Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00378 005915 13649004 na godz. na dobę w sumie
Ekundayo albo Droga - ebook/pdf
Ekundayo albo Droga - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: E-bookowo Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-950306-0-4 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> biografie
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Ekundayo w języku Joruba to imię, a znaczy 'Po smutku przychodzi radość'. Tak Anna Szpakowska- Kujawska nazwała także jeden z pierwszych kalabaszy. Słowo „Ekundayo” pojawia się nie tylko w książce. Zostało również użyte jako tytuł obrazu olejnego z 1979 r., przedstawiającego uśmiechniętego, radośnie rozbrykanego stworka na jaskrawoszmaragdowym tle. Ekundayo jest udziałem każdego człowieka. Twórczości autorki niezmiennie towarzyszy droga do wewnątrz – penetracja własnych doznań. Jak sama mówi, siedem lat zajęło jej dojrzewanie do pisania o Afryce. Dało wspaniałą wewnętrzną przestrzeń, pełną myśli, kolorów, wspomnień, wzmacniających twórcze siły i nadających życiu blask. W artystycznym świecie Anny Szpakowskiej-Kujawskiej nie ma chaosu. Jest za to wspaniała różnorodność form, kolorów, technik i olśniewających asocjacji, które nadają jej twórczości poetycką aurę.

 

 

Kiedyś w Polsce nadawano serial telewizyjny o słonicy, która wciąż wpadała w tarapaty, bo za dużo chciała. Garnęła się też do rzeczy i spraw nieodpowiednich dla siebie. Była właśnie słoniem w składzie porcelany, wchodząc ze swą ciekawską trąbą tam, gdzie nie trzeba; śmieszna, galopująca wszędzie, gdzie coś się działo, z niczego nie chciała zrezygnować, łapczywa na wszystko, co było życiem. Przy tym była tak bardzo płcią piękną, a więc i tonęła we łzach, gdy było jej smutno, kochała koraliki i wszelkie ozdóbki. Chichotałam, oglądając; tak, to jasne, taka była i ta, i tamta... Mój Boże, taka byłam i ja... Gorzej, ja lubiłam siebie w tej słonicy. Bywałam nią, gdy mi pozwalano na to, gdy byłam (byłam?) sobą. Sobą prawdziwą. A gdy nie mogłam być szczera? Pewnie bywałam okropna; nudna i znudzona. Sobą i innymi. To przez chłód ludzkich oczu, którym byłam obca. Stranger? Ja. Mną. Nic beze mnie. Chcę, chciałabym, tak mocno chcę. Po prostu chcę. Tak było zawsze. Nie mieli racji ci, którzy myśleli o mnie źle tylko dlatego, że chciałam. Z tym chceniem zapala się światełko we mnie, a gdy gaśnie, gasnę ja. Gdy zgaśnie całkiem, to przecież i mnie nie będzie... Moje światełko jest też w tym, co robię. W moich pracach to wszystko tam jest: i te pragnienia, i gaśnięcia, i rozbłyski. Huśtawki od scalania do rozpadu. I dalejże! Z kawałków znów w całość! Scalam się! Uwaga! Chcecie mnie całą? Taką ze wszystkim? Jak każdy człowiek? Proszę bardzo! Ja wiem, czego chcę. Oczka? Już są. Trochę ich dużo? Potrzebne. Ja muszę dużo widzieć, dużo więcej niż wy. Rączki? Rączki są. Jest ich dużo. Te do machania, te do pracy, tamte do tłumaczeń... Uszy. Kiepsko z moim słuchem, więc może ilość pomoże. To mój kontakt ze światem w tej pustelnej czasem ciszy, choć przyznam się, że nie najlepszy. Ale gorliwy. Łowię dźwięki, staram się zrozumieć. Zabrakło ciała? Otóż to; co z ciałem? Scalam się, scalam, turlam się w swoich częściach jak kula w śniegu. Trochę to wszystko nie na miejscu? Nóżki też są. Wiele ich, tyle chcę przecież chodzić, tu iść, tam lecieć, gdzieś dążyć, kierować się, oddalać, płynąć, sunąć; wszystkiemu muszą sprostać. Kto wie najlepiej, co ma u mnie być na jakim miejscu? Jestem Narcyzem. Wypatruję więc siebie w każdej kałuży. Poszukuję siebie wszędzie. Coraz gwałtowniej. W kałużach zaczyna mnie nie być... Jest mnie coraz mniej. Ta glątewka, co spogląda na mnie z wodnego lusterka, ma coraz bardziej zamazane oblicze. Za nią tłumy; też chcą się wpatrzyć w siebie. Każdy. Każda. Pchają się. Rozpychają. Przywalają ją sobą. Znika. Ale istnieje! Ejże! Nie zasłaniać mnie! Tak. Zaczynało mnie być coraz mniej. Słonica, ta ciekawska, ta wścibska, ta nosy, ta, która chciała wszystkiego dotknąć, zobaczyć, przestawała istnieć. Cywilizowałam się. Niestety. Już nie było sensacji, przestałam być fun, nie drażniłam wymachem swojej trąby. Przysiadłam i słuchałam. Stawałam się taka, jaką chcieli mnie mieć inni. Stwarzali mnie sobie. Kształtowali. Stałam się elastycznością: wszystko mogłam, wszystko rozumiałam. 259 W rysunkach wracałam do siebie. Gorączkowo szukałam też w nich własnego kształtu. Tu mogłam być szczera. Z chwilą założenia jej wędzidła, z chwilą prowadzenia tej słonicy we mnie na pasku – gaśnie ogień, święty ogień pragnienia wszystkiego. Staję się słonicą z zoo. Właśnie. Very civilised woman...?

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Anna Szpakowska-Kujawska Ekundayo albo Droga Wrocław 2018 Spis treści Od autorki 6 Z dziennika (luty 1978) 61 Zapiski z natury 64 Chcę do Afryki (zapowiedź) 8 Z dziennika (luty 1978) 64 Już go nie było 9 Nigeria uchyla drzwi 65 Teraz szykuję się do Afryki ja... 10 Z dziennika (marzec 1978) 68 Afrykański przedsionek 12 Nowe możliwości 69 Z listu do rodziny (październik 1977) 15 Portret pani Adenyji 69 Baobab 16 Kwiaty 16 Ogród Botaniczny 18 Rubina 20 Justyna 22 Shamim 23 Sandra 24 Penny 26 Norma 26 Judi 27 Wystawa 70 Otwarcie wystawy 71 „Nigerian Herald” 72 Muzeum w Esie 73 Festiwal w Esie – błagalne ceremonie 74 Religia Jorubów 74 Zapiski z drogi 75 Zapiski z miejsca upragnionego 77 Lot do Lagos 78 Z dziennika (październik 1978) 78 Życie codzienne w hotelu 29 I znowu początki 79 Zambijczyk 31 Szkoła pani Adenyji 34 Docieram do Afryki? 36 Z dziennika (listopad-grudzień 1978) 80 Mieszkanie na Fate Road 82 Przyroda 83 Z dziennika (listopad 1977) 37 Z dziennika (styczeń 1979) 84 Ojciec Dany 39 Aye Ekan 40 Z dziennika (luty 1979) 84 Bułgarzy 85 Rysowanie na misji 44 Z dziennika (luty 1979) 87 Z dziennika (grudzień 1977) 45 Upał 87 Sam – Profesorowa 45 Z dziennika (luty 1979) 87 Z dziennika (grudzień 1977) 47 Duchy lasu 89 Z listu do rodziny 49 Z listu do rodziny (grudzień 1978) 51 Patrick 89 Malaria 91 Dosyć Ilorinu 52 Z dziennika (luty-marzec 1979) 92 Z listu do synów (styczeń 1978) 52 Argungu Fishing Festival 92 Luźne zapiski 53 Mister Daniel i jego dom 55 Guffanti 56 Droga powrotna 94 Kontagora 95 Egbe, szpital, rysowanie 96 Msza święta księdza Flavina 59 Z dziennika (marzec 1979) 99 Z dziennika (styczeń 1978) 60 Z dziennika (kwiecień 1979) 102 Jezioro Asa 61 Z dziennika (maj 1979) 103 Mecz piłki nożnej 103 Love story w Ilorinie 144 Z dziennika (maj 1979) 104 Zapiski 145 Z zapisków 105 Z dziennika (maj 1979) 106 W mojej pracowni 106 Lot do Londynu 146 Londyński szpital 146 Z dziennika (październik 1980) 147 Z dziennika (maj-czerwiec 1979) 107 College of Education 149 Z dziennika (czerwiec-lipiec 1979) 108 Z dziennika (grudzień 1980) 152 Z dziennika (lipiec 1979) 108 Z dziennika (styczeń 1981) 153 Sąsiad 110 Szkoci 154 Z dziennika (lipiec 1979) 113 Wyprawa w poszukiwaniu Old Oyo Empire Zapiski 113 156 Z dziennika (listopad 1979) 114 Zapiski (styczeń 1981 roku) 157 Z dziennika (listopad-grudzień 1979) 115 Jezioro Asa 157 Portret ojca Mistera Daniela 117 Z dziennika (styczeń-kwiecień 1981) 158 Uroczystości pogrzebowe, stypa 118 Znów Bułgarzy 160 Z dziennika (grudzień 1979) 120 Z dziennika (maj 1981) 160 Z dziennika (styczeń 1980) 120 Amerykanie 161 Rysowanie w Egbe 121 Z dziennika (maj 1981) 164 Ruch (w życiu i w głowie) 121 Czas dyplomów 166 Z dziennika (luty 1980) 123 Z dziennika (czerwiec 1981) 167 Zmiany u Macieja 124 Dyplomy 168 Z dziennika (luty 1980) 128 Z dziennika (czerwiec 1981) 168 Z listu do rodziny (marzec 1980) 129 Auto 168 Z dziennika (marzec-kwiecień 1980) 132 Wyjazd Eagenów 169 Jeszcze Shamim i Munir 133 Party u Włochów 170 Lekcje rysunków 133 Z dziennika (kwiecień 1980) 134 Venita 170 Nauka jazdy 171 Lokoja 135 Z dziennika (czerwiec-lipiec 1981) 171 Z dziennika (maj 1980) 136 Dalszy ciąg ilorińskich spraw miłosnych Nowe mieszkanie 136 Z dziennika (maj 1980) 139 172 Ja 173 Z dziennika (maj-czerwiec 1980) 139 Z dziennika (lipiec 1981) 173 Kalabasze 140 Z dziennika (lipiec-sierpień 1981) 174 Z dziennika (lipiec-czerwiec 1980) 141 Wakacje – Togo, Ghana, Wybrzeże Kości Łukasz 142 Słoniowej 174 Z dziennika (lipiec 1980) 142 College, Arvian, stabilizacja 192 Syn 143 Mój samochód 195 Z dziennika (sierpień 1980) 143 Marek, kolega syna 199 Z listu do synów (październik 1981) 199 Z „Nigerian Herald” 247 Z dziennika (październik 1981) 200 Z dziennika (październik-listopad 1982) Moja sztuka 201 248 Z dziennika (listopad-październik 1981) Przykazania nigeryjskie 249 202 Wieści z kraju 203 College 249 Mister Ojo 250 Z dziennika (listopad-grudzień 1981) 203 Pora sucha 251 Wyjazd 203 Z dziennika (listopad 1982) 253 Z dziennika (styczeń 1982, Londyn) 207 Kalabasze stanu wojennego 253 Z dziennika (styczeń 1982, Ilorin) 208 Z dziennika (grudzień 1982) 254 Powrót 208 Lot na Sycylię 255 Z dziennika (marzec 1982) 209 Z dziennika (styczeń 1983) 255 College 209 Z dziennika (luty-marzec 1982) 212 Issak 216 Ja 257 Petra 258 Isola Bella 260 Z dziennika (kwiecień 1982) 222 Z dziennika (luty 1983) 261 Na zboczach Kilimandżaro 224 College, nowe sprawy 261 Tanzania 226 Ngorongoro 228 Koniec wyprawy 229 Zapiski 230 Z dziennika (marzec 1983) 262 Z dziennika (kwiecień 1983) 263 Z dziennika (maj 1983) 264 Z dziennika (kwiecień 1983) 266 Z dziennika (maj 1982) 230 Mój dzień powszedni 267 Marcy i Herb, Omu-Aran 231 Z dziennika (kwiecień 1983) 269 Z dziennika (maj-czerwiec 1982) 234 Sahel 276 Mozart 235 Z dziennika (kwiecień 1983) 277 Z dziennika (czerwiec 1982) 236 Z dziennika (maj 1983) 277 Wyjazd do Omu-Aran 237 Z „Nigerian Herald” 280 Z dziennika (czerwiec 1982) 237 Z dziennika (czerwiec 1983) 280 Inner Wheel 239 Satie 240 Biskup Ilorinu 241 Bazary 280 Bazar w Ilorinie 283 Z dziennika (czerwiec 1983) 284 Z dziennika (lipiec 1982) 244 Śmierci 286 Algieria 244 Z dziennika (lipiec 1983) 288 Z dziennika (lipiec 1982) 245 Pożegnanie Arviana 289 Z dziennika (sierpień 1982) 245 Z dziennika (lipiec 1983) 290 Zapiski 246 Wyjazd do Algierii 290 Z dziennika (wrzesień-październik 1982) Oran 293 246 Z dziennika (sierpień 1983) 294 Znów Nigeria 296 Isan 298 Doktor Janek 304 Z dziennika (październik-listopad 1983) 305 Toyota 306 Z dziennika (październik-grudzień 1983) 307 Nigeryjskie czary 307 Z dziennika (listopad-grudzień 1983) 308 Z dziennika (styczeń 1984) 309 Z dziennika (luty 1984) 310 Rysunki, kalabasze 311 Z dziennika (luty 1984) 312 Z dziennika (luty-marzec 1984) 313 Emmanuel 316 Znów malowanie ścian 317 Z dziennika (marzec 1984) 318 Z dziennika (kwiecień 1984) 318 Pożegnanie z Omu-Aran 319 Janusz 319 Z dziennika (marzec-kwiecień 1984) 319 Zachwyt 323 Wielkanoc 323 Ostatnie przykrości 324 Z dziennika (kwiecień-maj 1984) 324 Ostatnie dni 327 Z dziennika (maj 1984) 327 College 329 Z dziennika (maj 1984) 331 Wyjazd 334 Z dziennika (czerwiec 1984) 344 Crossing Sahara 344 Od autorki To, że Świat jest w wiecznym ruchu, że nie ma powrotu do tej samej rzeki, do tej samej płynącej wody, w miarę starzenia się odczuwam coraz intensywniej. Próbując wrócić do zamkniętego dawno okresu życia, staję przed problemem – próbą skojarzenia teraźniejszo- ści z tym, co już daleko ode mnie. A przecież ja także podlegam przemianom. Siedem lat żyłam w Nigerii. Wróciliśmy w 1984 roku. Siedem następnych lat trwało moje wewnętrzne dojrzewanie do pisania o Afryce. Samo pisanie także rozciągnęło się na wiele lat. Dało mi wspaniałą wewnętrzną przestrzeń, pełną myśli, kolorów, wspomnień wzmacniających twórcze siły i nadających życiu blask. Gdy skończyłam opowieść – coś się i we mnie zakończyło. Pojęłam, że był to pierwszy i ostatni moment na spisanie afrykańskich doświadczeń. Przydały się robione na gorąco zapiski, listy, prowadzony okresowo dziennik – no i pamięć wzrokowa, która pomagała mi przywołać to, czego potrzebowałam. Teraz tamto życie jest tak daleko, jakby w jakiejś mgle, że niewiele prawdy miałoby siłę się przebić. Jestem malarką. Tworzenie jest dla mnie błyskiem zrozumienia czegoś w sobie, jest przygodą, wędrówką tropem własnych myśli. Gdy czytam to, co kiedyś napisałam, zastanawiam się, co było naprawdę ważne w czasie tych siedmiu lat. Czy odkrywanie dla siebie innego kraju – będącego częścią moich marzeń o przygodzie, o Afryce? Czy poznawanie mieszkańców tego lądu, ich kultur? Poznawanie obejmujące i Czarnych, i Białych, mówiących tym samym angielskim, ale z rożnymi akcentami: nigeryjskim, amerykańskim, egipskim, hinduskim, francuskim. Zawieranie przyjaźni trwających do teraz? Czy chłonięcie pejzażu sawanny, na której mieszkaliśmy, pustyni, Zatoki Gwinejskiej, pejzażu, za którego innością tęskniłam w Polsce? Ciśnienie obcości (byłam tylko z mężem, reszta rodziny została w kraju) – ale także ciekawości i nadziei na COŚ, na co czekałam, COŚ, co musi się zdarzyć – oddziaływało na moją twórczość, zmieniało ją. Teraz to lepiej rozumiem. Stałam się wolna w tym, co robię. Odczu- wałam dziwną, podniecającą obcość. Ta obcość, związana z odmiennym kolorem skóry, języka, kultury, zamożności – w ich oczach byłam bogatą mieszkanką mitycznej Europy – ta obcość spowodowała, że pozbyłam się własnych zniewoleń, że na swoją niewielką skalę wyzwoliłam się z nawyków, schematów, terminów, ambicji. Skalę wartości wyznaczały jedynie moje własne odczucia. Lustrem stała się przyroda. Zupełnie jak ona byłam nadpalona, połamana jak wysokie trawy w porze suchej. Wystarczały pierwsze krople deszczu, by z laterytowej, czerwonej ziemi wyskakiwały drobne zielone 6 listki, które szybko stawały się silnymi, odpornymi na rozżarzone słońce liśćmi. Próby uprawy naszych polskich roślin kończyły się fiaskiem. Podnosiły się w pośpiechu ku palącemu słońcu, coraz wyższe, słabsze, cieńsze i… ginęły. Te nigeryjskie liście stały się dla mnie symbolem witalności tamtego świata. Zrozumiałam szansę, którą dało mi życie. Jej wykorzystanie zależy od tego, czy i jak się przystosuję do twardych warunków, w jakich się znalazłam. Musiałam skoncentrować się na tworzeniu grubej skorupy wokół swojego – jak się okazało – kruchego wnętrza, tak łatwego do zniszczenia. W jakimś sensie nie wyrzekłam się swoich doświadczeń z Polski, ale jednak zaczynałam od zera. Punktem centralnym byłam ja i moje doznania – w Afryce odkryłam moją własną Afrykę. Powoli upodobniałam się do świata, który mnie otaczał. Byłam poskręcaną gałęzią, korzeniem, trawą przed lub po pożarach buszu. Śledziłam siłę odradzania się połamanych gałęzi, które – wypuszczając korzonki – tworzyły drzewa od nowa. W jakimś sensie od nowa stwarzałam/tworzyłam siebie ucząc przez cztery lata w Kwara College of Education. Jednocześnie brałam lekcje poruszania sie w tak obcym dla białej Polki tajemniczym świecie Czarności. Przekazywałam swoją wiedzę, bo tego ode mnie wymagano, ale uczenie perspektywy, proporcji było odbieraniem moim studentom autentyczności, budowaniem tożsamości zapożyczonej. Wzorem powinien być dla nich Delacroix, jego afrykańskie zainteresowania i tematy. Ja sama wciąż wałczyłam o swoją własną prawdę, pracowałam nad kulturą indywidualizmu, oni tkwili w odczuciach tradycyjnie kolektywnych. Był więc to czas sprawdzania sił zielonego listka – czy wybuja w niebo i zniknie, czy uodporni się i wypuści zalążki nowych, równie mocnych, wytrzymałych na żar tropiku. Chcę do Afryki (zapowiedź) Miałam sześć lat. Byłam w „kinie”. Siedziałam pod stołem w szkole mojej siostry i nie spuszczając oczu z ekranu, oglądałam, jak rozbijał się okręt, a człowiek nazwany Robinsonem Crusoe walczył z falami, które w końcu wyrzuciły go na brzeg. Leżał wyczerpany na piasku, a potem ożył, zaczął się rozglądać, szukać czegoś, wreszcie budować szałas z gałęzi. Obraz był czarno-biały od wielkiego słońca i gęstego cienia, a ja wychylałam się w różne strony, by zobaczyć migoczący film poprzez rozkołysane nogi i poruszające się głowy otaczających mnie dzieci. Było duszno, gorąco i tłoczno. Mdliło mnie. Gdy Robinson kończył układanie dachu z palmowych liści, a fala oceanu grzmotnęła jeszcze raz, połknięte ciastka podbiegły mi do gardła i już nic więcej nie oglądałam. Na drugą część filmu moja siostra Marysia zgodziła się mnie zabrać pod takim warunkiem: „Gdyby Ance znowu było niedobrze, to jej nie odprowadzę do domu”. Palmy pochylały się na wietrze, piaski zawiewały, pojawił się Piętaszek, plaża świeciła białością. Wytrwałam do końca... 7 Następne spotkanie z tym co zawsze nazywałam „Afryką”, było parę lat później. Zapragnęłam zostać kapitanem okrętu. Ogarnęła mnie mania przepływania szalonych mórz, dryfowania na tarmoszonych przez fale statkach, przemierzania dzikich, rozświetlonych słońcem plaż. W pokoju robiłam szałas z koca, wszystko wokół było wyspą otoczoną oceanem, stale groziło mi niebezpieczeństwo ze strony skradających się tubylców...Wypatrywałam pomocy, machałam flagą z samego czubka palmy. – Ratujcie! Jestem! Żyję! – wołałam. Aż w końcu jednego dnia stołek, który stał na krześle, zachybotał się, a ja z nim. Ostatnią deską ratunku zdawał się być brzeg szafy, na której stał szklany klosz... Chwyciłam się go. Miałam paskudnie rozciętą rękę. Długo bolało, ale w pamięci pozostało mi to, co widziałam wtedy oczami wyobraźni: fale oceanu, białe plaże, palmy na wietrze – po prostu moją Afrykę. Właśnie skończyła się wojna, ta prawdziwa, z której nasze miasteczko było od miesięcy już wyłączone. Poszłam z gromadką z klasy na wagary. A może było to po lekcjach? Znaleźliśmy się na łąkach między Karczewem a Otwockiem. Koniec maja. Czerwiec? Niebo niebieskie, wysokie, zielone trawy. I kwiaty. Zrywając je, nagle znalazłam się na pagórkowatej, piaskowej przestrzeni. Wiał tu lekki wiatr i sypał drobinami piasku na pochylone kamienne tablice pokryte hebrajskimi literami. Zaskoczyła mnie nieoczekiwana inność tego miejsca. Było jak sen, w który po latach nie mogłam uwierzyć. Podobne do stąpnięcia na drugą stronę świata... Zaistniało we mnie jak drogowskaz w mojej wiecznej nostalgii. Jak wyspa na oceanie. Wyspa? Z jasnymi piaskami unoszonymi przez wiatr. Z tajemniczym szyfrem napisów. Miałam dziewiętnaście lat, byłam narzeczoną Macieja, który miał dwadzieścia jeden. Szliśmy ulicą Świdnicką we Wrocławiu. Plucha, szaruga. Ciemno i zimno. – Maciej! Ja chcę do Afryki! – eksplodowałam. Odtąd moje kaprysy, zmienności i chandry kwitowane były słowami: – Aha, znowu chcesz do Afryki? Chciałam. Wczytywałam się w opisy wiatrów zachodnich. Monsunów. Sztormów. Ciszy na morzu. Samotności. Przygód. Conradowskie tropiki, gdziekolwiek by się nie znajdowały, jakkolwiek by się nie nazywały, zawsze były moją Afryką. Afryką, która wydawała się nieosiągalna. Dopiero gdy Maciej też zaczął chcieć, a oboje potrzebowaliśmy wyjazdu jak dopływu powietrza do płuc, gdy nasze małżeństwo dobiegało ćwierćwiecza, a synowie mogli się bez nas obyć – wtedy wszystko zaczęło się stawać możliwe. Decyzję ułatwiło nam samo życie ze swoimi kłopotami, które zamiast się zmniejszać, wciąż narastały. Wyjazd nie był już zachcianką – był deską ratunku. Czy taką jak podstępny brzeg mojej szafy? Podjęliśmy pierwsze kroki w staraniach o wyjazd. Trzeba było czekać. Czekać na znak. 8 Na kierunek. Na czas. Idea wyjazdowa wciągała Macieja coraz bardziej. Gdzie mógł wyjechać? Bo to on miał szansę. Jako architekt. Jako mężczyzna. Życie i mnie nakazywało zdobywanie środków do życia, ale ja miałam przygotowanie głównie artystyczne, więc nie próbowałam nawet. Więc gdzie? Tam, gdzie go będą potrzebowali. Gdzie to może być? Może i w Afryce... Wyobraźnia u nas działała: wybraliśmy się do ogrodu zoologicznego, tak jakby to właśnie miejsce mogło nam pomóc coś przewidzieć, zrozumieć coś z naszej przyszłości. Był jasny, wczesnowiosenny dzień. Wydawało się nam, że zwierzęta są na wolności, w słońcu, w trawach. Było nam dobrze – jakby otworzyły się drzwi do innych światów. Odprężeni, zaskoczyliśmy swoją obecnością przyjaciół. Opowiadaliśmy o swoim pobycie w zoo jak o safari w Kenii... Czas leciał, a z nim przepływały pomysły na Irak, Libię. I jesienią chyba przyszła konkretna propozycja: Nigeria. Gdzie ona jest? O, tu, poniżej Nigru, Sahary. Pomiędzy Czadem, Kamerunem i Dahomejem. Zatoka Gwinejska („Śpiewają fale”...?). Wybrzeże Niewolnicze. A więc – Afryka. Jednak. Nie do wiary. O, licho! Już go nie było Maciej poleciał do Warszawy podpisać kontrakt. Sam. Był uporządkowany i milczący. Patrzyłam teraz na niego jak na mapę nieznanego lądu, który nie chce mi się odsłonić. Jak na skoczka stojącego na trampolinie. Do niego należał skok. Ja do tej wody wejść mogłam po schodkach... No i skoczył! Gdy wrócił do domu i zadzwonił do drzwi, zobaczyłam ledwo trzymającego się na nogach faceta z rozpiętą kurtką, z przekrzywionym krawatem i na dodatek z dziwnym uśmiechem... Gdyby nie ten uśmiech, myślałabym, że jest chory lub ranny po wypadku – przecież wrócił z lotniska samochodem, tak jak tam pojechał! A on był tylko pijaniusieńki. Odsunął mnie w przedpokoju na bok, rzucił kurtkę gdzie popadło i runął w sypialni na łóżko. Spał krótko, za chwilę otrzeźwiał, by mi pokazać ten podpisany kontrakt: principal architect w Ministerstwie Pracy i Transportu w Ilorinie. Ilorin? Wciąż byliśmy we mgle. Gdzież znów jest ten Ilorin? Jest. Na mapie płaskawo, zielonkawo. Znaczy – sawanna. Trochę wyżej żółtawo – zaczynają się piaski. To Sahel. Jeszcze wyżej – Sahara. Poniżej, tam gdzie „fale miały śpiewać” – Zatoka Gwinejska, chyba jakieś paręset kilometrów od Ilorinu... Co oznacza principal architect? Ile ma dostawać pieniędzy? Co poza tym? Mieszkanie? Strona polska zapewnia... „transport zwłok do kraju”. Zawsze to coś. Maciej pieczołowicie pakował potrzebne rzeczy do skrzyń. Dużo tego było. Dom na Sudeckiej zaczął się dzielić na dwa domy... Gdy nadeszły przymrozki, skrzynie, lodówka, auto kupione na przedpłatę (wiedzieliśmy, że tam nas na te rzeczy nie będzie stać) – wszystko zostało 9 Publikacja została przygotowana przez studentów Instytutu Informacji Naukowej i Biblioteko- znawstwa Uniwersytetu Wrocławskiego pod kierownictwem dr Ewy Jabłońskiej-Stefanowicz. Redakcja Maja Łuczyńska Anna Misiak Agata Junkier Marta Krulak Przygotowanie grafik Monika Matyjak Izabela Dachowska Kontakt z autorką Barbara Jędryszek Błażej Kazimierski Skład i łamanie Agata Ceglarska Marcin Kielan Natalia Gałuszkiewicz Kwestie prawne Marzena Oleksiewicz Anna Pol Promocja Angelika Chroboczek Eliza Charęza Martyna Nowicka Monika Paluch Patrycja Dąbrowska Paweł Kuczek Kontakt z autorką Olha Orzhykhovska Klaudia Korcz Kaja Jurkowska Drugie wydanie przygotował zespół Robert Andrzejewski Michał Bartusiak Patryk Bałajewicz Anna Bezwerchna Adrian Brzezicki Joanna Gradek Urszula Grzybowska Agata Hrycaj Monika Mosur Magdalena Mytnik Natalia Nowakowska Paulina Orłowska Joanna Ufnowska Tomasz Wojdon Katarzyna Solarz Paulina Stawowy Zuzanna Szewczyk Aleksandra Szpak Piotr Ślażyk ISBN 978-83-950306-0-4 365
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Ekundayo albo Droga
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: