Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00425 007247 15925304 na godz. na dobę w sumie
Dziennikarze - ebook/pdf
Dziennikarze - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 152
Wydawca: Self Publishing Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-272-3283-0 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe >> powieść
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

To opowieść o losach naszego pokolenia, zawodowo wepchniętego w diabelską machinę mediów, tworzących własne raje i enklawy w przestrzeni miasta. Dużo bohaterów, zupełnie jak na portalach społecznościowych i w przestrzeni realnej wokół nas. O jednym wiecie dużo, inny prześlizgnie się gdzieś nieopodal, a potem powróci nieoczekiwanie na pierwszy plan. Romanse, miłości, białe myszki i magiczna komuna w cenrum miasta pojawią się też:)

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

1 2 Dziennikarze Periodistas, journalists, journalistes, gazetiers, newsmen, reporters, giornalistas. Tomasz obudził się zlany potem. Śniło mu się, że nie oddał tekstu na czas. -No i co z tego – otrząsnął się – świat by się zawalił? Była czwarta nad ranem. -Dzień dobry, czy mogłaby pani wypowiedzieć się na temat seksu przedmałżeńskiego? -Dlaczego akurat ja? -Bo pani jest na literę A. To znaczy, przepraszam, bo pani jest autorytetem moralnym dla wielu. Jako aktorka średniego pokolenia... -Kochanie, kochanie! Gdzie jesteś? Nie widzę cię. -W czwartym korytarzu po lewej stronie. A ty? -Jestem za daleko. Muszę już iść. Spóźnię się. Jest tu pierwszy raz. Wie, że on też tutaj jest. Ale gdzie. Na którym piętrze, w którym skrzydle? Ona to tylko jedna z wielu, bardzo wielu absolwentek, które przyszły do tej firmy na staż. Wie tylko, że on też jest tutaj, wchłonięty przez machinę, zjedzony do szczętu. Na tyle zajęty, że nie przyszedł na spotkanie absolwentów, ani na obronę najlepszego kumpla. 3 -Oblewamy urodziny Kaśki! -No dobra, ale gdzie idziemy? -Może do Regeneracji? -Świetny pomysł, tylko kiedy stąd wyjdziemy? -Jeśli nie przydarzy się jakiś szczególny news, to zakładam, że o 21.00. -Kasiu, jesteś taka śliczna. -Nie marnujmy tego ukradzionego czasu. -Czy ja go marnuję? Tomasz pojechał do redakcji koło dziesiątej. Był zmęczony wczorajszą imprezą, a potem znowu obudził się i nie mógł zasnąć. Ostatnio ciągle dręczyły go natrętne myśli, że się starzeje. Że coś, kurwa, musi po sobie zostawić. Dzieci? Nie ma. Dom? Chyba tylko teksty. Stojąc w korku przypominał sobie jak to będąc małym chłopięciem marzył, że zostanie policjantem. Ale takim super, jak w filmach amerykańskich o Sylwestrze Stallone. Od biedy być kimś takim jak Arnold Schwarzeneger. Kiedy dorastał, wydało mu się to bezdennie głupie. Chciał być prawnikiem, lecz w końcu postanowił zostać dziennikarzem. Teraz myślał o tym, ironicznie uśmiechając się do kierownicy. -Dziennikarzem, hehe. 4 Kątem oka zauważył, że ktoś go chamsko wyprzedza. Jego dobry kumpel z pracy, Michał. Zawsze się tak wygłupiali i prowadzili niekończące się dyskusje, który ma lepszy samochód. Tomasz i tak wygrywał, bo ma dwa, a może kupi trzeci. Po co mu? Nie wiedział. El Jefe de Todos Los Jefes, Cappo di Tutti Cappi o brzuchu potężnym jak góra i czaszce lśniącej jak słońce był dzisiaj nie w humorze. Czemuż to? Nie wiadomo. Ale blady strach przeszedł po redakcji. Nadgodziny, awantury, może nawet zwolnienia. Dziś wszystko mogło się wydarzyć. Diablica od Prady lekko spuściła więc z tonu. Bat został naostrzony, nie było powodu do przesady. Mogła wyskoczyć na lunch, który przedłużył się o kilka godzin. Jej także zebrało się na wspomnienia. Będąc młodą studentką polonistyki marzyła o tym, że zostanie drugą Orianą Fallaci. Była dobra w redagowaniu, więc w kolejnych gazetach tylko redagowała, redagowała, redagowała...cudze teksty. Właściwie, była już zmęczona. Zamówiła kolejną sałatkę i wodę, zdjęła z twarzy pobielaną maskę i odłożyła na stolik. A może by tak wyjechać, zaszyć się i nigdy nie wrócić? Alek szedł przed siebie drogą udeptaną wzdłuż szyn kolejowych. „Taśmowa” – po raz kolejny przeczytał napis z nazwą ulicy i znów organicznie, choć specjalnie już nad tym nie rozpaczając, poczuł, jak jego marzenia, pasje i projekty rozsypują się w proch. Był z tym oswojony, więc po prostu wzruszył ramionami. Stać go było jedynie na pomazanie sobie tej koszulki w pijackim windzie na wczorajszej imprezie. Była całkiem fajnie pomazana, Mela musiała to przyznać. Ale jego projekty, jego wyśnione wystawy, jakiekolwiek nowe obrazy, obracały się w proch. -Hej, Alek, masz czas na szluga? 5 Nie miał, rzucał, a co tam, w cholerę z tym wszystkim, zapalę. Przy fontannie na betonowym placu stał, uśmiechając się w promieniach porannego słońca Pepe. -Fajną jedynkę wczoraj zrobiłeś – zagaił, jak zwykle nerwowo zaciągając się dymem. „Dupolizny pochlebca” –przemknęło przez głowę Alkowi, opanował się i grzecznie podziękował. –No wiesz, lepiej by mi wyszła ta grafika z orzełkiem, gdyby im się za pięć pierwsza w nocy nie urodziło, że orzełek ma mieć czerwono- białe pióra. -Oczy to ty masz nieźle podkrążone, faktycznie. -No wiesz, ściągnęli mnie z imprezy w Regeneracji, akurat było blisko. -I taki ścięty jeszcze im zrobiłeś biało- czerwone piórka? Szacunek, kolego. -Z tego, co pamiętam, to tak –Alek podrapał się w głowę. -Słuchaj, muszę lecieć – Pepe zawibrował telefon- Kazali nam zrobić demonstrację w sejmie. -Dziennikarzom? -Tak, no bo my niby prawicowi jesteśmy i demonstracja mam być prawicowych obywateli, no to przecież my też się nadajemy, nie? Dziennikarze to nie obywatele? –Pepe najeżył się i zrobił minę, jakby mu Bogu ducha winny, skacowany Alek nadepnął na odcisk. 6 -Nuda. Nic się nie dzieje – stwierdził z lekkim niepokojem Redek – z czego zrobimy gazetę? Mówił właściwie do ściany, bo jeszcze nikogo nie było, ale on już czekał na stanowisku. Siedział elegancko przy biurku, nad którym pyszniła się ściana płaczu- lista niedawno zwolnionych dziennikarzy, powiększająca się w błyskawicznym tempie, wisząca w celu ewentualnego odstraszenia i zastraszenia nowoprzybyłych. Redek wstał skoro świt, nie mogąc wytrzymać wrzasku swojego potomka. I mimo, iż nie musiał, udał się na posterunek. -Jaka nuda, pogrzało cię? Przecież dopiero dziesiąta – Antek patrzył na niego z ironicznym uśmieszkiem jokera. -Mówię ci, nic się nie zdarzy, mam nosa. A trzy rozkładówki do zapełnienia. -Może ktoś ważny umrze. Albo nieważny, ale w spektakularny sposób – zachichotał diabelsko Antek – wypadek drogowy, epidemia zarazy, samobójstwo dziecka. Zrobić ci kawy? -Kati, już jesteś? – wczorajsza solenizantka niepewnie wkroczyła na otwartą przestrzeń newsroomu, prosto pod obstrzał przełożonych. Grzywka, wysokie obcasy i wzrost żyrafy, który nie dodawał jej jednak pewności siebie. -Co dzisiaj robimy? -Nikt nic nie wie jeszcze... -Wielki wypadek. Nie oglądacie wiadomości? Kto jest dyżurnym? Wy jedziecie na miejsce, Kaśka do szpitala, Pepe na policję. Bierzcie fotografa, ale już, już, jazda, dupa w troki i lecicie. Dlaczego nikt nie przegląda papu? – Sted, zwany także El Jefe zamknął się z powrotem w swoim gabinecie, ale po chwili wynurzył się, wrzeszcząc – kto tu znowu jarał? - Zrezygnowany poszedł po kawę. 7 Redaktor Antek spojrzał na Redka i podrapał się w ucho – Jak tam twoja pieprzona intuicja? -A, nienajgorzej. Ale stawiam ci wódkę. -Pepe? – Kika starała się nawiązać z nim jakikolwiek kontakt. -Nie teraz, muszę lecieć. Dobrze sobie radzisz, prawda? A pomyśleć, że kiedyś latał za nią jak szalony. To wszystko ją przygnębiało. Te niekończące się, sterylne korytarze, labirynty, tajemne przejścia. Nie miała jeszcze przepustki, więc musiała tułać się tymi korytarzami, w oczekiwaniu, aż ktoś jej pożyczy swoją. Pepe i tak fascynował się teraz Emi, redaktorką, która przechadzała się tymi samymi korytarzami ze stoickim spokojem malującym się na twarzy, prezentując swoje wyrzeźbione na siłowni ciało. Kika przezwyciężyła chęć czmychnięcia do toalety, by tam w ciszy i spokoju poczytać przez pół godziny książkę i poszła do swojego działu, nauka. Jowialny szef działu, który na nauce znał się jak kura na pieprzu, w poprzednim życiu był bowiem pisarzem książek science- fiction i fantasy, zlecił jej krótki artykuł na temat: „Dlaczego żonaci mężczyźni są bardziej wierni niż kobiety żyjące w wolnych związkach”. -Chce w ten sposób naukowo wyjaśnić swój niedawny rozwód – oświeciła ją w kuchni Eliza. Sącząc smolisty napój i zakręcając na palec kosmyk świeżo ufarbowanych na równie smolistą czerń włosów Kika wyczytała jednak u źródła odkrycia, czyli w biuletynie amerykańskiej rzecz jasna uczelni, że to właśnie kobiety żyjące w wolnych związkach są wierniejsze niż żonaci mężczyźni, jakkolwiek głupio by to nie brzmiało i jakkolwiek tych dwóch zjawisk nie byłoby nielogicznie porównywać. Próbowała wyjaśnić to przełożonemu, ale ten szedł w zaparte. -Nie uczyłaś się, malutka angielskiego? –zapytał z politowaniem –podobno masz certyfikat i jeszcze byłaś w szkole letniej w Londynie? No tak, ale ponoć farbowane brunetki wykazują 8 się mniejszą inteligencją niż naturalne blondynki – zaśmiał się diabelsko i zniknął w czeluściach swego przeszklonego gabineciku, z którego natychmiast zaczął ją świdrować czujnym spojrzeniem. „Tekst ma być na za godzinę, zrobimy zajawkę na jedynce” – brzmiała treść mejla, który wystosował do niej po chwili. W tym czasie w dziale wydarzenia trwała wielka mobilizacja, będąca zarazem wielką improwizacją. Wypadek autobusu, który wpadł na latarnię po bocznym zderzeniu z tirem spowodował poruszenie wśród dziennikarskiej braci. Blada Kasia popijała ziółka i konwersowała z ministrem transportu oraz Związkiem Przeciwników Tirów i Tirówek. Pepe raźnym kłusem pobiegł do samochodu, którym udał się do szpitala rejonowego, a wcześniej na miejsce wypadku i na policję, na cały tour miał niecałą godzinę, oczywiście w korkach, a za benzynę jak zwykle musiał zapłacić z mikrej, stażowej wierszówki . Młody adept zaklął w duchu, ale szefowi zaprezentował pogodny wyraz twarzy, którego nauczył się na kursie prezentacji, pisania cv i bezbolesnego wchodzenia na rynek pracy. El Jefe poklepał się z zadowoleniem po brzuchu. -Czekam na wyniki – dodał na odchodnym – World loves the wanna- be’s – zanudził znany szlagier. Pepe wbiegł do szpitala, w którym na obskurnych łóżkach, na korytarzach leżeli pacjenci. Wycelował dyktafon w pierwszego z brzegu mężczyznę, ofiarę dzisiejszego wypadku. -Czy może pan opowiedzieć, jak to było? Szczupły mężczyzna o szpakowatych włosach zaczął się trząść. -Czy mogę panu zrobić zdjęcie? Zaraz przyjedzie fotograf. 9 -Co to, „Fakt” jakiś, „Super Express”? -Co wy sobie ludzie myślicie, robić z biednego człowieka przedstawienie? -Proszę stąd wyjść. Pepe był jednak nie zrażającym się łatwo, rasowym dziennikarzem. Pogalopował w stronę dyżurki. -Czy są tutaj inni pacjenci z wypadku? -Niestety nie – blond loka pielęgniarka rozłożyła ręce. Zielony korytarz falował złowieszczo, a na przegubie ręki Pepe głośno tykał zegarek. -Ja panu pomogę – odezwała się cicho, lecz stanowczo pogodna staruszka. -Pani chyba nie z wypadku? -Ależ skąd. Ja mam operację jaskry i zaćmy, takie falujące pasy pędzą mi przed oczami, wie pan? Wnuczka miała po mnie przyjechać, ale zapomniała. -A zgodzi się pani na zdjęcie i na podanie nazwiska? -Z przyjemnością, ja panu wszystko powiem, co pan chce. Wnuczka też jest dziennikarką. Ja przyzwyczajona. Wypadek, nie wypadek, wszystko zmyślę – zachichotała niczym gimnazjalistka. Kika też słyszała ten tykający zegar, a może to biło jej serce? Ma tylko pół godziny, by zredagować artykuł, który zupełnie nie mówi prawdy, albowiem jej szef nie zna współczesnej lingua franca. A odpowiedzialność spadnie z pewnością na nią. Rzucić pracę i wyjść? A może nabrać dystansu? Na kartce rysuje karykaturę szefa. Pomaga. -I jak tam, gotowa?- pyta Sztygar, który zyskał tę ksywkę nie tylko z racji swego śląskiego pochodzenia, ale także sposobu, w jaki traktuje zawodowe obowiązki. -Najzupełniej -odpowiada. -To wysyłaj, wysyłaj. Na co czekasz? 10 Babcia wyjaśniła Pepe jak bardzo źle się czuje i jak jest oburzona na miejski system komunikacji. Pasowało idealnie do kontekstu, więc nagrał jej stanowczy głos i w te pędy poszusował dalej, na komendę policji. -Co to ma znaczyć? Do kurwy nędzy. Miałaś napisać, że żonaci mężczyźni… -Tak, ale to nie prawda – odparła z takim spokojem, na jaki było ją stać. -Nie wypełniasz poleceń szefa? – groźnie podniósł brew –Śmietana! Śmietana! Chodźże tutaj – Sztygar przywołał piskliwym, chłopięcym głosem sekretarza redakcji. –Ona mnie nie słucha – wskazał oskarżycielsko palcem. -Mogę to napisać, ale pod pseudonimem – zdecydowała Kika. -Prrraktykantka – prychnął Sztygar. –Jest tu dopiero od miesiąca, a stawia się, robi za gwiazdę. Na Śląsku z twojej wierszówki wyżyłaby cała rodzina – rozpoczął sentymentalny wywód – wykład – Jesteś w pierwszej lidze gazet, jak, jak młody futbolista, który od razu trafił do ekstraklasy z młodzieżówki w Pipidówku – wypił duszkiem butelkę coli. – No ja zejdę na zawał, dziewczyna w wieku mojego syna… Po godzinie zamilkł. Jego błądzące po ścianach oko spoczęło na karykaturze, którą Kika ukradkiem wrzuciła do kosza na śmieci. Oko przykleiło się do karykatury, a po Sztygara przyjechała karetka pogotowia. Trafił dokładnie do tego samego szpitala, w którym przebywały ofiary wypadku autobusu z tirem oraz urocza babcia chora na jaskrę. Pepe już tam jednak nie było. Siedział na komendzie, popijając kawkę w towarzystwie niezwykle rozmownego, wręcz złotoustego policjanta, który opisywał mu najnowsze, najbardziej mrożące krew w żyłach wypadki drogowe, a niektóre nawet pokazywał na zdjęciach i na starych, zakurzonych kasetach wideo. Pepe musiał mu przerwać, żeby pojechać 11 wreszcie na miejsce wypadku, na którym nie znalazł już nic, oprócz bezpańskiego psa, poszukującego swojego pana. Fotograf cyknął im wspólną ciekawą fotkę, którą pies potem umieścił na stronie portalu społecznościowego. Wieczorem, a właściwie w nocy, wyszli jednak znowu zziajani i umorusani do Regeneracji. Kika upiła się od razu do nieprzytomności i wreszcie wydukała w ucho Pepe: -Już cię nie obchodzę? -Przeszło mi – odparł z rozbrajającą szczerością. -No tak, przeszło mu – zwaliła się na podłogę. Nasi dziennikarze bawili się jednak dalej. Sted okazał się nagle całkiem sympatyczny, chłopak do rany przyłóż. -Tańczymy, tańczymy – zakomenderował. Wszyscy zgodzili się ochoczo. 12 -Aaaa, moja głowa – narzekał Pepe. Musiał pracować w niedzielę. Skacowany, choć w miarę szczęśliwy rozpoczął nowy dzień potężnym łykiem kawy, zwanej błotem. -Podły, podły gatunek – zagaił Tomasz. -Fakt, kiepsko nas poją. -Kiepsko też karmią – zachichotał Tom, patrząc na automat z batonikami, chińskimi zupkami, chipsami i gumą Winterfresh. Pepe spojrzał w stronę karmnika z żywnością i ledwo powstrzymał odruch wymiotny. -To co dzisiaj piszemy? Diablica wiedziała, że ludzie jej nie lubią, że wszyscy się jej boją. Nawet bardziej niż wybuchowego El Jefe. Była sprytna, niesłychanie opanowana i zawsze wiedziała, jak śmiertelnie przestraszyć podwładnego, wprowadzić cichy terror. Tak, jak robiła to w domu jej matka. Diablica piła co rano czarne espresso i tyle. W głębi duszy bała się jeszcze bardziej, niż oni wszyscy razem wzięci. By przegonić poranny lęk wypalała Silk Cuta. I malowała rzęsy. Emi nie bała się niczego. Wiedziała, że jest piękna, wiedziała, że jest inteligentna, miała ich wszystkich gdzieś. Pracę właściwie też, bo była pewna, że zawsze sobie poradzi. -Co za zarozumiała dziunia – Pepe plotkował o niej razem z innymi w palarni, ale jednocześnie nie mógł nic poradzić na to, że coraz bardziej się zakochuje, wpada głęboko, po uszy, do tej balii z mydlinami o zapachu jej lekkich, sportowych perfum. Ich szef, Sted wrócił z planowania numeru wściekły, rozdygotany i blady. -Nic nie wchodzi, wszystko do dupy. Mamy gołych sześć stron – powiedział słabym głosem i zamknął się w swoim gabineciku. Zaraz jednak wyleciał stamtąd, w międzyczasie ludzie w 13 popłochu gasili dopiero co rozpoczęte papierosy i zajmowali stanowiska przed ekranami komputerów. -Nie mamy nic, nic, wszystkie tematy przepadły, zostały odrzucone, a ta pieprzona diablica, głupia cipa każe nam pisać wielki epos o pogodzie – gorączkował się zazwyczaj spokojny i opanowany Vice, zastępca El Jefe. -O pogodzie? Pisaliśmy tydzień temu – przypomniał ogólnie znany fakt Redek. -Że ładna będzie, do chuja ciężkiego, a teraz mamy, że brzydka, fatalna, grad, nawałnica, pandemonium na długi weekend! -Taaak? -No nie wiadomo, zawsze może się zmienić prognoza, ale tak mamy napisać. -Głupia ci... -Lepiej zastanówcie się, kto nam to może powiedzieć. -Raczej nie instytut meteorologii... -Może w Stanach to wykryto radarami, albo gdzieś. Ktoś nam musi to powiedzieć. Ja idę na zakupy – podjął gwałtowną decyzję Sted i wybiegł pędem z redakcji. -Co on tam sobie będzie kupował, nowe stringi?– zapytał Pepe. -Nie wiesz? On nie pali, musi jakoś odreagować. -No jasne – westchnął z empatią Redek. -Cała reszta, nigdzie się nie ruszać. Żadnego siku, kupy, szluga, kawki. Burza mózgów, think tank. Kto nam przepowie kataklizm i apokalipsę? -Zubilewicz. -Genialnie. -Fotoedycja, pamiętajcie o pogodzie. -To znaczy? 14 -Burza z piorunami, zawieje, zamiecie, nędza i głód. -Gdzie? -Dzisiaj w Polsce. -Acha. Alek odkaszlnął. Podrapał się w tyłek. -Trzeba będzie namalować – stwierdził. Emi uklęknęła w kiblu i zaczęła modlić się o miesiączkę. Już od jakiegoś czasu nie miała okresu, a jedynym sprawcą tego faktu może być jej tak zwany partner. Wiecznie niedookreślony, niezdecydowany do końca, wybitnie inteligentny i pełen seksu, uwielbiany przez tłumy stażystek, nie wart ani jednej jej myśli, głupi gnojek, Milan. -Proszę, jeszcze nie, jestem taka młoda, kariera. Wiem, nie powinnam być z nim, wiem, Boże, mama też mi to mówiła, ale... W tym czasie Pepe konwersował z Milanem o aukcjach na Allegro. Na szczęście żaden z nich nie był zamieszany w tę aferę z pogodą, więc wyluzowani na maksa trzymali nogi na biurkach. Skąd Pepe miał wiedzieć o jego „związku” z Emi? Nikt nie wiedział. Zapewne sami zainteresowani też nie za bardzo zdawali sobie z niego sprawę. Milan był ekspertem od muzyki niszowej, ale zamiast tego musiał pisać o Dodzie Elektrodzie. Swoją frustrację pokrywał mnóstwem gadżetów, które zakupywał w domach towarowych, galeriach, fortach i tarasach, promenadach, panoramach i na Allegro właśnie. Miał zegarek, który nie pokazywał godziny, najnowszy model komórki, komputer wielkości łepka od szpilki i czapkę niewidkę. 15 -Milanku – zaświergotała słodko pani od rysunków, zwana Zytą. Zyta pisała o sztuce i skrycie podkochiwała się w o dekadę młodszym Milanie. Pepe omiotła natomiast wzrokiem pełnym dezaprobaty. –Ten chudzielec powinien wracać do roboty – zaświeciła się w jej mózgu wielka nauczycielska żarówka. -Milanku, czy widziałeś najnowszą wystawę, co sądzisz o tym awangardowym twórcy, a co o jego krytykach? Milan z niechęcią odwrócił wzrok od stron Allegro. Niespodziewana okazja przeszła mu właśnie koło nosa. -Chujowa jest, są – wymamrotał na wszelki wypadek niewyraźnie, żeby potem mógł udawać, że się chyba przesłyszała i poszedł na lunch. Reprezentacyjna knajpa gazety została urządzona w kiczowato – etnicznym stylu. Potrawy dla pracowników smakowały mdło, dla kadry kierowniczej – rozpływały się w ustach. Była to pizzeria italiana. Milan usiadł w kącie i zapalił. Emilia spoczęła obok i zamówiła jedną z mdłych, niedopieczonych pizz. -Milan, mdli mnie –stwierdziła. -Tak, jak wszystkich – wyjaśnił. Redek redagował już wielki tekst o pogodzie, opus magnum, który wykonała zbiorowo prawie cała redakcja. Instytuty meteorologii w kraju i na świecie zostały obdzwonione, znani prezenterzy pogody, chmurki i pioruny skomentowały, psychologowie i socjologowie wyjaśnili, słynne osoby się zdziwiły lub nie. El Jefe był zadowolony. Co na to inni, ci z działu nauka? Chyba im to wisiało. Byli już przyzwyczajeni do niesamowitych odkryć, niesłychanych newsów, sensacji z ostatniej chwili. Kika też zaczynała się przyzwyczajać. Zwłaszcza, że zrobiło jej się przykro na widok 16 cierpiącego Sztygara, który właśnie wrócił ze szpitala w solidnej przepasce na oku i postanowiła na przyszłość być dla niego milsza, mniej radykalna natomiast w swoich poglądach. Cóż to bowiem jest prawda, jak mówi filozof. Zresztą, miała przecież inne problemy. Minął kolejny dzień, można było iść na piwo, spać, na kawę, w ten lubi inny sposób zamulić się, zapomnieć. Można było pomarzyć... 17 A noc była piękna, dramatyczna. Chmury wiły się po niebie, wiatr huczał i na zamówienie panów redaktorów strugi deszczu zalały świat. Szare wieżowce ociekały wodą, wolno poruszając się na czarno- białej kliszy, w odwrotną stronę niż tramwaje. Samochody krzyczały na siebie w korkach, w galerii handlowej świeciły rzęsiście wszystkie żarówki. Kika siedziała na schodkach nocnego klubu, a wszechświat wirował jej przed oczami. Jej dzień skończył się znów w ten sam sposób – wyjście z kolegami z pracy, za dużo drinków, za mało jedzenia, za dużo papierosów. -W wieku 22 lat zostałam alkoholiczką – powiedziała do siebie, bo nie chciało jej się o tym mówić nikomu innemu. Rozpuściła swoje długie, czarne włosy i wyglądała jak wychudzona Japoneczka. Tomasz podniósł to maleństwo ze schodów, po czym zarzucił sobie na plecy. Kice zrobiło się niedobrze i zwymiotowała na kolana pana siedzącego nieopodal. -Zaczerpniemy świeżego powietrza – Tomasz raczej stwierdził, niż zapytał o zgodę. Tym razem usiedli przed kościołem na Placu Trzech Krzyży, a twarz postawnego mężczyzny z rozczochraną, lekko szpakowatą czupryną i małą, kozią bródką to przybliżała się, to oddalała w percepcji dziewczyny. Zamknęła oczy i natychmiast zasnęła. Obudziła się w cudzym wielkim łóżku, w cudzym mieszkaniu i w nie swojej pidżamie. -Śniadanie! – wrzasnął Tomasz, wymachując wielką, żeliwną patelnią, na której przewalała się jajecznica z pomidorami. 18 Kika wrzasnęła jak w najprawdziwszym japońskim horrorze. Okulary spadły jej z nosa i rozbiły się na jego pieprzonej, marmurowej podłodze. Jak można mieć marmurową podłogę w sypialni, przecież to jakiś absurd. -Przecież to jakiś absurd – wycedziła – Nic nie widzę. Mam po 6 dioptrii na każdym oku. -Masz tutaj takie śliczne, brązowe plamki na zielonym tle – przyjrzał się dokładnie jej źrenicom - Ale żadnych dioptrii nie dostrzegam. Chcąc nie chcąc zjadła jajecznicę. Usiłowała sobie przypomnieć noc. Spała z nim, czy nie? -To ja już pójdę. -Zostań. Nie, nie spałaś. Zwaliłaś się do łóżka jak kłoda, ale przedtem zdążyłaś jeszcze naciągnać na siebie piżamę. A nawet umyć zęby. Niestety, moją szczoteczką – dodał z przekąsem. Siedział na tej swojej marmurowej podłodze, zadowolony z siebie, a sos z jajecznicy kapał mu na brodę. -Przyspieszamy, przyspieszamy. Sobota była taka krótka. A w niedzielę odbywało się dzwonienie do Bogu ducha winnych ludzi, wysłuchiwanie ich narzekań i przekleństw. -Tak, wiem, że pan nie pracuje dzisiaj, ale my pracujemy, żeby pan mógł sobie w poniedziałek rano przeczytać gazetę. A w poniedziałek wieczorem podetrzeć nią tyłek. -Tomasz? 19 -Tak, słodka? -Masz chwilę? -Nie za bardzo. -Możesz udać, że idziesz na papierosa. -Wiesz, że nie palę. -To na siku. Wsunęli się niezauważeni do damskiej toalety i nieśmiało objęli. Tomasz nie wiedzieć skąd wyciągnął jakiś czerwony zwój materiału, którym udekorował ciasną ubikację. Brakowało jeszcze tylko róż, świeczek i szampana. To miał być ich pierwszy raz? Widocznie prawdziwe życie w dziennikarskiej korporacji toczy się tylko w kiblu. Na siłowni byli od rana wszyscy, a głównie Milan. To znaczy, on przede wszystkim eksponował tężyznę fizyczną, najnowsze oldskulowo-odjazdowe ciuchy prosto z Meksyku, dokąd wysłała go korpo-redakcja. Na wystawę. Za wielkimi szybami świeciło słońce. -Może byśmy zapalili coś wesołego? – rzucił z błyskiem w oku Alek, który znów był na kacu, ale musiał przecież wyrobić godziny fitness. Pedałował więc półprzytomnie i ospale na rowerku treningowym, usiłując ukryć się przed natrętnymi promieniami za pomocą tęczowego ręcznika. Jego apel ochoczo podchwyciły nawet doświadczone damy z dziennikarskiego półświatka, odziane w subtelne granatowe stroje marki Nike. Po chwili cała sala treningowa unosiła się w oparach absurdu i słodkiego dymu. 20 Jerry już od pół godziny przyglądał się spódniczkom mini, stukającym złotym obcasikom i kalkomanii na paznokciach. Laseczki biegały dookoła niego, w tak małym pomieszczeniu było ich aż pięć. Wychodziły, wracały i trzaskały drzwiami. To było nawet seksowne, ale jednocześnie niesamowicie wkurzające. Gdyby to byli faceci, przywaliłby im w mordę. -Musi pan jeszcze donieść kilka dokumentów. Zmienić meldunek na adres zamieszkania i oczywiście uregulować opłaty skarbowe. -Jestem tu już trzeci raz… – starał się zachować spokój. -No, to chyba nie nasza wina. Dlaczego to wszystko tak długo trwa… Musi złożyć dokumenty, żeby dostać kredyt, żeby jego knajpa mogła wreszcie powstać. Wyszedł z budynku. Miał wrażenie, że słyszy głośnie tykanie wielkiego zegara na pałacowej wieży, któremu towarzyszył nerwowy chichot, wydobywający się chyba prosto z jego głowy. Zadzwonił alarm w komórce: masz 26 lat. Dokładnie o tej godzinie urodził się w szaro-burych czasach stanu wojennego. Nie zdążył. 21 -Podobno jak się nie dokonało niczego istotnego do wieku 26 lat, to już się nic nigdy nie zrobi – wyjaśnił Ewie. Siedzieli w trendy kawiarence w Ogrodach Semiramidy. Ewa była jego kumpelką od czasów studiów. Kiedyś się nawet całowali, ale to było dawno i (oczywiście to kłamstwo) żadne z nich już o tym nie pamiętało. Mimo tego, że był uważany za otwartego faceta, panicznie bał się związków. Ewka zazwyczaj też, więc świetnie się uzupełniali. -To ja dokonałam już wielu rzeczy- dziewczyna wypięła dumnie pierś – Tyle projektów, setki zadowolonych klientów, spotkania, konferencje, tysiące wysłanych informacji prasowych – prężyła smukłe ciało –Posada PR w największej wytwórni muzycznej… Jerry’emu wydało się, że przed wystawą H M siedzi kilku Chińczyków. Może nie byłoby w tym nic dziwnego, ale oni usadowili się na małych krzesełkach przed maszynami do szycia i szyli. -Widziałaś to? -Co, mają nową kolekcję? No tak, szare bluzki i czerwone dodatki, stary motyw. -Nie, tych Chińczyków. -No tak, siedzą tam teraz, bo tak mają bliżej. Robią brakujące końcówki kolekcji. Chyba nikomu to nie przeszkadza? Ale ich było więcej i więcej. A może wcześniej po prostu ich nie zauważał. Pod sklepem z komputerami robili jakieś części, pod zabawkarskim kleili małe plastikowe szreki. Pod zoologicznym mieszali żarcie dla psów. Ogrody Semiramidy wypełniły się Chińczykami: kobietami, mężczyznami, dziećmi, uśmiechniętymi starcami, którzy co jakiś czas przerywali pracę, by zagrać partyjkę kości. Dzieci były bardzo grzeczne i posłuszne. Wkrótce klienci domu towarowego nie mieścili się już w alejkach, bo nie mogli się przecisnąć w ich tłumie. Wszyscy chowali się w sklepach, w których z nudów kupowali kolejne przecenione sweterki, 22
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Dziennikarze
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: