Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00196 017320 9219876 na godz. na dobę w sumie
Dziewczyna z zapałkami - ebook/pdf R
Dziewczyna z zapałkami - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 264
Wydawca: Nowy Świat Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-7386-237-1 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Dziewczyna z zapałkami to olśniewający debiut prozatorski Anny Janko, znanej poetki (nominowanej do Nagrody NIKE w 2001 r.). Jesteśmy przekonani, że Dziewczyna... będzie wydarzeniem literackim roku. Książkę rekomendują Krystyna Kofta i Paweł Huelle.

 

W swojej powieści, znakomita poetka Anna Janko udowodniła, że poezja może być świetną szkołą prozy. Autorka ma niezwykłą zdolność do zaklinania rzeczywistości w słowo, i przekładania jej na myśl. Czuje się pokrewieństwo z Sylwią Plath, w podobny sposób język Janko działa na nasze zmysły. Główna bohaterka, postać z krwi, kości i ciała, przeżywa kryzys małżeński. To piękna opowieść o tym jak poprzez twórcze życie można podnieść się z upadku i zyskać prawdziwą wolność.
Krystyna Kofta

Anna Janko napisała książkę bardzo przewrotną, bardzo inteligentną, bardzo kobiecą. Jej kobiecość jest subtelna, jej przewrotność zaskakująca, inteligencja - po prostu błyskotliwa. Czy można oczekiwać więcej? Zwłaszcza jeśli treść jest przykuwająca, a język tej prozy – pisanej przez poetkę – precyzyjny, współczesny, a równocześnie pełen głębokich, niemal archetypicznych znaków i symboli.
Paweł Huelle

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Recenzje na blogach:

clevera.blox.pl Dziewczyna z zapałkami – Anna Janko

Darmowy fragment publikacji:

1 anna janko dziewczyna z zapałkami Wydawnictwo Nowy Świat Warszawa 2007 3 © Copyright by Anna Janko, 2007 © Copyright by Wydawnictwo Nowy Świat, 2007 Projekt okładki: Agnieszka Herman Redakcja: Anna Świtalska-Jopek Autorka dziękuje stypendiodawcom: Ministerstwu Kultury i Samorządowi Województwa Pomorskiego ISBN 978-83-7386-237-1 Wydanie I Warszawa 2007 Wydawnictwo Nowy Świat ul. Kopernika 30, 00-336 Warszawa tel. (22) 826-25-43 faks (22) 826-25-47 internet: www.nowy-swiat.pl e-mail: wydawnictwo@nowy-swiat.pl 4 Wyszłam za mąż jak na wolność, a już o czwartej nad ranem gonił mnie stukot moich własnych obcasów na pustej ciemnej ulicy. Jakieś pięć metrów przede mną, w mętnym świetle latarń, szedł szybko prawie biegnąc ten obcy facet, który był moim mężem i co minutę wściekłym głosem rzucał za siebie: Prędzej! prędzej! prę- dzej! Noc poślubna była krótka i bez znaczenia, ponieważ o 4.45 od- chodził ekspres do Warszawy i trzeba było zdążyć na dworzec. Au- tobusy miejskie drzemały w zajezdni, a my, nowo poślubieni, nie- wyspani i pełni wzajemnych pretensji, pędziliśmy w ciemnościach przedświtu, oblani potem, w ciężkich kożuchach (na wszelki wypa- dek, gdyby wróciła zima...), z torbami podróżnymi, które co chwila, z gwałtownym szarpnięciem, zjeżdżały z ramienia w dół. Oczywiście, gdyby to ode mnie zależało, wstalibyśmy trzy kwa- dranse wcześniej. Ale co zależeć miało ode mnie, a co nie, tego jeszcze nie wiedziałam, tymczasem cały swój świat, wraz z czasem i przestrzenią, złożyłam w ręce Pawła, który jak dotąd robił wrażenie człowieka zorganizowanego i odpowiedzialnego. Kiedy wpadliśmy do przedziału, poobracaliśmy się w wąskim przejściu upychając torby na półkach, zrzucając niewygodne, bu- chające żarem okrycia, kiedy wreszcie opadliśmy na siedzenia na- przeciwko siebie cali mokrzy i zziajani, spojrzałam na dużą świecą- cą twarz mego dwudziestojednoletniego męża i jęknęłam w duszy: A więc to TEN? Jak ja go wytrzymam...! 5 On zaś rozjaśnił się i klepnąwszy mnie w udo, powiedział weso- łym głosem: No to jedziemy, Hanuś! Rozczochrani, bez tchu, zakochani, potwor- ni. Są to słowa Wiktora Hugo, który ponoć pierwszej nocy posiadł swą żonę dziewięciokrotnie. Z mojej podróży poślubnej pamiętam późne śniadania w wiej- skim pensjonacie, do którego dotarliśmy autobusem z Warszawy. Przedpołudniami Paw (zdrobnienie imienia Paweł) przygotowywał się do egzaminu z prawa jazdy. Ja siedziałam wsparta na wysokich poduchach i czytałam Mdłości Sartre’a. Potem szliśmy na spacer brzegiem rzeki, pośród gnijących przedwiosennych badyli. Płowa ścieżka pod butami, niebo szare, od czasu do czasu w gałę- ziach wysokich drzew błysk, jakby błękitnej chusteczki, wyszarpnię- tej przez wiatr spomiędzy chmur. Atłasowa kołdra w wielkim łożu była chłodna, śliska i – różowa. Musiałam (to oczywiste) być naga, więc było mi zimno. Wolałabym spać, spać całą noc, ale musiałam być przytomna, bo to przecież była nasza podróż poślubna! Przez siedem kolejnych wieczorów spędzo- nych w pensjonacie przedłużałam kolacje, aby skrócić noce. Skupiałam się na dokładnym żuciu chleba z szynką, następnie z żółtym serem, i wreszcie z dżemem, który rezerwowo podawano tym, którzy nie mo- gli się nasycić daniem głównym. Potem, już w pokoju, z ochotą grałam w „refl eks” kulką ugniecioną ze srebrnego staniolu. Byłam w tym lep- sza od Pawia, wybuchałam szczerym śmiechem za każdym razem, gdy jego łapa, wielka jak pysk psa dużej rasy, zamykała się o ułamek sekun- dy za późno, a srebrna kulka z cichym cyknięciem spadała na parkiet. Bywało, że bawiliśmy się tak nawet godzinę, jak dzieci. Potem już – trudno... W czarnych oczach Pawia ukazywało się drugie dno, czarniejsze i gorętsze niż smoła topniejąca w upał. Było mi od tego nieswojo i słodko zarazem. Bo to przecież z mojego po- wodu, przeze mnie i dla mnie. 6 I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie było... niedobrze. Za szybko, za mocno i jakby – niedokładnie. Po każdym kolejnym akcie moje ciało błyskawicznie stygło pod tą lodowatą kołdrą, a ja miałam wra- żenie, że ono, umęczone i rozczarowane, w ogóle nie było potrzebne w tej bitwie, choć wiadomo, że bez niego nie mogłoby dojść do żad- nego starcia. Pamiętne pierwsze lato w Sopocie. Słodki i gęsty sierpień, moje osiemnaste urodziny. Oto właśnie przeprowadziliśmy się całą rodziną z Wrocławia nad morze. Czekała mnie tutaj matura, studia, a następnie cała reszta życia. Uwielbiam zaczynać wszystko od nowa, w nieznanym miejscu, z innymi ludźmi, od nowego roku, od poniedziałku, od jutra... Chodzę po deptaku sopockim nazwanym imieniem Bohaterów Monte Cassino w upalny dzień i usiłuję skojarzyć tę barwną rzekę ludzi, rozprażony tłum sunący jednocześnie w dół i w górę, ku molo i z powrotem, trący o siebie przeciwbieżnie, lecz przyjemnie, słodko – usiłuję skojarzyć tę ulicę, tak nazwaną, z czerwonymi makami na Monte Cassino, co „zamiast rosy piły polską krew”. Czy wtenczas we Włoszech też tak prażyło słońce i był upał, gdy tamci chłopcy, spoceni, biegli po trawie z metalowymi rozgrzanymi narzędziami do zabijania w rękach? Czy ich podkoszulki pod mundu- rem były mokre i wydzielały ostrą, podniecającą woń młodego potu i dojrzałej wojny? Czy pić im się chciało i któryś pomyślał o zimnej lemoniadzie z miodem? Albo o domowym sorbecie truskawkowym, który matka podawała w południe, na tarasie, zazwyczaj w niedzielę i to najchętniej wtedy, gdy przybywali z wizytą sąsiedzi? Czy któryś przypomniał sobie może, na ułamek sekundy, jak cudownie chłodne były wargi dziewczyny, gdy wróciła z lasu, przybiegła zgrzana, zdy- szana, i przywarła do niego ciałem całym, twarzą, a wnętrze jej ust było zimne i śliskie jak jedwabna chustka? Czy takie wspomnienie, tuż przed śmiercią, nie jest jak prezent od życia, które właśnie się 7 żegna, w upale pogody, w płomieniach krwi pędzącej przez tętnice, w ogniu wojny, która wybucha zawsze z winy życia? Szłam sobie, tak myśląc niezobowiązująco wobec historii, pojed- nana z tłumem, i zaglądałam przez szyby do rozmaitych sklepów, do jubilera, gdzie leżały prawdziwe korale, ręcznie szlifowane, zawsze o takich marzyłam, zaglądałam do nudnego Galluksu, a potem do komisu, gdzie na wystawie leżały nonszalancko rozrzucone austria- ckie bluzeczki w cieniowanych kolorach od bladego różu do bordo i od lila do granatu. Po niebie łaziły obłoczki, puszyste wilgotne two- ry bez żadnych wyraźnych powinności wobec nieba i ziemi... I nagle wydało mi się, że pośród dziesiątków kolorowych, niemal zmiksowanych postaci, ujrzałam Kogoś. Wysoki, smukły, ciemno- włosy chłopak to się pojawiał, to znikał w ciżbie. Ruszyłam za nim szybciej, by go dogonić, a nawet wyprzedzić, i zobaczyć, kto to jest. Jego poruszające się płynnie ramiona, chód lekki, a zarazem sta- nowczy, głowa o wydłużonym, oksycefalicznym kształcie, błękitny podkoszulek – wszystko to zadziałało jak znak dla mnie i miało siłę hipnotyczną... Strumień mojego istnienia, jeszcze przed chwilą leniwy i roz- lewny, sprężył się nagle i ruszył do przodu, ku młodemu mężczyź- nie idącemu energicznie deptakiem nadmorskiego miasta. Czułam, że muszę zobaczyć jego twarz. Co od tego zależało? Obrót gwiazd? Pokój na ziemi? O, jeszcze więcej. Tak przemożnego pragnienia, de- terminacji wręcz, nie czułam w sobie chyba nigdy wcześniej. Jakby tylko ten jeden człowiek mógł być odpowiedzią, wytchnieniem, roz- wiązaniem. Odpowiedzią na jakie pytania? Wytchnieniem po jakich napięciach, niepokojach, trwogach? Rozwiązaniem jakich egzysten- cjalnych rachunków? Tego wiedzieć nie mogłam, bo niewiele się wie, mając lat osiem- naście, chociaż przecież czuje się już wszystko, bo mniej więcej wte- dy właśnie uzyskuje się dostęp do całej puli uczuć danych nam na życie. Ja miałam pewność, że czeka mnie niewiarygodnie ważne ży- cie, pełne miłości i samotności, szczęścia i rozpaczy. Wierzyłam, że 8 aby osiągnąć pełnię, choć na krótko, muszę spotkać drugiego czło- wieka, dokładnie takiego samego jak ja, ale przeciwnej płci. Pomysł to oczywiście starożytny, ale w młodości ma się ów niezwykły talent odkrywania na nowo odwiecznych prawd. „Odwróć się” – powtarzałam w myślach, idąc za chłopakiem w błękitnym podkoszulku. Zaklinałam go, patrząc intensywnie w je- go kark, opalony, okrągły. Te czary nieraz mi się udawały, ćwiczyłam je od dawna na przypadkowych ludziach. Należało mocno patrzeć i wypowiadać zaklęcie z uporem, ale zarazem tak, jakby nam na tym nie zależało, bocznym torem świadomości. Byłam tuż za nim, gdy odwrócił się wreszcie i nasze oczy się spotkały. Na ułamek sekundy zapanowała cisza absolutna i zamarł wszelki ruch na świecie. W jego spojrzeniu ujrzałam lasy, które przejdę, góry, na które wej- dę, miasta, które zwiedzę, sny, które prześnię. Mój los w jednej chwili odbił się w lusterkach źrenic, w ciemnych oczach obcego człowieka, jakby był tam zakodowany. Lecz zaraz tłum znowu ruszył, wybuchł hałas, ruszyła taśma z fi l- mem o bieżącej rzeczywistości, chłopak odwrócił wzrok, a ja poczu- łam się tak, jakbym właśnie została okradziona z pieniędzy całego życia. Bunt! Żal! Ból! Okazja minęła. Nie zatrzymałam go. Moje oczy nie dały się przeczytać. Nie nawiązaliśmy łączności. Okazałam się dla niego nic nie znaczącym elementem krajobrazu. Nigdy go już nie zobaczę. Pozostanę niespełniona, porzucona w niedoistnieniu i nikt nigdy nie dowie się, kim naprawdę jestem. Przeznaczenie dało znak – po czym rozsypało się w drobny mak! Stałam przez chwilę w rwącym nurcie własnych emocji i w prą- cej, w dwie strony naraz, rzece turystów na ulicy Monte Cassino. Błękitny podkoszulek ostatecznie utonął w tłumie. Przedostałam się na lewo, pod kino Polonia. Potem dotarłam do delikatesów, gdzie kupiłam zimną, zaparowaną butelkę coca-coli, bo upał był doprawdy nie do zniesienia. I zaraz poczułam, jak od tej butelki trzymanej w ręce lodowacieją mi kości przedramienia, aż po 9 łokieć, pod mięśniami, i jak to promieniuje aż do mózgu, przez któ- ry przeleciał mróz i błyskawicznie wychłodził przegrzane synapsy. Jednocześnie zamarzło i utrwaliło się w mojej głowie – jak matry- ca, wzorzec, model – marzenie o Wysokim Brunecie z Wydłużoną Czaszką, i Oczami Czarnymi jak Antracyt. Z Pawłem chodziłam do jednego liceum we Wrocławiu. Wtedy nic nas nie łączyło. Jednak jakiś czas po moim wyjeździe do Sopotu, zimą, zaczęliśmy pisywać do siebie listy. To w listach zaczęłam nazwać go Pawiem. Zazwyczaj ludziom nieobo- jętnym odkształcam imiona, by lepiej przylegały do mnie. Imię jest krótką melodyjką, przywołującą jedną duszę do drugiej. Powinna być szczególna i zaufana. Imię jest jak klucz, który ma dwa takie same końce i musi otwierać i mnie, i ciebie za jednym razem. Pisałam więc: Cześć, Pawiu! Lecz on odzywał się konwencjonalnie: Miła Haneczko. Mdliło mnie od tej „Haneczki”, bo zaprawdę, żadna ze mnie Haneczka, nawet Hania, a nie daj Boże Hanusia. Pozostawa- łam więc jakby bezimienna. Zresztą odczuwałam to stale, bo słowo, którym ochrzcili mnie rodzice, nie przemawiało do mnie nigdy, było puste w środku, jak futerał bez instrumentu. Nie było w nim mojej melodii. Byłam więc dla siebie samym tylko inicjałem, Ha-literą, po której nie następowała żadna mojość. Koniecznie potrzebowałam jakiegoś fonicznego kodu, by złapać się za tożsamość. Czekałam na wynalazek, który otworzy mnie dla mnie samej i dla kogoś drugiego. Kiedy więc Paw za którymś razem rozpoczął swój list zawołaniem: Mój Haniele! – poczułam do niego prawdziwą sympatię i uznałam, że ma twórczy umysł, co dobrze rokuje na przyszłość. Niestety, owa przyszłość dość prędko zdegradowała mnie znów do poziomu Hani, a nawet Hańci... Dlaczego Hańcia wyszła za mąż za Pawia? Prawdopodobnie dla- tego, że wybrała się w drogę w poszukiwaniu swego imienia i – za- błądziła... 10
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Dziewczyna z zapałkami
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: