Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00374 005846 14492896 na godz. na dobę w sumie
Era Wodnika - ebook/pdf
Era Wodnika - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 294
Wydawca: Self Publishing Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-272-4153-5 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> kryminał, sensacja, thriller >> thriller, horror
Porównaj ceny (książka, ebook (-30%), audiobook).

Zabijać mogą nawet wspomnienia.

Wydawałoby się, że to typowy kryminał. Niespodziewanie jednak fabuła przeradza się w thriller psychologiczny, w którym trzymająca w napięciu rozgrywka oparta jest o prawdziwe wydarzenia.

Wyrafinowany i trzymający w napięciu thriller.  Mocna powieść sensacyjna. Została nominowana do głównej nagrody w konkursie 'Najlepsza książka na jesień 2010 portalu Granice.pl' i zajęła drugie miejsce – wybór internautów.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

era wodnika 2 © Copyright by Aleksander Sowa 2010 Okładka: Małgorzata Orlik Zdjęcie na okładce: Aleksander Sowa Redakcja i korekta: Łukasz Mackiewicz – eKorekta24.pl ISBN: 978-83-272-4153-5 -- Aleksander Sowa|Self-Publishing www.wydawca.net Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione. Opole, grudzień 2013 r. 3 1. Koniec często przychodzi nieoczekiwanie. Dla bez- domnego otwierającego usta, by w pijackim amoku przywołać kompana, tak właśnie było. Ogień życia tylko migotał i nie było szans, że jasno zapłonie. Zirytowany nieobecnością towarzysza postanowił go odnaleźć. Podniósł się z połamanej wersalki. Za- miast jednak kroku w przód opadł bezsilny na zdeze- lowany mebel. Tak zakończyła się ta ekspedycja. Chwilę potem jego ciało wygiął nagły spazm. Z gardła wydobył się jeszcze charkot niczym rezonans uwię- złych w krtani nieustannie latających pszczół. Potem głos z czeluści robaczywego ciała ucichł. Tymczasem gdzieś dalej drugi człowiek w łachma- nach, na pozór podobny ofierze konwulsji, wciąż nie wracał. Też spotkał go koniec. Według innego, bar- dziej przerażającego i makabrycznego scenariusza. 2. Siedział w radiowozie w bezruchu. Był jednym z tych wielu mężczyzn, jakich co dzień spotykamy na ulicach. Był po prostu zwykłym szarym człowiekiem. Tkwił na przednim siedzeniu, bezczynnie patrząc przez szybę na plac Daszyńskiego. To doskonałe miej- sce, aby przyjść karmić gołębie albo wieczorem cało- wać i pieścić się w ciemnościach jak gimnazjaliści – myślał w ciszy. 4 Plac nazywany był po wojnie placem Thälmanna. Albo – co zastanawiające, choć tylko dla obcych w mieście – placem Pedała. Ochrzczono go tak z po- wodu przesiadujących tam bezdomnych, pijaków i dziwek najpodlejszego sortu. – Komisarzu Stompor, zgłoście się! Trzask w radiotelefonie przerwał rozmyślania Emi- la. – Jestem! – Za pięć minut będziemy. Jak to wygląda? – To trzeba zobaczyć. – Miejmy nadzieję, że warto było się zrywać z łóż- ka. Bez odbioru. – Zrozumiałem! Bez odbioru. Niemal równocześnie otworzył drzwi radiowozu. Wiedział, że zachował się jak pies. Pan wydał ko- mendę „waruj” i wykonał ją bez namysłu. To było jego powołanie. Sens życia, przeznaczenie i fatum, czy tego chciał, czy nie. Los nie pozostawił wyboru. Cza- sem musiał aportować, by biegać bez łańcucha. Był na tyle niepozorny z wyglądu, że mógłby z no- żem w dłoni wejść do oddziału największego banku w centrum i zrabować okrągłą sumkę, a i tak nikt nie po- trafiłby później podać jego rysopisu. On jednak, za- miast skutecznie i z finezją rabować banki, został gliną. Dobrym gliną, nawet bardzo dobrym. I choć praca w pionie kryminalnym była jedną z najbardziej pod- łych i niewdzięcznych w fabryce, ją właśnie lubił naj- bardziej. Był bardzo skuteczny, a mimo to nie awan- 5 sował. Być może wpływ na to miało właśnie to, że nie rzucał się w oczy. Bardziej jednak prawdopodobne, że powodem był brak układów. Niewielu Emila lubiło. Nie nawiązywał bliższych znajomości. Był odludkiem, typem samotnika, który nie miewa przyjaciół. Samotny, sfrustrowany i zgorzk- niały, już nie najmłodszy czuł, że życie przeciekło mu między palcami. Myśląc o tym, wyjął paczkę z dwudziestoma małymi wrogami. Przed zapaleniem camela powąchał go, przykładając równolegle do wąsa. Papieros miał pięk- ny, dziewiczy zapach. Lubił go, bo był to zapach jedy- nych marzeń w gównianym, szarym życiu. Przywodził na myśl gorące i suche wnętrza knajp portowych, eg- zotycznie pachnących przygodą, orientalną urodą pięk- nych kobiet i nieprzebytymi przestrzeniami. Zapalił i marzenia prysły niczym tytoniowy zapach z zapalonego cichego mordercy. Płomień zapalniczki oświetlił na moment zmęczoną życiem twarz i Emil wydał się kilka lat starszy. – Muszę rzucić, mam dość – mruknął niby do sie- bie, a niby do tych, co razem z nim dzielili podłą po- godę. – Paskudny nałóg – odezwał się jeden z posterun- kowych. Emil jednak nie odpowiedział, nie spojrzał nawet. Zaciągnął się tylko i omiótł bystrym wzrokiem plac. Równy prostokąt, na sto kilkadziesiąt metrów długości i szerokość około pięćdziesięciu, z krótszej strony 6 oszpecony był postsocjalistycznym, siermiężnym miej- skim szaletem. Nie spełniwszy swej pierwotnej funkcji, stał się meliną bezdomnych. Niby wszyscy o tym wie- dzieli, ale nikt nic nie robił. Bo i po co? Aż do dziś. Wstępnie Emil wszystko zabezpieczył, a wejście do szaletu ogrodził taśmami. W nieprzemakalnym płasz- czu czekał na szefa razem z drugim posterunkowym. – Informacji udziela się tylko w razie konieczności – odburknął zagajony. Tylko jeden z tych mężczyzn wiedział, co w trawie piszczy. Stał w milczeniu pouczony przez Emila bez ceregieli: – Spróbuj coś komuś powiedzieć, to będziesz do usranej emerytury glancował krawężniki. Jasne? – Jak słońce, panie komisarzu. – Jak słońce – powtórzył i dodał: – Cieszę się, że mnie rozumiesz. Papieros dopalał się, kiedy względną ciszę przerwał dźwięk silnika czarnej lancii z kogutem przyczepionym na magnes do dachu. Z wnętrza wysiadło dwóch cy- wili. Posterunkowi natychmiast się wyprostowali. – Przykro mi, że mamy taką porę. – Nie wkurwiaj mnie bardziej! – Usłyszał. – I niech cię Pan ma w opiece, jeśli nie będzie to sprawa warta tej pory – odezwał się szef Emila, Boss. Drugi z cywili, Lipski, był prokuratorem. Obaj, oprócz tego, że byli spowici pajęczyną powiązań służ- bowych, tworzyli rdzeń kliki towarzyskiej, znali się bowiem prywatnie. 7 – Mów. – Usłyszał od Bossa. – Mamy dwa trupy. – Uhm. – Lipski pokiwał głową z zainteresowa- niem i udawaną troską w spojrzeniu. – Mów dalej. – To bezdomni, zbierają się tu czasem. Niezbyt często, bo w sumie nie ma po co, skoro dworzec mają bliżej. Tam jest cieplej i zawsze mogą coś wyżebrać – wyliczał. – Gówno mnie to obchodzi! Mów, co z nimi! – Właśnie – Lipski zawtórował Bossowi jak echo. – Więc bez sensu, żeby tutaj mieli ciągle przycho- dzić – Emil kontynuował niezrażony ich odzywkami. – Jasne, jasne – mruknęli obaj, po czym Boss rze- czowo dał głos: – Zapili się na śmierć? – Rzeczywiście, pili… – mruknął Emil. – Ja pierdolę! Ale gówno! Mówcie, bo nie wiem, o co chodzi! Po cholerę wzywacie mnie w środku nocy – histeryzował prokurator – do jakichś zasrańców, co zachlewają się na śmierć!? Nie można tego, kurwa, by- ło załatwić w jakiś bardziej cywilizowany sposób? Nie mogliście na przykład znaleźć ich o siódmej zamiast o trzeciej w nocy?! Jeśli Emil mógłby, powiedziałby, że nie robią na nim wrażenia przerywniki, których Eryk Lipski używa, oraz że ma bardzo, bardzo głęboko gdzieś jego krzyki. Był prokuratorem i jest jak dupa od srania, aby tu, w takiej chwili, przyjechać. Nabrał powietrza w płuca i na głębokim wydechu wyłuszczał, co wie: 8 – Po pierwsze, zauważyliśmy, że w ścianie jest wy- bite przejście do schronu. – Do jakiego schronu? – Lipski niecierpliwił się znowu, po czym dodał zdziwiony do komendanta: – O czym on mówi? – To nie wiesz? – Nie wiesz, nie wiesz? – przedrzeźniał Bossa. – Co nie wiem, do chuja?! No nie wiem, nie wiem – wrzesz- czał rozwścieczony. – Nic, kurwa, o żadnym gównia- nym schronie nie wiem! Jest czwarta nad ranem! Jak bym wiedział, pewnie bym się głupkowato nie pytał, nie? Emil patrzył z politowaniem. Czuł obrzydzenie do tego dupka. Chwilę później odezwał się: – Nawet nie wie pan, ile w tym jest racji. – Co? – Pod placem jest schron. – Nigdy bym nie przypuszczał – Lipski szepnął zdziwiony. – Bo młody jesteś jeszcze – wtrącił się komendant. Emil dodałby jeszcze „i głupi”, gdyby mógł. Ko- mendant tymczasem nie przerywał wywodu. – I nie pamiętasz czasów zaraz po wojnie – zauwa- żył rzeczowo. – Jest poniemiecki – Emil ciągnął dalej. – Zbudo- wany, kiedy tu – skinieniem głowy wskazał plac – był faszystowski Friedrichsplatz. – Przeciwlotniczy? – I przeciwgazowy. 9 – Ech, ci faszyści tak samo dokładni jak teraz. Pre- cyzyjni i na wszystko przygotowani – konkludował prokurator. – Chuja dokładni! – komendant wtrącił się w pół zdania. – Mój mercedes się ciągle pierdoli – rzucił zniesmaczony. Lipski, ignorując uwagę, zwrócił się do Emila: – Dlaczego nie został zburzony po wojnie? – Pewnie w PRL-u mieli nadzieję, że się przyda. – Pierdolę taką nadzieję. Dobra, dawaj dalej – mruknął zachęcająco. – W bunkrze jest trup. – Trup? – Zrobił zdziwioną minę. – Miały być przecież dwa. – Są dwa. – Nie rozumiem. O co tu, do chuja, chodzi? To je- den czy dwa? Mówiłeś, że dwa. – Lipski wypomniał Bossakowskiemu. – On mówi, że jeden. To ile? – Drugi jest w szalecie – Emil dorzucił, rzucając okiem na zdewastowany szalet. Otworzył usta, jakby chcąc coś dodać, ale zrezy- gnował. Zamiast odpowiedzi zaprosił obu gestem ręki do samochodu. – Wejdziemy i dokończę. – Świetna myśl! – ochoczo zgodził się Lipski, za- pewne mając nadzieję, że dzięki temu szybciej będzie mógł załatwić sprawę. Komendant tylko potakująco kiwnął głową. 10 Durnie – myślał Emil – ale niech im będzie. Otwo- rzył drzwi niebieskiego volkswagena. Wewnątrz leżały latarki i przeciwdeszczowe płaszcze z napisami na ple- cach „Policja”. Podał każdemu po jednym, a potem dołożył po latarce. – Więc idziemy. – Co jeszcze wiesz? – Lipski nie dawał za wygraną, zachęcając Emila. – W sumie niewiele – odparł. – Byłem tam raz. Wszedłem na parę metrów. Wierzcie, to nie jest przy- jemne. Zresztą co można powiedzieć po takiej wizy- cie? Trzeba będzie całej ekipy, techników, fotografa, sekcji, badań laboratoryjnych. Od wodociągów mu- simy wziąć dokładne plany tej nory. – Po co? – Zaraz pan zobaczy. Wszyscy trzej, kierując się w stronę ogrodzonego ta- śmami wejścia do schronu, zatopili się na chwilę w myślach. – Wdepnęliśmy w niezłe gówno – Emil przerwał milczenie. – Jeden z młodych był tam ze mną. On to odkrył, więc proponuję, żeby poszedł z nami. – Dawaj! – ucieszył się Lipski. – Opierdolę go, czemu znalazł ich w środku nocy. Ludzie przechodzący przez plac spiesznym krokiem do pracy albo wracający z nocnej zmiany zwalniali z zaciekawieniem. Powoli z przepicia budził się kolejny jesienny poniedziałek, wciąż mając jeszcze na powie- kach ciepły sen. 11 3. Pokój na trzecim piętrze wypełniała hipnotyczna ci- sza. Kobieta spała najlepszym, porannym snem. Śniła. Nagle dzwonek leżącego obok łóżka ericssona bezli- tośnie zabrzęczał. – No jasne, a któż by inny! – mruknęła zaspana, na- ciskając guziczek z zieloną słuchawką. – Gosia, słu- cham. – To ja. Przepraszam, że cię budzę, ale też już od pół godziny nie śpię. – Naprawdę musiałeś mnie obudzić? – Musiałem. – Niech cię diabli! Która w ogóle jest godzina? – Zadając pytanie, spojrzała na zegar. Jednym z sekretów jej głosu nie była nieokreślona częstotliwość czy pełnia emocji, jakie uważny słuchacz wychwytywał. Wszystko łączyło się w jednolitą, niero- zerwalną całość. I dzięki temu dostała tę pracę. A ko- biecie bez koneksji, bez doświadczenia w zawodzie, po czterdziestce trudno zaczynać nowe życie zawodowe. Jej się udało. Mimo wieku szybko wspinała się po szczeblach kariery. Poświęcała się pracy bez reszty. Niebagatelne znaczenie miał fakt, że jej rozgłośnia była w powijakach. Wszyscy w O’Key zaczynali. Kilka osób i obskurnych pokoików – oto całe ich radio. Mimo to było jej pasją. Odkąd pewnego dnia posta- 12 nowiła rozpocząć karierę od nowa, radio stało się sen- sem jej życia. – Jest dziesięć po czwartej – odpowiedział. – Słu- chaj, musisz gdzieś jechać. – Mniemam, że to coś naprawdę ważnego. Lepiej dla ciebie, aby tak było. W przeciwnym razie zapiszesz się do kroniki policyjnej jako ofiara. – Wierz mi, zaraz nie wypijesz nawet kawy do koń- ca – rzekł naczelny. Zaskoczył ją. Ale tylko trochę, bo choć wciąż była zła, zdawała sobie sprawę, że musiał mieć naprawdę ważny powód, by ją obudzić. Pracowali ze sobą na tyle długo, że dobrze się już znali. – Co stało się tak wielkiego, że trzeba budzić zwy- kłą dziennikarkę przed czwartą w poniedziałek? – Chodzi o psy. Jest aż kilka radiowozów. – Gdzie? – Na placu Pedała. Tam gdzie jest szalet. – Dlaczego się tam zjechali? – Czegoś szukają. – Myślę, że nie. W odróżnieniu od ciebie mają na to lepsze pory. Coś się tam musiało wydarzyć. – No właśnie nie wiem. Ty się dowiesz. – Tylko tyle? – Mało? – Tak. – Pewnie będzie więcej. 13 – W porządku. Niech ci będzie. Ale powiedz, czy to naprawdę jest aż takie ważne? Psy na placu Pedała w nocy? Nie można było poczekać z tym do ósmej? – To będzie grubsza draka. – Więc nie powiedziałeś mi wszystkiego. Skąd wiesz? – Bo dzwoniła do mnie jakaś kobieta. Też mnie obudziła. Mówiła, że szła z nocnej zmiany i widziała trzy radiowozy. Szalet jest podobno ogrodzony taśmą. – Taśmą? – Tak – odparł. To już coś – pomyślała. Policja stosuje taśmę, kiedy dzieje się coś poważnego: napad z bronią, wypadek śmiertelny, samobójstwo albo morderstwo. – To nie wszystko. – No? – Podobno widziała tam też czarną lancię. – Uhm – mruknęła z zadowoleniem. A zatem jest prokurator. To potwierdza wersję z trupami. To już coś. Szybko przeanalizowała sytuację i podjęła decyzję. – Może upiecze ci się tym razem. Jadę. Zobaczę. – Grzeczna dziewczynka. Dzięki. Cześć! – Grzeczne dziewczynki idą do nieba, a niegrzeczne są wyspane. Wolałabym się wyspać, niż być w niebie, wiesz? W odpowiedzi usłyszała jednak tylko sygnał zakoń- czonej rozmowy. Założyła błękitną, koronkową bieli- znę, rajstopy i podreptała do kuchni. Wsypała ły- 14 żeczkę mocnej jak amfetamina kawy do ulubionego kubka. Myśli zaprzątała teraz obietnica materiału na poranny news. Chwilę potem przekręciła klucz w drzwiach. Z samochodowych głośników popłynęły rytmy re- miksu 4 O’Clock In The Morning. – Nomen omen – mruknęła i mocniej wcisnęła gaz. Ten dzień miał wiele zmienić w życiu wielu ludzi. Także jej. Rozpoczynała się nowa era: Era Wodnika. 4. Emil zrobił zdecydowany ruch dłonią, przywołując posterunkowego stojącego przed wejściem do szaletu. – On nas poprowadzi – wskazał chłopaka w mundu- rze, po czym go przedstawił: – Maciej Wilk. – W porządku. Lipski, witam! Ty to znalazłeś? – Tak. – Zatem, posterunkowy Wilk, macie u mnie przerą- bane. Wszyscy się uśmiechnęli. Ostrożnie weszli do sza- letu. Pilśniowe drzwi zwisały wyłamane. Pewnie wy- ważone kopniakiem – pomyślał Emil. – Na pewno został odcisk buta – zauważył. – Z pewnością – odrzekł Lipski, ukrywając zdziwie- nie. Sam nie wpadłby na to. Zapalili latarki. Blask krzyżujących się świateł ob- macujących ściany oświetlił częściowo ciemne, zdewa- stowane wnętrze. 15 – Mów! – Lipski zachęcił posterunkowego. – Zaczepił mnie żul na patrolu pod dworcem i po- wiedział, że w szalecie na placu Pedała leżą sztywni kumple i że ktoś ich załatwił. – Załatwił? – Tak powiedział. No to poszłem sprawdzić. Lipski słuchał. Nawet nie bardzo poraził prokura- tora błąd językowy młodego policjanta. Bardziej inte- resował się, o czym mówi, niż jak to robi. – Rzeczywiście był tu ten z wersalki – wtrącił się Emil. – Z jakiej wersalki? – Tu jest wersalka. – Wskazał Lipskiemu latarką sta- ry mebel. – Aha. Prokurator skupił się na słowach policjanta, nie do- strzegając otoczenia. Tymczasem martwy mężczyzna leżał na połamanym meblu. Wszyscy czterej skierowali światła latarek na zwłoki. – To ten pierwszy – rzekł posterunkowy. – A więc tutaj pili – Lipski zaczął oceniać sytuację. Emil spojrzał na prokuratora. W jego głosie nie by- ło nawet cienia podniecenia jak u posterunkowego. Lipski oglądał z pewnością więcej trupów, niż chłopak miał płatków śniadaniowych w miseczce. – Trzeba zebrać odciski z butelek – zauważył ko- mendant – a resztki wina, czy czegoś tam, dać do ana- lizy w laboratorium. 16 – W środku jest jeszcze kilka – wtrącił posterun- kowy. – Tym bardziej. Dobra, mów, co dalej – komendant ponaglił młodego. – Znalazłem tego tu – wskazał zwłoki – i… – Wcześniej – przerwał zniecierpliwiony komendant – zanim go znalazłeś. – Zgłosiłem to i weszłem do tej dziury. – Sam? – Tak. – Źle zrobiłeś – stwierdził spokojnie. Lipski poki- wał głową z dezaprobatą. – Chciałem od razu to sprawdzić. Drugi czekał na górze – posterunkowy przytomnie się bronił. Emil nie komentował. Wiedział, że patrole są dwu- osobowe. Znał mentalność krawężników, więc się nie zdziwił. „Co za kretyn” – Lipski określił młodego po- licjanta w myślach. Nie dość, że nie umie mówić po ludzku, to myśleć o swojej dupie także. – Ten żul mówił – tymczasem chłopak dukał jak przy tablicy – że trup nie jest jeden i że to jego kum- ple. Zaciekawiłem się. – Zaciekawiłem się – Emil powtórzył. – Co z te- go?! Jak będziesz zgrywał bohatera, to zginiesz jako posterunkowy. Jak nie, to jako aspirant, a jak ci się po- szczęści, może nawet jako komisarz albo inspektor – rzucił, łagodząc nieco nieprzyjemnie wrażenie. – Bardzo śmieszne, komisarzu Stompor. Ale on ma rację – Boss rzekł do młodego. – Na cmentarzu w 17 Półwsi leży już nie jeden taki Sherlock Holmes jak ty. Zapamiętaj to. – Spisałeś go? – mruknął Lipski. – Kogo? – Tego, co tu leży – ironizował. – No tego, co ci to zgłosił! A kogo? – Aaa… Nie. – To o czym ty myślałeś? – Wie pan, panie prokuratorze – policjant natych- miast podjął obronę – to był Profesor. Boss z Lipskim nie rozumieli. – Jak się szlifuje krawężniki – ciągnął posterunkowy – to się zna tych żuli. Nie mają papierów, śmierdzą i nie ma sensu ich zatrzymywać. Tylko się zawszawić można. To Profesor powiedział o tym tutaj – wskazał trupa. – Nie spisałem go, bo i tak nie powiedziałby, jak się nazywa. Papierów nie ma i nie ma z czego spisać. Ale jak będzie trzeba, to go znajdę. Komendant otworzył usta. – Nie trzeba – Emil ubiegł przełożonego. – Sam to załatwię. Masz rację, posterunkowy, dobrze zrobiłeś. Znając tożsamość ważnego świadka, był częściowo zadowolony. Boss nie miał pojęcia o tym, co młody mówił. Zaczynał karierę jako milicjant. Ojciec był wy- soko postawionym esbekiem. Nigdy nie był krawężni- kiem. Lipski tymczasem przysłuchiwał się rozmowie w milczeniu. – I co dalej? – zapytał po chwili. 18 – No nic. Przyszłem i znalazłem trupa. Potem da- łem znać naszym. Dalej to już pan inspektor się tym zajął… – Niewiele więc nam to dało – mruknął komendant. – No – przytaknął Lipski. – To się jeszcze okaże – Emil zaoponował, wciąż lustrując otoczenie. Wnętrze skrywało wykafelkowane ściany pokryte brudem. Pomieszczenie zbudowano w kształcie pro- stokąta. Przy jednym z boków zawieszone były zdewa- stowane i rozbite umywalki. – Myślałem, że będzie tu mokro – zauważył ze zdziwieniem Lipski. Nikt nic nie odpowiedział. – Woda jest zakręcona od dziewięćdziesiątego pierwszego – Emil mruknął po chwili, nie przerywając oględzin. – Skąd wiesz? – Nie tylko pana obudziłem, panie prokuratorze. – No tak. Mnie to pasuje, że nie leje się na łeb, a tylko kapie czasem za kołnierz. Uśmiechnęli się, po czym przesunęli w głąb dru- giego pomieszczenia, oddzielającego – jak domyślał się Emil – część męską od damskiej. – Ja myślałem, że będzie śmierdziało. – Przecież różami nie pachnie – Emil skomentował domysły szefa. W powietrzu unosił się charakterystyczny zapach podziemi, z wyraźnie wyczuwalną nutą stęchlizny. Nie 19 był to odór czy smród nie do wytrzymania, ale do przyjemnych zapachów nie należał. – Szalet zbudowano – wyjaśniał Emil, posuwając się w głąb – w miejscu, gdzie znajdowały się generatory prądotwórcze. Było tu także główne wejście i filtry. Po wojnie skorzystano z bunkra przy budowie szaletu ze ściekiem wpuszczonym do środka. Na dnie jest klepi- sko. – Chcesz powiedzieć, że tam właśnie idziemy? – za- niepokoił się komendant. – Przecież mówiłem, że wdepnęliśmy w gówno. Z planów wynika, że schron ma dwa poziomy. Był bar- dzo dobrze wentylowany, miał nawet filtry chemiczne. Gdy go zbudowano, był nowoczesny. To bardzo zdziwiło Lipskiego. – Kiedy to było? – natychmiast wtrącił pytanie. – Za Adolfa. Filtry i wentylacja zostały zamasko- wane pomnikiem na górze, zielenią i ozdobnym mur- kiem wokół placu – Emil wyjaśniał cierpliwie. – Miał dostęp do wody i szczątkową kanalizację na dolnym poziomie, nowe uszczelki w drzwiach, sprawne silniki w filtrach, czyste ubikacje, zapasy wody i oznaczoną drogę ewakuacyjną. Nic, tylko się wprowadzać i mieszkać. – Rzeczywiście, masz rację – odparł z niesmakiem prokurator. – Jak w Ritzu. No dobra, ale co w tym dziwnego, że żule weszli do starego bunkra czy tam schronu, a potem schlali się na śmierć? Przecież to 20 zwykli bezdomni, społeczne wyrzutki. À propos, gdzie jest ten drugi? Sam jesteś wyrzutkiem – pomyślał Emil. Wiedział, że dla tego skurwiela liczyła się kasa i przez jej pryzmat oceniał człowieka. Masz kasę, jesteś człowiekiem; nie masz, nie zasługujesz na człowieczeństwo, oto twój kodeks moralny – myślał o Lipskim. – Tam – posterunkowy wskazał przejście wyłamane w ścianie. – Aby wykuć ten otwór, należało użyć narzędzi. Na pewno oskarda, kilofa, młota albo łomu – Lipski starał się dociec prawdy. – Nie znam się na budowlance – Emil mruczał tymczasem – ale to nie musiało być trudne. Zaprawa rozsypuje się w palcach – rzekł, rozcierając grudki tyn- ku w dłoni. Ruszyli dalej. Przeszli przez wyłom, gęsiego. – Z tego, co widziałem – kontynuował wypowiedź, mając w kieszeni kurtki ukryty magnetofon, co uszło uwadze pozostałych – obok wersalki bezdomni palili znicze, zapewne ukradzione z cmentarza. Przy pierw- szym ciele były też butelki i ślady obecności drugiego albo pozostałych członków libacji. Czapka, rękawiczka i dwie puszki piwa. – Musieli wykuć przejście w miejscu, gdzie było kiedyś zamurowane – wtrącił posterunkowy. – Chyba tak, ale to raczej nie oni. – Czemu tak myślisz? – zdziwił się Lipski. – A niby po co mieliby to robić? 21 – Cholera ich wie! – bronił się prokurator. – Skąd możesz wiedzieć, co im po pijaku przyszło do łbów? – Chwila – Emil przystopował prokuratora. – Zaraz zobaczymy. Weszli do korytarza o niskim stropie. Nie było to miejsce, w którym bywa się codziennie. Raczej takie, do którego można by trafić, gdyby przenieść się w cza- sie o pół wieku wstecz. Z półkolistego sufitu zwisały resztki instalacji oświetleniowej. – Emil – zaniepokoił się prokurator – dzwoniłeś też może do elektrowni? – Nie ma prądu. Bunkier miał własny generator. Szalet zasilany był z zewnętrznej linii, którą odcięto. – Uff. Przejście obniżyło się do półpiętra i schodów pro- wadzących jeszcze niżej. Potem do korytarza ciągną- cego się aż po granice rozświetlanego latarką mroku. Do ich płuc docierało wilgotne i chłodne powietrze. Było przesiąknięte zapachem zgnilizny, zatęchłych liści i przejmującego chłodu. Tylko skąd zapach liści kilka metrów pod gruntem? – zastanawiał się Emil. – Jest tam – przerwał milczenie posterunkowy. Dziesięć metrów od nich leżały zwłoki. Właściwie tylko szkielet białych kości – pozostałości po czło- wieku okryte podziurawionymi łachmanami w niena- turalnie wykręconej pozie obok rozbitej butelki. – Teraz uważajcie i módlcie się, żeby nas nie wy- czuły – szepnął posterunkowy. – O co chodzi? – zapytał Lipski. 22 Boss zresztą pomyślał to samo, ale milczał przestra- szony. Emil wiedział, ale zamiast odpowiedzieć, szep- nął: – Widzicie? Skrzynka, chyba drewniana. – Uhm – przytaknął posterunkowy. – Ale nie wiem dokładnie. Stąd zawróciłem. Podeszli do niej. Wewnątrz stały butelki 0,7 l. – Wino – otworzywszy usta, ze zdziwienia sko- mentował widok posterunkowy. – Nie wierzę! – Lipskiemu ten widok nie mieścił się w głowie. – A jednak. – Posterunkowy kiwał potakująco gło- wą. Tymczasem Emil odwrócił się i skierował światło na szkielet. Obok ręki leżała butelka, wciąż cała. – Ten sam jabol, co przy wersalce. – No dobra – Bossakowski wreszcie się odezwał. – Ale sztywniak wygląda, jakby leżał tu już dobre parę lat. Emil, zamiast odpowiedzieć, znów zaczął deduko- wać: – Ktoś wybił przejście… Nagle jego głos się załamał. Dostrzegł opasłe szczurze cielska. W mgnieniu oka odgadł tajemnicę szkieletu. – Jasny chuj – jęknął. – Wiejemy! I rzucił się w kierunku wyjścia, gdzie byli już pozo- stali. Po kilkunastu sekundach wybiegli zdyszani na powierzchnię. Lipski powstrzymywał odruch wy- 23 miotny. Emil i Boss oddychali ciężko jak po biegu na 110 metrów przez płotki. Kiedy się wreszcie uspokoili, Lipski zaczął: – Nic tak nie ożywia dnia jak dobry trup. Zarechotali śmiechem. Rozluźnieni odetchnęli po chwilach pełnych napięcia. – Wywalili kawałek ściany w opuszczonym szalecie, aby dostać się do wnętrza, w którym jeden się zachlał na śmierć – podsumował oględziny komendant. – Drugiego zżarły szczury, kiedy szedł po ukryte tam wina. – Na to wygląda – odparł posterunkowy. – No to otwieramy sprawę, panie Stompor – ko- mendant zwrócił się żartobliwie do Emila. – Ale chcę, żebyś wiedział, że nie podoba mi się to miejsce. Jest niebezpieczne. Należy zamknąć tę sprawę jak najszyb- ciej i nie kręcić się tutaj. – Tak – dodał Lipski. – A co jeśli będą jeszcze inni? – zawahał się poste- runkowy. – Zobaczymy – mruknął prokurator. – Prokuratura otwiera dochodzenie, a policja rozpoczyna czynności operacyjne, aby wyjaśnić wszelkie okoliczności. Praw- da, panie komendancie? Bossakowski nic nie odpowiedział, ciągle dysząc. Pokiwał głową. Wiedział, że Lipski ma rację. – No… – nieśmiało zaczął posterunkowy. – No… ja i panowie dotarliśmy tylko do miejsca, gdzie leży ten 24 drugi sztywniak i ta skrzynka. Dalej żaden z nas nie doszedł. – Posterunkowy ma rację – odezwał się dotąd mil- czący Emil. – Nie wiemy, co znajduje się dalej. Bun- kier jest za duży i zbyt niebezpieczny, by go spenetro- wać ot tak, standardowo. Słowa Emila oznaczały sprowadzenie specjalnej ekipy, papierki i mnóstwo roboty. Najbardziej nie pa- sowało to wszystko komendantowi. Miał swoje po- wody. Skomentował fakty jednym zdaniem: – I tak trzeba zacząć dochodzenie. – A schron zbadać – dorzucił Lipski. Zamilkli, zastanawiając się nad tym, co zobaczyli. Każdy z nich widział niejedno ludzkie nieszczęście. Mimo to widok drugiego ciała, szkieletu właściwie, zrobił na nich niemałe wrażenie. Młody wciąż był bla- dy. Po chwili prokurator znów się odezwał: – Widziałem niejedno. Niejednego trupa oglądałem. Ale czegoś takiego jeszcze nie. I wiecie co? – ciągnął Lipski. – Zastanawiam się, jak można być tak głupim, żeby skrzynkę wina, na dodatek pewnie jeszcze skądś podpierdoloną, schować do bunkra pełnego szczurów. – A jeśli ktoś chciał ich zabić? – odezwał się Emil, wypuszczając dym z ust. 25 5. Dwa dni później przed Wojewódzkim Centrum Medycznym w Opolu Emil w swoim polonezie czekał na prokuratora. Dupek się spóźniał, więc zdążył wy- palić już dwa camele. Rozejrzał się. Nie widząc niczego niepokojącego wzdłuż całej Alei Witosa, sięgnął do schowka i wyjął ćwierćlitrową piersiówkę z wódką. Pociągnął trzy spo- re łyki. Alkohol przyjemnie rozpływał się w żołądku. Wiadomości w radio rozpoczynał news dnia. – Przedwczoraj coś dziwnego działo się w sercu Opola. – Usłyszał Emil. Podkręcił głośność. – Jak udało nam się dowiedzieć, po nocnej akcji funkcjona- riuszy policji z Opola do bunkra na placu Daszyń- skiego weszli żołnierze z Tarnowskich Gór. Zapytali- śmy rzecznika prasowego komendy po co. Dziennikarka przedstawiła policjanta i Emil po chwili usłyszał: – Czy to prawda, że żołnierze odszczurzali bunkier? – To prawda. – Czyżby opolska policja ścigała szczury zamiast przestępców? – Oczywiście nadal ścigamy przestępców – rzecznik odpowiedział przytomnie. – Deratyzacja była nie- zbędna do prowadzania czynności operacyjnych. – Jakich czynności? – Koniecznych przy dochodzeniu, które prowa- dzimy. 26 – Rozumiem – nie dawała za wygraną. – Ale radio O’Key dowiedziało się, że znaleziono tam zwłoki. Czy potwierdza pan tę informację? – Tak. – Czyli w bunkrze znaleziono ciała. – Tak. – Ile? – Dwa. – Jak doszło do tego odkrycia? – Otrzymaliśmy informację od anonimowego in- formatora. – Rozumiem. Kim byli zmarli? – Staramy się to ustalić. – W jakich okolicznościach doszło do śmierci? Czy zostali zamordowani? Takie są przypuszczenia, praw- da? – Pani redaktor, nie wiem, jakie są przypuszczenia. Policja działa na podstawie faktów, nie przypuszczeń. Prowadzimy śledztwo, aby odkryć przyczynę śmierci tych ludzi. – Po co sprowadzać wojsko z Tarnowskich Gór do bunkra w Opolu? – Grupa Ratownictwa Chemicznego jest jednostką, z którą często współpracują różne komendy. – Nadal nie wiemy, dlaczego żołnierze wchodzili do bunkra. Powie pan dlaczego? – Mogę powiedzieć, że w bunkrze funkcjonariusze chcieli przeprowadzić czynności dochodzeniowo-śled- cze. Obecność szczurów to utrudniała. Stwarzała też 27 dodatkowe niebezpieczeństwo, zatem żołnierze zajęli się kłopotliwymi gryzoniami, aby umożliwić pracę po- licjantom. – Oczywiście, rozumiem. Czy przeprowadzono te czynności? – Nie, jeszcze trwają. – Jaki jest ich charakter? – Analizujemy ślady, badamy poszlaki. – Mówi się, że ktoś dokonał tam brutalnego mor- derstwa. Czy może pan to potwierdzić? – Nie mogę. Ale nie mogę również tego wykluczyć. To jedna z ewentualności, jaką dopuszczamy. Zapew- niam, że pracujemy nad rozwikłaniem tej zagadki. – Dziękuję za rozmowę. – Ja również. – Drodzy radiosłuchacze, państwa gościem był nadkomisarz Maciej Milewski. Rozmowę prowadziła Małgorzata Krawiec. Radio O’Key. W tej samej chwili Emil dostrzegł zbliżającą się lan- cię. Wyłączył radio. Wyszedł z samochodu. – Cześć! – Lipski przywitał się prawie po przyjaciel- sku, podając dłoń policjantowi. – Witam, panie prokuratorze. – Co tak oficjalnie? – Spóźnił się pan. – A tak. Przepraszam. Korki. No to co, idziemy? – Idziemy. Ruszyli w kierunku nieciekawego budynku przy- szpitalnego Zakładu Medycyny Sądowej. Po wejściu 28 Lipski przywitał się z patologiem. Emil także. Policjant podszedł do zwłok. Przyglądał się im uważnie. – Wiadomo coś w jego sprawie? – patolog zagaił prokuratora, przygotowując się do pracy. – Według mnie to strata czasu, ale wiadomo, prawo – żachnął się Lipski. – Sprawa prosta jak drut: menele, tanie wina, podziemia i trupy. – A tak, słyszałem. No to zobaczymy. – Według mnie nie ma co oglądać. Poza tym mam ciekawsze i – prokurator podkreślił z naciskiem – ważniejsze rzeczy do zrobienia, niż oglądać trupa ja- kiegoś zapijaczonego menela. Emil tymczasem nadal oglądał zwłoki. Mężczyzna mógł mieć około 50, 60 lat – myślał. Siwa broda przywodziła na myśl Robinsona Crusoe z filmu, na który wybrał się kiedyś z córką. Trup miał nienaturalne powyginane dłonie, niczym u człowieka z chorobą psychiczną. Były blade i znisz- czone. Na palcach miał ślady pobierania odcisków – wykonano już daktyloskopię. To dobrze – pomyślał z satysfakcją. Zatem jego polecenia były wypełnianie. Może będą mogli odkryć tożsamość, jeśli był noto- wany. Mężczyzna leżał na plecach z rękoma ułożonymi na stole wzdłuż nienaturalnie wygiętego ciała. Było to spowodowane najprawdopodobniej ułożeniem na wersalce po śmierci i zesztywnieniem zwłok – pomy- ślał. Choć z drugiej strony natychmiast rzuciło się Emilowi w oczy, że ciało było wciąż sztywne. 29 – Dobra! Do roboty – rzekł patolog i włączył ma- gnetofon. – Badanie na zlecenie Prokuratury Okręgo- wej w Opolu, którego celem jest ustalenie przyczyny śmierci denata. Mężczyzny o nieustalonej tożsamości w wieku lat… – zaczął. Patolog nagrywał początkowy fragment i pobierał wymazy z jam ciała. Emil zerknął w papiery Lipskiego. Kiedy zabierano zwłoki z bunkra, miały temperaturę 25ºC. To musiało oznaczać, że znaleźli go dość szybko po śmierci. – …rasy białej. Typ budowy ciała ektomorficzny – opisywał zwłoki – wzrost 168 centymetrów, masa 66 kilogramów… Następnie rozciął ubranie i sfotografował zwłoki. Wykonał dwa cięcia skalpelem od lewego i prawego ucha, równolegle do obojczyków. Niemal biała skóra rozdzielała się z łatwością, odsłaniając czerwień mię- śni. W powietrzu rozniósł się charakterystyczny trupi fetor. Policjant poczuł słodki smak w ustach. Biorąc pod uwagę temperaturę w bunkrze – Emil dedukował – w granicach 12−14ºC i średnią utratę ciepłoty ciała po śmierci rzędu 2ºC na godzinę, musiał zejść wieczorem, do 10 godzin przed znalezieniem. – Minęła już ponad doba od śmierci – lekarz rzucił, niemal czytając w myślach Emila. – Wskazuje na to stężenie pośmiertne. Nadal jest widoczne, choć z pierwszymi oznakami ustępowania. Zajęty uzupełnianiem papierów Lipski nie reagował. Nie był zainteresowany sekcją. Natomiast Emil bardzo 30 się zaniepokoił. Według niego zgon musiał nastąpić co najmniej 48 godzin wcześniej, tymczasem lekarz stwierdzał co innego. Zastanawiające – myślał. Ta rozbieżność i dziwne wygięcie ciała nie pasowały Emi- lowi, ale postanowił na razie nie przeszkadzać. – Brak livores mortis – stwierdził lekarz. Fakt – pomyślał – nie było plam opadowych. Dla Emila ich brak był wskazówką, że sztywniak nie zatruł się czadem, cyjankiem czy azotanami. Nie było też sińców, obtarć, krwiaków ani ran. Żadnych urazów na czaszce. Zatem nie został pobity. Nikt siłą do bunkra żulika nie doprowadził. Jego śmierć nie ma związku z zabawami rozpuszczonych małolatów czy porachun- ków między menelami – pomyślał. Lekarz wykonał kolejne cięcie. Od mostka, gdzie – niby naszyjnik – spotkały się pierwsze dwie rany, ciął w kierunku krocza nieszczęśnika. Szybkimi ruchami, jak gdyby kozikiem, patolog pogłębiał rany w bruździe pomiędzy rozciętą skórą. Ciął z zapamiętaniem, od- krajał fachowo i szybko pierwszy, trójkątny fragment skóry, zrywając go stopniowo w kierunku brody. Skó- rował zwłoki jak rzeźnik wieprzka. Wreszcie dotarł do krtani i spojrzawszy na Emila, rzekł: – Os hyoideum nieuszkodzona. Ten potwierdził ruchem głowy, że widzi. U wisiel- ców kość gnykowa zawsze jest połamana. Świadczyło to, że denat nie był duszony. Nic zresztą na to wcze- śniej nie wskazywało. 31 Lekarz kolejnymi cięciami oddzielał skórę brzucha od mięśni aż do kości łonowej. Obszedł stół, a z jamy brzusznej, przy wtórze niebywałego fetoru kału, nie- strawionego jedzenia i alkoholu, wylały się wnętrzno- ści. – O, bardzo przepraszam – rzekł. – Przypadkiem przeciąłem żołądek – usprawiedliwiał się. Policjant wiedział, że nie był to przypadek. Dosko- nale zdawał sobie sprawę, że aby rozkrajać zwłoki, trzeba być trochę walniętym człowiekiem. Widok bia- łej od smrodu twarzy zawsze rozbawiał takiego czub- ka. Smród był nie do zniesienia. Dzięki niemu Emil nie miał wątpliwości, że menel pił, i to sporo. Oczywiście wiedział o tym wcześniej, teraz miał na to dowód. Tylko one się liczyły. Lekarz odciął dwa płaty skóry, odsłaniając brzuch i żebra. Z dolnej części brzucha wylały się jelita wypeł- nione treścią pokarmową i kałem. Przykryły nieco roz- cięty żołądek. Emil zerknął na wątrobę. Płyn zielon- kawo-czerwonego koloru zalał ją niemal całą, czyniąc prawie niewidoczną. Patolog wyszukał woreczek żółciowy. Wyciął go i odłożył. Kilkoma wprawnymi ruchami odciął żebra z mostkiem przy użyciu nożyc podobnych do sekatora. Pomagając sobie skalpelem, oddzielił całkowicie ten fragment ciała. Kończąc, odłożył na bok, niczym sko- rupę żółwia. Emil miał teraz przed oczyma trzewia 32 tego człowieka jak na dłoni. Przyglądał się z zaintere- sowaniem, gdy lekarz wycinał serce. – Zapach, kolor i wygląd wnętrzności – mówił – wskazuje na zatrucie alkoholowe. – Jest pan pewien? – z głębi sali doszedł go głos prokuratora. – Tak. Jak i tego, że facet nie żyje. Jeszcze tylko chciałbym zobaczyć wnętrze żołądka, z ciekawości. Chcę wiedzieć, co jadł. Dla pewności otworzę też czaszkę. – Nie trzeba. Wierzymy panu – Lipski zaprotesto- wał od razu. Ciekawe, jakim prawem wypowiadasz się w moim imieniu – Emil pomyślał z niechęcią. Patolog odłożył skalpel. Przeciął jelita w dwóch znanych tylko sobie miejscach i wyszarpał obiema rę- kami, niczym kilka pęt kiełbas w sklepie, przekładając do emaliowanej miednicy. Wskazał palcem na wą- trobę. Była jasna, zbyt jasna jak na ten organ. – Cirrhosis hepatis. – Marskość? – zapytał Lipski. – Tak, plus zatrucie – rzekł, dodając po chwili. – I to ono zdecydowało. Szerokim cięciem otworzył żołądek. Z jasnoszarego worka rozlał się żółtawy, śmierdzący alkoholem płyn. – Z taką wątrobą i tak nie pociągnąłby długo – skomentował, pobierając próbkę. – O, widzę, że nasz trupek lubił tanie winka. Żart lekarza wydał się Emilowi nie na miejscu. 33 – Skąd pan wie? – natychmiast zapytał. – Proszę spojrzeć – rzekł do Emila, wskazując żo- łądek. – Właściwie sam płyn. – Uhm – potwierdził, ale nic mu to nie dawało. Nie znał się na zawartości żołądków truposzy. – Wódy nigdy tyle nie ma – wyjaśnił. – Piwsko śmierdzi inaczej. Tutaj widzę, że to wino. Na pewno nie francuskie, czuć zresztą – dodał z nieco diabolicz- nym uśmiechem. – No to co? Po sprawie tak? – wtrącił się prokura- tor. Spojrzeli w jego kierunku. Był wyraźnie zadowo- lony. – Właściwie tak. Jeszcze tylko poczekamy na la- borkę – patolog pokiwał głową. – Na co? – Lipski zapytał zdziwiony. Lekarz zerknął na prokuratora, wskazując skalpelem próbkę. – Na to. – Myśli pan, że to konieczne? – Zanim podpiszę, wolałbym wiedzieć, że przy oka- zji nie chlał płynu hamulcowego. – Eeee, i tak to nie ma znaczenia – prokurator machnął ręką. – Gość jest anonimowy, bez rodziny, bez nikogo. Nie ma sensu. Zdziwiony patolog spojrzał na Emila. Ten zaś nie dał po sobie poznać niczego i tylko wzruszył ramio- nami. Wolałby, aby próbka była zbadana, lecz bardziej zainteresował się czymś innym. 34 – Powiedział pan – zwrócił się do zaskoczonego le- karza – że denat zmarł dobę temu? – Niekoniecznie, mógł leżeć dłużej, jeśli było na przykład chłodno. – A czemu go tak wygięło? To normalne? – Faktycznie dziwne. – Lekarz przyznał z zakłopo- taniem, drapiąc się za uchem. – Z drugiej strony to typowy objaw przy epilepsji. – Znaczy się przy padaczce? – Tak. Jak ktoś chleje na umór i nic nie je, czasem występuje coś takiego jak pijacka padaczka. Wtedy właśnie tak wygina ciało. – Aha. Emilowi wszystko ułożyło się w głowie. Uspokoił się. Tymczasem w rozmowę wtrącił się prokurator. – No i co, panie komisarzu? – rzekł z zadowole- niem. – Od początku wiedziałem, że nie trzeba było mnie rano budzić. Proszę jeszcze zbadać tę próbkę, jeśli pan woli – zwrócił się do lekarza – i zamykamy. – Coś będzie trzeba powiedzieć dziennikarzom – Emil zmienił temat. – Poradzę sobie. No to co? Będę się zbierał, spieszę się – rzekł, stukając palcem w srebrny zegarek. – Zszyjcie go. Wpadnę tu z papierami przed siedemna- stą. – Ale jutro. – Dobra, niech będzie! – zgodził się na lekarską od- powiedź. – Na razie. Dzięki. 35 6. Inspektor Jan Bossakowski został psem w PRL-u. Dziś, jako komendant KWP, nie pamiętał albo pa- miętać nie chciał o tym, że miał w życiu pewien ważny epizod. Debiutował w ZOMO. Większość o tym za- pomniała, dlatego że zapomnieć było na czasie. Ot, taka moda na politycznego alzheimera. Choroba nie- młoda i nieuleczalna. Zapadają na nią gnoje na całym świecie: komuniści, naziści, ubecy, najzwyklejsi zbrod- niarze i lizusi jak on. Boss był w fabryce dłużej niż Emil. Miał wielu kumpli z tamtych czasów. Z czasem znikali ze sceny, ale pozostawiali za sobą synów czy zięciów. Między innymi takich jak prokurator Lipski, syn starego Lipy, ubeka, dziś senator RP. Dzięki takim jak on lustracja była tylko picem na wodę. Kolesie zadbali o to, aby ich teczki były czyste. Emil nie pasował. Jego ojciec był akowcem. Po po- wstaniu trafił do obozu koło Opola. Z czapką pozba- wioną orzełka w koronie trafiła tam także sanita- riuszka z powstania. Ojciec Emila czołgał się z nią po gruzach Starego Miasta. Przeszli tą samą rurą do Śródmieścia. Doczekali kapitulacji i wyszli z miasta tą samą kolumną. W jednym pociągu przewieziono ich do obozu, ale poznali się dopiero w Lamsdorf. Powstaniec i sanitariuszka zza kolczastego drutu, patrząc na niebieskie niebo i zielony las, zakochali się w sobie. Halinkę wywieźli zaraz potem. Po przejściu 36 ruskich ojca Emila nadal więziono, tyle że teraz wspólnie z Niemcami z Opolszczyzny, z żołnierzami Andersa, z jeńcami września spod Bzury, do wiosny 1947 roku. Wkrótce potem, po przesłuchaniach i krótkich aresztach, zamieszkał w Opolu. Kiedy ubecja rozbijała ostatnie akowskie oddziały w 1950 roku, trafił z nie- dożywienia, rozpaczy i samotności do szpitala. – Mam 24 lata – powiedział, kiedy się spotkali – ocalałem. Była tam pielęgniarką. Kiedy więc wyzdrowiał, dwie dusze spod znaku biało-czerwonej opaski i orzełka w koronie zostały ze sobą. Przegrani w nowej, powojen- nej rzeczywistości starali się żyć godnie i uczciwie. Wiele lat po powstaniu przyszedł na świat Emil, jako drugi syn. W następnym roku pojawił się młodszy brat Emila i żyli w pięcioosobowej rodzinie. Aż do dnia, kiedy matkę zabił rak macicy. Emil miał wtedy dzie- więć lat. – Gówno prawda! – powiedział potem pewnego popołudnia na lekcji historii i dostał linijką w dłoń, aby natychmiast zapomniał o prawdzie. Ale Emil pamiętał. Nigdy milicjantem nie został i zomowskiego pochodzenia komendanta nie zapo- mniał. Dziś, przed emeryturą, mógł splunąć na wszystko. Szczególnie kiedy się upił, jak dziś, a głos swojego szefa w radiu miał gdzieś. 37 7. Skrócił zarost do jednego milimetra. To niewiele pomogło. Widział zmęczonego życiem, starzejącego się mężczyznę. Zamiast śniadania wypił gorzką kawę. Połknął dwie tabletki od bólu głowy. – Nie wyglądasz za dobrze. – Dziewczyna na stró- żówce przywitała Emila. – Mam okres. – Boli cię brzuch? – Serce mnie boli, malutka. Przeziębiłem się, nic mi nie jest, dzięki za troskę. – No to idź do Bossa. Pytał o ciebie. Wczoraj wypalił za dużo. Tytoń wybitnie potęgował syndrom dnia wczorajszego. Dziś nie zapalił ani jed- nego. Wszystkie mu śmierdziały. – Co ci jest? – Usłyszał w drzwiach. – Przeziębiłem się. – Źle wyglądasz. Komendant siedział za biurkiem w mundurze jak car. Słońce przyjemnie oświetlało gabinet. Zapowiadał się jeden z pierwszych tej jesieni pięknych dni. Emila słońce drażniło. Reagował bólem na światło. – Martwię się o ciebie – szef zagaił znad gazety. Akurat – pomyślał. – Chciał mnie pan widzieć? – Tak. Wiesz, że zamykamy tę sprawę? – Wiem, słyszałem – odburknął niechętnie. 38 – To dobrze – komendant odparł, odkładając ga- zetę. Po chwili mruknął: – Co jest? O co ci chodzi? Emilowi nie podobało się, że tak szybko podjęli de- cyzję. Nie był pewien, czy to takie oczywiste, jak wczoraj słyszał w radiu. Pośpiech jest dobry przy ła- paniu pcheł, ale nie przy takich sprawach – myślał. – Czy to nie za szybko? – Szybko? – obruszył się komendant. – A nad czym się tu zastanawiać? Pili na umór, to się przekręcili. Mie- li chociaż dzień dziecka na koniec. Niezły żart. Zobaczymy, jak sam skończysz, stary ubeku – pomyślał. – Poza tym nie chcę, by ktokolwiek kręcił się obok tego bunkra – komendant mówił dalej. – Dla mnie, prezydenta z radą parafialną, ten bunkier to wrzód na dupie. – Mogliśmy poczekać na toksykologię. Emil delikatnie podjął próby przeciągnięcia końca choćby o jeden dzień. Czuł, że coś jest nie tak, jak być powinno. – Już jest. Była wczoraj, dlatego dałem ten wywiad. – I co? – Nic. Tak jak myśleliśmy z Lipskim. Wino i tyle. Tu – wskazał ruchem głowy – leżą dokumenty. Emil spojrzał na wyniki. – Zapoznaj się i włącz do akt. Analiza wskazywała, że zawartość żołądka stanowił niestrawiony alkohol średnioprocentowy. Jak mówił 39 patolog – wino. Jednak uderzyło Emila, że we krwi było tylko 4,5 promila alkoholu. – Zatem sprawa zakończona – zakomenderował Boss. – Możesz się brać za papiery. Lipski zamknął postępowanie. – Skoro pan tak mówi. – I co? Wcale nie trzeba było nas wtedy budzić! – To samo mówił Lipski w prosektorium. – I miał rację. Miał rację – powtórzył. – Następnym razem lepiej się zastanów. Mam to gdzieś, stary durniu – pomyślał Emil. Po czym poprosił: – Mam jeszcze coś. – Coś ci nie gra? – Boss podniósł brwi znad okula- rów. – Chcę jeszcze coś sprawdzić. Pogadam z tym pa- tologiem i z Profesorem. Nie gadaliśmy z nim. – Jakim Profesorem, do ciężkiej cholery? – zaczer- wienił się stary. – Z menelem, który ich znalazł. – A, tak – komendant przypomniał sobie. – Tego, o którym młody mówił. Dobra. Rób, jak chcesz. Ale sprawa jest zamknięta. Dzisiaj jest środa. Chcę, żeby do soboty papiery były gotowe. – Stuknął długopisem w blat. – Będą leżały tu, u mnie na biurku. Jasne? – Jasne. – Mamy ważniejsze sprawy niż pijaczkowie. To śmiecie. Nawet jeśliby ich ktoś ubił, nie ma to znacze- nia. Im mniej ich będzie, tym lepiej. 40 8. Wyszedł z gabinetu Bossakowskiego. Jego myśli za- przątał alkohol u denata. Postanowił, że pojedzie do patologa i zapyta go o to. Potem odszuka Profesora, ale zanim to zrobi, musi wypytać młodego od bunkra. – Gdzie posterunkowy Wilk? – Emil pyta dyżur- nego. – Jest w gimnazjum numer pięć. – Dobra. Przekaż mu, że zaraz tam będę. Chcę z nim pogadać. –Tak jest, panie komisarzu. Po kolejnych reformach edukacji połączono szkołę podstawową z gimnazjum w jeden zespół, tworząc niezły cyrk. Byli wzywani tu co najmniej raz w tygo- dniu. Emila nie zdziwiła obecność ludzi z fabryki w szkole. Dręczyła go pewna myśl. Raport patologa stwierdzał, że śmierć nastąpiła w wyniku zatrucia al- koholem. Ale we krwi było tylko 4,5 promila. Owszem, to typowa dawka śmiertelna. Znane są jed- nak przypadki, że po 4,5 promilach chłopaki z dro- gówki wyciągali delikwenta zza kółka. Pięć promili to norma, przy której wielu nie tylko nie schodziła. Re- kord należy do faceta, który miał 13,5 promila. Nie- stety nie przeżył. Dowodzi to, że menelki, pijąc co- dziennie, powinni mieć więcej niż 4,5 promila, aby się przekręcić. Dojeżdżając do szkoły, odsunął te myśli od siebie. Skupił się na tym, o co zapyta młodego. 41 9. Los zawsze i bezbłędnie sygnalizuje nadejście tego szczególnego momentu śledztwa, od którego zazwy- czaj wszystko się zmienia. Emilowi przypominało to lekcje matematyki, gdy nauczyciel milkł złowrogo, po- chylony nad dziennikiem, a wraz z nim cała klasa za- padała się w bezbrzeżną ciszę. Wtedy, niemal równo- cześnie z momentem, w którym belfer wyczytywał jego nazwisko, Emil odczuwał lekkie ukłucie. Wielu mu tego zazdrościło. Uważano, że miał ta- lent. Nie zastanawiał się nad tym głębiej, oddając się raczej wyczekiwaniu na ów moment albo też, jeśli nie nadchodził, śledztwo zamykał. Zwykle oznaczało to, że zrobił wszystko, co był w stanie zrobić. – Rozmawiałeś z Profesorem? – zapytał posterun- kowego. – Tak. – Co ci powiedział? – Niewiele. – To znaczy co? – Jakieś bzdury. Mówił, że ostro popił i grzał się na głównym, bo przecież pijany nie mógł wrócić na noc- legownię. Fakt, nie mógł. Regulamin noclegowni zabraniał pi- cia i noclegu w stanie nietrzeźwości. – Obudziła go jakaś dziwna kobieta, niby anioł. – Anioł? – Emil powtórzył zaskoczony. – Tak. 42 To akurat Emila rozbawiło. Zaskakujące, że ludzie z marginesu mają często do czynienia z nieziemskimi istotami. Tak samo jak złodzieje, wariaci, psychopaci i zwykli kłamcy. – Powiedział, że anioł dał pięć dych i przestrzegł, żeby więcej nie pił. – O, a to ciekawe. – Też tak pomyślałem. Akurat, co młody myślał, najmniej obchodziło Emila. Postanowił wysłuchać go jednak do końca. Głównie po to, by nabrać pewności, czy sam będzie musiał pofatygować się do Profesora, czy jest to zbęd- ne. – Mówił coś jeszcze? – Tak, panie komisarzu. Powiedział, że anioł prze- strzegł, że jak będzie dalej pił, skończy jak kumple w szalecie na placu Pedała. Więc tam poszedł. A potem właśnie zaczepił mnie na ulicy. – Dziwne. – Też tak myślałem. Ale Profesor zarzekał się, że tak mówiła ta kobieta-anioł. To jeszcze bardziej zdziwiło Emila. Nie sądził, żeby Profesor był aż tak elokwentny i wymyślił podobną bajeczkę. Oczywiście Emil nie był tego pewny. Nie miał wątpliwości, że spotkanie z Profesorem będzie niezbędne. Dla pewności poszuka go po powrocie z prosektorium. Na pewno żebrak ma jakiś związek ze zwłokami, choć raczej nie byłby zdolny zabić, tym bardziej że sekcja na to nie wskazywała. Ale jeśli na- 43 prawdę ktoś dał mu pieniądze, to było to podejrzane. Tym bardziej 50 złotych. Być może w ten sposób do- wie się chociaż, kto ukradł te wina. Zawsze to coś. Musi dowiedzieć się, ile było w tym prawdy – myślał. – Powiedział jeszcze coś? – Nie chciał więcej mówić. Płakał. – Płakał? – Tak. Opłakiwał tamtych z bunkra. Mówił, że lu- dzie są źli, skoro potrafią zabić takich nieszczęśników jak oni. – Zabić? – Tak. – Dobra. Pytałeś może o te pieniądze? O ten bank- not? – Nie, nie pytałem. – Dzięki, dobra robota, posterunkowy. – Dziękuję, panie komisarzu. – To spadam. Trzymaj się! Pożegnał się z młodym, podając rękę. Odchodząc, zerknął na sanitariuszy i lekarza. Ze szkoły wynoszono na noszach jakiegoś gówniarza. I wtedy Emil to po- czuł. Jest blisko wskazówki. Dzieciak jest wygięty identycznie jak bezdomny z prosektorium. – Ej, posterunkowy! A co tu się właściwie stało? – No, wezwali nas, bo okazało się, że jakieś dzie- ciaki się naćpały. Byliśmy najbliżej. Zabezpieczyliśmy i czekamy na narkotykowych z psem. Dzieciarnia jest w sali gimnastycznej. Będziemy przeszukiwać. – A czym się naćpali? 44 – Właściwie nie wiadomo, ale znaleźliśmy przy nich grzybki. – Psylocybinowe? – Ja tam nie wiem, mamy je u dyrektora. Takie jak te, co nam w Szczytnie pokazywali: malutkie, suche. Jak przyjadą z psem, to będą wiedzieli. Znają się na tym, bo w tym robią. Jak pana komisarza to interesuje, to zaraz mają tu być. – Nie, dzięki, posterunkowy, mam sprawę. Emil czuł to wyraźnie jak zapach krwi. Miał trop. Wsiadł do poloneza i wywołał fabrykę. – Dajcie kogoś, kto zna się na grzybach halucyno- gennych. Po kilku chwilach odezwał się głos w radiotelefonie. – Jestem, komisarzu, sierżant sztabowy Janeczek. Co pan potrzebuje wiedzieć? – Interesują mnie psylocyby. – Znaczy się grzybki halucynogenne? – Tak? – A co konkretnie? – One są trujące? – To znaczy czy można się po nich przekręcić? – Tak. – Nie bardzo, nie zanotowano jeszcze takiego przy- padku. – A co się może dziać przy przedawkowaniu? – Delikwent się zesra po same pięty albo porzyga, ale się nie przekręci. Musiałby naprawdę bardzo dużo ich zeżreć. 45 – A jakie są objawy? – Psylocybina, zawarta na przykład w łysiczce, po- woduje halucynacje i różne inne hece. – Na przykład co? – Ślinotok, szczękościsk albo zesztywnienie ciała. – Zesztywnienie? – Tak. Koleś się wygina jak banan, bo sztywnieją mięśnie. Potem przez kilka godzin tak będzie leżał, aż wątroba rozłoży alkaloid. Wtedy ćpunek dochodzi do siebie. Będzie trochę przymulony przez dobrych kilka- naście godzin, ale raczej wróci do rzeczywistości i nic mu nie będzie. No chyba że się pomyli i zeżre zamiast łysiczki coś innego – muchomora albo jakieś inne gówno. Wtedy wygnie go w łuk i się przekręci. – Czemu się wygina? – To zależy, nie zawsze tak się dzieje. Jeśli tak, jest to dowód, że najprawdopodobniej zeżarł coś, co za- wiera alkaloid atakujący układ nerwowy. – Dzięki. – Nie ma sprawy. Emil wiedział już, po co jedzie do prosektorium. Nie miał wątpliwości, że ktoś pomógł tym nieszczę- śnikom przeprawić się na tamten świat. Potrzebował tylko dowodu. 46 10. Znów się jej przyśnił – pomyślała. Mówił do niej, kiedy zasypiała. Słyszała jego głos. Odkąd odszedł, wciąż go słyszy. Każdego dnia. – Mel… Melka…. Melisa – woła ją. Raz szybko, raz głośno. Słyszy go. Inne głosy − kobiet, mężczyzn, dzieci − zachęcające, grożące, pro- szące, zniecierpliwione, przyjazne, ostrzegawcze, zło- wrogie. Podpowiadają, co powinna zrobić. Wypełniają głowę. I te sny. To właśnie w snach go najczęściej wi- duje. Jestem już całkiem chora, psychicznie oddzielona od rzeczywistości – myśli. Czy trauma jest taka głę- boka? Przecież to tyle lat. Szpitale, sanatoria, psychia- trzy i rzekoma choroba, a nie potrafię się wciąż z tą śmiercią pogodzić. Pragnę poczuć słodki smak zemsty. Tylko to może sprawić, że zacznę żyć normalnie – my- śli. Balansowanie na krawędzi obłędu ma jednak tę nie- bezpieczną cechę, że przechodząc w szaleństwo, nie jesteśmy świadomi przekroczenia granicy. A kiedy to sobie uświadomimy, jest już za późno, by wrócić. 11. Zza solidnych oprawek okularów patrzyły na nią oczy bezgranicznie pochłonięte zajęciem właściciela. 47 – Co się stało? – naczelny odparł znad faktur. – Przy- szłaś się zemścić za tamten poranek? Uśmiechnęła się. Odwzajemnił uśmiech. – To potem. Teraz mam co innego. – Zamieniam się w słuch. – Nie mówiłabym ci, ale to jakaś dziwna sprawa. – Tym lepiej. Im dziwniejsza, tym bardziej intere- sująca. – Tak, tak, pamiętam. Słowa tyczyły się jej początków. Kiedy zaczynała, mocno ingerował w jej pracę. Wycinał całe fragmenty audycji. Odrzucał wiele materiałów, tłumaczył, co jest istotne, a co nie. Choć była od niego starsza, to on był starszy doświadczeniem. – O co więc chodzi? – Idę na spotkanie. – Dobrze, ale dlaczego o tym mówisz? Widać sprawy, którymi się zajmował, pochłaniały go bez reszty. Przeszkodziła jakąś drobnostką, bez większego znaczenia. Wyczuła to w jego tonie głosu. Zobaczyła w błękitnym, jasnym spojrzeniu. – Nie gniewaj się, że ci przeszkadzam, ale trochę się boję… – Nie rozumiem. – Zadzwoniła do mnie wczoraj kobieta i… – zasta- nowiła się, jak to powiedzieć. – I? – …i przyznała, że chce porozmawiać o trupach w bunkrze. Podobno wie na ten temat bardzo dużo. 48 – To super! – Trochę się boję. Wiesz, to jednak było morder- stwo. – No tak, rozumiem – zatroskał się. – Chcesz, że- bym poszedł z tobą? – Nie, nie o to chodzi. Nie możesz iść. Mam przyjść sama, jeszcze byśmy ją spłoszyli – żachnęła się. – Chcę tam iść w tajemnicy. – Niemądre, ale rozumiem. – Ale wiesz, że tam idę. Gdybym dzisiaj nie wróciła, to prawdopodobne będę trzecią ofiarą – zażartowała, trochę niezbyt trafnie. Ale roześmiała się. On też, choć dopiero po chwili. – Gosiaczku, daj spokój. Nazywał ją tak rzadko. Był szefem i trzymał kilka osób radia za mordę, ale potrafił być też jak ojciec. Twardy jak orzech, ale wypełniony miodem. Idealny szef. Pewnie dlatego bez włosów na głowie, ledwie po trzydziestce. – Wszystko będzie dobrze – dodał. – Idź. Może zrobisz materiał na Pulitzera – uspokajał. – Dzięki. – O której wrócisz? – Najpóźniej przed siedemnastą. Tak myślę – do- dała, mrużąc oko. – Będę czekał. Mam doborowe towarzystwo – rzekł, wskazując faktury. – W porządku. – Aaa… O której idziesz? 49 – Na trzecią. Odwróciła się i nacisnęła klamkę. – Gosia? – Tak? – Na pewno nie chcesz, żebym z tobą poszedł? Al- bo ktoś inny? – Na pewno. Nie chcę z nikim dzielić się tortem. Podniósł głowę na znak, że rozumie, i strzelił pal- cami, wskazując drzwi. – Idź. 12. Naczelny spojrzał przez żaluzje. Obserwował, jak Gosia zbiega po schodach. Patrzył czujnie, by nie zo- stać dostrzeżonym, gdyby spojrzała w okno. Znalazł- szy się na zabłoconym chodniku, natychmiast ruszyła w sobie znanym kierunku. Ubrał się szybko i zbiegł za nią. Kiedy się pojawiła – myślał – oczarowała go na- tychmiast. Spełniała wymagania, miała doświadczenie poparte referencjami. A kiedy ją przesłuchał, zyskał pewność, że nadaje się w stu procentach. Miała nieopi- sany urok, magnetyczne przyciąganie, którego nie po- trafił i dotąd nie umie wyjaśnić. Może to był właśnie ten charakterystyczny głos? Może gesty czy sposób, w jaki się poruszała? Może wszystko naraz, kto wie? Jed- no było pewne. Wiedział, że będzie sobie radzić do- skonale. 50 Potem się zakochał. Nagle, bez ostrzeżenia, w ta- jemnicy, beznadziejnie i głupio. Teraz szedł za nią w bezpiecznej odległości, by nie znikła z oczu. Przesu- wał się drugą stroną ulicy, w
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Era Wodnika
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: