia lekcji potrzebne były minimum cztery osoby. Ale kiedy wieczorem usiedliśmy nad porcją zapiekanych ziemniaków z  kubeczkiem sosu paprykowego i  śmie- tany (wedges, jedna z bardziej popularnych przekąsek), zadzwonił pan ze Smith Beach, informując, że chętni na zajęcia  się znaleźli i zaprasza na dziesiątą rano na plażę, i oczywiście poprosił przezornie o numer karty kredy- towej. Lekcja surfi ngu na Phillip Island – zajęcia praktyczne poprzedza lekcja teorii 12 D w a l a t a w A u s t r a l i i Następnego dnia rano pojechaliśmy na plażę. W za- jęciach uczestniczyło ok. 12 osób, w  tym Grzesiek oraz rodzina z Libanu. W skład rodziny wchodzili bracia, kuzy- ni i jedna siostra. Jak się później okazało, wszyscy bracia pracowali w tej samej pizzerii, prowadzonej zresztą przez jednego z nich. Lekcja składała się z  godzinnego wstępu połączo- nego z  rozgrzewką oraz z  godziny właściwego surfo- wania. Od razu można było zobaczyć, kto jest twardy, a kto miękki. Twardzi do samego końca próbowali stanąć i utrzymać się na desce w pozycji pionowej, mniej am- bitni po piętnastu minutach kładli się na desce i dawali nieść przez fale. Siostra braci z  Libanu była twarda. Do której grupy należał Grzesiek, nie muszę chyba mówić. Na Phillip Island jest dużo dziko żyjących zwierząt, głównie morskich ptaków, ale też fok – standardowo – kangurów i misiów koala. Choć tych ostatnich akurat nie widzieliśmy. Może dlatego, że koale, jak większość tor- baczy, są aktywne nocą. Znaki przy drogach ostrzegają: „Watch out for koalas at night”. Z ciekawych ptaków są mutton birds, wg słownika nurce: duże, czarne, biało na- krapiane. Mieszkają w  koloniach, gniazdują w  norkach w  ziemi. Do Australii przylatują na zimę z  Alaski, około 16 tysięcy kilometrów. Te ptaki też się nas nie bały, mimo że przechodziliśmy kilka metrów od ich gniazd. Święta w Australii W  przeddzień Wigilii wróciliśmy do Melbourne, bo Agnieszka, znajoma Grześka, zaprosiła nas na w i g i l i j - n e g o grilla. U Agnieszki, która mieszka od czterech lat 13 D w a l a t a w A u s t r a l i i w Australii, poznałam bardzo sympatyczną parę, Monikę (z Polski) i Rogera. Grzesiek znał ich już wcześniej. Roger, jak na Australijczyka, był nieźle zorientowany w kwestiach polskich. Wiedział, że przez 120 lat byliśmy okupowanym krajem i był tym naprawdę mocno poruszony. Pytał: – So, who do you guys hate more: Germans or Russians? W za- mian opowiadał ciekawostki o Aborygenach: na przykład że co jakiś czas w Royal Botanic Gardens (to obok nas), Aborygeni rozbijają namioty, bo uważają, że ziemie, na których są ogrody, należą do nich. Historycznie w okolicy rzeczywiście mieszkało dużo klanów aborygeńskich. W dolinie rzeki Yarra były to głów- nie klany z plemienia Wurundjeri. W latach osiemdziesią- tych zrobiło się nawet jakieś większe zamieszanie zwią- zane z  ziemią, tylko że w  innym stanie – Queensland. Tamtejsi Aborygeni zaczęli domagać się praw do teryto- riów, które zamieszkiwali ich przodkowie przed inwazją Anglików. Co ciekawe, sprawa trafi ła do sądu najwyższej instancji – High Court of Australia – a co jeszcze ciekaw- sze, w 1992 rozstrzygnięta na korzyść rdzennej ludności. Zaczęto nawet opracowywać jakieś prawa wykonawcze. Ale poźniejszy rząd Johna Howarda uciął dyskusje na te- mat przyznawania Aborygenom praw do ziemi. Swoją drogą, Anglicy mieli niezłe pomysły w XIX wieku, kiedy zaczęli się rozkręcać w Australii: jeden z nich, John Bat- man, kupił od Aborygenów ziemię pod dzisiejsze Mel- bourne. Transakcja miała miejsce w 1835 roku, jej przed- miotem było kilkaset tysięcy hektarów gruntu. W ramach zapłaty Batman wręczył drugiej stronie trochę narzędzi, koców i jedzenia. W ten sposób Aborygeni poznali co to jest handel nieruchomościami; wcześniej idea kupowa- nia i sprzedawania ziemi była im zupełnie obca. 14 * White Elephant Christmas Party to, przypominam, spotkanie, w czasie którego losuje się kolejno prezenty, przy czym każda kolejna osoba może ukraść prezent każdej poprzed- niej, jeśli jej się coś podoba. Na końcu ktoś zawsze zostaje z Białym Słoniem, czyli prezentem, którego nikt nie chciał mieć. D w a l a t a w A u s t r a l i i Święta, prezenty, przedwakacyjne spotkania ze zna- jomymi, doroczne White Elephant Christmas Party*. Tak, takie jak kiedyś w szkole, limit piętnaście złotych i nikt nie chce wylosować nauczyciela. Czy coś takiego. Choć tu nauczyciela nie będzie. Ze względu na wydłużający się dzień i coraz wyższe temperatury, znowu zupełnie nie czujemy atmosfery świąt. Ale miało być o Wigilii. Więc wigilijny grill był miły, nawet urozmaicony akcentami polskimi – np. czerwo- nym barszczem przygotowanym przez Monikę. Barszcz najbardziej smakował Kubie, dziecku Agnieszki i Marcusa. Marcus spędził już jedne święta w Polsce i wyniósł z nich niemiłe wspomnienia potraw w  galarecie. Wszystko w galarecie. Ohyda. A pani domu patrzy i nie ma prze- bacz. Opowiedzieliśmy trochę o  tradycjach w  Polsce – o dwunastu potrawach, dodatkowym nakryciu i o zwie- rzętach, które o północy mówią ludzkim głosem (Monika powiedziała do Rogera: – To można by było sprawdzić z twoją mamą, Roger. – Potem w swojej obronie wyjaśni- ła, że chodziło jej o jamnika mamy).  Po spotkaniu pojechaliśmy na rowerach na Federa- tion Square, na którym tradycyjnie zgromadziło się dużo ludzi i stał telebim z transmisją kolęd z naszych Ogrodów Botanicznych: Carols by Candlelight. Kolędy przy świecach to podobno fajna impreza, na którą bilety wyprzedawa- ne są na długo przed świętami. Transmisja zakończyła się pokazem fajerwerków. Koło jedenastej wróciliśmy do domu. Było ciepło, nad rzeką przy stołach piknikowych siedziały jeszcze rodziny i grupki znajomych, dzień koń- czył się powoli i leniwie. 15
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Dwa lata w Australii
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: