Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00470 007327 16394967 na godz. na dobę w sumie
Emerytka w Nowej Zelandii - ebook/pdf
Emerytka w Nowej Zelandii - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 110
Wydawca: Self Publishing Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-936401-7-1 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> przewodniki >> podróże
Porównaj ceny (książka, ebook (-8%), audiobook).

A większą mi rozkoszą podróż niż przybycie!

Leopold Staff

Książka jest opisem podróży po Nowej Zelandii. Wizyta w Nowej Zelandii była częścią samodzielnej podróży dookoła świata, pierwszej podróży podjętej przez autorkę po przejściu na emeryturę. Dookoła świata, bo z wykorzystaniem biletu RTW czyli Round the Word, jakkolwiek nie było zamierzeniem autorki zwiedzenie całego świata. Głównymi punktami programu były Wyspy Galapagos, Nowa Zelandia i Australia. Cała podróż trwała trzy i pół miesiąca. Niniejsza książka jest relacją z części wyprawy – trwającej trzydzieści pięć dni podróży dookoła Nowej Zelandii.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Mariola Wójtowicz Emerytka w Nowej Zelandii Czerwiec 2013 Korekta: Tomasz Powyszyński Projekt okładki: Maria Wójtowicz © Copyright by Maria Wójtowicz ISBN 978-83-936401-7-1 Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub części publikacji zabronione bez pisemnej zgody autora. 2 Leopold Staff A większą mi rozkoszą podróż niż przybycie! 3 Spis treści Wstęp .......................................................................................................................................... 5 Rozdział 1 Christchurch – pierwsze miasto Nowej Zelandii ........................................................................ 6 Rozdział 2 Aoraki Mount Cook .................................................................................................................. 15 Rozdział 3 Dalej na południe, ku fiordom .................................................................................................. 20 Rozdział 4 West Coast – ostatni etap podróży po Wyspie Południowej .................................................... 29 Rozdział 5 Wyspa Północna czeka ............................................................................................................. 39 Rozdział 6 Jeden dzień na Wellington to za mało ...................................................................................... 42 Rozdział 7 Wulkany, gejzery, fumarole… Rotorua.................................................................................... 48 Rozdział 8 Aranui, Ruakuri i świecące robaczki ........................................................................................ 66 Rozdział 9 Czas na Auckland ..................................................................................................................... 71 Rozdział 10 Waitangi – tu zaczynała się historia Nowej Zelandii................................................................ 75 Rozdział 11 Plaża w roli autostrady, miejsce, gdzie duchy odchodzą, kauri i border collie ........................ 84 Rozdział 12 Jeszcze trochę Auckland ........................................................................................................... 92 Rozdział 13 Rangitoto i Devonport............................................................................................................... 95 Rozdział 14 Coromandel – pożegnanie z Nową Zelandią ............................................................................ 99 4 Wstęp Przez całe lata kodowały się w mojej pamięci obrazki różnych ciekawych miejsc na świecie: wielki czerwony monolit w środku pustynnego wnętrza Australii, gejzery, fumarole, gorące błota zielonej Nowej Zelandii… Kiedyś to zobaczę… Czas szybko leci, na mojej drodze do spełnienia tego postanowienia ciągle pojawiały się jakieś przeszkody, głównie czasowe. Problem braku czasu mogła rozwiązać tylko emerytura. W dniu uzyskania statutu emerytki ustalam trasę, wyznaczam datę podróży. Parę dni później kupuję bilet lotniczy Round the World – czyli dookoła świata: Londyn – Lima – Quito – Santiago de Chile – Nowa Zelandia – Australia – Singapur – Londyn. Ahoj, przygodo! Moja podróż będzie trwała 100 dni, podróż po Nowej Zelandii – 31 dni. 5 Rozdział 1 Christchurch – pierwsze miasto Nowej Zelandii 14 kwietnia, poniedziałek Od wyjazdu z Polski minęły dwa tygodnie. W drodze do Nowej Zelandii zatrzymałam się w Limie, Quito i Santiago de Chile – ale to tylko „po drodze”. Trzynasty dzień kwietnia straciłam, przekraczając samolotem granicę stref czasowych. Przywitanie na lotnisku nie jest miłe. Urzędniczka w porcie lotniczym w Auckland „czepia się”, dlaczego nie mam zarezerwowanych hoteli. Tłumaczę, że mam zamiar podróżować dookoła Nowej Zelandii, ale nie wiem dokładnie, w jakich miejscowościach i ile dni będę się zatrzymywała. Jednak moje wyjaśnienia pani urzędniczki nie przekonują, a ja sobie przypominam, że „najlepszą obroną jest atak”. - Przecież teraz nie jest high season. Hotele świecą pustkami i zamiast się cieszyć, że w takich miesiącach ludzie z całego świata przyjeżdżają zostawiać wam pieniądze, to pani mi robi trudności? Przecież pani wie, że w każdym mieście funkcjonuje informacja turystyczna SITE, w której można rezerwować hotele „z dnia na dzień”! Urzędniczka bez słowa oddaje mi paszport. Stara zasada się sprawdziła! Zmieniam terminal na krajowy i lecę do Christchurch. Lecę do miasta, które jako pierwsze w Nowej Zelandii uzyskało prawa miejskie – 31 lipca 1856 roku. W Auckland padało, teraz zbliża się południe, a ja zbliżam się do Christchurch w promieniach słońca pięknie oświetlających Alpy Południowe. Żadnej chmurki, góry widać znakomicie, nawet zapomniałam, że panicznie boję się latać samolotami. Gdzieś tam w dole, ponad 1000 lat temu, do brzegu przybijały waka (łodzie) z mitycznej krainy Hawaiki. Dowódca łodzi, która pierwsza przybiła do brzegu, Kupe, w maoryskich legendach odkrywca odległego od Hawaiki lądu, nazwał go Aotearoa, czyli „kraina długiej, białej chmury”. Przybysze najpierw osiedlili się na Wyspie Południowej, dopiero później zasiedlali bardziej gościnną i cieplejszą Wyspę Północną. Jest wczesne popołudnie. Nocleg, z pomocą właśnie SITE, znalazłam w schronisku YHA, jednak po blisko dobie podróży nie czuję się na siłach ani do zwiedzania, ani do podejmowania jakichkolwiek decyzji organizacyjnych. Jedyne, co jeszcze muszę dzisiaj załatwić, to aprowizacja. Studniowa podróż po krajach dolarowych (nawet jeżeli są to dolary nowozelandzkie czy australijskie) na pewno nie jest tania, mimo że znacznie tańsza niż wyjazd z biurem 6 podróży. Żeby zobaczyć jak najwięcej, muszę znajdować jak najbardziej ekonomiczne rozwiązania. Dlatego noclegów będę szukała w tanich hotelach, hostelach lub schroniskach młodzieżowych, a żywić się będę głównie we własnym zakresie, tym bardziej że schroniska i hostele przygotowane dla takich niskobudżetowych podróżników są wyposażone w kuchenki, w których można sobie przygotować coś do zjedzenia. Zresztą znając moje kulinarne „zacięcie”, na pewno nie spędzę w nich zbyt wiele czasu i na pewno moja podróż nie będzie konkurencją dla podróży Roberta Makłowicza. Restrykcyjne przepisy w zakresie wwożenia żywności do Nowej Zelandii sprawiły, że aby nie wchodzić w konflikty na lotnisku, nie mam nawet zwyczajowego „żelaznego zapasu”. Zatem pierwsze kroki skieruję do supermarketu. A ponieważ nie jestem jedynym podróżującym, który chce zobaczyć jak najwięcej jak najmniejszym kosztem, w recepcji schroniska są przygotowani na pytanie: „gdzie jest najbliższy supermarket?”. Dostaję plan miasta z zaznaczonymi sklepami. Supermarket, do którego docieram, w zasadzie nie różni się od tych w Polsce, chociaż… są wyjątki. Na końcu każdego stanowiska kasowego stoi osoba pakująca zakupy, co w istotny sposób wpływa na długość kolejek, a kasjerki nie biorą do rąk kart płatniczych – czytniki są tak usytuowane, że klienci sami muszą wczytać kartę płatniczą. 15 kwietnia, wtorek Penguin Express, minibus z grupką plastykowych lub może metalowych pingwinów na dachu, zabiera mnie do położonego poza centrum, otwartego w 1992 roku, International Antarctic Centre reklamowanego jako jedna z największych atrakcji turystycznych Nowej Zelandii. Nie bez racji Centrum powstało właśnie tutaj. To właśnie Christchurch było i jest bazą wypadową wypraw polarnych. Także Robert Scott tutaj przygotowywał się w 1901 roku do swojej wyprawy na oddaloną o 4000 km Antarktydę. I ja przenoszę się na tę przedstawianą jako najzimniejszą, najbardziej wietrzną i najbardziej suchą część świata, doświadczając antarktycznej nawałnicy, która jak na zamówienie pojawia się co pół godziny w specjalnie przygotowanym do tego celu pomieszczeniu. Wśród lodowych skał z trudem staram się utrzymać równowagę, jeszcze trudniej ze zrobieniem zdjęcia ekranu rejestrującego parametry burzy śnieżnej. W kulminacyjnym momencie: temperatura powietrza: -8ºC, temperatura mroźnego wiatru: - 18,7ºC, prędkość wiatru: 74 km/godz. Z ulgą oddaję grubą kurtkę i buty, w które zostałam zaopatrzona przed rozpoczęciem burzy. Nie, po tym doświadczeniu na Antarktydę się nie wybieram! 7 Teraz czas na karmienie pingwinków, a ściślej mówiąc, na obserwowanie karmienia, bo niestety – co nawet oczywiste – to nie zwiedzający karmią. My możemy tylko oglądać, jak robi to człowiek z obsługi, wokół którego kołysząc się na boki, gromadzą się głodne, sympatyczne ptaki, z gatunku tych najmniejszych. Już nakarmione harcują w wodzie, co doskonale widać przez ścianę wielkiego akwarium będącego ich domem. Ich obecność tutaj i możliwość ich podglądania to główna atrakcja Centrum, stąd makiety ich postaci na dachu busika i jego nazwa Penguin Express. Co poza tym? Bardzo edukacyjna wystawa o Antarktydzie. Plansze i ekspozycje informują o współczesnym życiu pokrytego lodową czapą kontynentu, o życiu stworzeń i roślinności, wpływie tego kontynentu na cały glob i oddziaływaniu ludzi na Antarktydę. Jedna z plansz mówi o członkostwie Polski w podpisanym w 1961 roku Traktacie Arktycznym – międzynarodowej umowie regulującej polityczno-prawny status Antarktydy. Inna tablica wymienia Polskę wśród krajów posiadających (stale lub okresowo) stacje badawcze na Antarktydzie. Wiele eksponatów można dotykać, wiele daje możliwość zajęć interaktywnych. Można byłoby spędzić tu jeszcze wiele godzin, ale… w końcu to nie jedyne miejsce godne zobaczenia w Christchurch. Wracam do centrum miasta. A skoro centrum, to Plac Katedralny z anglikańską Christ Church Cathedral, której budowę rozpoczęto już w 1864 roku, konsekrowano w 1881, a ukończono dopiero w 1904 roku. Z jednej strony katedry osiemnastometrowy ażurowy kielich z motywami roślinnym nawiązującymi do rodzimej flory Nowej Zelandii. To pomnik Chalice upamiętniający nowe millenium i sto pięćdziesiątą rocznicę istnienia Christchurch i Canterbury, regionu administracyjnego Nowej Zelandii, którego głównym miastem jest właśnie Christchurch. Z drugiej strony pomnik upamiętniający walkę i śmierć pochodzących z regionu Canterbury bohaterów Wielkiej Wojny, jak Nowozelandczycy nazywają pierwszą wojnę światową. Naprzeciw Katedry pomnik założyciela miasta, Johna Roberta Godleya. Z gołębiem na czubku głowy, jakżeby inaczej… O czternastej jest bezpłatne oprowadzanie po Katedrze, którym oprócz mnie zainteresowane są jeszcze tylko dwie Niemki. Pan wolontariusz, w bardzo podeszłym wieku, na samym początku mówi, że pewnie nie będziemy go rozumiały, i nie myli się. Wiedziałam jeszcze przed przyjazdem do Nowej Zelandii, a i zdążyłam już doświadczyć tego, że wymowa języka angielskiego „nowozelandzkiego” różni się od angielskiego, jakiego się uczyłam, chociaż nie zdawałam sobie sprawy, że aż tak. Pan wolontariusz dodatkowo mówi jakimś slangiem. Ale idę z nim, żeby się zorientować, co jest najważniejsze i najbardziej cenne w świątyni. 8 W północnej ścianie transeptu witraż z postacią Chrystusa z wyraźnie ciemną twarzą i niezwykłymi dla przedstawiania tej postaci rysami twarzy, chyba maoryskimi. Pan wolontariusz, który był kiedyś w Polsce, rzuca: wy macie Czarną Madonnę, a my Czarnego Chrystusa. Mam jeszcze na tyle czasu, żeby zaglądnąć do Christchurch Art Galery, a właściwie Christchurch Art Gallery Te Puna o Waiwhetu. Galeria mieści się w nowoczesnym budynku ze szkła i stali oddanym do użytku w 2003 roku i zawiera zbiory założonej w 1932 roku The Robert McDougall Art Gallery. W tej chwili atrakcją jest wystawa „Morris Co.: The World of William Morris”. Z twórczością tego mało znanego w Polsce dziewiętnastowiecznego angielskiego artysty (malarza, rysownika, projektanta haftów, tapet i płytek ceramicznych, architekta, pisarza, poety, a przy tym współtwórcy towarzystwa artystycznego, społecznika i przedsiębiorcy) miałam okazję zapoznać się w Londynie w 1996, oglądając wielką wystawę w 9 setną rocznicę jego śmierci. Dlatego nie skorzystam z tej atrakcji – zostawię ją Nowozelandczykom, którzy nie będą mieć okazji być w Europie. Decyduję się na odwiedzenie stałej wystawy Galerii obejmującej malarstwo sprzed wieku XX, XX wiek i sztukę współczesną. Nazwiska artystów nowozelandzkich nic mi nie mówią, ale uświadamiają znamienny fakt. Dotychczas, ile razy myślałam o sztuce Nowej Zelandii, tej dawniejszej, odnosiłam ją tylko do sztuki pierwotnych mieszkańców tej ziemi, Maorysów. Nie dostrzegałam istnienia artystów przybyłych z Europy lub urodzonych z rodziców przybyłych ze Starego Świata. Tymczasem od samego początku osadnictwa Europejczyków, obok ludzi codziennej, zwykłej pracy, żyli tu artyści, ludzie, dla których sztuka była tym, do czego zostali powołani. Niektórzy kształcili się w Europie, niektórzy odbywali tam podróże, jeszcze inni czerpiąc z tradycji malarstwa europejskiego, wykorzystywali w swoich dziełach dorobek sztuki maoryskiej. Wracam do schroniska bulwarem nad rzeką Avon, której brzegi spina Most Pamięci (The Bridge of Remembrance) – pomnik wybudowany pierwotnie ku pamięci uczestników Wielkiej Wojny, obecnie upamiętniający ofiary wszystkich wojen, w których uczestniczyły oddziały wojskowe z Canterbury. Tuż za mostem rozciąga się główna ulica handlowa Christchurch – City Mall. Już w pobliżu schroniska urokliwy zakątek – New Regent Street, ulica powstała na miejscu niegdysiejszego Colosseum – teatru i lodowiska w jednym budynku. Ulica, czy raczej uliczka, jest rzeczywiście malownicza, trudno, żeby nie była, biorąc pod uwagę pastelowe kolory fasad edwardiańskich kamieniczek. Jest przeznaczona dla pieszych, a jedynym pojazdem, jaki się tu pojawia, jest zabytkowy tramwaj, którym można objechać dookoła centrum miasta. 16 kwietnia, środa Budzę się dosyć wcześnie. A może by tak dzisiaj pojechać na Przełęcz Arthura? Co prawda nie kupiłam wczoraj biletu, bo nie chciało mi się już wracać do SITE, ale bilet chyba można kupić na stacji kolejowej, to nie szczyt sezonu turystycznego, żeby miejsca rezerwować z wyprzedzeniem. A jeżeli nie uda mi się kupić biletu, to i tak miałam dzisiaj zwiedzać tę część miasta, w której jest stacja kolejowa. Stacja położona jest po drugiej stronie miasta, ale mogę pójść na skróty, przez Hagley Park. No i stało się, skrótu nie wypatrzyłam, samo dojście do dworca też jest trochę zagmatwane i kiedy dochodzę do budynku stacji, widzę tylko ostatni wagon odjeżdżającego pociągu. Szkoda. Będę zatem realizowała plan awaryjny. Zaczynam od włączonego w tereny Parku Hagleya ogrodu botanicznego. 10
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Emerytka w Nowej Zelandii
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: