Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00031 005240 13081200 na godz. na dobę w sumie
Ekscytoza - ebook/pdf
Ekscytoza - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 65
Wydawca: Self Publishing Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-925439-8-5 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> fantastyka >> science-fiction
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Z perspektywy przepotężnego, wielogalaktycznego i wielorasowego imperium to, co dzieje się na zagubionej w kosmosie dalekiej Ziemi, wydaje się być zupełnie bez znaczenia. Wyprawa dwójki agentów imperialnych tajnych służb na tę planetę może jednak okazać się niezbędna. Zwłaszcza gdy proste z pozoru sprawy bardzo się skomplikują. Sięgną tu bowiem — ku ich zdumieniu — nici intrygi, na którą przypadkiem natrafili.

Ta mikropowieść jest jeszcze jedną — z gatunku literackich — próbą wyjaśnienia okrzyczanych zagadek UFO i Trójkąta Bermudzkiego. Wspomniana tematyka nie traci charakteru prowokującego wyzwania, chociaż nie wszyscy parający się fantastyką ją podejmują, mogą bowiem przebierać w morzu pomysłów i odwoływać się do rozmaitych wzorów. Autor „Ekscytozy” żartobliwie się z nią mierzy, wprowadzając czytelnika w meandry życia obcych i za­­wiłości ich losu. Jego bohaterowie ze styracańskiej Ary borykają się z rozmaitymi trudnościami, nie zawsze różnymi od ludzkich. Ale to już tamta strona osławionego Trójkąta...

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Rozdział drugi D awno minęły czasy mających posmak legendy kosmicznych krucjat Styracydów. Ich dumną rasę trawiła gorączka podróży, spełniali się więc, prąc naprzód i zachłannie sięgając po nowe tery- toria. Ciągnęli z euforią z planety na planetę, najpierw penetrując rodzimy układ słoneczny, by następnie w fascynujących porywach sięgnąć gwiazd odległych o kilka, kilkanaście i kilkadziesiąt lat świetlnych. Imperium rozrastało się i potężniało, toczyło zwycięskie wojny oraz ujarzmiało słabsze cywilizacje. Związany z postępem nauki wielki technologiczny przełom przyniósł nowe superszybkie krążowniki, zaś wyposażeni w nie Styracydzi szybko dotarli do gra- nic własnej, a potem sąsiednich galaktyk. Czerń nieba podniecała dzielnych pogromców i triumfalnych zdobywców. Jednak po stuleciach udanych podbojów szlachetna rasa wy- zbyła się potrzeby ekspansji, wypaliła się i straciła impet. Zestarzała się, co nieuchronnie przełożyło się na jej oficjalną doktrynę, uzna- wane systemy wartości i propagowane teorie etyczne. Powstało przeogromne imperium, nieomal bez granic, więc podboje już nie nęciły. Styracydańscy ideolodzy zabrali się zatem za odkurzanie na- uk dawnych mistrzów. Wydobywali z lamusa poglądy, wcześniej ze wzgardą odrzucane lub ośmieszane. Głosili, że należy przywrócić to, co uległo zapomnieniu. Odwoływali się do odległej przeszłości i narodzin cywilizacji. To poranek dziejów się liczył, nie ich zmierzch. W rezultacie tego zaczęli poddawać w wątpliwość sens podróży kosmicznych. W zreformowanej ontologii zmiana była czymś wtórnym, mniej doskonałym od świętej flauty, od wszech- władnego boskiego spokoju, od stanu błogiej i doskonałej równo- wagi. Ruch był przejawem słabości, wynikiem tłumionego lęku przed źródłem prawdziwej wiedzy i stanowił ucieczkę w iluzorycz- ne doznania zmysłowe. Szczęścia w podróżach szukali ci, którzy boleśnie ześlizgnęli się na niższy poziom bytowania. Nie należało ich naśladować. Rozległy wszechświat w oczach nowych nauczy- 18 cieli już nie mamił — bezgranicznie jałowy i dziwnie nijaki. Zgod- nie z archaicznym mitem o stworzeniu powstał w wyniku katastro- falnej eksplozji boskiego eonu. Szczątki tego doskonałego bytu chaotycznie zarzuciły praprzestrzeń. Kosmos był więc jedynie roz- szerzającym się śmietniskiem, cieniem nieistniejącego już świata wiecznych idei. Tworzyły go bezkresne mroźne pustki ze znaczą- cymi się tu i ówdzie — niby samotne wyspy — żenująco ubogimi śladami życia organicznego. Nie było w nim czego szukać. Dostoj- ny mędrzec nie wybierał się więc w drogę. Nie pędził przed siebie na łeb na szyję, ale wiódł spokojny żywot w rodzinnej enklawie, w zaciszach ogrodów oddając się medytacjom nad tym, co godziwe. Odpowiedzi na pytanie o sens życia kryły się bowiem nie w bez- brzeżnej dali, ale w nim samym, w umyśle oraz w sferze uczuć i pragnień. W duszy światłego Styracydy znaczyły się przebłyski boskiego geniuszu, już zgasłego, ale wciąż jeszcze przenikającego naturę wszechrzeczy. — Wszystko jest marnością. Z prochu powstało i do prochu wraca… — w zadumie szepnęła Kimi. — Tylko drżąca myśl się li- czy. I ten zadziwiający rytm, związany z oddechem oraz regularnym biciem serca. Dobrze znała to miejsce, więc nie spodziewała się, by na mie- szczącej się na dnie paroli quasi-stacji przywitał ją ożywiony ruch. Nie omyliła się, bo wybierających się w podróż można było właści- wie policzyć na palcach. Kilku tajnych agentów w mylących kom- binezonach służby porządkowej kręciło się leniwie wokół czarnego prostokąta jednego z przejść międzygwiezdnych. Domyśliła się, że urządzili zasadzkę na parającego się przemytem naiwnego Sambitę. Ostatnio niepozbierani przedstawiciele tego gatunku szmuglowali na kosmicznych szlakach. Szósty zmysł jej podpowiedział, że ten oferma jak nic wpadnie im w łapy. Jeśli ktoś chciał zajmować się kontrabandą, powinien był jak ognia unikać najważniejszych parol. A szczególnie tej nobliwej, z numerem pierwszym, w której troska o ład była oczkiem w głowie Najwyższej Rady. W rozciągniętym na setki gwiazdozbiorów imperium nie było trudno o stosunkowo bez- pieczne punkty przerzutowe i kto był cwany, mógł sobie dorobić na boku z myślą o wyższym standardzie życia i niedostępnych dla ogó- 19 łu przyjemnościach. Przy wylotach do najbardziej odległych galaktyk świeciło pust- kami. Ujrzała tam tylko dwóch dystyngowanych Geomonów, którzy dumnie kroczyli, nie zwracając na nią uwagi. Za nimi cicho sunął automat z bagażami. Zamieszkujący prawie wszystkie parole przed- stawiciele tej osobliwej rasy raz do roku pielgrzymowali do miejsc, z których się wywodziły ich symbionty, z czym wiązały się wyrafi- nowane rytuały. Opuściła smętny hol, nie wiadomo dlaczego tak wielki i udała się w stronę pomieszczeń obsługi, mijając jeszcze po drodze trzech pokrytych gęstą szczeciną Rodontów i uroczą Maro- kitkę. Tej ostatniej dyskretnie się przyjrzała, podziwiając jej nie- zwykłą kreację. Pierwszy raz taką widziała i przyszło jej do głowy, że w podobnej sama też by się nieźle prezentowała. I pewnie w niej spodobałaby się Mitosowi. W otoczonym niską balustradą i wypełnionym parującą błotni- stą mazią basenie kąpał się stwór, przypominający alifaratana. Kłę- by mgły go przysłaniały, jednak domyśliła się, że trafiła na Sarofa. Ten, gdy tylko dostrzegł swego gościa, szybko wydostał się na brzeg. Ależ on wyglądał? Człapał, pozostawiając mokre ślady. Skó- rę miał pomarańczowo-żółtą, z charakterystycznymi czarnymi cęt- kami, łapy mocne, postawę wyprostowaną, a w razie potrzeby pod- pierał się sporawym ogonem. Nie pojmowała, co widział w tych zwierzęcych kształtach. Z drugiej strony patrząc, powinna była go rozumieć. Były gatunki, które nie umiały obyć się bez wody. Przebrnął przez kabinę oczyszczającą, która zmyła z niego szlam. Przyjął pozycję prawie na baczność, zatrzymując się tuż przed nią zgodnie z wymogami regulaminu. Nie przestraszyła się jego smoczego pyska. Zaraz też przeszedł na spocznij i liznął ją przyjaźnie długim jęzorem. Musiała uważać, żeby na jej twarzy nie pojawił się wyraz obrzydzenia. Starała się nie okazywać, że nie lubi takich powitań. Ich dyżury operacyjne zbiegały się ze sobą, więc dobrze pamiętał jej imię. — Kogo ja widzę, piękna Jenarekitka, Kimi, we własnej oso- bie, jak miło! Prawdziwy z ciebie pędziwiatr. Dokąd tym razem? — chrypliwym głosem zapytał, nie kryjąc niekłamanego zainteresowa- nia. — Gdzieś na krańce świata? 20
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Ekscytoza
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: