Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00090 007754 15914246 na godz. na dobę w sumie
Efemeryda - ebook/pdf
Efemeryda - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 208
Wydawca: Self Publishing Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-272-3439-1 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> literatura piękna >> komiks i humor
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

'Niesamowita powieść. Wciągająca. Niezwykle sugestywna. Pozornie erotyczna. Pozornie w swym erotyzmie mroczna. Bo tak naprawdę jest to powieść o miłości. Która jest silniejsza nawet od śmierci. »Efemeryda« to dziwna powieść o miłości. Dziwna, piękna i zmuszająca do myślenia'.
Jacek Głębski (laureat nagrody wydawnictwa Znak, autor m.in. „Kuracji”, „Drogi do Ite”, „Narodzin bogów”)

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Rozdział 1 Już dawno zorientowałem się, że żyjemy na brzegu zielono–brązowej, gęstej rzeki o wartkim nurcie. Brzegi są ur- wiste, mokre, pocięte żyłkami strumieni, i w każdej chwili możemy się ześlizgnąć i zginąć. Wtedy rzeka nas porywa i znikamy w jej głębiach i już nas nie ma – a inni żyją tak, jak gdyby się nic nie zdarzyło. Stoją na brzegu, nad nimi słońce gra w gałęziach, a nam żółta woda gasi oczy i krtanie. Nie oczekuję sensu ani zbawienia. Widzę przyczyny i skutki. Świat jest rozszerzającą się mydlaną bańką, która zaraz pęknie. Gdy zamknę oczy, widzę tańczące gwiazdy i wy- buchające galaktyki. Widzę miliardy miliardów słońc, umie- rających cicho w zimnej przestrzeni. Widzę złoty pył z którego jesteśmy stworzeni. Myślę o materii, której nie możemy zo- baczyć. Żyję w wielkim mieście, w drewnianym domu z którego odpada kremowa farba. Mieszkam na piętrze. Za oknem w de- szczu chwieje się palma. Jej liście wiszą ciężko. Woda kapie z postrzępionych zielonych płatów. Krople bębnią o szyby. Wąskie strużki wiją się na szkle. Leżymy z Rebeką na łóżku. Jest noc. Jest nam bardzo do- brze. Jej ciało jest nagie, różowe i miękkie. Całuję jej gorącą szyję, wsuwam palce w jej włosy. Odwraca się i przyciąga Słucham niemego kosmosu. 5 mnie. Przylega do mnie. Ma ciepłą, gładką skórę, długie nogi i twarde piersi. Jest młoda, piękna i bezpieczna. Trudno wy- obrazić sobie, że kiedyś jej nie będzie. w ucho. Śmieje się cicho. – Pocałuj mnie, nekrofilu – gryzie mnie Całuję ją w usta, w szyję, w piersi. − Tutaj – dotyka się. Jej p…. jest ciepła i wilgotna. Czuję włosy w ustach i jej cierpko–słodki smak, i za chwilę ona już płynie. Myślę o niej, liżąc ją i całując. Myślę o gwiazdach tlących się na Drodze Mlecznej, białych, rozpalonych, otulonych w moje myśli. Rebeka oddycha głębiej. Otacza moją głowę nogami. Jej nogi są długie i silne. Pracuje jako striptizerka, a w dzień stu- diuje anglistykę. Zauważyłem, że dużo studentek anglistyki się rozbiera. Jej uda drżą, unoszą się w górę. Rękoma wciska mnie w siebie. Mam jej pełne usta, słodkiej i ciepłej. Poznaliśmy się w lokalu w którym pracuje. Właśnie siadaliśmy z Johnem i Jerrym w pierwszym rzędzie, kiedy ona wyjęła z siebie sznur pereł. Rozkraczyła białe nogi w czarnych pończochach, włożyła rękę do środka i pociągnęła. Pierwsze białe kulki wychodziły powoli, reszta już szybko. Były mokre. Goście bili brawo. Podłoga kleiła się nam do butów. Krzesła były brudne, przyśrubowane do linoleum. Chwiały się całym rzędem gdy mężczyźni wstawali i wyciągali szyje. Niebieski dym ześlizgiwał się ze ścian. Powietrze było mętne i gęste od skoncentrowanych marzeń facetów którzy siedzieli tam już od paru godzin. Światło padało na jej długie brązowe włosy i na piersi i na jej białe biodra. Nad pośladkami miała dwa małe dołki. W tydzień później spotkałem ją w teatrze. Moja siostra powiedziałaby: przeznaczenie. Ja mówię: przypadek. Dzień był mokry. Światło pływało w kałużach. Ludzie odgradzali się od 6 nieba błonami parasoli. Teatr był cichy i ciepły, ściany obite brązowym pluszem. W przerwie między aktami stała koło po- pielniczki i szukała zapałek. Podałem jej ognia. Była ubrana w luźne spodnie i sweter, ale wiedziałem, że skądś ją znam. Zdradziły ją jej biodra i uśmiech. Rozmawialiśmy o Beckettcie i Godocie, i dalej wszystko potoczyło się normalnie. W trzy dni później byliśmy w łóżku. Jej nogi ściskają mnie coraz mocniej, jej ciało rusza się rytmicznie, Rebeka jęczy i nagle z jej gardła wydobywa się krzyk, krzyyyyyk! – i rozpada się, nie ma jej już, jest tylko napięta struna mięśni, która chce mi się wyrwać, odczołgać do tyłu, wypchnąć mnie spomiędzy swych nóg. Zaciskam palce na jej biodrach. Ledwo oddycham. Ktoś puka do drzwi. Chowamy się pod kołdrę. Żuje gumę i uśmiecha się. Smuga światła, skrzypią zawiasy. Wchodzi moja siostra. − Tak się pieprzycie, że nie mogę się uczyć. Może byśmy pojechali do miasta? − Za chwileczkę – oddycham ciężko. Magdalena wycho- dzi i zamyka drzwi. Zanurzam się pod ciepłym puchem, do- tykam ciepłych piersi, ślizgam się między jej nogami. Jej uda i brzuch są miękkie i zmęczone. Dotyka mnie gorącymi dłoń- mi, potem jej mokre usta, ciepło otacza mnie, chwytam ją za włosy i przyciągam, wchodzę w jej gardło, krztusi się, ale tylko na moment i bierze mnie tam znowu, i znowu, i znowu, coraz mocniej, zaciskam palce w jej włosach i teraz nie mógłbym już przestać za nic w świecie, wchodzę w nią znowu i znowu i czuję jej zęby i jej palce wokół mnie i ona ssie mnie gwał- townie, tak jakby chciała wyssać całe moje życie, i wtedy wybucham w niej i na moment ciemnieje mi w oczach, zu- pełnie ciemno, a potem, niby odbicie w lustrze, miliony ato- mów, wybuchających pod powiekami. 7 Jesteśmy w gąszczu ciał. Muzyka jest głośna, rytmiczna. Światło jest żółtoniebieskie: płyną w nim mleczne smugi. Mężczyźni i kobiety wymijają się ze szklankami i butelkami w rękach. Ocierają się o siebie, przyczajeni za obojętnymi uśmiechami. Za szybą żółte lampy i granatowa noc. Miękkie srebrne promienie obrysowują profile kobiet przy oknie. Siedzą na parapecie i wydmuchują niebieski dym. Poprawiają spód- niczki. Patrzą przed siebie. Zaraz ktoś do nich podejdzie. Siedzimy na wysokich stołkach przy barze. Piwo pulsuje złotem w długich szklankach. Barmani przekrzykują się z tłu- mem. Rebeka i Magdalena poszły tańczyć. Wchodzą na meta- lowe schodki, idą do góry, kołyszą się w biodrach na wysokich obcasach. Są już na platformie przy głośnikach, kręcą ciałami. Mężczyźni tańczący obok nich uśmiechają się. Wychylam piwo. Rytm wypełnia mi piersi. Opieram się o kontuar. Nagle coś dotyka mnie, czuję zimne szczupłe łokcie i złote włoski na zimnej skórze, obracam głowę powoli, jestem pijany, fale dźwięku uderzają mnie w twarz, białe pończochy i długie nogi przepływają nad stołkiem, i siada koło mnie dziewczyna tak skończenie piękna, że czuję lekki zawrót gło- wy. Świat za nią rozmywa się. Ma smukłe, białe ramiona, grecki profil i pełne usta. Jej piersi nakłuwają białą sukienkę. Jej nogi są długie, szczupłe i miękkie. Przestaję oddychać. nie słyszę. Muzyka jest za głośna. Dotyka ręką sukienki na piersiach. Pochyla się w moją stronę. Opuszcza dłoń i muska moje kolano. Jej włosy łaskoczą mnie w ucho. Odwraca się do mnie i mówi coś. Jej usta są ciemne. Nic 8 łokcia. brązowe, przetkane złotem. Przymyka powieki i uśmiecha się. Jej oczy są jasno- − Podobam ci się, prawda? Możesz mnie mieć – szepce. Ma wilgotne usta. Ścięgna jej szyi napinają się lekko kiedy po- chyla głowę. − Za pieniądze? Jej brwi marszczą się pięknie: − To ty myślisz, że...? Końcami palców uderza mnie lekko w usta. Jest to bar- dziej zachęta niż uderzenie. Odsuwa się i zakłada nogę na nogę. Pije drinka przez słomkę. Patrzę na jej uda. Teraz moja kolej. Jest to podobne do gry w szachy. − Przepraszam. Naprawdę przepraszam – dotykam jej − Przepraszam. − I już nie będziesz niemiły? − Nie. Przysuwam się do niej. Chłonę jej zapach. Jej głos jest dziwny: raz wysoki, a potem zaraz od niechcenia niski, drżący ciepłym oddechem. − Och, nie musimy jeśli nie chcesz – przesuwa palcami po nodze. Pończochy ślizgają się na jej skórze. – Miałam taki kaprys. − Chcę, pewnie że chcę! − A twoja dziewczyna? − Dziewczyna? Uśmiecha się. – Masz dziewczynę, prawda? − Skąd wiesz? Kiwa głową w stronę tańczących. – Widziałam was ra- zem. To twoja dziewczyna? − Tak. 9 − Nie szkodzi – zakłada włosy za ucho. – Ja właśnie po- kłóciłam się ze swoją. − Dziewczyną? − Zerwałyśmy. Z nimi też sypiam – uśmiecha się. Pocą mi się ręce. – Nie wierzę. − Dlaczego nie? – mówi cicho. – Nie jestem lesbijką. Mężczyzn lubię bardziej. − Więc dlaczego? Przymyka oczy. – Kobiety są takie delikatne – jej palce suną po spoconej szklance. – Z nimi wszystko jest inaczej. Czasami lubię się przespać z kobietą. Jak gdybym kochała się sama z sobą. A ty, nigdy nie spałeś z mężczyzną? Krzywię się. − Tak myślałam. Nigdy nie zrozumiesz, o czym mówię. − Nie szkodzi. − Ale ze mną byś się przespał – przechyla głowę. Jej proste, brązowo–rude włosy spadają jej na usta. − Jesteś najpiękniejszą kobietą jaką widziałem w życiu. Przymyka powieki. Uśmiecha się. – To ładnie. Podobasz mi się – dotyka mojej dłoni. − Jestem za stary na to, żeby kłamać. Śmieje się czysto. – Och, wcale nie, wcale nie! Siedzimy przy barze i jej oczy są koloru dojrzałych orze- chów, jej włosy kasztanowe, jej twarz najpiękniejsza na świe- cie, i czuję jak wszechświat zatrzymuje się, a potem wiruje dokoła nas, szybciej i szybciej i szybciej. Gdzieś w górze wy- buchają galaktyki i powstają nowe światy. Tej nocy w łóżku Rebeka leży zmęczona, rozciągnięta, z moją głową na p....... Jest ciepła i jędrna i jest mi wygodnie. Nic mnie to nie obchodzi. 10 Sądzę, że nawet ją kocham. „Kocham” to takie względne sło- wo. Zwłaszcza w angielskim. Wsłuchujemy się w krople, drążące ciemność za oknem. Jej nogi są ciepłe i miękkie. Przytulam się do nich, wsuwam ręce pod jej pośladki. Rebeka głaszcze moją głowę. − Czego chciała ta dupa w barze? – bawi się moimi włosami. − Nic, rozmawialiśmy sobie. − Widziałam, jak się na nią patrzyłeś. − Była bardzo ładna. Jej palce nieruchomieją na moment. − Aha. Ale chyba jest lesbijką – masuje mi szyję. − Dlaczego? − Kobieta takie rzeczy widzi. − Może jest bi. − Mówiła ci? − Coś w tym stylu. − Tak myślałam – śmieje się. Potem siedzimy przy stole. Pijemy piwo. Piwo jest zimne i wspaniałe po seksie. Mrozi język i zostawia gorzki smak na podniebieniu. Księżyc świeci przez drzewa. Mokra mgła płynie między gałęziami. Piersi Rebeki są białe w ciemności. Słyszę jej spokojny oddech. Zakłada nogę na nogę, odgarnia włosy z twarzy. − I myślałeś o tym, żeby to z nią zrobić – przeciąga się. − Wcale nie. − Kłamiesz. − Nie. − Lubię, kiedy mnie troszkę okłamujesz. Okłam mnie jeszcze. 11 − Nie chcę. Wzrusza ramionami. – Nie zależy mi na prawdzie. − Dlaczego? − Bo jej nie ma – otwiera nową butelkę. – Wystarczy nam to, co sobie wyobrażamy. Wszystko jest pewną umową. Twój szef udaje, że wierzy, że lubisz swoją pracę. Ci na widowni udają, że wierzą, że lubię się dla nich rozbierać. Wszyscy wie- my, że to bzdury. Ale jakoś trzeba się sprzedawać. Ty w biu- rze, a ja tam. − Nie lubisz tego ani trochę? Przekrzywia głowę. Huśta nogę na nodze. – Troszeczkę – uśmiecha się. – Kiedy ktoś jest mną zachwycony. Patrzymy na siebie. Rebeka wybucha śmiechem. – Och, ty byłeś zachwycony. I co ci się tak podobało? Moje nogi? Moja twarz? Moje piersi? A może moja piczka? – robi minę małej dziewczynki. Wkłada rękę między uda. Dotyka się tam. − Wszystko. − Naprawdę wszystko? − Wszystko. I znowu ciebie chcę. Patrzy na moje usta. – Robi mi się mokro jak tak mówisz. Powiedz coś jeszcze. − Jesteś wspaniała. I podniecasz mnie tak– − Uhm – prostuje plecy. Gładzi rękoma uda. – Bardzo go lubię. − Kocham cię. − Nie, chyba się nie kochamy. Ale jest nam dobrze. Wiesz co? Nawet przespałabym się z tobą i z nią. Zawsze chciałam spróbować z dziewczyną. − Aha. − Kiedyś muszę to w końcu zrobić. Tylko musiałabym być pijana. Bo inaczej bym się wstydziła. 12 − Ja też. − Znowu kłamiesz. Wstaje. Podchodzi i całuje mnie. Jednym ruchem strąca szklanki ze stołu. Szkło pryska na podłogę, odbija się o ściany. Migają mi jej nogi. Siada na stole i wyciąga się na nim. Ma miękkie długie uda. Pachnie mdławosłodko. − Chcę żebyś to zrobił mocno – podciąga nogi do góry. – Jak najmocniej. 13 Rozdział 2 Następnego dnia jest sobota. Deszcz wybija dziury w ka- łużach. Rebeka wróciła do siebie. Jadę do pracy. Samochód ciągnie chmury wody po autostradzie. Przede mną majaczy Most Zatoki. Myślę o Uli. Uli nie ma. Właśnie dostałem list z Kanady. Ula była ład- ną dziewczyną o ciemnych włosach i ciemnych oczach, którą poznałem rok temu. Miała męża i dwoje dzieci, i dom na przedmieściu. Była psychologiem, i parzyła najlepszą herbatę z rumem. „Była najlepszą i najmilszą” – pisze John – „No i już nie żyje.” Nie bardzo potrafię wyobrazić sobie Ulę nieżywą. Pa- miętam jej szczupłe plecy, pochylone nad stołem w kuchni, i zgrabne nogi w jasnych sztruksach. Parzyła herbatę w czer- wonym czajniku. Siedzieliśmy naokoło jasnobrązowego stołu. Buty topniały w przedpokoju w małych kałużach wody. W kominku z cegły płomienie trzaskały na białym drewnie. Ciepło wypełniało nam ręce i nogi, napinało skórę na twarzach. Za szybą niebo spadało w milionach białych płatków. Usły- szałem kroki, odwróciłem się i zobaczyłem jej duże brązowe oczy nad tacką z czajnikiem. Szła w moim kierunku, wilgotne oczy, ciemne brwi i równo przycięte włosy na białym czole. Pomyślałem, że chciałbym takie oczy widzieć codziennie, 14 „Co tak znieruchomiałeś?” – podsunęła mi zawsze, że nic innego nie potrzeba. Była tuż przy mnie. Jej włosy pachniały ogniem. tackę. Uśmiechnęła się. Patrzyła mi w oczy. Miała długie, miękkie rzęsy. Wziąłem filiżankę. Poczułem, że się czerwienię. „Jest ci gorąco?” – dotknęła mojego ramienia. „Może zdejmiesz swetr?” „Nie nie, to od ognia” – nie patrzyłem na nią. Popiłem herbaty i oparzyłem się. Wracała z pracy. Padał rzadki śnieg. Spieszyła się żeby zrobić obiad. Na zakręcie asfalt przykryty był cienką warstwą lodu. Jej samochód wślizgnął się bokiem na przeciwny pas. Ula odbiła kierownicą i zdjęła nogę z gazu. Wychodziła z za- krętu. Ciężarówkę zobaczyła w ostatniej chwili. Kierowca trą- bił, nie widziała jego twarzy tylko dwa płaskie żółte światła wysoko nad jej głową. W piersiach zrobiło jej się ciężko i gorą- co. „To już” – pomyślała. Nie czuła szerokiego stalowego zde- rzaka, nie słyszała nic, widziała tylko przesuwające się dokoła wyraźne obrazy, w ośnieżonych drzewach gasło słońce, na białej gałęzi siedziały dwa kruki, tuż przed nią niebieski zde- rzak z poobijaną farbą, potem rozpalone żarówki w płaskich światłach na górze. „Jakie to głupie” – pomyślała. Kruki odbiły się od gałęzi i rozpostarły skrzydła. Była zarejestrowanym dawcą. Jej mąż dowiedział się, że nie żyje kiedy zadzwonili do niego czy zgadza się, żeby użyli jej serce. „Widzisz, oni zawsze muszą się jeszcze pytać” – pismo Johna jest czyste i okrągłe. To na wypadek, gdyby rodzi- na zmieniła zdanie. Teraz jej mąż dostaje listy z podziękowaniami. Ludzie, których nigdy nie spotka noszą jej serce, jej nerki, i jej oczy. „Przyjął to wszystko niby spokojnie” – pisze John. „Gdy go odwiedzam, siada w fotelu w którym siadali razem. Delikat- nie przebiera palcami po skórze oparcia, spogląda za okno. 15 W ogrodzie jest ciemnoczerwona jesień. Ciężkie gałęzie doty- kają ziemi. Trawa przykryta jest złotymi liśćmi. W słońcu drżą białe promienie pajęczyn. Oddycha głęboko. Zaciąga się dy- mem. Spuszcza wzrok i rusza powiekami. – Może to i lepiej dla niej, że umarła tak młodo – powoli pije kawę. Niebieski dym otacza mu głowę. – Wiesz, ona tak się bała starości.” Jestem na moście. Długim, wysokim łukiem mknę nad zatoką. W dole otulone mgłą wieże miasta. Grecy mówi- li: kochankowie bogów odchodzą pierwsi. Powietrze wyje w uchylonym oknie. W chwilę później jestem już we mgle. Wokoło szare ściany budynków i zimne, brudne ulice. Parkuję za trzy dolary. Mam dwie prace, i w jednej z nich jestem straż- nikiem w brązowym budynku w centrum. Siedzę przy biurku na dole i oglądam twarze wchodzących. Potem obchodzę długie szare chodniki, wspinam się po ciemnych klatkach scho- dowych, zatrzaskuję drzwi i okna. Najbardziej lubię obchodzić dach. Jest cichy i czysty. Nikt się tu nie okłamuje. Nikt się nie spieszy. Po paru wizytach przyzwyczajasz się do swojego dachu jak do nowego mieszka- nia. Chodzę po długim, płaskim, srebrnym dachu i myślę o Uli. Mgła jest szarobiała jak rzadkie mleko. Dochodzę do krawędzi. Zimny wiatr przesuwa po niebie chmury. Wychylam się za murek. W dole mali ludzie biegają w szeregach jak sza- leńcy. Lubię mój dach. Tu wszystko widać dokładniej. Wie- żowce wokoło poukładane są gęsto jak klocki. Pomiędzy nimi, w powietrzu, też są ulice. Leniwe ptaki siedzą na parapetach niby w kawiarniach. Słyszę ich szczebiot i widzę, jak ruszają głowami. Wieżowce to piramidy. Niewolników nie krzyżujemy już. Płacimy im cztery, pięć dolarów na godzinę i zabieramy po- 16 łowę z tego na opłacenie mieszkania. W ten sposób jest łat- wiej, i nie ma powstań. Potem siedzę za biurkiem na dole. Za szklanymi drzwiami płynie tłum ludzi. Wchodzi kobieta–doręczycielka. Nosi podar- te jeansy. Oddycha szybko. Na plecach ma zieloną torbę, wy- stają z niej paczki i koperty. Ma trzydzieści pięć, trzydzieści siedem lat i głębokie zmarszczki wokół ust i oczu. Podaje mi paczkę i formę do podpisania. Jej włosy na czole zlepione są potem. Czerwone oczy śledzą moje ruchy. − Spieszysz się? – podpisuję. − No właśnie. − Proszę. Dużo ci płacą? − Na czysto jakieś dwieście dolarów tygodniowo – ociera czoło. − I ile godzin pracujesz? − Dziewięć–dziesięć godzin dziennie – patrzy mi twardo w oczy. Odwraca się i odchodzi. Popycha szklane drzwi. Do- piero kiedy jest na zewnątrz widzę, że jest mała i szczupła jak dziecko. Po południu siedzę z Magdaleną w jej pokoju. Ściany i sufit są jasnoniebieskie. Przy oknie stoi stary czerwony stół, przy nim skrzypiące krzesła. Pijemy herbatę. − Słyszałam was wczoraj. − Tak? − Uhm. Nie moja wina, że jest taka głośna. − No. − Kto rzucał szklankami? − Ona. − Przynajmniej ma fantazję – grzeje palce o kubek. – W życiu nie ma się co pieprzyć. − A co z tym facetem wczoraj? Podoba ci się? 17 − Łe, no gacie przez łeb. Bóg. − Coś ty? − Jasne – wydyma wargi. – Ale nic z nim nie zrobię, bo 18 nie podobają mi się jego ręce. Wybuchamy śmiechem. mi rękoma. − A co z tymi rękoma? − Eeeh... Takie małe. Strasznie nie lubię facetów z mały- − Hm. Ale on był duży, nie? − Phi – wydyma wargi. − Prawda? − No właśnie. − Ty jeszcze w ogóle pamiętasz, jak to się robi? − Coraz mniej. To już, czekaj... – mruży oczy – ponad rok. − Nieźle. − Na ścianach pajęczyny, w p...... pajęczyny – śmieje się. − Ja bym tyle nie wytrzymał. − A ja chciałabym się zakochać – wygląda przez okno. Patrzy na okrągłe wzgórza oblepione mgłą. – Ale nie chcę się rozdrabniać. Poczekam na kogoś odpowiedniego. − Co będzie, jeżeli się nie zjawi? − Wiem, że się zjawi. − A jeżeli się w nim zakochasz i on ciebie rzuci? − To się może zdarzyć z każdym. A jak już spaść z konia, to z dobrego. Tak à propos, co z tą boginią? Widziałam, jak ci dawała telefon. − Rebeka widziała? − Chyba nie. − Umówiliśmy się na dzisiaj. Uśmiecha się szeroko. Kiwa głową. – Coś mi się zdaje, że się za nią zesrasz. − Nie... coś ty. − No, no – śmieje się. − Jest piękna, prawda? Magdalena przestaje się śmiać. – Tak. Dziwne, nie? Że wszyscy tak chcą tego piękna. Jesteśmy w ciemnej kawiarence we włoskiej dzielnicy. Wszystkie włoskie kawiarnie są przytulne. Przynajmniej te w San Francisco. Moja bogini ma na imię Catherine. Ma dwa- dzieścia lat. Opiera głowę o ciemną skórę fotela. Jej twarz i ramiona są bardzo białe. Jej włosy spływają za oparcie. Para z kawy przesłania jej oczy. Patrzy na mnie i miażdży ustami malinowe ciastko. Ma uśmiech Mony Lizy i rzeźb Fidiasza i tej pięknej kurwy z Reeperbahn w Hamburgu, na którą nie było mnie stać. Jest lekka jak oddech. Przyniosłem jej bukiet róż. Przykłada do nich swój zgrabny nosek. − Mmm, ślicznie pachną. Kiwam głową. Uśmiecham się. Patrzy mi w oczy, potem na moje usta. – Powiedz coś. − Co? − Nie wiem – całuje różę. Kładzie bukiet na kolana i gła- dzi czerwone płatki. – A co chciałbyś powiedzieć? − Nie wiem. Jesteś– − No co? − Nic. Tylko przy tobie jestem taki nieśmiały. − Dlaczego? − Nie potrafiłbym wyobrazić sobie nikogo... piękniej- szego. wargi. − Och przestań. − Dlatego się gubię. − Nie gub już się – mówi powoli. Ma pełne, błyszczące 19 − Boję się. − Czego? − Że nie istniejesz naprawdę. − Dotknij mnie. Widzisz? Jestem naprawdę – kręci w pal- cach włosy. Mruga do mnie. – Co musiałabym zrobić? Uśmiecham się. – Ciągle nie wierzę. − Żeby? − Żeby cię przekonać. Czerwienię się. Pocą mi się ręce. Moja siostra twierdzi, że nigdy nie poszłaby do łóżka z mężczyzną któremu się pocą ręce. Wycieram je o spodnie. − Jak to właściwie jest: być tak piękną? − Przesadzasz, nie aż tak. − No dobrze. Może przesadzam. − Ale dziękuję. − No i? − Pracuję w agencji dla modelek. Wszystkie nasze dziew- czyny są bardzo ładne. − Tak ładne jak ty? − Bardziej. − To niemożliwe. − Dziękuję – gładzi moją dłoń. − Aha. − Co? − Nie przerywaj. − Wcale nie chciałam – delikatnie dotyka mnie wyżej. Ma małe dołki przy ustach. Czuję jak na całym ciele powstają mi włosy. − Albo lepiej przestań. − Tak? − Lepiej tak. 20 Robi smutną minę. – Naprawdę mam przestać? − Nie. Drapie mnie lekko. – Czuję, że cię polubię – pochyla się nad stolikiem. Jej twarz jest blisko mojej. − Jeszcze mnie nie lubisz? − Troszeczkę już tak – mówi szeptem. Jej wilgotne usta dotykają mojego policzka. Później jedziemy do Złotych Wrót. Jest wieczór. Miasto jest mokre, spocone w świetlnych smugach. Ludzie, samo- chody i domy zlewają się w śliską masę. Naszą najtrwalszą rzeczą jest tęsknota za trwałością. Może dlatego kocham pięk- no? Patrzę na Catherine. Światło neonów wędruje po jej twa- rzy. Tymczasem dojechaliśmy. Parking otoczony jest murkiem z płaskich kamieni. Za nimi rosną niskie krzaki. Wysiadamy. Zanurzamy się w noc. Idziemy po moście. Pod nami trzy- dzieści pięter pustki. Przed nami – po drugiej stronie zatoki – wyspa świateł, galaktyka sunąca w przestrzeni. To San Fran- cisco. Ona kroczy lekko i kołysze biodrami. Gdybym chciał, mógłbym doskoczyć do gwiazd, rozsypanych na niebie jak piasek. Patrzę na jej twarz i jej nogi i kręci mi się w głowie. Boję się ją pocałować, boję się jej nawet dotknąć, i kiedy to robię przy drugim przęśle, prawie mdleję. Most drży na wietrze. Jest wielki, brunatno–czerwony. Wiruje dokoła mnie z gwiazdami, miastem, galaktykami i oceanem. Czuję, że upadnę. Obejmuję ją i całuję. Jej palce dotykają moich policzków. Jej język jest ciepły i miękki. Jej usta pachną kawą. Jej włosy są sypkie i chłodne. Obejmuję ją mocniej i całuję jej twarz, szyję i piersi. Odurza mnie. Dotykam jej nóg. Zaciskam ręce na jej udach. Zamyka oczy i rozchyla usta. Pod majtkami jest mokra i gorą- 21
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Efemeryda
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: