Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00326 006240 19032790 na godz. na dobę w sumie
Dziewczyny z konspiry - ebook/pdf
Dziewczyny z konspiry - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 176
Wydawca: Zona Zero Język publikacji: polski
ISBN: 9788394759971 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> historia, militaria, wojskowość >> historia powszechna
Porównaj ceny (książka, ebook (-16%), audiobook).

oktor Ligia Urniaz nauczyła Andrzeja Celinskiego, jak symulowac perforacje wrzodu. Potem wezwana do wijącego sie w bolach pacjenta, zaordynowała przewiezienie go do szpitala. Do obozu juz nie wrocił.
Ewa Kubasiewicz, mimo iz została wybrana, zrezygnowała z działalnosci w Zarzadzie Regionu. To był protest przeciwko autorytarnym zakusom Lecha Wałesy. Nie chciała byc marionetka w niczyich rekach.
Mirosławe Wałese poddano szczegołowej rewizji osobistej. Przez dwa tygodnie nie mogła po niej dojsc do siebie. Gryps jednak ocalał i przekazała go dalej.
Z petycjami mieszkancow Zbroszy Duzej jeździły do władz przewaznie kobiety. Siadały na schodach w urzedzie i jadły bułki kupione po drodze. Wiadomo kruszyły, wiec szybko je przyjmowano, nawet gdy kolejka petentow była długa.
Bohaterkami tej ksiazki sa działaczki polskiej opozycji demokratycznej. Przedstawiamy niezwykłe kobiety reprezentujace Solidarnosc i inne organizacje, dzieki ktorym dokonała sie w Polsce przemiana ustrojowa.
Zbierały informacje, redagowały, drukowały, rozwoziły, organizowały pomoc, ukrywały, wyciagały uwiezionych z miejsc odosobnien w stylu Jamesa Bonda. Doskonale zdawały sobie sprawe z ryzyka i podejmowały je z pełna swiadomoscia.
W czasach konspiry cel miały wspolny, ale dazyły do niego roznymi drogami. Niektorym udało sie pogodzic batalie o wartosci wyzsze z piecza nad domem, inne zapłaciły za udział w niej rozpadem rodziny i osamotnieniem w wolnej juz Polsce.
Pozostaja niedocenione.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Okładka Fahrenheit 451 Zdjęcie na okładce Andrzej Mikiciak Korekta i redakcja Ewa Popielarz, Martyna Posłuszna Dyrektor projektów wydawniczych Maciej Marchewicz Skład i łamanie TEKST Projekt ISBN 978-83-946131-9-8 Copyright © Agnieszka Lewandowska-Kąkol Copyright © for Zona Zero Sp. z o.o., Warszawa 2017 Wydawca Zona Zero Sp. z o.o. ul. Łopuszańska 32 02-220 Warszawa tel. 22 836 54 44, 877 37 35 faks 22 877 37 34 www.zonazero.pl e-mail: wydawnictwo@zonazero.pl Spis treści Wstęp .................................................................................................... 7 I Ciocia Hania ............................................................................... 11 (Anna Rajner) II Rodzinna „Solidarność” ............................................................ 29 (Marta Urniaż. Ligia Urniaż-Grabowska. Małgorzata Grabowska-Kozera) III Bała się o syna ............................................................................ 59 (Janina Bielecka) IV Niczego nie żałuję ...................................................................... 81 (Renata Jasińska) V Czy będę mogła wrócić? ........................................................... 97 (Ewa Kubasiewicz-Houée) VI Nie zdążyła na powstanie warszawskie ................................... 133 (Iwona Kondratowicz. Mirosława Kondratowicz) VII Poznałam, co to przyjaźń ......................................................... 149 (Małgorzta Pawłowska) VIII Mityczna Jadwiga ........................................................................ 169 (Jadwiga Chmielowska) IX Trzeba działać, a nie oglądać się na innych ............................ 199 (Maria Krokowska) X Nie miała wyboru ...................................................................... 211 (Marzena Górszczyk-Kęcik) 6 DZI E WC Z Y N Y Z KONSPIRY XI Zbrosza walczy ........................................................................... 239 (Zofia Ślifirska. Działaczki opozycyjne ze Zbroszy Dużej. ks. Czesław Sadłowski) XII Jest zadanie – trzeba wykonać .................................................. 259 (Mirosława Danuta Wałęsa) XIII Bardziej czuję się obrońcą niż oskarżycielem ........................ 287 (Danuta Przywara) XIV Tak jak babcia minerka wierzę w siłę kobiet .......................... 305 (Małgorzata Tarasiewicz) XV Inaczej nie można było żyć ...................................................... 327 (Barbara Napieralska) XVI Było warto ................................................................................... 355 (Ewa Andrzejewska) Bibliografia ........................................................................................... 383 Źródła ilustracji ................................................................................... 384 Wstęp Kiedy wracała z jednego z zebrań, jadąc pociągiem z Katowic do Gliwic, do przedziału wszedł człowiek ze strzykawką w ręku i ukłuł ją igłą w nogę. Błyskawicznie zerwała się z miejsca i zaczę- ła biec za nim. Goniła go przez cały wagon i gdy już miała go zła- pać za kołnierz, ten otworzył drzwi i z pędzącego pociągu wyskoczył w ciemność. Po nodze Jadwigi spływała krew, ale jej natychmiastowa reakcja sprawiła, że napastnik nie zdążył wstrzyknąć żadnego specy- fiku. Dzięki temu tylko niewielka rana pozostała jako pamiątka po całym zajściu. Tego typu wydarzeń w konspiracyjnym życiu wielu Polek nie bra- kowało, choć oczywiście nie wszystkie były tak perfekcyjnie do niego przygotowane jak Jadwiga Chmielowska. Gdy jednak podejmowały decyzję o rozpoczęciu opozycyjnej działalności, doskonale zdawały sobie sprawę, że skończyć się może ona różnie. „Od początku mia- łam świadomość – mówiła Ewa Andrzejewska – że trzeba będzie ponieść jakieś konsekwencje”. Ceną za aktywność w walce z wła- dzą było ryzyko rewizji, przesłuchań i zatrzymania. Czasem trud- no ustalić konkretny moment przystania do konspiry, bowiem nastę- powało to z biegu i było tak naturalne, jak to, że po zimie przyjdzie wiosna. Źródła wyboru takiej, a nie innej drogi życia przeważne się- gały bardzo głęboko i mocno tkwiły w rodzinnym podłożu, zahacza- jąc o czasy dawno minionej drugiej wojny światowej. W początkach PRL-u opozycyjność była karana szczególnie dotkliwie, z pozba- wieniem życia włącznie. A mimo tego w podbydgoskim Fordonie, centralnym więzieniu dla kobiet, przebywało ich tam ponad cztery 8 DZI E WC Z Y N Y Z KONSPIRY tysiące. Przed zamknięciem w tym ponurym gmaszysku nie chronił nawet młodociany wiek aresztowanych, z których części brakowało nawet kilku lat do pełnoletniości. Najbardziej wytrwałych działaczek lata tam spędzone wcale nie zniechęciły, nie zmiękczyły i gdy roz- kwitła „Solidarność”, znalazły się w jej szeregach natychmiast. Wcze- śniej brały udział w zajściach roku ‘68 i w protestach przetaczających się przez kraj w latach 70. To nie kto inny, ale włókniarki z Łodzi sprawiły, że w lutym 1971 roku władze zrezygnowały z kolosalnych podwyżek cen ogłoszonych dwa miesiące wcześniej. Wprowadzenie stanu wojennego nałożyło na Polki bardzo poważne obowiązki i tyl- ko dlatego, że im sprostały, proces transformacji ustrojowej i defini- tywnego włączenia naszego kraju w europejską wspólnotę mógł się powieść. Władze PRL-u na szczęście nie doceniały roli kobiet w ży- ciu państwa, uważając naiwnie, że dzięki goździkom wręczanym im rokrocznie 8 marca nie zdecydują się na przeciwstawienie ludowym rządom. Toteż 13 grudnia i później akcją aresztowań i internowa- nia objęci zostali przede wszystkim mężczyźni. I wtedy właśnie one, czasem, by pomóc mężowi, synowi czy bratu, niejednokrotnie jed- nak już wcześniej mając dokładnie sprecyzowane poglądy, wkroczyły do akcji. Zbierały informacje, pisały, redagowały, drukowały, rozwo- ziły i roznosiły nielegalne wydawnictwa. Organizowały pomoc dla rodzin uwięzionych i ukrywających się, ale również dla samych in- ternowanych, czasem prawdziwym cudem wyciągając aresztowanych z miejsc odosobnień. Trudno wymienić wszystkie zadania, których się podejmowały i które z poświęceniem i narażeniem swego zdro- wia i życia wykonywały. A trzeba pamiętać, iż były to cele dodatko- we, nadzwyczajne, bowiem do tych pomijanych zwykle, niebranych w ogóle pod uwagę należało normalne prowadzenie domu i wycho- wywanie dzieci, zapewnienie trwałości rodziny, by ich walczący na barykadzie mężczyźni mieli dokąd wrócić. Polek w ten codzienny sposób przeciwstawiających się komunie było oczywiście najwięcej, WSTĘP 9 ale pozostają do dziś anonimowe, gdyż do wspomnień pisanych, mó- wionych, nagrywanych trafiły przede wszystkim opowieści tych, któ- re przez władze zostały w jakiś sposób zauważone, to znaczy znala- zły się choć raz na komendzie MO, w areszcie śledczym czy na sali sądowej. Niezwykle zastanawiający jest fakt, że w obradach Okrągłego Stołu, w jego zasadniczej, decyzyjnej części, a nie przy tak zwanych podstolikach, brała udział ze strony opozycyjnej tylko jedna kobieta, mimo tak wielu, które swą działalnością do tego finału bezkrwawej rewolucji doprowadziły. Stojąc przeważnie krok za opozycjonista- mi, nie dążyły do zajmowania czołowych stanowisk w swych orga- nizacjach, lecz do realizacji konkretnych celów, założonych w obo- wiązujących programach. Podobnie już po wyborach roku 1989 nie przypuściły szturmu na rządowe i parlamentarne stanowiska. Czę- sto, choć oczywiście nie zawsze, zdawały sobie bowiem sprawę, iż ich kompetencje tak daleko nie sięgają, a ich poczucie odpowiedzial- ności nie pozwalało na eksperymentowanie na społeczności własne- go kraju. Bohaterkami tej publikacji są w większości aktywne działaczki opozycji demokratycznej. Zależało mi na tym, by pokazać różne jej oblicza, bowiem choć królową opozycji niewątpliwie była „Solidar- ność”, inne związki i organizacje, czasem nawet dziś mało znane, również wniosły swój wkład w bezprecedensową przemianę ustro- jową, która, ku zdziwieniu i niedowierzaniu świata, u nas się z po- wodzeniem dokonała. Niektórym z bohaterek udało się pogodzić walkę w obronie solidarnościowych wartości z troskliwą pieczą nad domowym ogniskiem, inne za ustrojową bitwę zapłaciły rozpadem rodziny, brakiem porozumienia z dziećmi, trudnościami z poukła- daniem sobie życia już w wolnej Polsce. Losy części z nich nie zo- stały wcześniej opisane, więc cieszę się, że Czytelnicy będą mogli przeczytać o nich po raz pierwszy. Kilka kobiet poznałam osobiście 10 DZI E WC Z Y N Y Z KONSPIRY i usłyszałam ich relację z pierwszej ręki, co zawsze jest dla autora naj- cenniejsze, i za taką możliwość serdecznie im dziękuję. Historii anonimowych bohaterek nikt pewnie nigdy nie opisze, bo może one same nawet nie zdawały sobie sprawy i nie zdają na- dal z roli, jaką w tym niezwykłym dla Polski czasie odegrały. Dlate- go właśnie im tę książkę dedykuję. I Ciocia Hania Anna Rajner W pierwszej paczce, którą dostała od mamy, były papierosy. Zdziwiła się, bo dotąd nigdy nie paliła. Miała dopiero sie- demnaście lat, a dla panien z dobrych domów, do jakich niewątpliwie się zaliczała, przeważnie nie był to jeszcze wiek, w którym ulegało się nałogowi. Dopiero podczas pierwszego widzenia, na które zezwolo- no po przeszło półrocznym śledztwie, dowiedziała się, iż kiedy po kilkugodzinnej rewizji nad ranem zabierano ją z domu, razem z nią zniknęły dwie paczki papierosów należące do mamy. Ta zaś, przera- żona sytuacją, drżąca o los jedynaczki, ani przez chwilę nie przypusz- czała, że mogły paść łupem funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa. Posądzając córkę o ukrywanie nałogu, postanowiła jednak sprawić jej przyjemność, więc pierwszym produktem, jaki włożyła do przy- gotowywanej paczki, były papierosy. Sama była palaczką i wiedziała, co to nikotynowy głód. Młodociany wiek nie stanowił dla ówczesnego aparatu władzy przeszkody w karaniu politycznych przestępców, we wtrącaniu ich do ciemnic i przepełnionych do granic możliwości cel. Hanna szyb- ko się o tym przekonała. Fordon. Wówczas miejscowość położona niedaleko Bydgoszczy, teraz jedna z jej dzielnic. Dla wielu kojarząca się wyłącznie z więzie- niem, choć wybudowany tam w drugiej połowie XVIII wieku bu- dynek, imponujący pod względem solidności i grubości murów, po- czątkowo służył zupełnie innym celom. Znajdował się w nim dom akcyzy i ceł, w którym pobierano podatek od polskich towarów prze- wożonych i spławianych Wisłą do Gdańska, był to bowiem zabór 14 DZI E WC Z Y N Y Z KONSPIRY pruski. Już jednak w 1853 roku zorganizowano tam więzienie dla ko- biet i tę funkcję, widać najbardziej odpowiadającą specyfice budowli, pełniła ona trwale. Tylko przez dwa lata (1918–1920) nie przetrzymy- wano tam więźniarek. Wówczas gmach służył za koszary, najpierw dla niemieckiej Straży Granicznej, a potem dla wojsk polskich nio- sących wolność na te tereny. Przez całe dwudziestolecie między- wojenne kobiety odsiadywały tam wyroki, a podczas drugiej woj- ny światowej całe transporty polskich więźniarek, po odbyciu kary w Fordonie, wywożone były do obozów koncentracyjnych w Au- schwitz i Ravensbrück. Przez krótki okres po wyzwoleniu przebywa- ły tam Niemki i Austriaczki, które pracowały w nadzorach obozów koncentracyjnych, oraz polskie kolaborantki. Potem zaczęto tu wię- zić Polki oskarżone o działalność polityczną, głównie z Armii Krajo- wej i te, które walczyły z terrorem stalinowskim w latach 50. XX wie- ku. W maju 1952 roku do Fordonu trafiła Hanna i jej o rok młodsza koleżanka. Szybko przekonały się, że nie są najmłodszymi pensjona- riuszkami w historii szacownego zakładu. Jedna ze współwięźniarek została aresztowana siedem lat przed nimi. Miała wówczas piętnaście lat. Wraz z koleżanką przystały do oddziału partyzanckiego. Były tam tylko dwie – piętnastoletnie dziewczyny pomagały chłopcom w ich leśnych działaniach. W 1945 roku obydwie zostały skazane na karę śmierci. Jedna z nich była sie- rotą, więc wyrok wykonano szybko. Do drugiej los się uśmiechnął – rodzice wystarali się u Bieruta o ułaskawienie. Dostała dożywocie, a miała już za sobą siedem lat odbywania kary… Siedziała z nimi również staruszka, analfabetka ze wsi. Wszyst- kim wokół powtarzała to samo: – Mam dożywocie. Siedzę za chleb. Nie myliła się. Zasądzono jej dziesięć lat, co w jej wieku najpraw- dopodobniej miało się okazać dożywociem. Aresztowano ją zaś, bo z dobrego serca oddała partyzantom cały chleb, który miała, kiedy CIOCIA HANIA 15 w nocy zapukali do jej chaty. Nie dociekała rzecz jasna, czy rzeczywi- ście byli to partyzanci, czy też padła ofiarą prowokacji. Fordon robił przygnębiające wrażenie, ale dla Hanny okazał się miejscem o wiele bardziej przyjaznym niż więzienia, w których prze- bywała wcześniej. Przyszli po nią 23 listopada 1951 roku, o godzi- nie 23.00. Dwaj oficerowie śledczy byli niezwykle skrupulatni. Rewi- zja trwała do 4.00 nad ranem, a pierwsze przesłuchanie zajęło ponad trzy doby. Przesłuchujący zmieniali się, a Hanna wciąż starała się być czujna, by nie powiedzieć czegoś niepotrzebnego. W pewnym mo- mencie przestała odpowiadać na pytania, nie podawała nawet swego imienia i nazwiska. Była tak wyczerpana, że miała wrażenie, iż tra- ci kontrolę nad słowami padającymi z jej ust. Zorientowali się, że już nic z niej nie wydobędą, więc zamknęli ją w piwnicy. W celi nie było okna. Betonowa podłoga, ślad po kołku, znanym wówczas narzędziu tortur, i nic więcej. Tydzień, który tam przesiedziała, urozmaicała so- bie czytaniem napisów pokrywających niemal każdy kawałek ściany. Były to przeważnie pożegnania, wyrażane w najrozmaitszy sposób. Pożegnania z rodziną, ukochanymi, ze światem, z domem… Na ob- skurnych ścianach zapisywały je te, które oczekiwały na wykonanie wyroku śmierci. Gdy przeniesiono Hannę do normalnej celi, z okien- kiem, pryczą i stolikiem, znów codziennie była wywoływana na prze- słuchania. Nie bili jej, ale chcieli pogrążyć psychicznie. Raz rzucili na stół okulary, łudząco podobne do tych, które nosiła jej mama. – Widzisz, ona też siedzi. Jest chora, bardzo chora. Jeśli się nie przyznasz, matka na pewno nie wyjdzie stąd żywa. Było ciężko, ale jakoś wytrzymała. Po dwóch tygodniach prze- wieziono ją do więzienia śledczego przy bydgoskich Wałach Jagiel- lońskich. W dwuosobowej celi stłoczono ich dwadzieścia. Głównie kryminalistki. Najmniej sympatyczne, wręcz wredne, były te, któ- re nazywano ekonomicznymi. Księgowe-malwersantki. Najbar- dziej troskliwie opiekowały się nią zaś prostytutki. Było lepiej niż 16 DZI E WC Z Y N Y Z KONSPIRY poprzednio, bo można było pracować i w dodatku pozwalano na wy- bór zajęcia – pomiędzy kartoflarnią, pralnią oraz pracownią, w któ- rej robiło się lalki. W pracowni Hanna czuła się najlepiej, gdyż przy- pominała jej ona szkołę, liceum plastyczne, w którym uczyła się do momentu aresztowania. Z dostępnych specjalizacji wybrała tkac- two artystyczne i akurat poznawała tajniki batiku, czyli wyrafinowa- nej techniki ozdabiania tkanin. Nanosiło się na nie wzory z wosku, a potem zanurzało w barwniku, który farbował tylko nieoznaczo- ne woskiem miejsca. Praca nad tkaniną odbywała się wieloetapowo i wymagała dużych nakładów czasu. Hanna zaprojektowała serwetę w żyrafy, słonie i pomarańcze i dopiero zaczęła jej malowanie, kiedy została aresztowana. Któryś z kolegów dokończył dzieło i serweta, mimo nieobecności projektantki, znalazła się na uczniowskiej wysta- wie, organizowanej zawsze na zakończenie roku szkolnego. W maju przed sądem wojskowym odbyła się wreszcie rozprawa, na którą wpuszczano tylko najbliższą rodzinę podsądnych. Na ławie oskarżonych zasiadali, oprócz Hanki i jej koleżanki, dwaj ich star- si, już pełnoletni koledzy, z których jeden stał na czele grupy. Zarzut był wspólny dla wszystkich – usiłowanie obalenia ustroju Polski Lu- dowej. Dowodami obciążającymi Hankę były listy, które wymieniała z instruktorką harcerską z Lublina, oraz harcerska finka. Nigdy nie dowiedziała się jednak, na kogo miała planować zamach przy uży- ciu tego narzędzia. Zasądzono jej cztery lata więzienia. Mama wnio- sła apelację od wyroku, ale z góry można było założyć, że zosta- nie odrzucona. Przedłużyło to tylko pobyt Hanny w budynku przy Wałach Jagiellońskich, a jak się później okazało, Fordon, do które- go ją przeniesiono po zakończeniu procesu, oferował lepsze warun- ki pobytu. Przede wszystkim przyjemniejsze było towarzystwo, bo- wiem przebywały tam wyłącznie więźniarki polityczne, przeważnie ze znacznie wyższymi niż Hanna wyrokami. Wstyd wręcz było się przyznawać, że dostało się trzy czy cztery lata. Ponadto w ciągu dnia CIOCIA HANIA 17 cele otwierano, więc można było się przemieszczać po całym zakła- dzie, co znacznie poprawiało samopoczucie. Obowiązkowa była też regularna praca, dzięki czemu czas płynął szybciej. Zadanie Han- ny polegało na przyszywaniu do mundurów odpowiednich naszy- wek. Nie było to nazbyt ciężkie zajęcie, ale monotonne i ogłupiają- ce. Za to w pracowni, w której szyła, zezwalano na rozmowy, i to był największy walor całej tej sytuacji. Legendy AK i WiN-u opowiada- ły tam młodszym koleżankom o swoich przeżyciach, przybliżały im wydarzenia, których te nie znały i o których nigdzie indziej pewnie by się nie dowiedziały. * * * – Teraz śledztwo to Wersal, a Fordon to pensjonat! – pisała do Hanki koleżanka, z którą w podbydgoskim więzieniu wspólnie od- bywały karę. W latach 80. za prowadzenie nielegalnej drukarni trafi- ła tam znowu i w takich superlatywach wyrażała się o dobrze im obu znanym zakładzie karnym. Zaraz po wybuchu „Solidarności” Hanna także zaangażowała się w jej działalność, ale na szczęście nie miała okazji oceniać warunków bytowania w żadnym z więzień. Była wtedy siostrą przełożoną w Sto- łecznym Ośrodku Rehabilitacyjnym w Konstancinie. Poprzednio po wyjściu z Fordonu, co nastąpiło na mocy amnestii nie po czterech, ale po dwóch latach, postanowiła nie kontynuować nauki w liceum pla- stycznym i nie wracać już myślami do poprzednich planów, czyli stu- diów w Akademii Sztuk Pięknych. Zdawała sobie sprawę z tego, że z taką przeszłością na żadne studia nie zostanie przyjęta. Ponadto po swych doświadczeniach od życia oczekiwała czegoś zupełnie innego. – Pobyt w więzieniu zupełnie zmienia optykę patrzenia na świat – mówiła z pewnym odcieniem nostalgii i swoistej dumy, choć najwię- cej w tym było trzeźwej racjonalności. 18 DZI E WC Z Y N Y Z KONSPIRY Chciała wybrać zawód pożyteczny, potrzebny ludziom, a jedno- cześnie absolutnie apolityczny. Zajęcie takie, którego wykonywanie nigdy nie będzie sprzeczne z jej moralnością i sumieniem. I powód ostatni, ale wcale nie najmniej ważny – wiedziała, że musi jak naj- szybciej zacząć pracować i zarabiać na życie, bowiem mama choro- wała i nie mogła już ich dwóch utrzymywać. – Te dwa lata rozłąki ze mną i stałego zdenerwowania były dla mamy gorsze niż dla mnie. Z daleka zawsze wszystko wydaje się groźniejsze niż wtedy, kiedy się jest w samym centrum. Mnie tam, szczególnie w Fordonie, nie było aż tak źle, a dla niej ten czas liczył się podwójnie. Ogromnie się postarzała i zaczęła chorować. Hanna wybrała pielęgniarstwo. W 1980 roku, po dwudzie- stu czterech latach pracy w zawodzie i zdobywaniu doświadczenia w różnych miejscach Polski, sprawowała odpowiedzialne stanowi- sko przełożonej w słynnym konstancińskim Stocerze. Tam Komisja Zakładowa „Solidarności” powstała błyskawicznie, bowiem oprócz nowych członków przepisała się do niej większość pracowników na- leżących do Związku Zawodowego Pracowników Służby Zdrowia. Hanna weszła w skład pierwszej Komisji Zakładowej i prowadziła jej sekretariat. Gdy ogłoszono stan wojenny, zaraz z samego rana w nie- dzielę przyjechała po nią samochodem lekarka będąca przewodni- czącą zakładowej „Solidarności” i razem pojechały zrobić porzą- dek z dokumentami. Część, którą chciały zachować, ukryły, a reszta została zniszczona. Nie zamierzały zaprzestać działalności i zdecy- dowały się przejść do podziemia. Koło zakładowe związku znacz- nie skurczyło się, ludzie wpadli w popłoch, przestraszyli się, trudno było przewidzieć, co nastąpi dalej. Została mniej więcej połowa ak- tywnych członków. Nikogo nie internowano, co – jak przypuszcza- ła Hanna – wiązało się z charakterem ich pracy i odpowiedzialnością za zdrowie i życie pacjentów. Tymczasem członkostwo w Komisji Zakładowej przestało już jej wystarczać, stale chciała robić więcej, CIOCIA HANIA 19 wewnętrzny impuls pchał ją do działania. Zaczęła dostarczać do Konstancina podziemną prasę i drugoobiegowe wydawnictwa. Wte- dy jednak, w 1983 roku, przeżyła osobistą tragedię, która na długi czas uniemożliwiła jej kontynuowanie intensywnej pracy zawodowej i równie intensywnej aktywności związkowej. Jej mama zmarła na raka płuc. Choroba, leczenie, opieka, potem długie umieranie – to był koszmar, który wyczerpał ją całkowicie. Hanna związana była z mamą relacją nadzwyczaj silną. Tak się ułoży- ły ich losy, że przez czterdzieści dziewięć lat swojego życia rzadko się z nią rozstawała. Była wychuchaną jedynaczką wychowywaną na Kre- sach Wschodnich, po tym, jak ojciec, oficer zawodowy, dostał przy- dział do 7 Pułku Artylerii Ciężkiej w Tarnopolu. Mama o korzeniach ziemiańskich, artystka po Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych w Po- znaniu, zajmowała się domem, tylko od czasu do czasu malowała i ha- ftowała dla przyjemności. Robiła też dla Hani oryginalne zabawki. Najczęściej i najbardziej udanie malowała konie, które były jej drugą, obok sztuk plastycznych, pasją. W siodle czuła się na tyle dobrze, że ujeżdżała najdziksze rumaki, które przysyłano do pułku. Hania też, jak tylko zaczęła chodzić, wiele czasu przebywała w stajniach, a po- tem znakomicie jeździła konno. Zaprzyjaźniona był również z psa- mi. Najukochańszy owczarek niemiecki Hipek świetnie sprawdzał się w roli niańki. Z psami bawiła się także w Suminie, rodowym mająt- ku mamy, do którego jeździły na całe lato. Ten raj dzieciństwa został zburzony przez wybuch wojny. Ojciec wyjechał na front i nigdy wię- cej go nie zobaczyły. Z przekazanych im przez PCK informacji wyni- kało, że został wywieziony na Syberię, a po amnestii wyruszył do Ar- mii Andersa, ale do niej nie dotarł. Zostały same i musiały sobie jakoś radzić, a właściwie radzić musiała sobie mama, bo Hania miała do- piero pięć lat. Cudem uniknęły wywiezienia na Wschód. W znacznej mierze przyczynił się do tego niesamowity instynkt samozachowaw- czy mamy, dzięki któremu kilkakrotnie wywinęły się śmierci. Udało 20 DZI E WC Z Y N Y Z KONSPIRY im się przedostać do Warszawy, gdzie mieszkało wielu członków ich rodziny. Kierunek ucieczki nie okazał się jednak najszczęśliwszy – dotarły tam na krótko przed wybuchem powstania. Maminy instynkt pomógł im w jego przetrwaniu, ale nie uchronił przed wywiezieniem do Niemiec. Gdy wychodziły z prawie doszczętnie zburzonej War- szawy, Hania zdążyła zabrać tylko dwie rzeczy, które przechowywała długie lata jako pamiątkę po tamtym czasie. Pięknie wydaną książecz- kę do nabożeństwa, podarowaną jej przez mamę, i laleczkę – uko- chanego naguska. W Pile jednym z przystanków na drodze do We- stfalii, w książeczkę włożyła gałązkę wrzosu, która tak doskonale się zasuszyła, iż również przetrwała do naszych czasów. W Niemczech mama pracowała w fabryce tekstylnej, wyrabiającej tkaniny na potrze- by wojska. Czuwając przy niej, gdy odchodziła z tego świata, Han- na wspominała właśnie pobyt w Emsdetten. Przed jej oczyma, czer- wonymi od łez i niewyspania, przesuwały się obrazy mamy z dwoma opatrunkami. Jednym na nodze, po tym, jak walec z tkackiej maszyny zmiażdżył jej palec, drugim z tyłu głowy, gdzie miała ranę od odłam- ka, którym została trafiona podczas bombardowania fabryki. Potem, jako że zabrakło miejsc pracy, zwolnionych z zakładu przeniesiono na wieś, ale żaden z gospodarzy nie chciał zatrudniać tak wynędznia- łych ludzi. Do ciężkich prac się nie nadawali. Nie bardzo wiedząc, co z nimi począć, zamknięto ich w stojącym gdzieś na odludziu bara- ku, po czym zupełnie przestano się nimi interesować. Gdyby nie fa- sola i mleko w proszku, pozostawione tam przez poprzednich loka- torów – Francuzów – pewnie cała osiemnastka zmarłaby z głodu. Po dwóch tygodniach uwolniły ich wojska angielskie. Potem przechodzi- ły przez kolejne obozy przejściowe i na dłużej osiadły w Belgii, gdzie mama mogła użyć swych plastycznych talentów i zarabiała, szyjąc ele- ganckie stroje dla pań z towarzystwa. Hanna z podziwem spojrzała na bladą, wychudzoną twarz kobie- ty leżącej na szpitalnym łóżku. CIOCIA HANIA 21 – Jakże ona umiała się przystosować do każdych warunków, mimo że przed wojną wiodła beztroskie życie i nie była przyzwycza- jona do zarobkowej pracy! Wkrótce została sama. Zabrakło osoby, z którą dzieliła tyle lat, obfitujących w trudne wydarzenia, jakich los im nie szczędził. Czy teraz zdoła żyć dalej, czy będzie tylko wegetować? Stres sprawił, że Hanna sama poważnie się rozchorowała – zapadła na żółtaczkę za- kaźną. Osłabienie organizmu przyczyniło się do tego, iż prawdopo- dobnie zaraziła się od jednego z chorych. Czuła się potwornie, ale nie zdecydowała się na kurację w szpitalu. Miała wewnętrzne prze- konanie, że zarówno dla zwalczenia choroby, jak i wyjścia z psychicz- nej zapaści, co niewątpliwie miało ze sobą związek, potrzebny jest jej przede wszystkim spokój. Trzy miesiące leżała w domu, na co opie- kująca się nią lekarka wyraziła zgodę pod warunkiem, że codziennie będzie się jej telefonicznie meldowała. – Chciała wiedzieć, czy jeszcze żyję – żartowała później Hanna. By w pełni wyzdrowieć i wrócić do pracy, potrzebowała pół roku. Gdy tylko na chwiejnych nogach zaczęła wychodzić z domu, zaproponowano, by w swoim mieszkaniu poprowadziła punkt kol- portażu. Ze względu na stan zdrowia chwilę się wahała, ale w końcu zgodziła się. Był to milowy krok ku życiu, ku powrotowi do czynnej egzystencji. Znalazła się w centrum działań, wśród ludzi. Przycho- dzili do niej zarówno dostawcy wydawnictw podziemnych, jak i ich odbiorcy. Z dnia na dzień jednych i drugich przybywało. Zjeżdżali się z całej Polski. Nie znała ich, nie starała się nawet zapamiętywać ich imion, które często pewnie były pseudonimami przyjętymi na czas konspiracji, nie mówiąc o nazwiskach, którymi w tych warun- kach w ogóle nie operowano. W pamięci utkwił jej student z Opo- la. Przyjechał do niej po raz pierwszy około północy z ogrom- nym plecakiem na stelażu. Szybko wyładował go po brzegi prasą i książkami, których kształty widoczne były doskonale pod miękkim 22 DZI E WC Z Y N Y Z KONSPIRY brezentem, i uginając się pod obciążającym plecy ciężarem, chciał już wychodzić. – A pan gdzie będzie nocował? – zapytała Hanna, nieco zdziwio- na, że nie pomyślał o zamaskowaniu bagażu, by tak bardzo nie rzu- cał się w oczy. – Na dworcu – odpowiedział chłopak ze spokojem, jakby było to jego stałym zwyczajem, który powinna znać. – O nie, ja pana tak nie wypuszczę. W nocy, z takim bagażem, przecież pierwszy lepszy patrol zwróci na pana uwagę! A ja chcę jesz- cze trochę popracować w tym fachu – uśmiechnęła się Hanna. – Przenocuje pan u mnie. Na dworzec pojedzie pan rano. Pociąg odchodził o godzinie 5.00. O 4.00 obudziła go, dała mu śniadanie i wyprawiła w drogę. Przyjeżdżał potem do niej jeszcze wiele razy i już nigdy nie wspominał o nocowaniu na dworcu, a Han- na wciąż była zdziwiona, że nikt go nie zatrzymuje z tym trefnym ba- gażem. Szybko liczba sprzedawanych przez nią tytułów książek urosła do stu egzemplarzy, a prasy oczywiście było znacznie więcej. Fizycz- nie czuła się już dobrze. I choć psychika potrzebowała jeszcze tro- chę czasu, by się w pełni zregenerować, świadomość, że jest potrzeb- na, że działa dla dobra kraju, bardzo jej pomagała. O tym, że jest do Polski bardzo przywiązana i losy kraju leżą jej na sercu, przekonała się sama wiele lat wcześniej. W Belgii urządziły się całkiem nieźle. Mama, od kiedy miała własną pracownię krawiecką, zarabiała wystarczająco, by móc ich utrzymać. Ona chodziła do szkoły, poznały nowych ludzi, z który- mi dobrze się rozumiały, jako że część z nich miała za sobą podob- ne przejścia, jakie stały się ich udziałem. Wciąż jednak czegoś im bra- kowało, za czymś tęskniły… Decyzja o powrocie do kraju nie była łatwa, gdyż na podstawie informacji docierających z Polski można było przypuszczać, że nie dzieje się tam najlepiej. Znajomi odradzali CIOCIA HANIA 23 wyjazd, podając liczne przykłady aresztowań ludzi wracających z Za- chodu. Były jednak na tyle zdeterminowane, że już w maju 1947 roku osiedliły się w Bydgoszczy, gdzie mieszkała większość ich rodziny. Nikt ich wyraźnie nie prześladował, ale mama miała kłopoty ze zna- lezieniem pracy, gdyż wszędzie padało to samo pytanie: – Dlaczego tak późno wróciła obywatelka do kraju? Hanna, idąc śladem mamy, zaczęła uczyć się w Liceum Plastycz- nym. Zapisała się do Związku Harcerstwa Polskiego, który wówczas działał jeszcze na przedwojennych zasadach i był zdecydowanie prze- ciwny komunistycznej ideologii propagowanej przez rząd, co było zbieżne z jej poglądami, wyniesionymi z domu i wywiezionymi z za- chodniej Europy. Nic dziwnego, że nie pozwolono takiej organizacji długo istnieć. W 1948 roku rozpoczęła się stopniowa jej likwidacja. Hanna i jej przyjaciele, zżyci już i dobrze się rozumiejący, postano- wili trwać dalej w swej grupie, nazywając ją oficjalnie Kręgiem Star- szoharcerskim, a na swój użytek: „Rodzinką” lub „Winogronem”. Zdawali sobie sprawę, że działają nielegalnie, że muszą przestrze- gać zasad konspiracji, ale to, co widzieli wokół, budziło ich zdecy- dowany sprzeciw, prowokowało do czynu. Nie mieli broni, nie szy- kowali zamachu, nie byli w żaden sposób groźni dla władzy, chcieli tylko poznać prawdę, nie znosili, gdy ich oszukiwano. Organizowali przede wszystkim prace samokształceniowe. Uczyli się tego wszyst- kiego, o czym nie mówiono w szkołach. Prowadzili długie dyskusje nad problemami, które ich ciekawiły. Dbali o pielęgnowanie świąt narodowych, organizowali wycieczki tematycznie z nimi związane, chociażby na warszawskie wojskowe Powązki czy do podziemi kate- dry Jana Chrzciciela przy Świętojańskiej. W normalnym kraju takiej młodzieży zwykło się pomagać w jej działaniach, lecz Polska lat 50. do takich z pewnością nie należała. Niestety stan ten trwał przez następne dekady, choć prób w kierunku zmiany sytuacji nie brako- wało. Hanna, gdy już wyszła z więzienia i została uczennicą szkoły 24 DZI E WC Z Y N Y Z KONSPIRY pielęgniarskiej w Warszawie, z wypiekami na twarzy przeżywała pol- ski październik 1956 roku i wydarzenia na Węgrzech. Nie mogła wte- dy wiele zrobić, więc chociaż oddawała krew dla węgierskich po- wstańców. Po ‘56 roku, kiedy już jako dyplomowana pielęgniarka pracowała w sanatorium przeciwgruźliczym dla dziewcząt w Dzieka- nowie Leśnym, harcerstwo reaktywowano. Wróciła do niego z chę- cią, a ze względu na specyfikę swojej pracy znalazła się w drużynie Nieprzetartego Szlaku, mającej urozmaicać ponure i często pozba- wione perspektyw życie młodzieży chorej i niepełnosprawnej. * * * Obok aktywności zawodowej społeczna pomoc innym i działa- nia na rzecz wyzwolenia kraju spod wschodnich zależności leżały nieustannie w sferze jej zainteresowań. Kto więc, jak nie Hanna, miał teraz stanąć w pierwszych szeregach Niezależnego Związku Zawo- dowego? Regularnie uczestniczyła jako służba medyczna w mszach za ojczyznę odprawianych w kościele św. Stanisława Kostki, i to za- równo wtedy, gdy przewodniczył im ksiądz Popiełuszko, jak i po jego dramatycznej śmierci. Kolportażem podziemnych wydawnictw zaj- mowała się z wielką energią i zaangażowaniem aż do 1988 roku. Wte- dy zaczęło się już mówić o konieczności negocjacji z rządzącymi, po- wstał pomysł Okrągłego Stołu. Pojawiła się możliwość rejestracji zakładowych kół „Solidarności”, choć jeszcze jako całość związek nie został oficjalnie uznany. Stocer był trzynastym zakładem w Pol- sce, a pierwszym w ramach służby zdrowia, który ujawnił swoje koło. W informacjach donosiło nawet o tym Radio Wolna Europa. Zaczął się nowy etap działalności, teraz już zupełnie jawnej i bardziej związ- kowej niż politycznej. W Hannę wstąpiła nadzieja, podobna do tej, której uległa, kiedy „Solidarność” powstawała – że znów będzie mo- gła robić coś dobrego dla kraju. Była zwolenniczką pracy organicznej CIOCIA HANIA 25 i już zastanawiała się, w jakiej dziedzinie zdoła zdziałać najwięcej. Pech chciał, że kiedy rozpoczęły się obrady Okrągłego Stołu, była zmuszona poddać się operacji szczęki i przez dziesięć dni przeby- wała w szpitalu. Tym, co działo się w kraju, była jednak tak podeks- cytowana, że trudno jej było skupić się tylko na leczeniu. Codzien- nie wieczorem jedna ze znajomych lekarek ze Stocera wykradała ją ze szpitala, co okazało się nietrudne, bowiem można było z niego bez- pośrednio przejść do kościoła, a stamtąd na ulicę. Jeździły na spotka- nia z uczestnikami obrad Okrągłego Stołu, co dzień z kimś innym. Hanna wyglądała nieszczególnie z drutami sterczącymi z ust, ale za- słaniała je ręką, a często, pochłonięta toczącą się dyskusją, zupełnie o nich zapominała. W ponownie zarejestrowanej „Solidarności” rzuciła się w wir pra- cy. Weszła w skład nowo wybranej Komisji Zakładowej i została jej delegatem do Regionu. Natychmiast po powstaniu Komitetu Obywa- telskiego zaangażowała się w jego prace. Czwartego czerwca, w dniu pierwszych niekomunistycznych wyborów, zasiadała w Komisji Wy- borczej w Klarysewie. Tak jak każdy cieszyła się, kiedy się okazało, że niemal we wszystkich okręgach wyborczych zwyciężyła opozycja. Był to dla niej niezwykle ważny moment na długiej drodze starań, podejmowanych w różnym wieku i różnymi metodami, o wolną od sowieckiego dyktatu Polskę. W chwilach zadumy żałowała tylko, że nie doczekała tego mama, która – choć sama nie była czynnie zaan- gażowana w opozycyjne działania – swoje przecierpiała i sekundowa- ła wiernie córce, często narażona na większy stres niż ona. Po powrocie do Polski dwukrotnie musiały rozstać się na dłuższy czas. Najpierw, kiedy Hanna odsiadywała wyrok w więzieniu, i póź- niej, gdy po odbyciu kary postanowiła zostać pielęgniarką i wyjechała z Bydgoszczy do Warszawy, by uczyć się w szkole pielęgniarskiej. Po zdobyciu zawodu zawsze już szukała pracy, w ramach której oferowa- no mieszkanie na tyle duże, by mogły w nim razem żyć. Najczęściej 26 DZI E WC Z Y N Y Z KONSPIRY przebywał z nimi jeszcze trzeci lokator – pies, obie bowiem uwielbia- ły zwierzęta i uważały, że w najmniejszym nawet lokum znajdzie się miejsce dla czworonożnego przyjaciela. Ale na chwile wspomnień i zadumy Hanna nie miała wówczas wiele czasu. Po wyborach tak intensywnie pracowała w Związku, że zrzekła się stanowiska przełożonej i przeszła tam na etat. Zo- stała sekretarzem Komisji Zakładowej i dokładała wszelkich sta- rań, by pozytywnie rozwiązywać problemy najbliższego otoczenia. Słynna była batalia jej koła o dom dla chorych na AIDS, który se- nator Zofia Kuratowska założyła w jednej z konstancińskich willi. Okoliczni mieszkańcy początkowo nie chcieli się zgodzić na takie sąsiedztwo, była nawet próba podpalenia domu i członkowie stoce- rowej „Solidarności” czuwali przy nim dzień i noc. Jednak akcja in- formacyjna i umiejętności perswazyjne Hanny załagodziły spór tak dalece, że ostatecznie sąsiedzi pomagali nawet w wyposażaniu wil- li. W ten sposób funkcjonowała Hanna do końca 1990 roku. Wtedy, z ramienia Komitetu Obywatelskiego, została kandydatką na radną i z rekordowym poparciem wyborców znalazła się w Radzie Gmi- ny Mokotów. – To, nie tylko według mojej opinii, była najlepsza i najskutecz- niejsza rada, jaką można sobie wyobrazić. Zaczynaliśmy dopiero dzia- łalność samorządową, niczego o tym nie wiedzieliśmy, więc w trybie pilnym wszyscy staraliśmy się uczyć, ale byliśmy odważni przy spo- rządzaniu projektów i równie nieustraszeni w procesie ich realizacji. Przede wszystkim pozostawaliśmy pełni zapału i naprawdę chcieli- śmy coś dobrego zrobić – podsumowuje te samorządowe początki Hanna. Była przewodniczącą komisji pomocy społecznej, ale intensywnie pracowała też w komisjach zdrowia, kontaktów z organizacjami po- zarządowymi i oświaty. Zależało jej na tym, by powstało jak najwię- cej organizacji pozarządowych, i przyczyniała się do tego, załatwiając CIOCIA HANIA 27 im lokale, w których mogły działać. Szczególnie ciągnęło ją do po- krzywdzonych przez los dzieci. Między innymi udało jej się dopro- wadzić do powstania na Mokotowie Ogniska imienia Kazimierza Lisieckiego „Dziadka”, bo choć część tych, znanych jeszcze sprzed wojny i świetnie realizujących cele opiekuńczo-wychowawcze, placó- wek reaktywowano, w tej dzielnicy nie funkcjonowała żadna. I wła- śnie wtedy, w czasie prac nad ogniskiem, zetknęła się po raz pierwszy z fundacją Synapsis, zajmującą się dziećmi i dorosłymi z autyzmem oraz ich rodzinami. Fundacja dopiero raczkowała, ale problem, wte- dy całkowicie w Polsce zaniedbany, wydał się Hannie na tyle ważny, a ludzie skupieni wokół niego tak odpowiedzialni i pełni poświęce- nia, że postanowiła im pomóc. Najpierw udało jej się wywalczyć – a wcale to łatwe nie było – działkę pod budowę. Ogromnie ucie- szył ją moment podpisania aktu notarialnego o dzierżawie wieczystej terenu. Potem zaczęła zabiegać o fundusze na wzniesienie ośrodka dla tych nierozumianych przez ogół społeczeństwa ludzi. Kilkakrot- nie pieniędzy zabrakło i budowa musiała stanąć, co było swoistym marnotrawstwem, gdyż przestój takiego przedsięwzięcia też kosz- tuje. Wreszcie, w 1999 roku, u progu nowego tysiąclecia, ośrodek uroczyście otwarto, a Hanna była tak szczęśliwa, jakby otrzymała prezent, o którym latami marzyła i którego już nie spodziewała się dostać. Była to pierwsza tego typu placówka w Polsce i właściwie od niej dopiero rozpoczęto u nas tworzenie systemu pomocy osobom z autyzmem i, co nie mniej istotne, ich rodzinom. Hanna poświę- ciła temu zagadnieniu dwadzieścia lat swego osobistego i samorzą- dowego życia, wykorzystując w tym celu wszelkie swe umiejętności organizacyjne i znajomości wśród kompetentnych autorytetów w tej dziedzinie. Na co dzień uczestniczyła w funkcjonowaniu ośrodka, znana tam jako ciocia, do której zawsze można było zwrócić się o po- moc. Własnych dzieci nie miała, toteż z wychowankami pozostawa- ła w serdecznych, rodzinnych niemal stosunkach. 28 DZI E WC Z Y N Y Z KONSPIRY Kiedy osoby represjonowane w okresie stalinowskim objęte zo- stały ustawą o prawach kombatantów, Hanna nie zamierzała dołą- czać do tej grupy, bowiem nie czuła się aż tak pokrzywdzona. Te dwa więzienne lata traktowała jako niezwykle pouczającą lekcję ży- cia, w jakiś sposób dla niej pożyteczną. – Być może szereg rzeczy, które potem udało mi się zrobić – ma- wiała – zawdzięczam temu, co tu ukrywać, dość ponuremu okresowi. Potem przyszła refleksja, że trzeba jednak zgłosić się dla celów hi- storyczno-badawczych, by potomni mieli pojęcie o tym, jak to wszyst- ko wyglądało. Po wizycie w urzędzie, wstrząśnięta, obiecała sobie, że nigdy tam nie wróci. Podczas zebrania trwała żenująca licytacja na cierpienia i zasługi. Nie mogła tego znieść i oburzona wyszła. Gdy później dowiedziała się, jak duże grono kombatantów lat 80. doma- ga się odszkodowań za swoje cierpienia, ogarnęła ją wściekłość i za- decydowała, że również wystara się o te pieniądze, ale przeznaczy je na szczytny cel. Oczywiście od początku znała adresata darowizny, ale innych poinformowała o tym dopiero, gdy niezbyt duża kwota znalazła się na jej koncie. Tak powstał Fundusz Wieczysty Centrum Dziecięcego Synapsis, będący fundacją kapitałową. Dołożyli się do niej inni darczyńcy, wspierający działania na rzecz autystycznych dzie- ci. Gdy już powstał, Hanna zaczęła grać w totolotka, by móc go na- dal zasilać. Żyła przyszłością, bez jakichkolwiek ciągot martyrologicz- nych, powoływania się na trudne dzieciństwo, przerwaną młodość. Była potrzebna tym małym istotom, i to było dla niej najważniejsze. Czasem zastanawiała się, dlaczego działalność w opozycji i soli- darnościowy zryw doprowadziły ją do tego właśnie miejsca i do ak- tywności, która wypełniała teraz większość jej życia. Istnieje jakaś analogia pomiędzy więziennym odosobnieniem a alienacją wynikają- cą z zatrzaśnięcia się w autystycznej skorupie. II Rodzinna „Solidarność” Marta Urniaż Ligia Urniaż-Grabowska Małgorzata Grabowska-Kozera
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Dziewczyny z konspiry
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: