Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00336 006020 14496412 na godz. na dobę w sumie
Dwadzieścia tysięcy mil podmorskiej żeglugi. Tom II - ebook/pdf
Dwadzieścia tysięcy mil podmorskiej żeglugi. Tom II - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 269
Wydawca: Zielona Sowa Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-265-0040-4 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Akcja powieści rozgrywa się w roku 1866, a jej bohaterowie to kapitan Nemo, zoolog profesor Pierre Aronnax, jego służący – Conseil, harpunnik Ned Land. Charyzmatyczny i tajemniczy kapitan zabiera czytelników w tajemniczą i pełną przygód wyprawę pod powierzchnią mórz i oceanów na pokładzie Nautilusa.

Seria wydawnicza Wydawnictwa Zielona Sowa „Podróże z Verne’em” zawiera 14 powieści Juliusza Verne’a. Obok utworów należących do kanonu twórczości francuskiego klasyka, prekursora science fiction, znalazły się w niej również pozycje mniej znane polskiemu czytelnikowi, jak utrzymane w konwencji powieści utopijnej Pięćset milionów hinduskiej księżniczki czy Dramat w Inflantach, którego akcja toczy się wokół zbrodni i następującego po niej śledztwa. Starannie opracowane, opatrzone rzetelnymi przypisami książki, w nowych pełnych przekładach z języka francuskiego, rekomenduje Polskie Towarzystwo Juliusza Verne’a.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Dwadz ieścia t ysięcy mi l podmo r sk iej żeglugi * * Juliusz Verne Dwadzieścia tysięcy mil podmorskiej żeglugi * * Przełożyła Agnieszka Włoczewska ISBN 978-83-265-0039-8 Redaktor serii: Marzena Kwietniewska-Talarczyk Tytuł oryginału: Vingt Mille Lieues sous les mers Redakcja: Katarzyna Kierejsza Konsultacja i przypisy: Andrzej Zydorczak Ilustracje: Alphonse de Neuville i Édouard Riou ze zbiorów Andrzeja Zydorczaka Projekt grafi czny okładki: Dagmara Grabska Skład: Stefan Łaskawiec Korekta: Marzena Kwietniewska-Talarczyk © Copyright by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o., Kraków 2011 Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o. 30-404 Kraków, ul. Cegielniana 4A tel./fax (12) 266-62-94, tel. (12) 266-62-92 www.zielonasowa.pl wydawnictwo@zielonasowa.pl Część druga Rozdział I Ocean Indyjski u zaczyna się druga część opowieści o podmorskiej podró- ży. Pierwsza skończyła się wzruszającą sceną na koralowym cmentarzu, która głęboko zapadła mi w pamięci. Zatem tu, w głę- binach oceanów, kapitan Nemo wiódł swe życie. Wszystko zostało obmyślone i zaplanowane, nawet ów podwodny cmentarz w naj- skrytszym zakątku oceanu, gdzie żaden potwór nie przypłynie zakłócić ostatniego snu mieszkańców „Nautilusa”, tych przyjaciół skazanych na siebie tak za życia, jak i po śmierci! Tam będą bez- pieczni „nawet od ludzi!” – dodał kapitan. Wciąż ta nieufność, dzika, niewzruszona, wobec społeczeństw ludzkich! Co do mnie, to w przeciwieństwie do Conseila nie zadowala- łem się już hipotezami. Mój poczciwy pomocnik twierdził, że kapi- tan „Nautilusa” musi być jednym z tych nieuznanych przez świat naukowców, którzy gardzą ludźmi dlatego, że ci nie okazują im najmniejszego zainteresowania. Uważał kapitana za odtrąconego geniusza zniechęconego rozczarowaniami ziemskiego życia, który schronił się w niedostępnym środowisku, gdzie może swobodnie działać. Moim zdaniem hipotezy te tłumaczyły jedną tylko stronę charakteru kapitana Nemo. Ostatnie wydarzenia pchnęły moje rozmyślania na nowe tory. A zaczęło się oczywiście od tajemnicy poprzedniej nocy, kiedy to zostaliśmy uwięzieni w celi i w okowach snu. Wcześniej kapitan nie pozwolił, bym obserwował morze – wyrwał mi z rąk lunetę. Dalej była ta śmiertelna rana jednego z członków załogi, wywo- łana niewytłumaczonym wstrząsem „Nautilusa”. Nie! Moim zda- niem kapitan Nemo nie ograniczał się tylko do unikania ludzi! Jego 6 wspaniała maszyna nie służyła wyłącznie zaspokojeniu potrzeby wolności. Być może była narzędziem jakiejś straszliwej zemsty. W tej chwili nic nie wydawało mi się oczywiste. W ciemnościach dostrzegałem jedynie nikłe światełka, musiałem więc ograniczyć się do pisania, by tak rzec, pod dyktando wydarzeń. Poza tym nic nas nie łączyło z kapitanem Nemo. On doskonale wiedział, że nie można uciec z „Nautilusa”. Nie byliśmy nawet zo- bowiązani żadnym przyrzeczeniem, nie wiązało nas żadne słowo honoru. Byliśmy po prostu pojmanymi, więźniami kurtuazyjnie określanymi mianem gości. W każdym razie Ned Land nie stracił nadziei na odzyskanie wolności. Wydawało się pewne, że skorzy- sta z pierwszej danej przez los okazji, by uciec. Zamierzałem pójść w jego ślady. Jednak czułem, że nie bez żalu porzucę to wszystko, co hojność kapitana dała nam poznać, że z przykrością opuszczę „Nautilusa”! Bo w końcu czy należało nienawidzić tego człowie- ka, czy podziwiać go? Czy był on ofi arą, czy katem? A ponadto, szczerze powiedziawszy, zanim na zawsze się z nim pożegnam, to chciałem dopełnić tego rejsu dookoła podwodnego świata, który rozpoczął się w tak niezwykły sposób. Chciałem zobaczyć wszyst- kie cuda zebrane pod powierzchnią mórz kuli ziemskiej. Chciałem zobaczyć to, czego żaden człowiek jeszcze nie oglądał. Być może przypłacę życiem ów nienasycony głód wiedzy! Ale cóż zdołałem dotąd odkryć? Nic lub prawie nic. Przepłynęliśmy bowiem jedynie sześć tysięcy mil francuskich po wodach Pacyfi ku! Wiedziałem jednak, że „Nautilus” podpływa do zamieszkanych ziem. Gdyby pojawiła się najmniejsza choćby szansa ucieczki, to czy wolno by mi było poświęcić życie mych towarzyszy dla pasji odkrywania nieznanego? Trzeba będzie iść za nimi, a być może na- wet i poprowadzić ich. Jednak czy okazja ucieczki może nam się nadarzyć? Człowiek siłą pozbawiony wolności łaknie jej bardziej niż czegokolwiek innego. Jednak był we mnie także i naukowiec, człowiek ciekawy odkryć, który aż tak za tą wolnością nie tęsknił. Tamtego dnia, 21 stycznia 1868 roku, zastępca kapitana wyszedł dokonać pomiarów wysokości słońca nad horyzontem. Ja także wyszedłem na platformę, zapaliłem cygaro i przyglądałem się całej operacji. Wydawało mi się oczywiste, że człowiek ten nie rozumie francuskiego, kilka razy bowiem wypowiedziałem na głos pewne uwagi, które powinny go sprowokować do jakiejś reakcji, gdyby ro- zumiał, co mówię. On jednak pozostał milczący i niewzruszony. 7 Zastępca prowadził obserwacje za pomocą sekstantu, gdy tym- czasem na platformie pojawił się inny członek załogi „Nautilusa”, ów dziarski mężczyzna, który towarzyszył nam podczas pierwszej podwodnej wyprawy do wyspy Crespo. Podszedł do refl ektora i zaczął czyścić jego szybki. Przyjrzałem się więc, jak przyrząd ten zbudowano. Natężenie jego światła zwiększono stukrotnie dzięki pierścieniom soczewek umieszczonym tak jak w latarniach mor- skich, co pozwalało odpowiednio nakierowywać światło. Lampa elektryczna została ustawiona tak, by dało się wykorzystać całą jej świetlną moc. Jej światło powstawało w próżni i przez to było zarówno jednolite, ciągłe, jak i wyjątkowo intensywne. Próżnia ta pozwalała także zaoszczędzić na grafi towych biegunach, między którymi powstawał łuk świetlny. Dla kapitana Nemo oszczędność ta miała zasadnicze znaczenie, bo nie mógłby łatwo zdobyć grafi tu pod wodą. Jednak w tych okolicznościach zużywanie się ich było bardzo niewielkie. Zszedłem do salonu, gdyż „Nautilus” przygotowywał się do za- nurzenia. Klapy zamknięto. Obrano kierunek na zachód. Przepływaliśmy pod wodami Oceanu Indyjskiego, wielkiej płynnej równiny liczącej pięćset pięćdziesiąt milionów hektarów, którego wody są tak przezroczyste, że patrząc w głębiny dozna- je się zawrotów głowy. „Nautilus” płynął na głębokości od stu do dwustu metrów. Trwało to przez kilka dni. Ja jestem prawdziwym entuzjastą morza, jednak dla każdego, kto mniej lubi ten żywioł, podróż wydałaby się monotonna, godziny zaś ciągnęłyby się w nie- skończoność. Co do mnie jednak, to cały mój czas wypełniony był co do minuty. Dzień zaczynałem od ożywczego spaceru po platfor- mie, gdzie mogłem odetchnąć świeżym, oceanicznym powietrzem. Później przez szyby salonu oglądałem wspaniały spektakl, jaki roz- grywał się nieustannie w bogatych wodach. Następnie nadchodził czas lektury, a do swej dyspozycji miałem całą bibliotekę. Wreszcie spisywałem wspomnienia. Wszystko to zajmowało cały mój czas, więc nie czułem znużenia ani zniechęcenia. Cieszyliśmy się wspaniałym zdrowiem i samopoczuciem. Die- ta na statku bardzo nam odpowiadała i co do mnie, to doskonale obyłbym się bez dań mięsnych, które Ned Land chętnie kosztował, protestując przeciw potrawom postnym. Poza tym w otoczeniu o stałej temperaturze nie musieliśmy obawiać się nawet kataru. Zresztą ów koral Dendrophyllia, znany w Prowansji pod nazwą 8 „kopru morskiego”1, którego zapasy przechowywano na statku, mógłby stanowić doskonały, rozpływający się w ustach lek prze- ciwko kaszlowi. Przez kolejne dni mogliśmy podziwiać wielkie stada wodnych ptaków, płetwonogie, mewy większe i mniejsze. Kilka z nich zo- stało zręcznie ustrzelonych, a przygotowane w pewien sposób do- starczyły wcale niezłego mięsa. Wśród wspaniałych żaglowców2 pokonujących wielkie odległości i siadających na falach, by nieco odpocząć, zauważyłem dostojne albatrosy o krzykliwym głosie przypominającym ryk osła. Ptaki te należą do rodziny długoskrzy- dłych. Natomiast rodzinę wiosłonogich reprezentowały chyże fre- gaty, zręcznie łowiące ryby tuż spod powierzchni wody, oraz liczne faetony żółtodziobe. Widziałem wśród nich też faetony czerwono- sterne3, wielkości gołębia, o białych piórach z różowymi tonami podkreślającymi czerń skrzydeł. Z sieci „Nautilusa” wyciągano różne żółwie morskie z rodzaju Caretta. Widziałem wśród nich żółwie o wypukłej skorupie, która jest bardzo pożądanym towarem osiągającym wysokie ceny. Te gady nurkują z dużą łatwością i mogą przebywać pod wodą, zamy- kając mięsistą klapę przy zewnętrznym otworze kanału nosowego. Niektóre ze schwytanych żółwi spały jeszcze, gdy je wyciągano. Czuły się pewnie zabezpieczone przed atakami morskich stwo- rzeń. Mięso ich nie smakowało mi zbytnio, za to ich jaja uważam za wyśmienite. 1 Pod tą nazwą w Prowansji znana jest roślina, a nie zwierzę, o czym zresztą autor wspomina w dalszej części powieści. 2 Żaglowiec – tu: ptak potrafi ący pokonywać wielkie odległości. 3 Fregaty (Fregatidae) – rodzina dużych ptaków z rzędu pełnopłetwych; obejmuje gatunki oceaniczne zamieszkujące Wyspę Wniebowstąpienia, Wyspę Bożego Narodzenia, wschodnią część Oceanu Indyjskiego, Ga- lapagos, wschodni Pacyfi k oraz zachodnie wybrzeża Afryki i Wyspy Zielonego Przylądka; faeton żółtodzioby (Phaethon lepturus) – ptak z ro- dziny faetonowatych występujący w strefi e tropikalnej i subtropikalnej na całym świecie; długość ciała do 45 cm, rozpiętość skrzydeł do 100 cm; faeton czerwonosterny (Phaethon rubricauda) – średni ptak wodny z ro- dziny faetonowatych, zamieszkujący tropikalne i subtropikalne okolice zachodniej części Pacyfi ku, Oceanu Indyjskiego i Indonezji; upierzenie białe (w okresie godowym przybiera zabarwienie lekko różowe); w ogo- nie dojrzałych osobników dwa długie czerwone pióra (stąd nazwa ga- tunku); długość ciała do 45 cm, rozpiętość skrzydeł do 100 cm. 9 Co do ryb, to niezmiennie budziły nasz podziw, gdy oglądali- śmy je przez przeszklone ściany salonu, mogąc śledzić ich sekretne podmorskie życie. Mogłem również obserwować te gatunki, któ- rych nie dane mi było wcześniej poznać. Muszę tu zwłaszcza wspomnieć o kosterowatych żyjących w Mo- rzu Czerwonym, w morzach Indii oraz w tej części Oceanu Atlan- tyckiego, która obmywa równikowe wybrzeża Ameryki. Ryby te, podobnie jak żółwie, jeżowce, pancerniki i skorupiaki, chroni pan- cerz, który nie jest ani wapienny, ani kamienny, lecz kostny. Niekie- dy przybiera on formę trójkątnej bryły, czasem zaś czworokątnej. Wśród koster trójrogich zauważyłem osobniki mierzące pół decy- metra. Ich mięso jest zdrowe i smakuje wybornie. Przy ogonie są koloru brązowego, przy płetwach – żółtego. Bardzo chciałbym, aby sprowadzono je i zaaklimatyzowano w wodach słodkich. Wiadomo przecież, że niektóre ryby morskie z łatwością adaptują się do środo- wiska słodkowodnego. Chciałbym także wspomnieć tu o kosterach czterorogich, które mają na plecach cztery wielkie wypustki; o ko- sterach cętkowanych nakrapianych na brzuchu białymi plamkami, które dają się oswajać niczym ptaki; o kosterach rogatych posiada- jących kolce będące przedłużeniem kościstej skorupy, które wyda- ją charakterystyczny odgłos chrząkania, za sprawą czego nazwano je „świniami morskimi”; oraz o „dromaderach” o grubych garbach w formie stożka, o mięsie łykowatym i twardym jak podeszwa. Również Conseil sporządzał codziennie notatki. Wyczytałem z nich informacje o rybach z rodzaju kolcobrzuchów, typowych mieszkańcach tych mórz; o sferynkach trujących o czerwonym grzbiecie i białym podbrzuszu, które mają trzy charakterystyczne pasy przebiegające wzdłuż całego ciała, oraz o rybach elektrycz- nych długich na siedem cali, cechujących się wspaniałymi barwami. Conseil wypatrzył także okazy innych gatunków: ryby „jajowate” przypominające kształtem jajo ciemnobrązowego koloru, pokryte białymi pasami i pozbawione ogona; diodony, prawdziwe jeżozwie- rze tutejszych mórz, posiadające kolce i zdolne nadąć się tak, że wy- glądają jak kulka najeżona dzirytami; koniki morskie pływające we wszystkich oceanach świata oraz latające pegazy o wydłużonym pyszczku – mają one płetwy brzuszne bardzo szeroko rozłożone, przypominające skrzydła ptaków, dzięki nim ryby te mogą wyska- kiwać nad wodę i jeśli nie latać, to przynajmniej chwilę unosić się w powietrzu; „gołębie łopatkowate”, które mają na ogonie liczne 10 łuskowate pierścienie; makrognaty o długich szczękach, których dwudziestopięciocentymetrowe ciała, wspaniale ubarwione, skry- wają wybornie smakujące mięso; kalimory sine o chropowatych łbach; całe stada skoczków w czarne pasy, o długich płetwach pier- siowych, sunących po powierzchni wody z niesłychaną prędkością; wykwintne żaglice potrafi ące podnieść swe płetwy niczym żagle chwytające wiatr; wspaniałe kurty, które natura pomalowała na żółto, niebiesko, srebrno i złoto; wstęgorowate, których płetwy zbu- dowane są z cienkich, długich włókien; cytrynowożółte głowacze, które potrafi ą wydawać dziwne dźwięki; trygle, których wątrobę uważa się za truciznę; bodiany, które mają na ogonie kropkę przy- pominającą oko; i wreszcie strzelczyki o długim, rurkowatym ryj- ku, prawdziwe muchołówki oceanów, uzbrojone w strzelbę, jakiej nie wymyślił sam Chassepot ani Remington1, która zabija owady jedną tylko kropelką wystrzelonej wody. Rozpoznałem również kilka okazów ryb, które Lacépède zaliczył do osiemdziesiątego dziewiątego rodzaju, należącego do drugiej podgromady ościstych, charakteryzujących się nakrywką i błoną oskrzelową. Pływała tu mianowicie skorpena o najeżonej kolcami głowie i jednej tylko płetwie grzbietowej. W zależności od tego, do którego podrodzaju dany osobnik należy, ma on ciało pokryte bar- dzo drobną łuską albo pozbawiony łuski korpus. Z drugiego pod- rodzaju zauważyliśmy dydaktyle długie na trzydzieści do czter- dziestu centymetrów, o żółtych pasach i fantastycznych kształtach łbów. Pierwszy podrodzaj dostarcza tak ciekawych okazów, jak owe dziwne ryby słusznie chyba przezywane „morskimi ropuchami”2, o wielkich łbach, na których widać albo głębokie bruzdy, albo guz- ki. Ryby te najeżone są kolcami i usiane wypustkami, mają również na ciele nierówne i wstrętnie wyglądające rogi. Ich ciała i ogony po- kryte są stwardniałymi naroślami, a ich ukąszenia mogą okazać się groźne. Doprawdy, wstrętne, odpychające stworzenia. Między 21 a 23 stycznia „Nautilus” płynął z prędkością dwustu pięćdziesięciu mil francuskich na dobę, inaczej mówiąc: pięciuset 1 Antoine Alphonse Chassepot (1833-1905) – francuski wynalazca; w 1866 r. skonstruował karabin odtylcowy z nagwintowaną lufą i zamkiem igli- cowym; Eliphalet Remington (1793-1861) – amerykański przemysłowiec i wynalazca, założyciel koncernu zbrojeniowego. 2 Chodzi o rybę zwaną „kur diabeł”. 12 czterdziestu mil morskich czy też dwudziestu dwóch węzłów. Pły- nąc, mogliśmy podziwiać te wszystkie wspaniałe ryby dlatego, że zwabiło je elektryczne światło naszej łodzi. Skuszone nim, chciały towarzyszyć nam w podróży. Większość jednak szybko zostawała w tyle, niezdolna nas dogonić, i tylko niektórym udawało się roz- winąć przez dłuższy czas prędkość równą tej, z którą poruszał się „Nautilus”. Rankiem 24 stycznia minęliśmy koralową wyspę Keeling leżącą na 12° 5’ szerokości południowej oraz 94° 33’ długości. Rosną na niej wspaniałe palmy kokosowe. Po raz pierwszy zbadali ją Darwin oraz kapitan FitzRoy1. „Nautilus” podpłynął dość blisko brzegów tego niezamieszkanego skrawka lądu. Z zarzuconych sieci wycią- gnęliśmy mnóstwo rozmaitych polipów oraz szkarłupni, znaleź- liśmy także kilka interesujących skorupiaków z typu mięczaków. Skarbiec kapitana Nemo powiększył się o cenne okazy z rodzaju delfi nula. Ja dołożyłem rzadkiego gwiazdowca, gatunek polipa pa- sożyta często osiadającego na muszlach. Wkrótce wyspa Keeling znikła za horyzontem, a my skierowali- śmy się na północny zachód, w stronę cypla Półwyspu Indyjskiego. – Cywilizowany ląd – rzekł do mnie tamtego dnia Ned Land. – Lepszy niż te wyspy Papui, na których mieszka więcej dzikusów niż saren! A na hinduskiej ziemi, panie profesorze, są i drogi, i linie kolejowe, i angielskie miasta, i francuskie, i hinduskie. Nie ujdzie- my pięciu mil, a spotkamy któregoś z naszych krajanów. Ech! Czyż nie nadszedł czas, by podziękować kapitanowi Nemo za gościnę? – Nie, Nedzie, nie – odrzekłem zdecydowanym tonem. – Pozwól- my nieść się prądom, jak to mówią marynarze. „Nautilus” zbliża się do ziem zamieszkanych, płynie w stronę Europy, a więc niech to tam nas dowiezie. Poczekajmy. Wpłyńmy na europejskie morza i tam zobaczymy, co nakazuje roztropność. Poza tym nie wydaje mi się, by kapitan Nemo pozwolił nam polować na Wybrzeżu Mala- barskim czy Koromandelskim2. To nie są lasy Nowej Gwinei. 1 Robert FitzRoy (1805-1865) – ofi cer marynarki brytyjskiej, hydrograf i meteorolog; kapitan statku „Beagle”, na którym Darwin odbył podróż badawczą. 2 Wybrzeże Malabarskie – część południowo-zachodniego wybrzeża Indii nad Morzem Arabskim, od Goa do przylądka Komoryn; Wybrzeże Koromandel- skie – szeroka nizina na Półwyspie Indyjskim nad Zatoką Bengalską. 13 – Ależ panie profesorze! Czy nie możemy obejść się bez jego pozwolenia? Nic nie odrzekłem Kanadyjczykowi. Nie chciałem wdawać się z nim w dyskusję, w głębi serca chciałem bowiem do końca wyko- rzystać szansę, którą dostałem od losu. Chciałem odbyć pełny rejs na „Nautilusie”. Za wyspą Keeling płynęliśmy znacznie wolniej. Trasa stała się bardziej kapryśna, a nieraz zapuszczaliśmy się na znaczne głębo- kości. Wielokrotnie korzystaliśmy ze sterów głębokościowych, któ- re można było ustawiać ukośnie do linii wodnej. Zanurzaliśmy się więc na dwa, nawet trzy kilometry, jednak ani razu nie zeszliśmy jeszcze na samo dno indyjskich mórz. Wiedziałem przecież, że na- wet sondy osiągające trzynaście tysięcy metrów nie dotarły do dna. Temperatura w dolnych warstwach utrzymywała się niezmiennie na tym samym poziomie czterech stopni powyżej zera1. Zaobser- wowałem tylko, że w wyższych warstwach woda była zawsze zim- niejsza na płyciznach niż na pełnym morzu. Dnia 25 stycznia ocean był całkowicie pusty. „Nautilus” spę- dził cały dzień na powierzchni, swą potężną śrubą rozbijając wodę i wyrzucając ją wysoko w górę. Jak w takich okolicznościach nie pomylić łodzi z gigantycznym waleniem? Trzy czwarte tego dnia przesiedziałem na platformie. Patrzyłem w morze. Na horyzoncie nie pojawiało się nic. Dopiero o godzinie czwartej dostrzegłem da- lekomorski parowiec sunący szybko na zachód, kursem przeciw- nym do naszego. Przez moment widziałem nawet jego maszty, oni jednak nie mogli nas widzieć, „Nautilus” nie był bowiem wystar- czająco wynurzony. Pomyślałem sobie, że ów parowiec musi nale- żeć do Linii Żeglugowej Indii Wschodnich, zapewniającej łączność między wyspą Cejlon a Sydney, zatrzymując się w Zatoce Króla Je- rzego2 i w Melbourne. Około godziny piątej, po szybkim zmierzchu, który łączy dzień z nocą w szerokościach tropikalnych, Conseil i ja mogliśmy podzi- wiać wspaniałe widowisko. Istnieje pewne niezwykłe zwierzę, którego spotkanie wró- ży wszelką pomyślność. Tak przynajmniej sądzili starożytni. 1 Nowsze badania wykazały, że temperatura wody może spaść do 1° C. 2 Zatoka Króla Jerzego (King George Sound) – u Verne’a: Cypel Króla Jerze- go; zatoka, nad którą leży miasto Albany. 14
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Dwadzieścia tysięcy mil podmorskiej żeglugi. Tom II
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: