Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00241 004488 14685597 na godz. na dobę w sumie
Dzieci TV - ebook/pdf
Dzieci TV - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 116
Wydawca: Biblioteka Analiz Sp. z o.o. Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-61154-89-1 Rok wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Wszyscy jesteśmy dziećmi telewizji. Wszyscy po cichu marzymy o tym, by nasze życie było jak w telewizji. Bo telewizja nie boli. Życie w telewizji jest pozbawione zmysłów. Oglądasz i przestajesz myśleć. Oglądasz i przestajesz cokolwiek czuć. Oglądasz i żyjesz, i nic nie musisz robić. Nic cię nie czeka. Tak wygląda Eden. I tak wygląda rzeczywistość, którą stworzyłem dziewczynkom. Taki im nakręciłem film i one wiedzą, że muszą grać swoje role jak najlepiej. Muszą się po prostu wczuwać i nie czuć nic. I wtedy samo się robi. Naturalnie. I takie jest życie.
(fragment książki)

W XXI wieku telewizja stała się nowym bogiem ludzkości. To przez jej pryzmat patrzymy na świat i poznajemy życie. Telewizja oducza samodzielnego myślenia i zamyka ludzi w pewnym schemacie, tworzy swego rodzaju terrarium, w którym czujemy się bezpieczni. Niewolnicy telewizji - wyzuci z uczuć i głębszych emocji, zapatrzeni w szklany ekran, zatracają swoje ludzkie właściwości. Dzieci TV stają się jak bezmyślne maszyny, którymi z łatwością można manipulować.

Zbiór opowiadań Andrzeja Te pokazuje świat jako grę, w którą musimy grać. Bez względu na wynik, wszyscy jesteśmy przegrani. To się nie stanie - to już się dzieje.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Dzieci TV Andrzej Te Jirafa Roja Warszawa 2011 © Copyright by Andrzej Te, 2011 © Copyright by Jirafa Roja, 2011 Redakcja: Korekta: Łamanie: Projekt okładki: Druk i oprawa: tatsu@tatsu.pl Hanna Kukwa Hanna Kukwa Tatsu Andrzej Te Fabryka Druku Sp. z o.o. www.fabrykadruku.com.pl ISBN 978-83-61154-89-1 www.jirafaroja.pl Wydanie I Warszawa 2011 Spis treści Bem Bergow Ani E 7 Bezplan 25 Dzieci TV — Suicie 35 Dzieci TV (kryzys) 47 Gówno. Prawda. (Że w niebie siedzą za niewinność) 57 Nawet gołębie popełniają samobójstwo 75 Nowa rzeczywistość Iksa Igreka 89 Sen dorosłości 105 I Bem Bergow Ani E Jednego sobie razu — la-la-la! — wychodzę na przechadzkę. Podążam parkiem… w jednej ręce smycz, na smyczy psiak, Mój mały i kochany Rudolf. W drugiej ręce panna, Moja prawie po- łowica. Tak oto idziemy, a pora jest jesienna, złota polska pora roku, kolorowe liście fru-fru, zwierzątka wspólne biegi i zaba- wa hał-hał z miał-miał, wietrzyk nosi liście na ramionach szu- uuuuuu! Nic a nic nie zakłóca harmonii (no, może Iwcia trochę gada za dużo, ale to drobiazg, bo Ją kocham) la-la-la… Aż tu nagle! — zbliżamy się do mostu, pod mostem czar- ny tunel, słońce również czernieje, chmury burzowe, noc jakby idzie — ciemno. Szuuuuuuu! — znowu wiatr. W takim razie Ja: jak uważasz, pytam Rudolfa, wchodzić, nie wchodzić, sam właściwie nie wiem, bo… tam przecież jest tak CZAR-NO, chwytam się za głowę! Słysząc te słowa i najwyraźniej pojmując ich sens i znacze- nie, a co więcej, widząc wyraz zbolałej Mojej twarzy w chwili, gdy podkreślam groźny wyraz CZAR-NO, pies zaczyna skom- leć, dreszcze jadą po nim jak TIRy po szosie, a w końcowej 7 fazie lęku Mój mały Rednołz gryzie się w ogon i gania w kół- ko, robi kółka, jak wąż czasu. To coś ZNACZY — ten lęk + ta CZERŃ. Zaraz patrzę na drugiego Mego towarzysza — kobietę; ona nic, dalej swoje gadu-gadu: pantofelki, torebki, kurtecz- ka, spodenki, śniadanko, obiadek, albo nie (!), dieta, odchu- dzanie, sukces, kariera, pieniążki, ble-ble-ble. Widzę, że nie mogę liczyć na ich radę, decyzję, cokolwiek (!), postanawiam: jestem dużym chłopcem, w duchy już nie wierzę, mam Iwonkę i zwierzaka do obrony, więc, śmiało!, idę w tunel. Wtem! Dochodzi Mnie odgłos. Odgłos… Jakiś od-głos. Dziwny ten od-głos, zauważa Iwona, faktyczne dziwny, rzucam jej odpo- wiedź i kucam, i drapię Rudolfa w ucho — słuchamy wszyscy: od-głos-od-głos, rytm pęta się po głowie. Jakby… Ktoś Coś klepie, Czymś klepie (?), w Coś klepie (?), pociera może… a może! Nie bądźmy babami, mówię podnosząc w górę czaszkę, idziemy i szkoda w ogóle dalej o tym myśleć. Jednak ruszamy z wolna, czaimy, myślimy dużo, spieszy- my powoli. W końcu jesteśmy. Pod mostem, tuż-tuż, parę centymetrów, tunel, czyli strach, czyli CZERŃ. Ostrożnie. Zaglądamy, patrzymy, oczy przyzwyczajamy do egipskich ciemności, uszy wsłuchane (od-głos-od-głos, jakby ktoś, siebie, sam, sobie!) a pies wącha, powieki spuszcza wą- ch-wąch; Ja mu pokazuję palcem, żeby tylko nie zaszczekał: ćśśśjicho Rud, malutki; mądry jest, rozumie. Wreszcie! — z oswojonej CZER-NI wyłania się kreska, jedna, druga, trzecia, cienie, kontur, grubsza krecha, wypeł- nienie, kształt, w końcu cała (tajemna) Postać. Ojejku!, dyskretnie piszczy Iwonka, on przecież robi To, To robi, on robi, a zaraz szepcze Mi do ucha, że: a fuj!, i oszczę- dza swoim złotym oczom plugawego widoku. 8 Otóż! — ten, co pod mostem, w rozkroku, w kucki, z por- tkami przy kostkach, a kurtką pod brodę podwiniętą i tak trzymaną, znaczy, on, ta postać, ten mężczyzna, sam, siebie, macha ręką, z samym sobą, on, grrrrrrrr!, ktoś warczy, to ten człowiek jeszcze warczy (?), sam ze sobą i do tego warczy (?) — a nie, widzę — to jednak Rudolf. Fuj. Nawet pies nie może znieść niecodziennego widoku, po- dobnie jak Iwonka, robi dwa kroki w tył i kończy z nieczystą obserwacją. Za to Ja! Ja oczu nie mogę oderwać od tego machania, od tej czyn- ności, która niby zwykła, od której każdy chłopiec/mężczyzna zaczyna, a jak raz zacznie, to powtarza, z przerwami, lecz za- wsze, w końcu, do tego wraca — czysta NATURA. Mimo to, napatrzyć się nie mogę, takie to we mnie wzbudza zaintere- sowanie, jakiś dziwny, już aNORMALNY pociąg. Bo czemu nie w domu?! Dlaczego ten człowiek musi zaspokajać się pod mostem, w miejscu publicznym, a nie u siebie, w łazience, pod prysznicem, w pokoju, pod kocem? Wielki ZNAK nad tym stawiam, nad sytuacją i nad głównym jej bohaterem: ?…hmm, i widzę to, i głęboko myślę nad. Trzaaaask! — gałązka, słyszę, pęka; słyszy to również Po- stać, sztywnieje, nieruchomieje, teraz to jego strach napada, łapie za gardło, dusi, tłamsi, wielkie oczy odrywają się od własnego cielska i — spostrzegają Mnie… a Ja nie wiem co mam… boże… za to on wie co, podciąga spodnie, zapina się i zwiewa aż się liście za nim niosą, krzycząc wstydem: ku!, ka!, chu!, jeb!, dziw! Zbliżam się do miejsca zbrodni. Na czarnym żwirze bie- li się… tuż obok prostokąt kartki, równie biały, podnoszę ją 9 i sprawdzam: aaacha, myślę w duchu chowając wizytówkę w kieszeń spodni. Płyną minuty, godziny, dni, czyli może razem… Tydzień później Wizytówka nie daje Mi spokoju. Myślę o niej, a przez nią o jej właścicielu, a przez właściciela o zajściu z parku: jak on mógł, kto to taki, czy go szukać, czy go znaleźć?! Myślę o tym tak intensywnie, iż tracę najbliższego Mego towarzysza… bied- ny, mały, słodki Rudolf ginie w tragicznych okolicznościach. Jedyne pocieszenie, jakie mam w śmierci najlepszego przy- jaciela człowieka to takie, że psiak umarł jak przystało na prawdziwego mężczyznę — wykończył go większy i silniej- szy od niego zły sąsiad, któremu Rud przez przypadek posta- wił śmierdziela w piwnicy, a tamten wszedł w to, poślizgnął, przewrócił i rękę złamał — łamaga, cieć zafajdany, morderca! (szczęśliwie sprawa znajduje finał w sądzie… już tam sąsiada obrońcy zwierząt, ha-ha… damy radę!, sądzę). Na deser — porzuciła Mnie też kobieta, mówiąc: ty taki i owaki, o czym myślisz, ciągle myślisz, po co myślisz, zamiast robić, działać, kasa, sukces, hit sezonu, modny/niemodny, ko- cham/kochałam, sory i jeszcze więcej ble-ble, ale to puściłem między uszy, drzwi otworzyłem i Iwonkę grzecznie wypuści- łem… taka mać, mości księżniczka burgunda! Więc! — zostaję Sam, Sobie, Samemu, ze Sobą, hmm, jak tamten, myślę o gościu z tunelu, a mimowolny uśmiech wykluwa się na twarzy. I wówczas! Naraz! Mam PLAN, wypluwam zacierając ręce, dobry plan, naj- lepszy jak na teraz… 10 4-8-7-3-2-1-8-9 — sygnał — wolny — dzwonię, czekam, nikt nie podnosi słuchawki, zerkam na zegarek: 21a z hakiem, no tak, czyli trochę późno, myślę odkładając słuchawkę. Na wi- zytówce mam też podany adres budynku, w którym pracuje Postać, czyli sz.p. Majkel Dejwid Suzan. Jutro myślę udać się tam i wyłożyć kawę na ławę, prosto z mostu spytać: Panie, ale czemu? Czemu pod mostem? Czemu akurat wtedy, kie- dy szedłem Ja, Rudi i Iwcia? Czemu na spacerze, kiedy po- goda piękna, pachną kwiatki, szumią liście, rodziny z dzieć- mi i dzieci z zabawkami? A najważniejsze, to: dlaczego Ja się tym tak przejąłem, czemu Mną to tak owładnęło i nie chce dać spokoju? — tajemna siła? Może człowiek spod mostu to hipnotyzer, może czarodziej, a może Moje życie to bajka w ta- kim razie? Nieważne — on wszystko Mi powie. Kładę się do łóżka i natychmiast zasypiam myśląc o jut rze. Stoję pod ambasadą przy kiosku. Wszystko, czego zdążyłem się dowiedzieć to to, że Majlkel jest pracownikiem ambasady obcego państwa, lecz na pewno ambasadorem nie jest. Portier powiedział Mi, że to jedna z osób pracujących nad jakimś ni- by-tajnym-niby-nietajnym projektem, który Unia Europejska przygotowuje właśnie z myślą o Polsce. Podobno chodzi o coś z wykupem gruntów, walką o ziemię, przejmowaniem małych rodzimych przedsiębiorców przez wielkich monopolistów za- granicznych i temu podobne bzdury, którymi częstują portierzy z pochodzenia chłopi w zamian za pięć dych. To wszystko nie ma dla Mnie znaczenia. Liczy się tylko to, bym mógł dostać się do pana Suzan i zadać mu pytania, które Sobie wczoraj przy- gotowałem. Rozmowa musi być jednak w cztery oczy, a z tym może być ciężko. Mój cel kończy robotę około godziny 17ej, cze- kam więc do tego czasu na przystanku autobusowym, z którego mam doskonały widok na główną bramę ambasady. 17:00 — punkt. Widzę go, zdaje się, to musi być on, jest ide- alnie punktualny, z czego wnoszę, że jest perfekcjonistą i nie 11 ma żadnej rzeczy, której by nie robił bez wyraźnej przyczyny. Jest to informacja bardzo dla Mnie istotna, gdyż wiem teraz na 100 , że zdarzenie spod mostu nie było dziełem przypadku, o nie!-nie!, w żadnym razie; to, co się stało, było zamierzone i przygotowane w najdrobniejszych szczegółach, jak zresztą każdy element życia tego oto człowieka i zapewne też to, że to akurat Ja byłem tym, który znalazł jego wizytówkę! Mężczyzna koło 35u, opalony, sprężysty, wysportowa- ny, z czarną skórą teczki pod pachą i rękami w kieszeniach spodni (nie wspominając już o nowym, eleganckim garnitu- rze, wyraźnie modnym — a jakże!) przekracza bramę z ko- mórką w ręce. Chwilę później wiem już, że wzywał taksówkę. Zapisuję numery wozu, które później sprawdzę. Przekupując taksiarza dowiem się, gdzie udał się Majkel, a że najprawdo- podobniej udał się do domu, będę od razu znał miejsce jego zamieszkania, czego nie znalazłem na wizytówce. Wówczas — kulturalnie — porozmawiam z nim prywatnie, bez skrę- powania, na jego własnym terenie. Dwa dni później. Jak postanowiłem, tak zrobiłem. Mam adres w głowie i właśnie stoję na eMskiej wpatrzony w okna mieszkania na 2im piętrze. Ulica dzieląca Mnie od niego jest szeroka i zatłoczona. Czekam na przejściu dla pieszych — zapala się światło zielone, a Ja pojawiam się już pod ka- mienicą i patrzę na numerki w domofonie; nie ma nazwisk. Z Moich obliczeń wynika (choć bardziej strzelam w ciemno!), że on mieszka pod 6ką — naciskam przycisk dzyń-dzyń: ta- aaag?, dźwięczy gruby, męski głos z obcym akcentem (jjjjj- jes! — trafiłem), kto dam? To Ja, mówię, chciałbym z panem porozmawiać, mam bardzo pilną sprawę, musimy porozma- wiać. A kim ban jezd? Wtedy Ja wyciągam asa z rękawa i rzu- cam nim w głośnik: przysyła Mnie ministerstwo (kłamstew- ko drobne, ale konieczne!) chodzi o poprawki w projekcie, mam tu przesyłkę dla pana, polecono Mi przekazać, iż od 12
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Dzieci TV
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: