Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00317 005971 14263927 na godz. na dobę w sumie
Dziedziczka - ebook/pdf
Dziedziczka - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 265
Wydawca: Harlequin Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-238-8434-7 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> romans
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Ameryka, XIX w.

Opuszczona przez rodziców Delia Keller hołubi marzenie o własnym domu. Dużym, solidnym, dającym poczucie bezpieczeństwa, którego od dawna jej brakuje. Jest biedna i wie, że musiałby się zdarzyć cud, aby marzenie się ziściło. I oto niespodziewanie odwiedza ją nieznajomy mężczyzna. To Jude Tucker, przyjaciel jej, jak się okazuje, nieżyjącego ojca. Powiadamia Delię, że odziedziczyła znaczny majątek. Wieść o bogactwie Delii szybko rozchodzi się w miasteczku. Szczęśliwa dziedziczka snuje plany, kupuje stroje, nieświadoma, że pieniądze przysporzą jej wrogów i kłopotów.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Laurie Kingery Dziedziczka Tłumaczyła Bożena Kucharuk Tytuł oryginału: Hill Country Christmas Pierwsze wydanie: Steeple Hill Books, 2008 Redaktor serii: Barbara Syczewska-Olszewska Opracowanie redakcyjne: Barbara Syczewska-Olszewska Korekta: Grażyna Henel ã 2010 by Laurie A. Kingery ã for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 2011 Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie. Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V. Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe. Znak firmowy Wydawnictwa Harlequin i znak serii Harlequin Romans Historyczny są zastrzeżone. Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa, ul. Starościńska 1B lokal 24-25 Skład i łamanie: COMPTEXTÒ, Warszawa ISBN 978-83-238-8434-7 ROMANS HISTORYCZNY – 339 Rozdział pierwszy Llano Crossing, Teksas, sierpień 1867 – Był dobrym człowiekiem, panno Delio. Z pew- nością cieszy się wiecznym szczęściem. – Wieczny odpoczynek racz mu dać, Panie. – Niech Bóg ma panią w swojej opiece, panno Delio. Kiedy stan zdrowia wielebnego McKinneya za- czął się pogarszać, wzgórze mieniło się świeżymi barwami wiosennych kwiatów: pierwiosnków, gai- lardii, łubinu. Po letnich upałach, spalone słońcem, zbrązowiało. Wydawało się harmonizować z czar- nymi ubraniami żałobników zgromadzonych u stóp wzgórza wokół dołu, do którego opuszczano trum- nę. Osiemnastoletnia Delia Keller była załamana i zrozpaczona. Uczestniczyła w pogrzebie dziadka, ukochanego opiekuna. Co ona pocznie bez jego wsparcia i pomocy? Z zadumy wyrwał ją głos ko- lejnej osoby składającej kondolencje. – Jeśli będzie pani czegoś potrzebowała, wystar- 6 Laurie Kingery czy, że da pani znać mnie albo komukolwiek z mojej rodziny. Wielebny McKinney zjednoczył naszą spo- łeczność. Nie dopuścimy do tego, by jego wnuczka cierpiała niedostatek. Delia, która stała z pochyloną głową, uniosła wzrok. – Dziękuję panu za te słowa, Charlesie. Jeśli nawet spodziewała się czegoś więcej po sy- nu burmistrza, Charlesie Ladleyu, nie dała tego po sobie poznać. Ciasny, nakrochmalony kołnierzyk pożyczonej żałobnej sukni cisnął ją w szyję. Kilka pań odeszło od grobu i skierowało się w stronę prowizorycznych stołów ustawionych pod dębami ocieniającymi przestrzeń pomiędzy niewiel- kim kościółkiem a cmentarzem. Delia pomyślała, że wkrótce uczestnicy pogrzebu zasiądą do posiłku, na który złożą się szynka i pieczone kurczaki, czarno nakrapiana fasola, świeżo upieczone biszkopty, cia- sto czekoladowe i kruche ciasteczka z orzechami. Będzie też lemoniada w dzbanach i mrożona her- bata. Jako najbliższa zmarłemu, Delia powinna skosz- tować wszystkich potraw i pochwalić zacne para- fianki, które je przygotowały. Tymczasem myśl o przełknięciu najmniejszego choćby kęsa sprawia- ła, że zrobiło jej się niedobrze. Wydawało się jej, że wszyscy żałobnicy odeszli i stoi przy grobie sama. Nagle ktoś delikatnie ujął ją za łokieć. – Panno Keller, dobrze się pani czuje? To był wielebny Calhoun z Mason, który przewo- Dziedziczka 7 dniczył ceremonii pogrzebowej, jako że po śmierci pastora McKinneya Llano Crossing zostało bez du- chownego. Widząc zatroskane spojrzenie pastora, Delia odwróciła wzrok w obawie, że dłużej nie zdoła powstrzymać łez. – Co ja teraz zrobię, pastorze? Moje życie pole- gało na opiekowaniu się dziadkiem. – Nie ma potrzeby już dzisiaj podejmować decy- zji – powiedział uspokajająco. – Spotkało panią nie- szczęście, jest pani pogrążona w żałobie i musi mi- nąć trochę czasu, zanim poczuje się pewniej. Jestem przekonany, że Bóg wskaże pani drogę. Tego szczególnego dnia Delia nie miała cierpli- wości na słuchanie zwyczajowych pocieszeń. – Wkrótce w miasteczku pojawi się nowy pastor i zamieszka na plebanii. Gdzie się wtedy podzieję? Nie mam pracy ani pieniędzy. – Nie jestem też pięk- nością, dodała w duchu. – Bóg objawi pani właściwą drogę w odpowied- nim czasie, panno Keller – zapewnił pastor głębo- kim głosem. – Pan dba o swoje owieczki. A teraz chodźmy. Widzę, że poczciwe mieszkanki Llano Crossing przygotowały dla pani smaczny posiłek. – Ruchem głowy wskazał stoły pod drzewami. – Nie mam siły uczestniczyć w stypie – wyznała Delia, ze wzrokiem wbitym w czubki wysokich trze- wików na guziczki. Nie chciała spoglądać w stronę grobu. – Wolałabym wrócić na plebanię i się poło- żyć. – Nonsens, moja panno. Powinna panna coś zjeść 8 Laurie Kingery i nabrać otuchy w towarzystwie tych, którzy kochali wielebnego McKinneya – wtrąciła zażywna, siwo- włosa żona pastora, która właśnie do nich podeszła. – Jak się panna posili, od razu poczuje się lepiej. Delia nie zamierzała oponować. Na szczęście z pomocą przyszedł jej pastor. – Pani Calhoun, ta dziewczyna jest blada jak wczesny pierwiosnek. Przyniesiemy jej na plebanię coś smacznego na pobudzenie apetytu po drzemce. A zatem, panno Delio, do zobaczenia później – rzekł wielebny Calhoun. – Dobrze, panie Calhoun. W takim razie odpro- wadzę pannę Keller – oznajmiła ku przerażeniu De- lii pani Calhoun. – Idź odmówić modlitwę, żeby lu- dzie mogli przystąpić do spożywania posiłku. Wró- cę za kilka minut. Otoczywszy Delię ramieniem w pasie, jakby bo- jąc się, że dziewczyna zemdleje, pani Calhoun po- prowadziła ją w stronę plebanii. Budynek plebanii był oddalony około pięćdzie- sięciu jardów od kościoła. Delia pomyślała, że skoro nie było jej dane samotnie pójść do domu, zaraz po przestąpieniu progu powie, że musi się położyć i skieruje się do sypialni. Dochodząc do bramy, zo- baczyły zbliżającego się od zachodu jeźdźca na ko- niu. Otaczała go chmura pyłu. – Jeśli jedzie na pogrzeb, to trochę się spóźnił – zauważyła z przekąsem pani Calhoun. – Nie sądzę. – Delia pomyślała, że wszyscy uczę- szczający do kościoła w Llano Crossing byli obecni Dziedziczka 9 na ceremonii pogrzebowej. Kościół był wypełniony po brzegi, Część osób stała na schodach. – To pew- nie jakiś kowboj, który przybywa do miasteczka, że- by się zabawić w sobotni wieczór. – A jutro będzie cierpiał z powodu bólu głowy i braku straconych pieniędzy. Patrząc na zbliżającego się jeźdźca, Delia zaczęła powątpiewać w to, że przyjechał z któregoś z poblis- kich rancz. Zauważyła juki, strzelbę i zwinięty koc przytroczone do siodła. Bułany koń miał mokre no- gi, jakby przed chwilą przekroczył rzekę w jednym z jej najgłębszych miejsc, gdy tymczasem wystar- czyło pojechać nieco dalej – miasteczko zawdzię- czało swą nazwę mostowi łączącemu brzegi rzeki. Nieznajomy zmusił konia do stępa, a podjechaw- szy bliżej, zatrzymał go, wydając polecenie ,,Hola’’, po czym machinalnie przyłożył palec do szerokiego ronda kapelusza. – Czy dobrze jadę do Llano Crossing? – spytał szorstkim, schrypniętym głosem, jakby dawno się nie odzywał. Przyglądał się Delii zuchwale szaroniebieskimi oczami przywodzącymi na myśl oczy wilka. Zadrża- ła, jakby przeniknął ją zimny północny wiatr. Kątem oka zauważyła, że pani Calhoun nieznacznie skinęła głową i wyjaśniła: – Miasteczko jest zaraz za zakrętem. – Czy podróżny może się zatrzymać na noc w ja- kimś hotelu? – spytał przybysz, nie odrywając prze- nikliwego spojrzenia od Delii. 10 Laurie Kingery – Owszem, pod warunkiem, że jest człowiekiem przyzwoitym, przestrzegającym prawa – oznajmiła oficjalnym tonem pani Calhoun. Delia zauważyła, że przez twarz nieznajomego przemknął uśmiech. Odniosła wrażenie, że miał ochotę ją o coś zapytać, jednak najwyraźniej się roz- myślił. – Bardzo dziękuję, proszę pani – powiedział, do- tykając ronda kapelusza i przenosząc wzrok na panią Calhoun. – Dziękuję – powiedział, skinął głową i odjechał. Pani Calhoun nie kryła oburzenia. – Mógł okazać chociaż odrobinę szacunku! – Przecież dotknął kapelusza – zauważyła zdzi- wiona Delia. – Mam na myśli to, że nie uszanował żałoby, mo- ja droga! Patrzył na ciebie jak wilk wpuszczony do zagrody pełnej owiec! Delia była zaskoczona tym, że nieznajomy przy- wodził na myśl wilka również pani Calhoun. Najwy- raźniej za wiele spodziewała się po mężczyznach, skoro uważała, że jeden z nich złoży im kondolencje jedynie dlatego, że obie były ubrane na czarno. – Jakiś włóczęga, bez dwóch zdań – orzekła pani Calhoun. – Tylu ich się wszędzie kręci po wojnie. Delia w duchu przyznała rację pastorowej, nie chciała jednak zachęcać jej do rozwijania tematu. W milczeniu dotarły do niskiego, nierównego ogro- dzenia z kamieni, oddzielającego teren plebanii od drogi. Dziedziczka 11 – Serdecznie dziękuję za wyświadczoną mi uprzejmość, pani Calhoun. Nie chciałabym pani dłu- żej trudzić – zagadnęła Delia, wchodząc na wysa- dzaną kwiatami ścieżkę prowadzącą do białego bu- dynku. – Do zobaczenia. Żona pastora uważnie przyjrzała się Delii. Naj- wyraźniej zrozumiała aluzję. – Skoro panna jest pewna, że nie chce, by ktoś przy pannie posiedział... – powiedziała niepewnie, lecz zaraz potem żwawym krokiem ruszyła w drogę powrotną, jakby bojąc się, że inni żałobnicy bez jej udziału zjedzą wszystko, co znajduje się na stołach. Przystanąwszy na chwilę, odwróciła się i dodała: – Pastor Calhoun i ja będziemy cicho jak myszki, kie- dy tu wrócimy, żeby pannie nie przeszkadzać w drzemce. Delia była pewna, że nie zmruży oka. Cieszyła się jednak, że w końcu udało jej się uwolnić od męczą- cego towarzystwa pastorowej, choć nie miała wąt- pliwości co do tego, że pani Calhoun przyświecały jak najszlachetniejsze intencje. Zasnęła jednak. W nocy obudziło ją donośne chrapanie pastora Calhouna, dochodzące z pokoju do niedawna zajmowanego przez dziadka. Cicho przeszła do kuchni, znajdującej się w tylnej części parterowego domu, by się przekonać, że goście do- trzymali słowa i przynieśli kolację składającą się z pieczonego kurczaka, biszkoptów i ciastek. Jadła, czekając, aż nastanie świt. 12 Laurie Kingery – Czuję, że nie powinniśmy tak szybko wyjeżdżać – powiedziała z troską w głosie pani Calhoun po zjedzeniu na śniadanie jajek, które tego ranka zniosły kury dziadka. Kury dziadka... Delia wciąż tak o nich myślała. – Przecież ta panna jest biedną sierotą. To nie w porządku, że zostawiamy ją samą, panie Calhoun. – Nie jestem sierotą, pani Calhoun – sprostowała Delia. – Mój ojciec podróżuje. Jestem pewna, że la- da dzień wróci do domu. – Ile to już razy w życiu wypowiedziała te słowa? – Gdyby wiedział o choro- bie dziadka, z pewnością by tu był – dodała, mając nadzieję, że brzmi to przekonująco. Pani Calhoun, zajęta unoszeniem swego masyw- nego ciała z krzesła, zwróciła się w jej stronę. – Kochanie, wiem, że ta myśl dodaje pannie otu- chy, ale sąsiadka, pani Purvis, powiedziała mi, że panny ojciec nie dał znaku życia od dnia wyjazdu. Mam szczerą nadzieję, że wróci do domu, ale czy nie uważa panna, że już dawno by to zrobił, gdyby w ogóle miał taki zamiar? – Papa na pewno przyjedzie – orzekła Delia. – Po prostu po śmierci mamy nie potrafił usiedzieć w jed- nym miejscu, jak mawiał dziadek. – Mógł walczyć ramię w ramię z naszymi dziel- nymi chłopcami w szarych mundurach – zauważyła z przyganą w głosie pani Calhoun. Delia nie zamierzała jej tłumaczyć, że gdyby oj- ciec zamierzał zostać żołnierzem, zapewne wybrał- by niebieski mundur Unii. Wojna secesyjna wciąż budziła żywe emocje w tej części Ameryki. Dziedziczka 13 – Tłumaczył nam, że ożenił się bardzo młodo i nie miał okazji zobaczyć świata. Obiecał, że wróci do domu, jak tylko się wzbogaci. Była na siebie zła za to, że jej głos drżał na wspo- mnienie bólu, jaki czuła, gdy siedem lat temu od- prowadzała wzrokiem odjeżdżającego ojca. Pani Calhoun psyknęła gniewnie. – ,,Miłość pieniędzy jest korzeniem wszelkiego zła’’ – oznajmiła i wzięła głęboki oddech z zamia- rem rozwinięcia kwestii. – Gdyby nie jałmużna, miłością nic bym nie zys- kał – sparafrazował słowa Listu do Koryntian pastor Calhoun, wymownie patrząc na żonę. Po chwili zwrócił się do Delii. – Będę się modlił, by panny ufna wiara wkrótce została wynagrodzona. Delia usiłowała przybrać beztroski wyraz twarzy. – Dam sobie radę. Zapewniam państwa, że tak będzie. Jeśli będę czegoś potrzebowała, zwrócę się do państwa Purvisów. Uprzedzili mnie, że wystar- czy ich poprosić. Miała nadzieję, że pastor i jego żona wyjadą zaraz po pogrzebie i stypie. Ponieważ była to sobota, pan Calhoun czuł się w obowiązku zostać i w niedzielę odprawić nabożeństwo w kościele w Llano Cros- sing, pozbawionym duchownego. Nie było wiado- mo, kiedy w miasteczku pojawi się nowy pastor. Delii wydawało się niewłaściwe, że ktoś zajął miejsce dziadka na ambonie i mówił o Bogu. Pastor Calhoun był dobrym kaznodzieją i doskonale znał Biblię, brak mu było jednak dystansu i poczucia 14 Laurie Kingery humoru dziadka. Nie położył na ambonie kieszon- kowego zegarka, jak czynił to wielebny McKinney, by wiedzieć, kiedy zakończyć kazanie. Diakon mu- siał kilka razy wymownie spoglądać na pastora Cal- houna, by ten przerwał potok wymowy i udzielił bło- gosławieństwa. Potem pani Calhoun uznała, że nie wypada po- dróżować w Dzień Pański, i Delia musiała wysłuchi- wać niekończących się, choć z serca płynących, po- rad. Żona pastora uważała, że wie najlepiej, jak po- winna postępować Delia. – Pani Calhoun, jeśli zaraz wyjedziemy, zdąży- my do domu na kolację – zauważył pastor Calhoun, odkładając serwetkę i wstając od stołu. – Panna De- lia obiecała nam, że do nas napisze, gdyby czegoś potrzebowała, a pewnego dnia przyjedzie do Mason na dłuższą wizytę. Delia pośpiesznie zapewniła, że tak się stanie. – Powinnam pomóc przy zmywaniu naczyń po śniadaniu – zatroskała się pani Calhoun, zataczając pulchną dłonią krąg nad talerzami z okruszynami grzanek i żółtawymi śladami po jajkach. – To niegod- ne chrześcijanina zjeść i od razu wyjechać, panie Calhoun. Pastor uniósł wzrok, jakby błagając niebiosa o cnotę cierpliwości. – A potem powiesz, że jest już pora na obiad. Nie, pani Calhoun, natychmiast wyjeżdżamy. Panna Delia nie będzie nam miała tego za złe. Do widzenia. Dziękujemy za gościnność okazaną nam w tak trud- Dziedziczka 15 nych dla pani chwilach. Będę się za pannę codzien- nie modlił. – Dziękuję, pastorze – powiedziała Delia, pochy- lając głowę, żeby pani Calhoun nie ujrzała wyrazu ulgi na jej twarzy. Marzyła o tym, by móc zostać sam na sam z włas- nymi myślami, nie musząc dbać o to, by przez cały czas być miłą i uprzejmą. Uniosła kosz, do którego wcześniej włożyła szynkę, kilka kromek chleba i masło zawinięte w mokrą ściereczkę, po czym po- deszła do drzwi, nie dając pani Calhoun szansy na wymyślenie kolejnego powodu do zwłoki.
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Dziedziczka
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: