Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00240 005197 12609970 na godz. na dobę w sumie
Dzieci kapitana Granta. Część 2. Australia - ebook/pdf
Dzieci kapitana Granta. Część 2. Australia - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: Jamakasz Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-65753-05-2 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> dla dzieci i młodzieży >> młodzieżowe
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Następnie przyszła kolej na Australię. Podczas pokonywania pustyni banda zbiegłych złoczyńców stara się pokrzyżować plany lorda Glenarvana. Dowodzeni przez Ayrtona, byłego bosmana na statku kapitana Granta, chcą owładnąć jachtem i wydaje się, że im się to udało, skoro ten nagle zniknął.

Seria wydawnicza Wydawnictwa JAMAKASZ „Biblioteka Andrzeja” zawiera obecnie ponad 30 powieści Juliusza Verne’a i każdym miesiącem się rozrasta. Publikowane są w niej tłumaczenia utworów dotąd niewydanych, bądź takich, których przekład pochodzący z XIX lub XX wieku był niekompletny. Powoli wprowadzane są także utwory należące do kanonu twórczości wielkiego Francuza. Wszystkie wydania są nowymi tłumaczeniami i zostały wzbogacone o komplet ilustracji pochodzących z XIX-wiecznych wydań francuskich oraz o mnóstwo przypisów. Patronem serii jest Polskie Towarzystwo Juliusza Verne’a.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Okładka Strona tytułowa Juliusz Verne Dzieci kapitana Granta Podróż dookoła świata Część druga Australia Przełożył i przypisami opatrzył Andrzej Zydorczak Strona redakcyjna Czterdziesta publikacja elektroniczna wydawnictwa JAMAKASZ Tytuł oryginału francuskiego: Les Enfants du capitaine Grant. Voyage autour du Monde. L’Australie © Copyright for the Polish translation by Andrzej Zydorczak, 2017 55 ilustracji, w tym 4 kolorowe i 1 mapka: Édouard Riou (zaczerpnięte z XIX-wiecznego wydania francuskiego) Redakcja: Marzena Kwietniewska-Talarczyk Skład: Andrzej Zydorczak Konwersja do formatów cyfrowych: Mateusz Nizianty Patron serii „Biblioteka Andrzeja”: Polskie Towarzystwo Juliusza Verne’a  Wydanie I  © Wydawca: JAMAKASZ Ruda Śląska 2017 ISBN 978-83-65753-03-8 (całość) ISBN 978-83-65753-05-2 (część druga) Rozdział I Powrót na statek Pierwsze chwile upłynęły na radości ze spotkania. Lord Glenarvan pragnął, aby niepowodzenie wypra- wy nie mąciło entuzjazmu, jaki wywołał ich powrót u przyjaciół, dlatego powitał ich słowami: – Ufności, moi drodzy, ufności! Kapitana Granta nie ma jeszcze z nami, ale jesteśmy pewni, że go od- najdziemy. Takie zapewnienie było bardzo potrzebne, by podtrzymać nadzieję pasażerek „Duncana”. Istotnie, w czasie kiedy szalupa wracała na statek, lady Helena i Mary Grant przeżywały męki oczekiwa- nia. Z wysokości rufówki próbowały policzyć osoby powracające na jacht. Chwilami Mary traciła nadzieję, by wkrótce na nowo ją odzyskać, wydawało się jej bowiem, że widzi Harry’ego Granta. Jej serce biło gwał- townie. Nie potrafiła nic powiedzieć i ledwo trzymała się na nogach. Lady Helena objęła ją ramionami. John Mangles, stojąc obok Mary, w milczeniu obserwował powracającą łódź. Swoim marynarskim wzrokiem, zdolnym do rozróżniania odległych przedmiotów, nie dostrzegł kapitana. – On tam jest! Mój drogi ojciec przypływa! – szeptała dziewczyna. W miarę jednak zbliżania się szalupy złudzenie pierzchało. Gdy podróżnicy znajdowali się już w odle- głości stu sążni od burty statku, nie tylko lady Helena i John Mangles, ale nawet sama Mary, zalana łzami, straciła wszelką nadzieję. Lord Glenarvan przybył więc w samą porę i wypowiedział te bardzo pokrzepiające słowa. Po pierwszych powitaniach lady Helena, Mary Grant i John Mangles zostali poinformowani o najważ- niejszych zdarzeniach, jakie spotkały wyprawę, ale Glenarvan przedstawił im przede wszystkim nową in- terpretację dokumentu, którą zawdzięczano bystrości Jacques’a Paganela. Chwalił także Roberta, z czego ~ 6 ~ Mary słusznie mogła być dumna. Jego odwaga i poświęcenie, niebezpieczeństwa, na jakie bywał narażony – wszystko to Glenarvan dokładnie uwypuklił i zażenowany chłopiec nie wiedział, gdzie się ukryć, lecz na szczęście znalazł schronienie w ramionach siostry. – Nie masz się czego wstydzić, Robercie – rzekł John Mangles. – Postępowałeś, jak przystoi synowi ka- To mówiąc, wyciągnął ramiona do brata Mary i ucałował go w oba policzki, jeszcze wilgotne od łez pitana Granta! dziewczyny. Nie wspominamy tu o uznaniu, z jakim spotkali się major i zacny geograf, a także o tym, jak został uho- norowany wspaniałomyślny Thalcave. Lady Helena bardzo żałowała, że nie mogła uścisnąć dłoni odważnego Indianina. MacNabbs zaraz po przywitaniu wymknął się do swej kajuty, by pewną i spokojną ręką ogolić sobie brodę. Jeśli chodzi o Paganela, to wprost fruwał jak pszczoła od jednej osoby do drugiej, zbierając nektar uśmiechów i pochwał. Chciał uściskać całą załogę „Duncana”, a uważając, że zarówno lady Helena jak i Mary Grant także stanowią jej cząstkę, zaczął rozdawanie uścisków od nich, a skończył na panu Olbinetcie. Steward sądził, że w rewanżu za taką uprzejmość zrobi najlepiej, gdy ogłosi, że podano śniadanie. – Śniadanie? – zawołał Paganel. – Tak, panie Paganel – odpowiedział Olbinett. – Prawdziwe śniadanie, na prawdziwym stole, z nakryciem i serwetami? – Oczywiście, panie Paganel. – I nie będziemy jedli ani charqui, ani jaj na twardo, ani polędwicy ze strusia? – Och, panie Paganel! – obruszył się ochmistrz, urażony nieco w swej godności. – Nie chciałem cię obrazić, mój przyjacielu – powiedział z uśmiechem uczony – ale widzisz, przez cały miesiąc mieliśmy taki zwyczaj, że nie jedliśmy posiłków, siedząc przy stole, ale leżąc na ziemi lub usadowieni okrakiem na drzewach. Nie dziw się więc, że zapowiedziane przez ciebie śniadanie mogło mi się wydawać jakimś snem, fikcją czy urojeniem! – Chodźmy zatem, panie Paganel, przekonać się o jego prawdziwości – powiedziała lady Helena, zaled- wie powstrzymując się od śmiechu. – Służę ramieniem – odparł szarmancki geograf. – Czy Wasza Dostojność nie wyda rozkazów co do trasy „Duncana”? – zapytał John Mangles. – Po śniadaniu, mój drogi Johnie – odpowiedział Glenarvan – przedyskutujemy w najbliższym gronie program naszej nowej wyprawy. Wszyscy pasażerowie jachtu i młody kapitan zeszli do jadalni. Wydano rozkaz mechanikowi, aby utrzy- mywał ciśnienie pary i na pierwszy sygnał był gotowy do wyruszenia w drogę. Świeżo ogolony major oraz podróżnicy, dokonawszy szybko toalety, zajęli miejsca przy stole. Śniadanie przygotowane przez Olbinetta było prawdziwym świętem dla podniebienia. Uznano je za do- skonałe, a nawet lepsze od wystawnych uczt, spożywanych czasami w pampie. Paganel po dwa razy powracał do każdego półmiska i czynił to – jak mówił – tylko przez „roztargnienie”. To nieopatrzne słowo spowodowało, że lady Helena zapragnęła się dowiedzieć, czy miły Francuz czasa- mi nie popełniał swego zwykłego grzechu. Major i lord Glenarvan spojrzeli na siebie i się uśmiechnęli. Tym- czasem Paganel wybuchnął szczerym śmiechem i dał „słowo honoru”, że nie uczyni już nic w roztargnieniu podczas całej podróży. Następnie w bardzo zabawny sposób opowiedział o swoich niepowodzeniach, a także o głębokich studiach nad dziełem Camõesa. – Mimo to jednak – dodał, kończąc opowieść – nieszczęście na coś się przydaje i nie żałuję swej pomyłki. – A to dlaczego, mój zacny przyjacielu? – zapytał major. – Ponieważ poznałem nie tylko język hiszpański, ale także portugalski. Teraz mówię dwoma językami zamiast jednym! szczere gratulacje! – Na honor, zupełnie o tym nie pomyślałem – odparł major. – Moje gratulacje, panie Paganel, moje Oklaskiwano Paganela, który w tym czasie ciągle coś przegryzał. Jadł i rozmawiał jednocześnie, lecz nie zwrócił nawet uwagi na to, co nie uszło spostrzegawczości lorda Glenarvana: John Mangles otaczał wzglę- dami siedzącą obok niego młodziutką Mary Grant. Lady Helena lekkim ruchem głowy dała znak swemu mężowi, że to było „to”! Glenarvan z czułą sympatią patrzył na dwoje młodych ludzi i począł zagadywać Johna Manglesa… ale na zupełnie inny temat. – Jakże minęła podróż, Johnie? – zapytał. ~ 7 ~ – W jak najlepszych warunkach – odparł kapitan – muszę tylko powiedzieć Waszej Dostojności, że nie wracaliśmy przez Cieśninę Magellana. – Dobre sobie! – zawołał Paganel. – Więc opłynęliście przylądek Horn, a mnie tam nie było! – Niech się pan zatem powiesi! – odezwał się major. – Egoista! Daje mi pan taką radę, bo chce pan mieć sznur, na którym się powieszę! – odpalił geograf. – Posłuchaj, drogi panie Paganel – powiedział Glenarvan. – Istoty ludzkie nie są wyposażone w dar wszechobecności, który pozwala być wszędzie. Skoro przemierzał pan równiny Pampy, nie mógł pan w tym samym czasie opływać przylądka Horn. – To mnie nie powstrzymuje, by tego żałować – odrzekł uczony. Ponieważ nikt nie zamierzał dalej dyskutować na ten temat, stwierdzenie Paganela nie doczekało się odpowiedzi. Wówczas ponownie zabrał głos John Mangles i dalej opowiadał o podróży jachtem. Płynąc wzdłuż ame- rykańskich wybrzeży, pilnie obserwował zachodnie archipelagi, lecz nie napotkał na żaden ślad „Britannii”. Dotarłszy do przylądka Pillar, położonego u  wejścia do Cieśniny Magellana, i  natrafiwszy na przeciwne wiatry, skierował się dalej na południe. „Duncan”, płynąc wzdłuż Isle Desolation, dotarł do sześćdziesiątego siódmego stopnia szerokości południowej, opłynął przylądek Horn, minął Ziemię Ognistą, a przebywszy Cieśninę Le Maire’a, trzymał się już wybrzeży Patagonii. Tu, na wysokości przylądka Corrientes, musiał się zmagać ze straszliwym wiatrem, tym samym zresztą, który z taką siłą natarł na podróżników w czasie burzy. Na szczęście jednak jacht wyszedł cało z tych opresji i od trzech dni John Mangles pływał wzdłuż wybrzeża, trzymając się od niego z daleka, gdy strzały karabinowe zasygnalizowały mu przybycie tak niecierpliwie oczekiwanych podróżników. Jeśli chodzi o lady Glenarvan i Mary Grant, kapitan „Duncana” byłby niespra- wiedliwy, gdyby nie uznał ich niezwykłej odwagi. Nie przestraszyły się sztormu, a jeżeli czasem objawiały lęk, to tylko o swoich przyjaciół, którzy przemierzali wówczas równiny Republiki Argentyńskiej. Tak zakończyło się opowiadanie Johna Manglesa. Za swoje działania otrzymał gratulacje od lorda Gle- narvana, który następnie, zwracając się do Mary Grant, powiedział: – Droga panno Mary, widzę, że kapitan John składa hołd pani wielkim zaletom, i cieszę się, sądząc, że dobrze się pani czuje na pokładzie jego statku! – Czy mogłoby być inaczej? – odpowiedziała Mary, spoglądając na lady Helenę i być może także na młodego kapitana. – Och! Moja siostra bardzo cię lubi, panie John – zawołał Robert – a ja także cię kocham! – Ja ci odpłacam tym samym, moje dziecko – odrzekł John Mangles, nieco zbity z tropu słowami Rober- ta, które wywołały lekki rumieniec na policzkach Mary Grant. Następnie, chcąc zwrócić rozmowę na inny temat, John Mangles dodał: – Ponieważ skończyłem opowiadanie o podróży „Duncana”, może Wasza Dostojność raczyłby z kolei podzielić się z nami szczegółami wyprawy przez Amerykę i opisać nam czyny młodego bohatera? Żadne opowiadanie nie mogło być przyjemniejsze dla lady Heleny i miss Grant. Lord Glenarvan nie zwlekał, aby zaspokoić ich ciekawość. Opisał, zdarzenie po zdarzeniu, całą podróż od jednego oceanu do drugiego: przejście przez łańcuch Kordylierów, trzęsienie ziemi, zniknięcie Roberta, porwanie go przez kon- dora, zręczny strzał Thalcave’a, spotkanie z czerwonymi wilkami, odwagę i poświęcenie małego chłopca, rozmowę z sierżantem Manuelem, powódź, schronienie się na ombu, uderzenie pioruna, pożar, napaść kaj- manów, trąbę powietrzną, noc na wybrzeżu Atlantyku, różne szczegóły zabawne i straszne, które wywoływa- ły wesołość lub budziły trwogę wśród słuchaczy. W czasie opowiadania, kiedy zdarzenia dotyczyły Roberta, chłopiec był obsypywany pieszczotami przez lady Helenę i swoją siostrę. Nigdy to dziecko nie było tak ści- skane, i to w dodatku przez tak zachwycone osoby. Kończąc opowiadanie, lord Glenarvan dodał: – Teraz, kochani przyjaciele, wypada pomyśleć o teraźniejszości. Przeszłość już odeszła, lecz przyszłość należy do nas. Powróćmy do sprawy kapitana Harry’ego Granta. Śniadanie dobiegło końca. Biesiadnicy przeszli do saloniku lady Glenarvan, gdzie zasiedli wokół stolika zarzuconego mapami i planami, i natychmiast rozpoczęli rozmowę. – Moja droga Heleno – rzekł lord Glenarvan – wchodząc na pokład jachtu, powiedziałem wam, że cho- ciaż nie ma z nami rozbitków z „Britannii”, to bardziej niż kiedykolwiek mamy nadzieję na ich odnalezienie. Nasze przejście przez terytorium Ameryki dało nam przekonanie, powiem więcej: pewność, że do katastrofy nie doszło ani na wybrzeżach Oceanu Spokojnego, ani na wybrzeżach Oceanu Atlantyckiego. Wynika stąd naturalny wniosek, że interpretacja treści dokumentu była nieprawidłowa, jeśli chodzi o Patagonię. Na szczę- ~ 8 ~ ście nasz przyjaciel Paganel, oświetlony nagłą myślą, odkrył tę pomyłkę. Udowodnił, że szliśmy fałszywym tropem i zinterpretował rękopis w sposób, który nie pozostawia w naszych umysłach żadnych wątpliwości. Mowa tu o dokumencie napisanym w języku francuskim i proszę teraz pana Paganela o wytłumaczenie go raz jeszcze, aby wszyscy się przekonali. Uczony, wywołany do przedstawienia sprawy, zaczął natychmiast mówić. Rozprawiał w bardzo prze- konywujący sposób o słowach gonie i indi; ze słowa austral ładnie wywiódł słowo Australia; udowodnił, że kapitan Grant, opuszczając wybrzeża Peru, by powrócić do Europy, mógł na uszkodzonym statku zo- stać zaciągnięty przez prądy panujące na południowym Pacyfiku aż na wybrzeża australijskie; wreszcie jego pomysłowe hipotezy, jego misterne wywody uzyskały całkowitą aprobatę samego Johna Manglesa, bardzo wymagającego sędziego w tej materii, który bardzo rzadko schodził na drogę fantazji. Gdy Paganel zakończył swoje rozważania, lord Glenarvan oznajmił, że „Duncan” natychmiast popłynie Tymczasem major, zanim jeszcze wydano rozkaz obrania kursu na wschód, poprosił, by mu pozwolono do Australii. zrobić pewną uwagę. ~ 9 ~ – Mów, majorze – powiedział Glenarvan. – Moim celem nie jest absolutnie podawać w wątpliwość rozumowanie mego przyjaciela Paganela – mó- wił major – a jeszcze mniej mu zaprzeczać. Uważam je za poważne i mądre, godne naszej uwagi, mogące być podstawą naszych przyszłych poszukiwań. Życzyłbym sobie jednak, żeby zostało jeszcze poddane ostatecz- nej weryfikacji, tak by jego wartość była bezsprzeczna i nie do podważenia. Nikt nie potrafił zrozumieć, do czego zmierza ostrożny MacNabbs, i wszyscy słuchali go z pewnym niepokojem. – Mów dalej, majorze – rzekł Paganel. – Gotów jestem odpowiedzieć na wszystkie twoje pytania. – To bardzo proste – odparł major. – Kiedy przed pięcioma miesiącami w zatoce Clyde badaliśmy trzy dokumenty, zdawało się nam, że zrozumieliśmy je dokładnie i że miejscem rozbicia mogło być tylko zachod- nie wybrzeże Patagonii. Nie mieliśmy w tym względzie nawet cienia wątpliwości. – Bardzo słuszna uwaga – rzekł Glenarvan. – Później – mówił dalej major – gdy Paganel wskutek opatrznościowego roztargnienia znalazł się na po- kładzie naszego statku, pokazaliśmy mu dokumenty i zgodził się z nami, że należy prowadzić poszukiwania na wybrzeżu amerykańskim. – Przyznaję to – odpowiedział geograf. – A jednak pomyliliśmy się – dodał major. – Myliliśmy się – powtórzył Paganel – ale mylić się jest rzeczą ludzką, MacNabbs, podczas gdy niero- zumny jest ten, kto upiera się przy swojej pomyłce. – Poczekaj, Paganel, nie denerwuj się – odrzekł major. – Absolutnie nie nalegam na to, żeby dalej pro- wadzić poszukiwania w Ameryce. – Czego więc żądasz? – zapytał Glenarvan. – Jedynie przyznania, tylko przyznania, że teraz Australia wydaje się nam tak oczywistym miejscem katastrofy „Britannii”, jak niedawno wydawała się Ameryka. – Chętnie to przyznajemy – powiedział Paganel. – Przyjmuję do wiadomości – odparł major – i skorzystam z tego, by zobowiązać pańską wybujałą wy- obraźnię, aby zbytnio nie ufała tym następującym po sobie „oczywistościom”, często sprzecznym. Kto wie, czy po Australii inny kraj nie ofiaruje nam takiej samej pewności, czy po nowych bezskutecznych poszuki- waniach znów nie wyda nam się „oczywiste”, że będziemy zmuszeni podjąć je gdzie indziej? Glenarvan i Paganel spojrzeli po sobie, uderzyła ich bowiem słuszność uwag majora. – Pragnę więc – mówił dalej MacNabbs – aby jeszcze raz dobrze się zastanowić, zanim popłyniemy do Austra- lii. Mamy przed sobą dokumenty i mapy. Zbadajmy kolejno wszystkie punkty, przez które przechodzi trzydziesty siódmy równoleżnik i zobaczmy, czy nie natrafimy na inne miejsce, które mogło zostać wskazane w dokumencie. – To bardzo łatwe, i nie potrwa długo – odpowiedział Paganel – ponieważ na szczęście pod tą szeroko- ścią geograficzną znajdziemy niewiele krajów. – Zobaczmy – powiedział major, rozwijając angielską planisferę, sporządzoną według rzutu Merkatora1, na której jednym spojrzeniem można było objąć całość kuli ziemskiej. Mapę rozłożono na stoliku przed lady Heleną, a pozostali usadowili się wokół niej w taki sposób, aby dokładnie śledzić to, co pokazywał Paganel. – Otóż, jak wam już mówiłem – tłumaczył geograf – po przejściu przez Amerykę Południową trzy- dziesty siódmy stopień szerokości geograficznej przecina dalej wyspy Tristan da Cunha. Sądzę, że ani jedno słowo dokumentu nie może się odnosić do tych wysp. Skrupulatnie zbadano dokumenty i uznano, że Paganel ma rację. Jednogłośnie odrzucono ten archipelag. – Idźmy dalej – mówił geograf. – Opuszczając Atlantyk, przechodzimy dwa stopnie poniżej Przylądka Dobrej Nadziei i zagłębiamy się w Ocean Indyjski. Na naszej drodze znajduje się tylko jedna grupa wysp, a jest nią grupa Wysp Amsterdamskich. Poddajmy ją takiemu samemu egzaminowi, jak wyspy Tristan da Cunha. Po uważnym badaniu odrzucono z kolei Wyspy Amsterdamskie. Żadne całe słowo albo jego fragment, zawarte w niemieckim, angielskim i francuskim rękopisie, nie nawiązywało do nazwy tej grupy wysp poło- żonej na Oceanie Indyjskim. – Teraz przybywamy do Australii – kontynuował Paganel. – Trzydziesty siódmy równoleżnik spotyka się z tym kontynentem u Przylądka Bernoulliego2 i opuszcza go w zatoce Twofold3. Zgodzicie się zapewne ze mną – wcale nie naciągając tekstów – że angielski wyraz stra i francuski wyraz austral mogą się odnosić do Australii. Sprawa jest dość oczywista, ale nie upieram się przy niej kategorycznie. Wszyscy obecni zaaprobowali stwierdzenie Paganela. Ta hipoteza łączyła w sobie wszystkie prawdopo- dobieństwa, co przemawiało na jej korzyść. – Idźmy dalej – nalegał major. – A więc idźmy – odparł Paganel. – Podróż jest łatwa. Wyszedłszy z zatoki Twofold, przebywamy cie- śninę ciągnącą się na wschód od Australii i dochodzimy do Nowej Zelandii. Tu wypada mi przypomnieć, że 1 Planisfera – mapa świata w rzucie płaskim, przedstawiająca obie półkule Ziemi; Merkator (Mercator, właściwie Gerhard Kramer, 1512-1594) – flamandzki matematyk i geograf, główny przedstawiciel flamandzkiej szkoły kartograficznej, twórca nowoczesnej karto- grafii; opracował tzw. odwzorowanie Merkatora; w roku 1569 wydał wielką mapę świata w tym odwzorowaniu. 2 Daniel Bernoulli (1700-1782) – u J. Verne’a: Bernouilli, zgodnie z pisownią stosowaną do końca XIX wieku; szwajcarski matematyk i fizyk, twórca podwalin mechaniki statystycznej; zajmował się także rachunkiem prawdopodobieństwa i równaniami różniczkowymi; podał równanie ruchu stacjonarnego cieczy idealnej (równanie Bernoulliego); nazwę temu przylądkowi nadał 3 kwietnia 1802 roku kapitan Nicholas Baudin; od roku 1850 nosi nazwę Cape Jaffa (przylądek Jaffa), nadaną mu przez kapitana Matthew Flindersa. 3 Zatoka Twofold (Zatoka Dwóch Zatok) – zatoka nazywana na współczesnych mapach zatoką Towamba. ~ 10 ~ wyraz contin z dokumentu francuskiego niezbicie wskazuje na „kontynent”. Kapitan Grant nie mógł znaleźć schronienia na Nowej Zelandii, która jest tylko wyspą. Jakkolwiek by było, to badajcie, porównujcie, rozbie- rajcie wyrazy i przekonajcie się, czy mogą mieć coś wspólnego z tym nowym krajem. – W żaden sposób – odpowiedział John Mangles po drobiazgowym przeanalizowaniu dokumentów i planisfery. dzić o Nową Zelandię. – Nie – oświadczyli wszyscy słuchacze Paganela, łącznie z majorem – nie, tu absolutnie nie może cho- – Teraz – podjął na nowo geograf – na ogromnej przestrzeni dzielącej tę wielką wyspę od wybrzeży ame- rykańskich trzydziesty siódmy równoleżnik przechodzi tylko przez jedną wysepkę, pustą i nieurodzajną… – Która nazywa się…? – spytał major. – Niech pan spojrzy na mapę. To Wyspa Marii Teresy, której żadnego śladu nie znajduję w tych trzech dokumentach. – Żadnego – potwierdził Glenarvan. – Wam zatem, moi przyjaciele, pozostawiam decyzję, czy te wszystkie przypuszczenia – żeby nie powie- dzieć pewniki – nie przemawiają na korzyść kontynentu australijskiego. – Oczywiście – odpowiedzieli jednogłośnie pasażerowie i kapitan „Duncana”. – Johnie – powiedział wówczas lord Glenarvan, zwracając się do kapitana – czy masz wystarczające zapasy węgla i żywności? – Mam, Wasza Dostojność. Zaopatrzyłem się dostatecznie w Talcahuano. Zresztą, bardzo łatwo będzie- my mogli odnowić zapasy węgla i żywności w Kapsztadzie4. – A więc w drogę, niech pan wyda rozkazy! – Jeszcze jedna uwaga – odezwał się major, przerywając kuzynowi. – Słuchamy cię, majorze MacNabbs. – Jakkolwiek Australia wydaje się gwarantować nam sukces, czy nie byłoby dobrze zatrzymać się dzień lub dwa przy wyspach Tristan da Cunha i Wyspach Amsterdamskich? Leżą na naszej trasie i nie potrzebu- jemy zupełnie zbaczać z drogi. Dowiedzielibyśmy się wówczas, czy nie pozostały na nich jakieś ślady kata- strofy „Britannii”. – Ależ z pana niedowiarek, majorze! – zawołał Paganel. – Ciągle to samo! – Idzie mi o to, żebyśmy nie musieli wracać po własnych śladach, jeśli przypadkiem Australia zawiedzie oczekiwania, które w nas rozbudziła. – Taka przezorność wydaje mi się bardzo uzasadniona – rzekł Glenarvan. – Ja nie będę tym, który będzie ją odradzał – zadeklarował Paganel. – Wprost przeciwnie. – A zatem, Johnie – powiedział Glenarvan – weź kurs na wyspy Tristan da Cunha. – Natychmiast, Wasza Dostojność – odpowiedział kapitan i wybiegł na mostek kapitański, aby wydać rozkazy. W tym czasie Robert i Mary Grant gorącymi słowami dziękowali lordowi Glenarvanowi. Wkrótce „Duncan” oddalił się od amerykańskiego wybrzeża i kierując się na wschód, rozcinał swoją wąską dziobnicą5 fale Oceanu Atlantyckiego. 4 Kapsztad (ang. Cape Town) – stolica Prowincji Przylądkowej w Republice Południowej Afryki, leżąca na północ od Przylądka Do- brej Nadziei. 5 Dziobnica – element konstrukcyjny statku łączący jego obie burty, będący przedłużeniem stępki i części dziobowej; stewa przednia. ~ 11 ~ Rozdział II Tristan da Cunha Gdyby jacht trzymał się ściśle linii równika, to sto dziewięćdziesiąt sześć stopni dzielących Australię od Ameryki, albo dokładniej mówiąc Przylądek Bernoulliego od przylądka Corrientes, równałoby się jedenastu tysiącom siedmiuset sześćdziesięciu milom morskim6. Jednak na trzydziestym siódmym równoleżniku te sto dziewięćdziesiąt sześć stopni, z powodu kształtu globu, stanowi tylko dziewięć tysięcy czterysta osiem- dziesiąt mil morskich. Od wybrzeża amerykańskiego do Tristan da Cunha jest dwa tysiące sto mil morskich. John Mangles spodziewał się przebyć tę odległość w dziesięć dni, jeżeli wschodnie wiatry nie będą opóźniały jachtu. Otóż kapitan mógł być bardzo zadowolony, ponieważ pod wieczór wiatr znacznie zelżał, a następnie zmienił się na zachodni, i „Duncan” mógł na względnie spokojnym morzu pokazać wszystkie swoje zalety. Pasażerowie na statku natychmiast powrócili do swoich przyzwyczajeń. Wyglądało to tak, jakby wcale nie opuszczali pokładu, a nie przez miesiąc byli na nim nieobecni. Przed ich oczami, po wodach Oceanu Spokojnego, rozciągały się wody Atlantyku, czego wcale nie dostrzegano, bo poza pewnymi niuansami, wszystkie fale są do siebie podobne. Żywioły, tak straszliwie wcześniej doświadczywszy podróżników, teraz łączyły swoje wysiłki, aby ich wspierać. Ocean był spokojny, wiatr wiał w dobrym kierunku, a wszystkie żagle, wydęte przez zachodnią bryzę, przychodziły z pomocą niezmordowanej parze nagromadzonej w kotłach. Szybka podróż przebiegała bez żadnych zdarzeń czy incydentów. Z ufnością wyczekiwano australijskie- go wybrzeża. Prawdopodobieństwa zamieniały się w pewniki! Rozmawiano o kapitanie Grancie, jak gdyby jacht płynął pewnie do portu, z którego miał go zabrać. Na statku nawet przygotowano dla niego kajutę, a dla jego towarzyszy dwie koje. Mary Grant własną ręką przystroiła przyszłe pomieszczenie ojca, odstąpione przez pana Olbinetta, który przeniósł się do kajuty swej żony. Kajuta kapitana Granta sąsiadowała ze słynną kajutą numer sześć, którą obecnie zajmował Paganel, a zamówił ją był sobie na pokładzie okrętu „Scotia”. Uczony geograf prawie cały czas siedział w niej zamknięty. Od rana do wieczora pracował nad dziełem, które miało nosić tytuł Nadzwyczajne przeżycia pewnego geografa na argentyńskich pampasach. Słyszano, jak poruszonym głosem wypowiadał eleganckie okresy7 przed zapisaniem ich na białych stronicach swego notesu. Niejednokrotnie wzywał w uniesieniu boską Kaliope, opiekunkę wielkich utworów epickich, sprze- niewierzając się Klio8, muzie historii. Zresztą Paganel wcale się z tym nie krył. Niewinne córy Apollina chętnie opuszczały dla niego szczyty Parnasu lub Helikonu9. Z tego powodu lady Helena składała mu szczere gratulacje. Także major winszował mu tych mitologicznych wizyt. – Tylko przede wszystkim – dodawał zawsze – wystrzegaj się, kochany panie Paganel, swego roztargnie- nia, a jeśli przypadkiem przyjdzie ci ochota uczyć się języka australijskiego, nie bierz się do tego za pomocą chińskiej gramatyki! Tak toczyły się wydarzenia na pokładzie „Duncana”. Lord i lady Glenarvan z zadowoleniem patrzyli na uczucie łączące Johna Manglesa i Mary Grant. Nie mieli powodów, aby czynić im jakiekolwiek zarzuty, skoro John wcale o tym nie wspominał, uznali więc, że nie ma potrzeby zwracać na nich uwagi. – Co pomyśli kapitan Grant? – powiedział pewnego dnia Glenarvan do lady Heleny. – Pomyśli, że Mangles jest godny jego córki, mój drogi Edwardzie, i wcale się nie pomyli. Tymczasem statek szybko zmierzał ku swemu celowi. Po pięciu dniach od opuszczenia przylądka Cor- rientes, szesnastego listopada, zaczęły wiać bardzo przyjazne, silne wiatry zachodnie, te same, które wspie- rają statki zamierzające opłynąć afrykański cypel, przeciwstawiające się regularnym wiatrom wiejącym z południowego wschodu. „Duncan” okrył się żaglami i z wielką szybkością pędził lewym baksztagiem, 6 Milom morskim – u J. Verne’a: milom geograficznym; ponieważ mila geograficzna wynosi na równiku 1/15 stopnia (7,4216 km), zatem 196 stopni dawałoby 2940 mil geograficznych. 7 Okres – tu: okres retoryczny, rozbudowane zdanie złożone z celowo uporządkowanych i zhierarchizowanych członów, tworzących zamknięty układ znaczeniowy i intonacyjny o wyraziście zaznaczonym początku oraz zakończeniu. 8 Kaliope – w mitologii greckiej muza poezji (zwłaszcza epickiej), filozofii i retoryki, przedstawiana z tabliczką i rylcem; Klio – w mi- tologii greckiej muza historii, przedstawiana ze zwojem papirusu. 9 Apollin (Apollo) – syn Zeusa i Latony, bliźni brat Artemidy, bóg słońca, światła, mądrości, patron poezji, muzyki, sztuk i nauk, prze- wodnik muz; Parnas – pasmo górskie w środkowej Grecji, uważane przez starożytnych za jedną z siedzib Apollina i muz; Helikon – góra w Beocji (kraina historyczna w Grecji); według mitologii greckiej siedziba Apollina i muz. ~ 12 ~ rozwinąwszy fok, gaflowy bezan, marsel, bramsel, lizle10, topsle i sztaksle. Jego śruba zaledwie wgryzała się w uciekające wody, które rozcinał dziobnicą. Wydawało się, jakby ścigał się w regatach żeglarskich z jachtami Royal Thames Yacht Club. Nazajutrz ukazał się ocean pokryty olbrzymimi trawami morskimi, podobny do rozległego stawu za- rośniętego wodną roślinnością. Można by powiedzieć, że to jedno z owych mórz pokrytych gronorostami11 oraz wszelkimi szczątkami drzew i roślin wydartych pobliskim lądom. Komendant Maury12 specjalnie zwra- cał na nie uwagę żeglarzom. „Duncan” zdawał się ślizgać po wielkiej łące, którą Paganel przyrównywał do pampasów. Wodorosty opóźniały nieco bieg jachtu. Dobę później, o wschodzie słońca, rozległ się głos marynarza siedzącego w bocianim gnieździe13. – Ziemia! – W którym kierunku? – spytał Tom Austin, który pełnił wachtę. – Po zawietrznej – odpowiedział marynarz. Taki okrzyk zawsze budzi emocje, więc pomost natychmiast się zaludnił. Wkrótce z rufówki wysunęła się luneta, za którą ukazał się Jacques Paganel. Uczony nastawił swój instrument we wskazanym kierunku i nie zobaczył nic, co przypominałoby mu ląd. – Niech pan spojrzy w chmury – powiedział do niego John Mangles. – Rzeczywiście – odparł Paganel – widzę coś, jakby jakiś zarysowujący się niewyraźnie szczyt. – To Tristan da Cunha – stwierdził kapitan. – Jeśli mam dobrą pamięć – powiedział uczony – musimy być jeszcze osiemdziesiąt mil morskich od wyspy, ponieważ szczyt Tristan da Cunha14, wysoki na siedem tysięcy stóp, jest widoczny z tego miejsca. – Tak właśnie jest – odpowiedział kapitan John. Kilka godzin później na horyzoncie ukazała się bardzo wyraźnie grupa wysokich wysp o stromych brze- gach. Stożkowaty, ostry wierzchołek najwyższej góry odcinał się ciemną plamą na jaśniejącym tle nieba, ubarwionego promieniami wschodzącego słońca. Wkrótce z całej skalistej masy wyodrębniła się główna wyspa ze swym trójkątnym wierzchołkiem pochylonym na północny wschód. 10 Lizel (żagiel wytykowy) – dodatkowy żagiel, rozwijany przy pełnych wiatrach obok żagli rejowych. 11 Gronorosty (morzypła, sargasy, Sargassum) – rodzaj brunatnic występujących w ciepłych morzach; około 250 gatunków zróżnico- wanych morfologicznie glonów o długości ponad 1 m, z pęcherzami pławnymi; występują bardzo liczne w Morzu Sargassowym. 12 Matthew Fontaine Maury (1806-1873) – amerykański oficer marynarki, astronom, historyk, oceanograf, meteorolog i kartograf; uznawany za ojca współczesnej oceanografii i meteorologii morskiej; w latach 1843-1847 opracował pierwsze mapy Oceanu Atlantyc- kiego przeznaczone dla żaglowców, które pozwoliły znacznie skrócić czas potrzebny na pokonanie oceanu; miał wielki wkład w skata- logowanie i naniesienie na mapy wiatrów i prądów morskich oraz stworzenie optymalnych szlaków żeglugi. 13 Bocianie gniazdo – platforma lub kosz umieszczony w górnej części najwyższego masztu (zwykle grotmasztu); na dawnych statkach pełniło funkcję pozycji obserwacyjnej. 14 Szczyt Tristan da Cunha – chodzi o Queen Mary’s Peak, o wysokości 2062 m (6770 stóp). ~ 13 ~ Tristan da Cunha leży na 37° 8’ szerokości południowej i 10° 44’ długości zachodniej15, licząc od po- łudnika Greenwich. Położona osiemnaście mil morskich na południowy zachód wyspa Inaccessible16 oraz leżąca od niej dziesięć mil na południowy wschód wyspa Nightingale17 uzupełniają mały archipelag, osamot- niony w tej części Atlantyku18. Około południa pokazały się dwa charakterystyczne punkty służące żegla- rzom za punkty rozpoznawcze: w narożniku wyspy Inaccessible skała, która bardzo przypomina statek pod żaglami, a przy północnym cyplu wyspy Nightingale dwie małe wysepki i mały zrujnowany fort. O trzeciej po południu „Duncan” wpływał do zatoki Falmouth19, którą cypel Help osłania przed wiatrami z zachodu. W zatoce stało na kotwicy kilka statków wielorybniczych zajmujących się połowem fok i innych zwie- rząt morskich, występujących w niezmiernych ilościach na tych wybrzeżach. John Mangles zajął się wyszukaniem dobrego kotwicowiska, ponieważ nieznane redy są bardzo niebez- pieczne z powodu gwałtownych uderzeń północno-zachodnich i północnych wiatrów. Dokładnie w tym miejscu angielski bryg20 „Julia” zatonął z całą załogą i ładunkiem. „Duncan” zbliżył się na odległość pół mili morskiej od brzegu i zakotwiczył dwadzieścia sążni nad ska- listym dnem, wszyscy zaś pasażerowie i pasażerki wsiedli do dużej szalupy i wkrótce stanęli na drobnym, czarnym piasku, powstałym z prawie wyczuwalnych, wypalonych szczątków skał budujących wyspę. Stolicą całej grupy wysp Tristan da Cunha jest mała osada leżąca w głębi zatoki, nad głośno szumiącym strumieniem21. Podróżni znaleźli tam z pięćdziesiąt porządnych, czystych domków, ustawionych z ową geo- metryczną regularnością, która wydaje się ostatnio modna w angielskiej architekturze. Za tym miniaturo- wym miastem rozciąga się tysiąc pięćset hektarów równin, ograniczonych przez olbrzymi nasyp zbudowany z lawy. Powyżej wznosi się na siedem tysięcy stóp w przestworza potężny, stożkowaty wierzchołek góry. Glenarvan został przyjęty przez gubernatora22, który podlega władzom angielskiej Kolonii Przylądko- wej23. Natychmiast zaczął go wypytywać o Harry’ego Granta i „Britannię”. Nazwisko kapitana i nazwa statku nic gubernatorowi nie mówiły. Wyspy Tristan da Cunha leżą poza szlakami komunikacyjnymi i rzadko by- wają odwiedzane przez statki. Od sławnej katastrofy statku „Blendon Hall”, który rozbił się w roku 1821 na skałach wyspy Inaccessible miały tam miejsce jeszcze dwa podobne wypadki: na wybrzeżu głównej wyspy w roku 1845 rozbił się statek „Primauguet”, a w 1857 amerykański trójmasztowiec „Philadelphia”. Statystyka katastrof morskich tych wysp ogranicza się do owych trzech przypadków. Glenarvan nie spodziewał się, że znajdzie tu dokładniejsze informacje, i jeśli wypytywał gubernatora, to jedynie po to, aby nie mieć sobie nic do zarzucenia. Wysłał nawet parę łodzi, żeby opłynęły wyspę, której obwód wynosi maksymalnie siedemnaście mil. Jednak Londyn czy Paryż nie mogłyby z nią konkurować, gdyż wyspa była od nich trzykrotnie większa. Podczas gdy łodzie prowadziły rekonesans, pasażerowie „Duncana” spacerowali po osadzie i okolicy. Populacja Tristan da Cunha liczy nie więcej jak stu pięćdziesięciu mieszkańców. Są to Anglicy i Amerykanie ożenieni z Murzynkami i Hotentotkami24 z Kolonii Przylądkowej, nieustępującymi nikomu pod względem brzydoty. Dzieci zrodzone z tych mieszanych małżeństw wykazują bardzo odstręczającą mieszaninę saksoń- skiej sztywności i afrykańskiej czarności25. Podróżni radzi, że czują ziemię pod nogami, przedłużyli przechadzkę po wybrzeżu, będącym przedłu- żeniem wielkiej, uprawnej równiny, która istnieje tylko w tej części wyspy. Wszędzie indziej brzeg tworzą urwiste, jałowe falezy26, na których żyją tysiącami jedynie nierozgarnięte pingwiny i albatrosy. Obejrzawszy skały pochodzenia wulkanicznego, zwiedzający wrócili na równinę. Z różnych stron spły- wały, szemrząc, liczne wartkie strumienie, zasilane wodą z zalegających na stożku wiecznych śniegów. Krajo- Inaccessible (ang.) – dosłownie: niedostępna. 15 Tristan da Cunha leży właściwie na 37° 6’ 44” S i 12° 16’ 56” W. 16 17 Nightingale (ang.) – dosłownie: słowik. 18 Do tego archipelagu należą jeszcze dwie małe wysepki: Stoltenhoff i Middle Island, położone na północ od wyspy Nightingale. 19 Zatoka Falmouth – zatoka położona na północno-wschodnim krańcu wyspy. 20 Bryg – dwumasztowy żaglowiec z żaglami rejowymi, używany w XVII-XIX wieku. 21 Stolica nazywa się Edinburgh of the Seven Seas, czyli Edynburg Siedmiu Mórz. 22 W tym czasie gubernatorem był Peter Green. 23 Kolonia Przylądkowa – brytyjska kolonia w południowej Afryce, istniejąca z przerwą w latach 1806-1910. 24 Hotentoci (nazwa własna Khoi-Khoin) – lud afrykański zamieszkujący południowe i środkowe obszary RPA; liczący około 110 tys. osób, spokrewniony z Buszmenami; w języku holenderskim nazwa ta znaczy „jąkała”. 25 Opinia ta, charakterystyczna dla XIX-wiecznej mentalności, wydaje się wyjątkowo rasistowska, biorąc pod uwagę humanistyczne i wolnościowe poglądy J. Verne’a. 26 Faleza – stromy urwisty brzeg, zwłaszcza morski. ~ 14 ~ braz tych okolic rozweselały zielone krzewy, na których było tyle wróbli, ile kwiatów. Na zielonym pastwisku rosły okazy jedynego gatunku drzewa Phylica arborea27, wysokiego na dwadzieścia stóp, oraz tusseh – ol- brzymie rośliny trzcinowate o drzewiastych łodygach. Nieliczną, ale bogatą florę tworzyły: płożące aceny o kolczastych owocach, przysadziste lomarie o splątanych włóknach, bardzo żywotne sutherlandie, komosy piżmowe28, których balsamiczne zapachy napełniały bryzę przenikliwą wonią, mchy, dzikie selery i paprocie. Można było uważać, że wieczna wiosna wywierała błogi wpływ na tę uprzywilejowaną wyspę. Paganel ze zwykłym sobie zapałem utrzymywał, że to właśnie tutaj jest owa sławna Ogygia opiewana przez Fénelona29. Proponował też lady Glenarvan, żeby poszukać groty, gdzie zajęłaby miejsce nadobnej Kalipso, a dla siebie zażądał jedynie, by mógł być „jedną z nimf, które jej służyły”. Tak gawędząc i podziwiając naturę, podróżni o zmroku powrócili na pokład. W okolicach osady pasły się stada wołów i baranów. Prawie do samych granic osady ciągnęły się pola obsiane zbożem, kukurydzą i roślinami warzywnymi, sprowadzonymi tutaj zaledwie przed czterdziestu laty. W chwili gdy lord Glenarvan i jego towarzysze wracali na pokład, do burty statku przybiły szalupy, które w ciągu kilku godzin opłynęły całą wyspę. Marynarze na całej przebytej przestrzeni nie natrafili na żadne ślady „Britannii”. Wyprawa przyniosła taki wynik, że można było ostatecznie wykreślić te wyspy z programu poszuki- wań. „Duncan” mógł więc spokojnie opuścić grupę afrykańskich wysp i płynąć dalej na wschód. Nie wyruszył jednak tego dnia wieczorem, bo Glenarvan dał załodze pozwolenie na polowanie na żyjące tu w niezliczo- nych ilościach fokowate30, zwane cielętami, lwami, niedźwiedziami i słoniami morskimi, które zapełnia- ją wybrzeża zatoki Falmouth. Dawniej w wodach otaczających wyspę chętnie przebywały także wieloryby biskajskie południowe31, lecz ponieważ były nagminnie ścigane przez wielorybników i zabijane harpuna- mi, pozostała ich znikoma ilość. Inaczej rzecz się miała ze zwierzętami wodno-ziemnymi, które żyły tutaj w licznych stadach. Załoga statku postanowiła polować na nie przez całą noc, a następny dzień poświęcić na zrobienie znacznych zapasów oleju. Z tego właśnie powodu wypłynięcie „Duncana” przełożono na pojutrze, to jest na dzień dwudziestego listopada. Przy kolacji Paganel przekazał nieco szczegółów o wyspach Tristan da Cunha, które bardzo zaintere- sowały słuchaczy. Dowiedzieli się, że ta grupa wysp, odkryta w roku 1506 przez Portugalczyka Tristana da Cunhę, jednego z towarzyszy Albuquerque’a32, przez ponad wiek pozostała niezbadana. Wyspy te nie bez racji były uważane za siedlisko burz i cieszyły się równie złą sławą jak Bermudy. Z tego powodu rzadko podpływano w ich pobliże i nigdy żaden statek nie przybijał dobrowolnie do ich wybrzeży, chyba że został zagnany w te strony przez szalejące na Atlantyku huragany. W roku 1697 zawinęły tu trzy statki Holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej i określone zo- stały współrzędne geograficzne wysp, poczynione zaś wówczas obliczenia sprawdził w roku 1700 wielki astronom Halley33. Od roku 1712 do 1767 z wyspami zapoznało się kilku żeglarzy francuskich, przede 27 Phylica arborea – krzew lub niewielkie drzewo (do 7 m) z rodziny szakłakowatych, o wąskich jak igły zielonych liściach, rosnące na wyspach Tristan da Cunha, Gough i wyspie Amsterdam. 28 Lomaria (Lomaria) – gatunek z rodziny paprotkowatych; acena (acena sina, acena magellańska, Acaena magellanica) – niska roślina o płożących się pędach, tworząca zwartą darń, występująca w południowych rejonach Ameryki Południowej i na pobliskich wyspach Atlantyku; sutherlandia (Sutherlandia frutescens, Lessertia frutescens) – niewielka roślina o wysokości 0,5 do 1 m, z rodziny bobowatych, o czerwonych kwiatach i dużych, pęcherzowatych owocach, rosnąca w Afryce Południowej; wykorzystywana w medycynie i kwia- ciarstwie; komosa piżmowa (herbata jezuicka, Chenopodium ambrosioides) – gatunek rośliny jednorocznej z rodziny komosowatych; pochodzi z Meksyku; cała roślina wydziela cytrynowy zapach. 29 Ogygia – według mitologii greckiej wyspa na dalekim zachodzie, w pobliżu Słupów Herkulesa, na której mieszkała nimfa Kalipso; na tej wyspie 7 lat (niektóre źródła mówią nawet o dziesięciu) spędził Odyseusz podczas swej podróży powrotnej z Troi do Itaki; François Fénelon (właściwie François de Salignac de la Mothe, 1651-1715) – francuski teolog, poeta i pisarz, autor dzieła Przygody Telemacha; jest także autorem Doskonałości chrześcijanina i Maksym świętych. 30 Fokowate (foki, Phocidae) – dawniej do tej rodziny zaliczano także zwierzęta z rodziny uchatkowatych i morsowatych, tworząc jakby teraźniejszą nadrodzinę płetwonogich. 31 Wieloryb biskajski południowy (Eubalaena australis) – gatunek ssaka z rzędu waleni występujący między 30 a 50 stopniem szerokości geograficznej południowej; mierzy do 18 m i waży do 90 ton; jest podobny do innych wielorybów tego rodzaju; jego głowa stanowi jedną trzecią długości całego ciała; zwierzęta te były masowo zabijane przez wielorybników; obecnie ich populacja wynosi 7 tys. sztuk i rośnie. 32 Tristan da Cunha (port. Tristão da Cunha, ok. 1460-ok. 1540) – portugalski żeglarz, admirał; w 1506 roku został dowódcą flotylli 15 statków, które wysłano dla zbadania wschodnich wybrzeży Afryki; Afonso de Albuquerque (1453-1515) – portugalski żeglarz, odkrywca i zdobywca, wicekról Indii; uczestniczył w portugalskich próbach dotarcia do Indii; zginął na morzu w pobliżu Goa. 33 Edmond Halley (1656-1742) – angielski astronom, profesor uniwersytetu w Oksfordzie, członek Towarzystwa Królewskiego w Lon- dynie; określił odległość Słońca od Ziemi, opracował pierwsze mapy deklinacji magnetycznej, obliczył orbity komet, odkrył kometarne ~ 15 ~ wszystkim La Pérouse34, którego wcześniejsze wskazówki zaprowadziły w te okolice podczas jego sławnej podróży w roku 1785. Wyspy, do tej pory tak rzadko odwiedzane, pozostały niezamieszkane aż do roku 1811, kiedy Jonathan Lambert, Amerykanin, podjął próbę ich kolonizacji. Razem z dwoma towarzyszami wylądował tam w stycz- niu i z odwagą zaczął stawiać czoło trudnemu życiu osadników. Angielski gubernator Przylądka Dobrej Nadziei, dowiedziawszy się, że dobrze prosperują, ofiarował im protektorat Anglii, który Jonathan Lambert zaakceptował i zatknął na swej chacie flagę Wielkiej Brytanii. Wydawało się, że powinien spokojnie panować nad swoim „ludem” złożonym z jednego starego Włocha i jednego portugalskiego Mulata35, ale pewnego dnia, badając wybrzeża swego imperium, utonął, lub został utopiony – niewiele wiemy na ten temat. Tym- czasem nadszedł rok 1816. Napoleon I36 został uwięziony na Wyspie Świętej Heleny, a Anglia, dla zapew- nienia sobie lepszej jego ochrony, osadziła jeden garnizon na Wyspie Wniebowstąpienia, a drugi na Tristan da Cunha37. Garnizon składał się z kompanii artylerii z Kolonii Przylądkowej oraz oddziału Hotentotów i pozostał tam aż do roku 1821, to znaczy do śmierci więźnia z Wyspy Świętej Heleny. – Pozostał tylko jeden Europejczyk – dodał Paganel – jeden kapral, Szkot… – Ach, Szkot! – zawołał major, którego zawsze szczególnie interesowały dzieje rodaków. – Nazywał się William Glass – odparł Paganel – i pozostał na wyspie ze swoją żoną i dwoma Hotento- tami. Wkrótce do tego Szkota przyłączyli się dwaj Anglicy: jeden był marynarzem, a drugi rybakiem znad Tamizy, byłym dragonem armii argentyńskiej38. W końcu, w roku 1821, schronienie na wyspie Tristan da Cunha znalazł jeden z rozbitków ze statku „Blendon Hall” wraz z żoną. Tak więc w roku 1821 wyspa liczyła sześciu mężczyzn i dwie kobiety. W roku 1829 było już na niej siedmiu mężczyzn, sześć kobiet i czternaścio- ro dzieci, w 1835 liczba ludności wzrosła do czterdziestu, a teraz jest już trzykrotnie większa. – Tak zaczynają powstawać narody – zauważył Glenarvan. – Aby uzupełnić historię Tristan da Cunha, dodam jeszcze – mówił dalej Paganel – że ta wyspa przypo- mina mi wyspę Robinsonów, bo jeżeli na wyspie Juan Fernandez byli kolejno porzuceni dwaj marynarze, to na Tristan da Cunha o mało nie pozostawiono dwóch uczonych. Otóż w roku 1793 jeden z moich rodaków, przyrodnik Aubert du Petit-Thouars39, uniesiony porywem zbierania okazów roślin, zabłądził na wyspie i zdołał powrócić na statek dopiero w chwili, gdy kapitan kazał podnieść kotwicę. W roku 1824 jeden z pań- skich rodaków, mój kochany Glenarvan, zdolny rysownik Auguste Earle40, przez osiem miesięcy przebywał na wyspie, bo kapitan statku zapomniał, że został on na lądzie i pożeglował do Kolonii Przylądkowej. – Można by go nazwać roztargnionym kapitanem – odparł major. – To był zapewne jeden z pańskich krewnych, Paganel? – Jeśli nawet nie był, majorze, to zasługiwałby na to, aby nim być! Odpowiedź geografa zakończyła tę rozmowę. Nocne polowanie załogi „Duncana” było bardzo udane, ponieważ marynarze zdołali ubić około pięć- dziesięciu dużych fok. Po zezwoleniu na polowanie Glenarvan nie mógł się teraz wyrzec wykorzystania z po- żytkiem rezultatów tej rzezi. Tak więc następny dzień poświęcono na wydobywanie oleju i preparowanie skór przynoszących duże zyski płetwonogich. Pasażerowie jachtu skorzystali naturalnie z drugiego wolnego dnia i wyruszyli na kolejną wycieczkę po wyspie. Glenarvan i jego towarzysze zabrali swoje strzelby, by spróbować orbity okresowe, ruchy własne gwiazd; dał szczegółowy opis wyglądu chromosfery i korony słonecznej. Jean-François de Galaup La Pérouse (1741-1788) – francuski żeglarz i odkrywca, prowadził badania na Oceanie Spokojnym; w la- 34 tach 1785-1788 dowódca wyprawy dookoła świata, zaginionej między Australią i Melanezją (w pobliżu wysp Santa Cruz w atolu Vani- coro). 35 Włoch nazywał się Thomas Currie, drugi osobnik – Williams; Lambert utonął razem z Williamsem w maju 1812 roku. 36 Napoleon I (Napoleon Bonaparte, 1769-1821) – francuski wódz i mąż stanu, cesarz Francuzów w latach 1804-1814 i 1815 oraz król Włoch w latach 1805-1814. 37 Wszystkie te wyspy, położone w południowej części Oceanu Atlantyckiego, tworzą terytorium zamorskie Święta Helena, należące do Wielkiej Brytanii. 38 Według innych źródeł byli to dwaj murarze. 39 Louis Marie Aubert du Petit-Thouars (1758-1831) – u J. Verne’a: Dupetit-Thouars; francuski botanik, który na wyspach Mauritius, Madagaskar, Réunion zbierał okazy roślin; przywiózł stamtąd zielnik zawierający dwa tysiące roślin; faktycznie spędził na Tristan da Cunha jedną noc, sądząc, że statek odpłynął bez niego; napisał dzieło Historia roślin zebranych na wyspach Francja (Mauritius), Bourbon (Réunion) i Madagaskar. 40 Auguste Earle (1793-1838) – angielski malarz, portrecista, pejzażysta i podróżnik; siedemnastego lutego 1824 roku został porzucony przez kapitana statku „Duke of Gloucester” na wyspie Tristan da Cunha, gdzie przebywał 8 miesięcy i został zabrany przez statek „Ad- mirał Cockburn”, który zawiózł go do Australii; w latach 1831-1832 brał udział w wyprawie Darwina na statku „Beagle”, lecz podupadł- szy na zdrowiu, wrócił do Europy. ~ 16 ~
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Dzieci kapitana Granta. Część 2. Australia
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: